“Strefa niepamięci ” to poruszający zapis historii, które nie powinny zostać nigdy zapomniane. Piotr Pytlakowski wyrusza szlakiem grabieży i przemocy na żydowskich mieszkańcach wschodniej Polski, zadając pytanie jak cudze stało się nasze?


W lutym 2021 roku jeden z najwybitniejszych polskich reporterów, Piotr Pytlakowski, wyrusza na wyprawę po wschodnim Mazowszu i Podlasiu, miastach i miasteczkach „szlaku śmierci”, gdzie w 1941 roku doszło do rzezi mieszkańców, tych żydowskich przez tych polskich. Gnali swoich sąsiadów uliczkami, gwałcili kobiety, zdzierali suknie, swetry i buty, aby nic się nie zmarnowało.

Bo zbrodni towarzyszył rabunek. Sprawcy wyrywali sobie z rąk co cenniejsze dobra. Przykrywali się pierzynami jeszcze ciepłymi po poprzednich właścicielach, wzuwali zdobyczne obuwie, stroili się w futra. Żydowskie połowy miasteczek, place, domy, sklepy i warsztaty nagle straciły właścicieli. Opuszczone posesje, przeważnie w centrach, przy głównych rynkach, atrakcyjnie zlokalizowane, szybko przejęli Polacy.

Zapomniana przeszłość – śladem rzezi na wschodnim Mazowszu i Podlasiu w książce Piotra Pytlakowskiego “Strefa niepamięci”.

Jak dzisiaj wygląda życie w miejscach mordu i grabieży. Jak cudze stało się nasze? Jak działają mechanizmy pamięci, które pozwoliły wyprzeć w niepamięć żydowską przeszłość?

Piotr Pytlakowski w swojej reporterskiej podróży nie szuka i nie udziela łatwych ani pocieszających odpowiedzi. Za to przywraca zbiorowej pamięci historie, które nigdy nie powinny zostać zapomniane.

Piotr Pytlakowski – autor i współautor ponad dwudziestu książek (m.in. „Republika MSW”, „Czekając na kata”, „Szkoła Szpiegów”, „Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych”, „Ich matki, nasi ojcowie”), wielu reportaży telewizyjnych, scenarzysta (serial dokumentalny „Alfabet mafii”, serial fabularny „Odwróceni”). Laureat wielu nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Polski Pulitzer” za 1999 rok w kategorii dziennikarstwo śledcze. Od 1997 roku dziennikarz tygodnika „Polityka”.

Piotr Pytlakowski
Strefa niepamięci
Wydawnictwo Agora
Premiera: 22 listopada 2023
 
 

SPIS TREŚCI

Rozdział I. O banerze na tle krasnali
Rozdział II. O ostatecznych rozwiązaniach
Rozdział III. O złych i dobrych stodołach
Rozdział IV. O pięknej Łejczer i panu Tupczynie, który w Krynkach stracił ochotę do życia
Rozdział V. O domach w Kosowie i żyznym popiele
Rozdział VI. O Żydach z Sokołowa, którzy wrócili do getta
Rozdział VII. O Winerze z Ciechanowca, który uratował święty obraz
Rozdział VIII. O Alonie szukającym zegara w Radziłowie
Rozdział IX. O patriotach z Jedwabnego
Rozdział X. O tym, jak w Stawiskach wyczyszczono czarne plamy
Rozdział XI. O niepamięci w Rajgrodzie, Wąsoszu i Szczuczynie
Rozdział XII. O Augustowie, który zapomniał o swoich Żydach
Rozdział XIII. O bunkrze w siemiatyckim getcie i innych kryjówkach
Rozdział XIV. O Żydach i Tutejszych w Orli, Narewce i Białowieży
Justyna Kowalska-Leder, Posłowie. O wolontariuszach przemocy, historii ratowniczej i kilku jeszcze skojarzeniach po lekturze Strefy niepamięci
Bibliografia
Przypisy

Rozdział I

O BANERZE NA TLE KRASNALI

W czerwcu 2020 roku przy drodze krajowej 61 między Łomżą a Augustowem, w odległości kilku kilometrów od Szczuczyna, rzucał się w oczy baner umieszczony na wysokości zabudowań oddalonych kilkadziesiąt metrów od asfaltu. Białe litery na czarnym materiale. Obok drzemały wystawione na sprzedaż krasnale ogrodowe, gipsowe łabędzie i gęsi z czerwonymi dziobami. Na tym tle treść baneru brzmiała abstrakcyjnie: „Ustawa 447 zagraża niepodległości Polski”.
Rok wcześniej hasła o amerykańskiej ustawie 447 zagrażającej Polsce wykrzykiwano w centrum Warszawy podczas manifestacji skrzykniętej przez dziwny twór polityczny – Konfederację KORWiN Braun Liroy Narodowcy. Zdzierano kilka tysięcy gardeł, wykrzykując hasła o podłych żydowskich roszczeniach. Echo niosło się po kraju. Na Podlasie dotarło w postaci baneru na tle krasnali.
W zapadającym zmroku tliły się światła pobliskiego Szczuczyna. Gdzie jak gdzie, ale akurat w takim miejscu straszenie roszczeniami do majątku po Żydach zabrzmiało złowrogo. Przypominało pomruk budzącej się bestii.

Krew zmyli z bruku i rąk

W Szczuczynie poprzedni raz bestia obudziła się w czerwcu 1941 roku, zaraz po wybuchu wojny miedzy Rzeszą a ZSRR i zajęciu miasteczka przez oddziały niemieckie.
27 czerwca zginęło około trzystu Żydów, a mordów dokonali polscy sąsiedzi.
13 lipca Niemcy przy udziale polskiej policji pomocniczej zabili około stu osób (według innej wersji: na miejscowym cmentarzu to Polacy zabijali przy biernej postawie Niemców).
W sierpniu w egzekucjach dokonywanych przez SS i Gestapo zabito sześciuset Żydów. Pozostałych umieszczono w getcie, a po jego likwidacji wysłano do obozu śmierci w Treblince.
Przed wybuchem II wojny Żydzi stanowili w Szczuczynie ponad połowę społeczności. Szacowano, że mieszkało ich tutaj ponad trzy tysiące. Ocaleli nieliczni, którym udało się uciec z miasta lub ukryć w lasach bądź u polskich rodzin w okolicy. Kiedy wojna się zakończyła, Szczuczyn był już całkowicie polski, społeczność żydowska znikła. Wymazano ją nie tylko z życia, ale i z pamięci.
Podobnie stało się na całym tak zwanym szlaku śmierci – w ponad dwudziestu miastach i miasteczkach wschodniego Mazowsza i dzisiejszego województwa podlaskiego, gdzie w 1941 roku doszło do rzezi mieszkańców, tych żydowskich przez tych polskich. Żydzi żyli tam od kilku stuleci w swoim rytmie. A potem polscy sąsiedzi chwycili za pałki i widły. Gnali swoich żydków uliczkami, gwałcili kobiety, zdzierali suknie, swetry i buty, aby nic się nie zmarnowało.
Ta fraza „aby nic się nie zmarnowało” powraca jak refren. „Zabrałem krzesła i wiadra. Miało się zmarnować?” – tłumaczył chłop z wioski pod Grajewem. „Zdjąłem z trupa buty. Dobre były, szkoda, żeby poszły na zmarnowanie” – pochodzący ze Szczuczyna mieszkaniec Białegostoku cytował słowa swojego dziadka wypowiedziane wiele lat temu. Dziadek zmarł w latach osiemdziesiątych, buty z trupa gdzieś się zapodziały. – Może się zużyły, albo dziadek je sprzedał – zastanawiał się mój rozmówca.
Sprawcy zamykali ofiary w stodołach, czasem w szopach i podkładali ogień. Puszczali z dymem żywych ludzi i jednocześnie całą przeszłość. A już po wszystkim zmyli krew z bruku i własnych rąk, szczątki ofiar zakopali, nie oznaczając grobów.
A co się stało z żydowskimi domami, meblami, warsztatami, narzędziami, ubraniami, pierzynami? W zeznaniach z powojennych procesów sprawców zbrodni przewijają się wątki rabunków. Ktoś ukradł buty i to od razu dziesięć par. Chłopi przyjechali furmankami po żydowskie meble. Sprawca wymieniony z imienia i nazwiska zastrzelił żydowskiego młynarza i zawłaszczył jego dom, otworzył w nim piwiarnię. W miejscowości Rutki Niemcy podarowali Polakom pomagającym im w rozprawianiu się z Żydami domy, bydło i ziemię. W Tykocinie tłum ogołocił żydowskie domy ze wszystkiego. W Radziłowie domami po Żydach zarządzał jeden z uczestników mordu. Pewna kobieta poprosiła go o przydział takiego domu. Odmówił, oświadczając, że „jak trzeba było likwidować Żydów, to nikogo nie było, a teraz chcecie mieszkania”.
Zbrodni towarzyszył rabunek. Rządziła pazerność, ludziska wyrywali sobie z rąk co cenniejsze dobra. Przykrywali się pierzynami jeszcze ciepłymi po poprzednich właścicielach, wzuwali zdobyczne obuwie, stroili się w futra bogatszych Żydówek. W wiejskich chałupach pojawiły się niepasujące do siermiężnych wnętrz fotele i stoły.
Żydowskie połowy miasteczek, place, domy, sklepy i warsztaty nagle straciły właścicieli. Opuszczone posesje, przeważnie w centrach, przy głównych rynkach, atrakcyjnie zlokalizowane, szybko przejęli Polacy. Samowolnie lub na zasadzie dzierżawy uzyskiwanej od lokalnych władz (najpierw niemieckich, potem polskich), czasem na podstawie aktów kupna spisywanych na kolanie, a po wojnie potwierdzanych notarialnie, ale w dziwnych okolicznościach, bo sprzedających nie było już na świecie. Powszechnie panowało przekonanie, że to, co zostało po Żydach, to mienie bezspadkowe, nikt się po majątek nie zgłosi.
Na początku 2021 roku, konkretnie w lutym, równo rok przed rosyjskim napadem na Ukrainę, wyruszyłem w pierwszą wędrówkę po krainie mienia bezspadkowego. Odwiedzałem dawne sztetle na wschodnim Mazowszu i Podlasiu. Oglądałem pożydowskie domy, teraz już wyłącznie polskie, i dopytywałem o pamięć o ludziach, którzy żyli tu kilka stuleci, a potem nagle znikli. Pamięci prawie nie było, raczej niepamięć, aby tylko nie myśleć o żydowskich sąsiadach dziadków i pradziadków. I obawy, że jednak ktoś wyciągnie ręce po bezspadkowe. Jakiś potomek, spadkobierca, a może oszust, który się podszyje. W żadnym z miejsc, w których byłem, nikt ręki nie wyciągał, nikt nie chciał niczego odzyskiwać. No może poza pamięcią o swoich przodkach.

Nikt tu Żydów nie widział

Janusz ma dwadzieścia dwa lata, studiuje na prywatnej uczelni w Białymstoku, do rodzinnego Rajgrodu wpadł na chwilę po wałówkę od rodziców. Tu się urodził, ale nie zamierza wracać na stałe. Może Białystok, może Warszawa albo Londyn – jeszcze nie zdecydował. Politycznie niezdecydowany, ale raczej Konfederacja niż PiS, bo są bliżej ludzkich spraw.
– Jakich spraw? – pytam.
– Wolnościowych – odpowiada. – I patriotycznych.
Bo Janusz jest wolnościowcem i patriotą. Za ojczyznę oddałby życie.
– W Londynie? – uściślam.
Zastanawia się. I znajduje odpowiedź:
– A czemu nie?
Rozmawiamy przypadkiem, na rajgrodzkiej ulicy.
– A za Rajgród oddałbyś życie?
– Za Rajgród też. To moja mała ojczyzna.
Pytam, czy wie, co się działo w jego małej ojczyźnie w 1941 roku? Czy wie, gdzie jest las Chojniki?
– Każdy wie. Ale tam nie ma co chodzić, grzyby robaczywe.
Co wie o Żydach, którzy tu mieszkali i dla których Rajgród był małą ojczyzną?
Wydaje się zdziwiony.
– Tu nie ma żadnych Żydów. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem – odpowiada.
– Ale kiedyś byli. W połowie dziewiętnastego wieku stanowili prawie dziewięćdziesiąt procent mieszkańców.
– Niemożliwe, Rajgród nie był żydowski. To polskie miasto – mówi lekko zaczepnie. – A pan o jakichś Żydach. Nikt ich tu nie widział.
A dziadkowie, rodzice nie opowiadali mu o Żydach, o lesie Chojniki, gdzie ich zabijano? O tym, gdzie mieszkali i jak żyli? O ich nazwiskach?
– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy – upiera się Janusz. Oni nie mówili, on nie pytał. W szkole nie uczyli o żydowskich sprawach. I bardzo dobrze, bo polska szkoła ma uczyć o polskich sprawach, a nie żydowskich.

Pęknięte serce zegara

Mordechaj Canin, dziennikarz mieszkający wtedy w Palestynie i piszący reportaże w języku jidysz, w latach 1945––1947 odbył kilka podróży do Polski. Pochodził z Sokołowa Podlaskiego, właściwie nosił nazwisko Cukierman, ale przybrał pseudonim literacki Canin. W Kosowie Lackim, udając angielskiego dziennikarza, wchodził do domów i mieszkań, wiedząc, że są „pożydowskie”, bo cały Kosów był „pożydowski”. W jednym z mieszkań dostrzegł wiszący na ścianie stary zegar z ciężarkami.
„Zegar też jest żydowski” – ocenił Canin. – „Stary żydowski zegar, który w długie noce towarzyszył jakiemuś pobożnemu Żydowi w studiowaniu kart Gemary (…). Zegar stoi, małe ciężarki na łańcuchu zwisają jak martwe ręce zawieszone w pustce. Małe krótkie wahadło zwisa niczym język wisielca. Wskazówki na martwym cyferblacie wskazują za kwadrans dwunastą. Życie zamarło za piętnaście dwunasta. Kto wie, może zegar stanął właśnie wtedy, gdy latem 1942 roku wyprowadzano Żydów z Kosowa? Może wtedy pękło serce zegara?”.
Polka, mieszkanka pożydowskiego domu, tłumaczy Caninowi, że zegara nie ma kto naprawić, bo w Kosowie i okolicznych miastach nie ma żadnego zegarmistrza. Zegarmistrzami byli Żydzi, a ich przecież Niemcy wymordowali.
Pomyślałem, że ten, kto pod Szczuczynem wywiesił czarny baner z białymi literkami, aby krzyczeć kierowcom aut pędzącym drogą krajową 61, że z powodu roszczeń żydowskich zagrożona jest niepodległość Polski, być może mieszka w domu należącym kiedyś do rodziny żydowskiej. Być może ma na ścianie zabytkowy zegar z ciężarkami. Dom odziedziczył po ojcu, a ten po swoim ojcu, który zajął go jesienią 1941 roku, kiedy poprzedni właściciele znikli z tego świata. I autor słów na banerze w gruncie rzeczy wie doskonale, że to nie o niepodległość ojczyzny toczy się gra, ale o jego święty spokój. Boi się nie o Polskę, ale o siebie, bo nie wie, co odpowiedzieć, kiedy ktoś przyjdzie i zapyta o ten zegar i o ten dom.
Szlak żydowskich śmierci na wschodnim Mazowszu, Podlasiu, Podkarpaciu czy w Małopolsce, gdzie sprawcami byli nie tylko Niemcy, ale też, a czasem przede wszystkim, Polacy, opisano w wielu książkach historycznych i reporterskich. Wiadomo, kto zabijał i w jaki sposób. Odtworzono szczegóły, zbrodnie udokumentowano w sposób bezdyskusyjny. Ale na ogół nie skupiano się na kwestiach tak zwanego pożydowskiego mienia. Wspominano czasem o konkretnych domach, młynach czy sklepach, które przejęli po Żydach ich polscy sąsiedzi, ale bez wchodzenia w detale.
W kryminologii znana jest zasada, że sprawcą przestępstwa jest przeważnie ten, kto odniósł korzyść. Kto odniósł korzyść, uczestnicząc w rzezi na Żydach dokonanej polskim rękami?

Białoruska Żydówka i Polak prawdziwy

W połowie 2021 roku ponownie jadę drogą numer 61. Koło Szczuczyna wciąż wisi baner straszący ustawą 447. Zjeżdżam z szosy na pobocze. Za płotem stoją ogrodowe figury, obok napis: „Wyprzedaż”. Przy nieotynkowanym budynku krząta się szczupła kobieta, na oko czterdziestoletnia. Pytam o krasnale, a ona zachwala nimfy ogrodowe odlane z betonu, solidne. – Idealnie pasują do każdej fontanny i tanie są, sto dwadzieścia złotych za sztukę – reklamuje towar. Kiedy mówi, zmiękcza końcówki ze wschodnim zaśpiewem.
– Pan się przysłuchuje, jak mówię. Pochodzę z Białorusi, do Polski przyjechałam dwadzieścia lat temu, języka się nauczyłam, ale akcent pozostał. Mam na imię Olga. – Uśmiecha się życzliwie.
Pytam o baner przy szosie, kto go tam umieścił i o co chodzi w tym napisie. Pani Olga znowu uśmiecha się łagodnie i opowiada o mężu, a właściwie już byłym mężu. Powiesił baner i co pewien czas przyjeżdża sprawdzać, czy wciąż wisi. Dom i ozdoby do ogrodów też należą do niego. Ona tu tylko mieszka z dzieckiem, bo były mąż łaskawie się zgodził. W zamian sprzedaje figury ogrodowe i zarobek przekazuje jemu. On sam pochodzi spod Grajewa, ale mieszka w innym powiecie. Buduje tam kolejny dom.
– Ja te jego domy nazywam śmietnikami – oznajmia pani Olga. – Budowane byle jak, niewykończone. Ten na przykład to budynek gospodarczy. Aby przekształcić go w mieszkalny, trzeba sporo zainwestować.
A w ogóle, to tu wszystko jest na sprzedaż. Krasnale, dom i działka. Kawał ziemi, cztery hektary z kawałkiem lasu. Jaka cena?
– Kiedyś chciał milion złotych, ale to za drogo, nikt tyle nie da. Ziemia marna, sam piach, dom ruina, niewarte miliona. – Pani Olga raczej do kupna nie zachęca, ujawnia ukryte wady chętnie i nawet niepytana. Łatwo to zrozumieć, dopóki niesprzedane, ona z dzieckiem mają dach nad głową. Uspokajam ją, że kupić nie zamierzam.
Ten baner wywiesił po powrocie ze Stanów. Pracował tam u żydowskiego przedsiębiorcy, zarobił, jak mówi pani Olga, kupę pieniędzy. Teraz buduje za nie swoje „śmietniki”. I w tej Ameryce mu się jakoś z głową porobiło. Po powrocie nic, tylko że uchwalili tę ustawę i teraz przyjdą Żydzi, i będą odbierać.
– Mówię mu: „Co ci odbiorą, śmietników nawet za darmo nikt nie weźmie” – opowiada pani Olga. – A on swoje: „Odbiorą domy i niepodległość ojczyzny”. Rozpolitykował się. Zbiera się z innymi, co myślą podobnie, i straszą się nawzajem, że Żydzi rozbiorą Polskę.
Zapytała go, co ma do tych Żydów. Amerykański Żyd dał mu zarobić, uczciwie płacił. Nie lubię ich, odrzekł. A mnie też nie lubisz? – spytała pani Olga, która ma żydowskie korzenie. Ciebie lubię, powiedział.
– Ale ja przestałam go lubić – wyznaje pani Olga. – Wytrzymałam z nim trzy lata małżeństwa i starczy. Dziwny człowiek, ciężki do życia.
Na Białorusi skończyła technikum, jest technologiem żywienia.
– Kucharka wykwalifikowana. – Śmieje się. – Otworzyłabym jakiś lokal z dobrą kuchnią, ale nie na Podlasiu. Gdzieś trzeba się przenieść.
Co złego jest w Podlasiu? Nic złego, okolice piękne, lesiste. Ale co ma tutaj robić Żydówka z Białorusi zdana na łaskę i niełaskę byłego męża, prawdziwego Polaka nienawidzącego Żydów, którzy zaraz sięgną po swoje domy, place i zegary i zabiorą Polsce niepodległość?

Ucieczka, bo trwa polowanie

Na Podlasiu Żydów już nie ma. Pozostała po nich krucha pamięć, kilka muzeów, kilka zdewastowanych synagog i jedna pokazowo odrestaurowana w Tykocinie.
Część domów, w których mieszkali, przetrwała. Należą do polskich właścicieli, a oni nie mają pojęcia, kto żył tu przed nimi. Przynajmniej tak mówią.
Po takim wyczyszczonym z pamięci Podlasiu i wschodnim Mazowszu podróżuję od dobrych kilku miesięcy, ale wybucha pandemia COVID-19 i podróże stają się trudniejsze.
A potem do Polski rusza fala uchodźców, którzy forsują granicę od strony Białorusi. To uciekinierzy z Iraku, Syrii, Afganistanu, Jemenu, Konga, Somalii i Allah wie, skąd jeszcze. Rząd ogłasza stan wyjątkowy na terenach przygranicznych i wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Co i raz policyjne punkty kontroli. Po co pan jedzie? Do kogo? Proszę otworzyć bagażnik.
Oficjalne komunikaty: granice atakują nielegalni migranci. Z naciskiem na nielegalni. Straż Graniczna ostrzega mieszkańców przy granicy, aby o każdym nielegalnym natychmiast informować, nie udzielać pomocy, zamykać drzwi, pilnować stodół. Atmosfera gęstnieje, wzrasta poczucie zagrożenia i niechęć do obcych.
Mam wrażenie, że książka mi się sypie. Miałem zbierać materiały do reportażu o przeszłości, ale świat stanął na głowie i przeszłość powróciła. Ludzie o ciemnej karnacji za dnia kryją się po lasach i w łanach kukurydzy, nocami wędrują, a miejscowi, przynajmniej niemała ich część, pilnują, aby obcy nie skrył się w obejściu. W jednej z wiosek mieszkańcy poprosili sołtysa, aby zadbał o włączanie w nocy latarni. Chcieli widzieć, czy nikt się nie skrada.
Pewna kobieta zobaczyła przed domem bosą nielegalną. Dała jej ciepłe skarpety, a niech tam. I zawiadomiła Straż Graniczną. Przyjechali, wrzucili tę w skarpetach do samochodu i wywieźli do lasu, na granicę. Ta, która doniosła, miała dwie dusze. Jedną od ciepłych skarpet, która wie, że bosą trzeba odziać. I drugą od denuncjacji – nielegalnych trzeba zakapować.
Z perspektywy kamerki należącej do kierowcy kombajnu tnącego kukurydzę widać, jak z łanów podrywa się, niczym stado spłoszonych saren, grupa ludzi w ciemnych ubraniach, mężczyźni, kobiety i dzieci. Przerażeni gnają na oślep, aby dalej. Uciekają, bo trwa wielkie polowanie.
Przecież te same sceny opowiadała mi kilkanaście lat temu Żydówka z Izraela uratowana przez rodzinę Gosków z podłomżyńskiej wsi Wyżyki. Przez niewyobrażalnie długie ponad dwa lata ukrywała się wraz z innymi w schowku pod chlewem.
Helena Gosk wspominała, że poszła kiedyś do chlewika, a tam rzucił jej się do stóp Żyd o nazwisku Nachman. Znała go. Przyjęła wraz z mężem jeszcze ośmioro innych, w tym wspomnianą Żydówkę, która po wojnie wyjechała na zawsze do Izraela. Nikt z sąsiadów nie mógł się dowiedzieć, Goskowie bardzo o to dbali. A potem zbliżał się front, Niemcy przeszukiwali domy, tropiąc sowieckich agentów, i zrobiło się niebezpiecznie. Żydzi z chlewika uciekli na pobliskie pola, aby w zbożu doczekać na Ruskich.
– Siedzieliśmy tam jak myszy – opowiadała odnaleziona po latach w Izraelu starsza, nobliwa pani. – Wstawaliśmy tylko w nocy, aby się rozprostować. Jedliśmy niedojrzałe ziarna. Cudem przetrwaliśmy.
Długo po wojnie, kiedy wieś dowiedziała się, że Gosków nagrodzono medalami „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, ich małego synka w szkole zaczęto przezywać Mośkiem.
W 2001 roku uczestniczyłem w realizacji filmu dokumentalnego „W poszukiwaniu utraconych lat” – o przełamywaniu stereotypów w postrzeganiu wzajemnych relacji między licealistami polskimi i izraelskimi. Młodzież z liceum przy izraelskim kibucu ekipa filmowa przywiozła do wsi Wyżyki, do gospodarstwa Gosków. Początkowo wydawali się znudzeni na zasadzie: co to nas obchodzi. Ale kiedy Helena Gosk snuła opowieść o Żydach, których wraz z mężem Mieczysławem uratowali podczas wojny, młodzi Izraelczycy zaczęli słuchać. Pani Helena mówiła spokojnie, bez najmniejszej egzaltacji. Opowiadała o technologii ukrywania ludzi, o codziennym odgarnianiu gnoju w chlewiku, aby dogrzebać się do tajemnych desek, pod nimi w wykopanym dole siedzieli ludzie, którym trzeba było podać jedzenie. Ona czuwała, czy ktoś nie nadchodzi, mąż wsuwał pod deski garnek z ziemniakami i mleko w kance.
Im dłużej pani Helena opowiadała, tym bardziej licealistów z kibucu pochłaniała ta na pozór beznamiętna i sucha relacja. Siedzieli w bezruchu, jakby nagle zastygli na widok czegoś nie do ogarnięcia przez rozum, a wyłącznie przez zmysły. Dziewczynom kręciły się łzy w oczach, chłopcy starali się kryć ze wzruszeniem.
Kiedy Helena Gosk skończyła mówić, izraelskie dzieciaki rzuciły się na nią, płacząc i pokrzykując. Obcałowywana gospodyni tuliła ich do siebie i też płakała. Wszyscy płakaliśmy, cała ekipa, bo tylko tak można było dać upust emocjom. Potem pani Helena powiedziała mi, że ta chwila z izraelską młodzieżą i ich reakcja były dla niej największą nagrodą za to, co kiedyś uczyniła. Większą od medalu przyznanego przez Yad Vashem. Z medalem musiała się kryć, a teraz już lęk, że inni się dowiedzą, minął. A co tam, niech wiedzą.
Było to krótko po ujawnieniu zbrodni w Jedwabnem. Wieś Wyżyki dzieli od Jedwabnego kilkadziesiąt kilometrów, może godzina jazdy samochodem.

Rozdział II

O OSTATECZNYCH ROZWIĄZANIACH

Podlasie, wieś Stare Masiewo pod koniec października 2021 roku. Strefa stanu wyjątkowego. Nie ujawnię, jakim sposobem wjechaliśmy do strefy (ja i Krystyna Zdziechowska, lekarka i aktywistka). Z okien domu naszej znajomej widać zwoje drutu żyletkowego na granicy z Białorusią. Dostajemy wiadomość, że do chaty pod wynajem należącej do leśniczego weszła grupa Kurdów irackich. Dziewięć osób: kobiety, mężczyźni, dwóch nastoletnich chłopców. Jedna z kobiet jest w zaawansowanej ciąży. Chcieli się ogrzać w pustym domu, ale leśniczy ich nakrył i wezwał Straż Graniczną.
Kiedy podeszliśmy, rodzina Kurdów stała przy drodze otoczona przez strażników wyposażonych w długą broń. Uchodźcy byli przerażeni, kobiety zawodziły, chłopcy płakali. Obraz nieszczęścia, przemarznięci, głodni, w brudnych ubraniach. Tak wyglądają ludzie po wielodniowej wędrówce przez puszczę. Nikt z tej grupy nie znał angielskiego. Zatelefonowałem do znajomego lekarza ze szpitala w Bielsku Podlaskim, Kurda, który w Polsce mieszka od kilkudziesięciu lat. Poprosiłem, żeby spytał, czy Kurdowie chcą, aby Polska objęła ich ochroną międzynarodową. Włączyłem w telefonie funkcję głośnomówiącą. Kurdowie wypowiedzieli stosowną formułę i dodatkowo, że czynią mnie i Krysię swoimi pełnomocnikami. Lekarz przetłumaczył ich słowa. Strażnicy wszystko doskonale słyszeli. Oświadczyli, że zabiorą tych ludzi do placówki SG w Narewce i tam rozpocznie się procedura sprawdzająca.
Załadowali Kurdów do dwóch pojazdów i ruszyli w kierunku Narewki. Pojechaliśmy za nimi, ale na kilka minut zatrzymali nas policjanci z punktu kontrolnego. Kiedy dojechaliśmy do Narewki, na parkingu przed placówką SG nie było samochodów, które widzieliśmy w Starym Masiewie. Dyżurny strażnik powiedział, że w ostatnich godzinach nikogo tu nie przywieziono.
Było jasne, że funkcjonariusze nas perfidnie oszukali. Zaraz po wyjeździe ze Starego Masiewa skręcili w las i skierowali się do granicy.
Rzeczniczka prasowa Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej długo zwlekała z odpowiedzią na proste pytanie – co się stało z kurdyjską rodziną zatrzymaną w Starym Masiewie? Dopiero po kilku dniach wysłała do mnie maila następującej treści: „Jeśli chodzi o tę grupę cudzoziemców, to wszyscy deklarowali chęć wyjazdu do Niemiec. Zastosowano procedury z rozporządzenia MSWiA”. I dalej, że te osoby zawrócono do linii granicy państwowej, czyli wypchnięto z Polski.
Napisałem pani rzeczniczce: „Przecież to kłamstwo!!! W mojej obecności i na oczach strażników granicznych zadeklarowali chęć pozostania w Polsce i ubiegania się o ochronę międzynarodową. Ich prośba została nagrana. Kto panią zmusza do kłamania albo kto panią okłamuje? Kobietę w zaawansowanej ciąży przepychać przez pas graniczny, w nocy, w ciemnym lesie? Przecież to draństwo, które wymaga kary!!!”.
Nie odpowiedziała.
Do dzisiaj na wspomnienie tego zdarzenia odczuwam wściekłość i bezsilność. A przede wszystkim wstyd. Wstydzę się, że moje państwo robi piekło na ziemi ludziom uciekającym z innego piekła. Że urzędnicy mojego państwa kłamią w żywe oczy, że funkcjonariusze SG bez wahania wykonują nieludzkie rozkazy i że niektórzy z nich, co widziałem na własne oczy, czerpią z tego sadystyczną przyjemność.
Złożyliśmy doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy. Po kilku tygodniach dostaliśmy zawiadomienie o odmowie wszczęcia postępowania z powody braku znamion czynu zabronionego. Straż Graniczna nie łamie prawa, wywożąc w zimną noc bezbronnych, wygłodzonych ludzi, w tym dzieci i kobietę w ciąży, do ciemnego lasu i narażając ich na śmierć.

Prawda i pudrowanie

Szymon Datner uciekł z białostockiego getta i walczył w żydowskim oddziale partyzanckim. Po wojnie stał przez wiele lat na czele Żydowskiego Instytutu Historycznego. Oszacował, że podczas hitlerowskiej okupacji życie straciło około dwustu pięćdziesięciu tysięcy żydowskich mieszkańców województwa białostockiego. Według danych spisu powszechnego z 1931 roku osób deklarujących wyznanie mojżeszowe mieszkało w tym regionie około stu osiemdziesięciu tysięcy, ale po przejęciu we wrześniu 1939 roku administracji w okręgu białostockim przez władze sowieckie szukali tutaj schronienia uciekinierzy żydowscy z innych regionów okupowanej przez Niemców Polski. Datner oceniał, że po 22 czerwca 1941 roku, kiedy ponownie wkroczyli tu Niemcy, na terenie Białostocczyzny przebywać mogło od dwustu pięćdziesięciu do trzystu tysięcy osób narodowości żydowskiej. Kilkuset Żydów uratowało się w ukryciu u Polaków, niektórzy, jak on sam, walczyli w oddziałach partyzanckich, żydowskich i radzieckich. Można przyjąć, bo brak dokładnych danych, że zabito w tej części Polski ponad dziewięćdziesiąt pięć procent populacji żydowskiej. Ginęli rozstrzeliwani w pobliżu miejsc zamieszkania, w gettach podczas akcji likwidacyjnej i w komorach gazowych w obozach zagłady w Treblince, Majdanku, Sobiborze, Bełżcu i w Auschwitz.
Szymon Datner zmarł w 1988 roku. Po publikacji w 2000 roku książki Jana Tomasza Grossa o rzezi Żydów w Jedwabnem dokonanej rękoma polskich sąsiadów przeciwnicy tej wersji przywołali Datnera jako historyka, do tego żydowskiego, który zaprzeczał polskiemu sprawstwu. Nagle Datner stał się ikoną antysemitów, miał według nich dać świadectwo prawdzie. Powoływali się na jego artykuł z 1966 roku opublikowany w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego „Eksterminacja ludności żydowskiej w okręgu białostockim”, gdzie Datner pisał o kierowniczej roli Niemców w serii masowych zabójstw dokonanych zaraz po wybuchu wojny z ZSRR, latem 1941 roku, na terenie Bezirk Bialystok.
Oto cytat z jego artykułu, który rozgrzał negacjonistów do czerwoności: „Pierwsze masowe zbrodnie na ludności żydowskiej były w większości przypadków najprawdopodobniej dziełem tzw. »grup operacyjnych« (Einsatzgruppen – przyp. aut.). (…) Oddziały te kroczyły tuż za regularnymi formacjami wojskowymi, operując na ściśle określonych obszarach, przydzielonych im przez kierownictwo wojskowe. Dopuszczały się one na własną rękę zbrodni całkowitego lub częściowego wyniszczenia skupisk żydowskich”.
W 1946 roku w publikacji o zagładzie Żydów białostockich Szymon Datner na podstawie relacji dwóch Żydów ocalałych z rzezi, oceniał, że zbrodni w Jedwabnem dokonali Polacy, a rola Niemców sprowadzała się do inspiracji. Dlaczego dwadzieścia lat później zmienił zdanie? Otóż zdania nie zmienił, a jedynie przypudrował nieco swoje własne ustalenia. Trzeba pamiętać, że w 1966 roku atmosfera w Polsce gęstniała. Zbliżała się kampania antysemicka, polscy Żydzi już przeczuwali, co niebawem nastąpi. W publikacjach podważających udział polskich sąsiadów w zbrodniach w Jedwabnem, Radziłowie i innych miejscowościach dzisiejszego województwa podlaskiego cytowany jest jedynie powyższy fragment z artykułu Datnera. Pomija się to, co napisał dalej: „Często działały przy pomocy »tubylczych« formacji policyjnych, zorganizowanych spośród miejscowych zdrajców, faszystów, degeneratów lub kryminalistów. Niekiedy, grając na najniższych instynktach, oddziały te organizowały wybuchy »gniewu ludu«, dostarczając przy tym broń, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi. (…) W sporadycznych przypadkach miejscowe szumowiny i elementy kryminalne dały się użyć do roli niemieckich pachołków katowskich”.
Szymon Datner opowiada w swoich pracach o metodach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Nie wspomina jednak, że ustalenia, jak przeprowadzić Endlösung der Judenfrage, zapadły w berlińskiej willi przy Grosser Wannsee, nad urokliwym jeziorem. Mordowano już wcześniej, ale w Wannsee nadano ludobójstwu ramy prawne.

Ewakuacja, czyli likwidacja

Podczas konferencji w Wannsee w styczniu 1942 roku hitlerowscy dygnitarze: urzędnicy, funkcjonariusze służb, prawnicy z kilku resortów pod kierownictwem Reinharda Heydricha, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i zastępcy protektora Czech i Moraw, głowili się, jak ostatecznie rozwiązać kwestię żydowską. Głównie rozważali, jak nazwać cel planowanej operacji. Nie pasowały im określenia „likwidacja” ani „eksterminacja”. Mówili o planowanej zagładzie, ale szukali czegoś bardziej eufemistycznego, nieoddającego wprost istoty rzeczy, bo jednak obawiali się, że ktoś kiedyś zarzuci im kierowniczy udział w masowej zbrodni. W końcu zgodzili się, że najlepszą nazwą będzie „ewakuacja”.
Ta ewakuacja miała dotyczyć ponad jedenastu milionów europejskich Żydów. I tych z podbitych już krajów, i tych, którzy byli obywatelami krajów jeszcze niepokonanych. Żydzi to podludzie – co do tego wśród naradzających się panowała jednomyślność. Wątpliwości budziła jedynie klasyfikacja podludzi. Czy owoce związku Niemca z Żydówką są bardziej żydowskie, czy niemieckie? Czy małżeństwo Żyda lub Żydówki z Niemcem lub Niemką ma być rozwiązane rozwodem, co może sparaliżować pracę sądów cywilnych i wydłużyć procedurę ewakuacji, czy też unieważnione z mocy prawa na podstawie dekretu? Tu się trochę pospierano, ale Reinhard Heydrich uciął dyskusję, to na razie nieistotne. Należy skupić się na ostatecznym rozwiązaniu, bo takie jest oczekiwanie polityczne. Żydzi jako podludzie są obciążeniem dla Rzeszy. Kraj prowadzący wojnę na wielu frontach nie może zajmować się karmieniem podludzi, to zbyt kosztowne. Długotrwałe trzymanie Żydów w gettach grozi wybuchem epidemii tyfusu, cholery i innych chorób, a ta może zakazić Aryjczyków. A więc ewakuacja to jedyna metoda.
To w Wannsee po raz pierwszy ogłoszono, że najbardziej efektywnym sposobem ewakuacji będą komory gazowe. Można w nich osiągnąć nieprawdopodobną wydajność – nawet sześćdziesiąt tysięcy zagazowanych osób na dobę. Genialny wynalazek, zachwycali się dygnitarze.
Rozmawiali otwartym językiem. Heydrich i Adolf Eichmann, odpowiedzialny za przebieg ostatecznego rozwiązania (Endlösung der Judenfrage), zapewnili uczestników spotkania, że nic, co zostanie powiedziane w Wannsee, nie wycieknie na zewnątrz. Co prawda treści wypowiadane podczas narady są zapisywane przez stenotypistę, ale po zakończeniu konferencji Eichmann osobiście zredaguje raport dla władz Rzeszy, a stenogram własnoręcznie zniszczy. Raport w kilkunastu egzemplarzach trafi do najważniejszych osób w Rzeszy. Po przeczytaniu oni też go zniszczą, nic nie może trafić do archiwów. Ale wszystkiego nie da się przewidzieć.
Jeden z uczestników spotkania, Martin Luther, doradca ministra spraw zagranicznych Rzeszy Joachima von Ribbentropa, dostarczył mu protokół, ale prawdopodobnie na własną rękę zrobił z niego odpis, który włożył do teczki z dokumentacją ministerialną. W 1947 roku w archiwach ministerstwa spraw zagranicznych III Rzeszy Amerykanie odnaleźli protokół z konferencji w Wannsee, jedyny, jaki się zachował. Dzięki temu przebieg i ustalenia tajnej narady po latach stały się jawne.

Kto naprawdę jest nazistą

Historia zatacza przedziwne koła, powracają upiory z przeszłości. 24 lutego 2022 roku Rosja przystąpiła do ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej. Władimir Putin, rzucając na Ukrainę swoją armię, użył podobnego sformułowania: rozwiązanie problemu z Ukrainą. Podał powód – trzeba skończyć z faszystami i antysemitami.
Trzy tygodnie po rozpoczęciu rosyjskiej napaści rozmawiałem z Josifem Zisselsem, mieszkańcem Kijowa, dysydentem z czasów ZSRR skazanym na sześć lat łagru. Josif jest przewodniczącym największego w Europie Wschodniej stowarzyszenia zrzeszającego większość organizacji żydowskich w Ukrainie. Od lat zajmuje się badaniem przypadków antysemityzmu w Ukrainie i w innych krajach europejskich.
W czasie trwającej wojny siedemdziesięciosześcioletni Zissels zgłosił się do jednostek obrony terytorialnej, bo też chciał bronić ukraińskiej ojczyzny.
Rozmawialiśmy za pośrednictwem internetowego komunikatora, on siedział w swoim kijowskim mieszkaniu, we własnym gabinecie. W tym czasie na stolicę Ukrainy spadały bomby i pociski rakietowe, ale Josif oświadczył, że podczas alarmów nie schodzi do schronu, raz spróbował i postanowił więcej tego nie robić.
– Stowarzyszenie założyliśmy w 1991 roku, pod koniec ZSRR. Według moich szacunków mniejszość żydowska w Ukrainie liczy około dwustu pięćdziesięciu tysięcy osób – opowiadał. – Skalę tutejszego antysemityzmu badaliśmy przez lata, tym się między innymi zajmowałem naukowo. W 1990 roku stworzyłem pierwszą sieć na cały ZSRR, która badała przypadki antysemityzmu. Współpracowałem z Wiaczesławem Lichaczowem, autorytetem w tej dziedzinie.
Badali – i robią to nadal – skalę miejscowego antysemityzmu, porównując z krajami na zachód i na wschód od Ukrainy.
– W Ukrainie wskaźnik przejawów antysemityzmu jest jednym z najniższych w zestawieniu nie tylko ze wschodem, ale też cywilizowanymi krajami Europy Zachodniej – podkreślał Zissels. W Ukrainie w ciągu trzech lat (2018–2020) nie było żadnego przypadku napaści fizycznej z powodu nienawiści rasowej do Żydów. W 2021 roku zdarzyło się sześć przypadków wandalizmu: antysemickie napisy, profanacja świątyń czy cmentarzy. W Czechach w tym czasie było sto dwadzieścia takich incydentów. We Francji, w Niemczech, w Belgii, w Wielkiej Brytanii od sześciuset do dwóch tysięcy. – No i w końcu Ukraińcy wybrali na prezydenta człowieka o żydowskich korzeniach, to dowód, że w moim kraju nie ma istotnych uprzedzeń rasowych – oświadczył Josif.
Putin, rzucając hasło o walce z antysemityzmem i nazizmem, szukał pretekstu do wojny. Według Zisselsa kłamał od pierwszego do ostatniego słowa, korzystając ze stereotypów. Dla większości mieszkańców Europy słowo nazizm zapala ostrzegawczą lampkę. Ale propaganda to tylko słowa. Josif jest na tyle doświadczony, że ufa nie słowom, ale czynom. Teraz, kiedy trwa wojna na pełną skalę, łatwo dostrzec, kto naprawdę jest nazistą. Kto zabija ludność cywilną, kto burzy miasta, tak jak Hitler zburzył Warszawę. Symbolem rosyjskiego bestialstwa jest zbombardowanie teatru w Mariupolu, gdzie nie było wojska, ale rodziny z dziećmi (rozmawialiśmy przed ujawnieniem masakry w Buczy, Irpieniu i innych miejscowościach, z których wyparto rosyjskie wojska). Z Mariupola, Chersonia, Sum czy Charkowa wywieźli w głąb Rosji dziesiątki tysięcy obywateli Ukrainy. Tymczasem w kijowskim parlamencie przez pierwsze trzy tygodnie wojny nadal funkcjonowały prorosyjskie partie, dopiero potem zakazano im działalności. To z kolei wywołało ożywioną dyskusję, czy ten zakaz nie jest przypadkiem naruszeniem praw człowieka. Josif mówi o tym wszystkim, aby pokazać, gdzie jest kłamstwo, gdzie prawda, gdzie jest nazizm, a gdzie antynazizm. Dla niego to jest jasne od pięćdziesięciu lat, ale świat dopiero teraz i bardzo powoli zaczyna to dostrzegać.
W czasie Majdanu w 2014 roku obok siebie protestowały sotnia żydowska i sotnia nacjonalistów zwana Prawym Sektorem.
– Znam Żydów, którzy byli i są nadal w sotni żydowskiej – mówił Josif. – Prawy Sektor to marginalne zjawisko i sztuczny projekt. Członkami Prawego Sektora byli młodzi radykałowie. Kiedy po Majdanie wybuchła wojna w Donbasie, sotnia żydowska i Prawy Sektor razem poszli na front. W 2014 roku pułk Azow, który teraz broni Mariupola, składał się z Żydów i „radykałów” z Prawego Sektora, walczących razem. Dowódca sotni żydowskiej powiedział mi, że swoich „nacyków” – tak zdrobniale nazywają nacjonalistów – obrażać nie pozwolą. Nasza wspólna walka z rosyjskim agresorem zaprzecza wielu stereotypom.

Ostateczne rozwiązania

Być może, podobnie jak naziści w Wannsee, Putin i jego świta spotkali się jakiś czas temu w rządowym pałacyku ukrytym przed oczami świata i tam naradzali się, jak rozwiązać kwestię ukraińską. Jakich użyć haseł propagandowych, jak wytłumaczyć potrzebę wojny. Jaką przyjąć taktykę i strategię.
Ludność cywilną rozstrzeliwać, dla zastraszenia. Kobiety gwałcić. Miasta równać z ziemią. A wszystko, aby wypalić do korzeni ukraińskie ambicje narodowe. Nie będzie już Ukrainy, powstanie Wielka Rosja.
Kiedy wybuchła wojna przez polsko-ukraińską granicę ruszyli uchodźcy, głównie kobiety z dziećmi. Setki, tysiące, miliony. I, o dziwo, polski rząd okazał im serce. O dziwo, bo kilka lat temu, kiedy Europa głowiła się, jak rozlokować tysiące uchodźców z krajów arabskich i Afryki, ten sam rząd twardo powiedział: Polska nie przyjmie ani jednego człowieka o śniadej skórze i innym niż katolickie wyznaniu.
Teraz szybko ustanowiono prawo, na mocy którego uciekinierzy z Ukrainy dostali numery PESEL, prawo do pobytu, opieki zdrowotnej, podjęcia pracy, zapomogi na dzieci. Polacy otworzyli dla nich serca i własne domy. I zapanowała powszechna radość, że świat docenia poświęcenie Polski.
W tym samym czasie szczelnie domykano wrota na granicy z Białorusią. Trwała budowa zapory, zwanej murem, niszczono przy okazji Białowieski Park Narodowy. Wciąż obowiązywał zakaz wstępu do strefy nadgranicznej. Do Polski próbowali się przedostawać uchodźcy z Iraku (Kurdowie), Syryjczycy, obywatele Jemenu, Afganistanu i kilku afrykańskich krajów. Też uciekali przed wojną, prześladowaniami i złym losem. W sumie od sierpnia 2021 roku granicę próbowało przekroczyć kilka tysięcy osób, przekonanych, że Europa stoi dla nich otworem, ale nie powiedziano im, że na drodze do wolnego europejskiego świata natrafią na przeszkodę prawie nie do pokonania, czyli na Polskę.
Tylko nielicznym, dzięki aktywistom pomagającym im w nadgranicznych lasach, udało się uzyskać status osoby objętej przez Polskę ochroną międzynarodową. Większość wyłapywała Straż Graniczna i łamiąc prawo, wyrzucała ich siłą na teren Białorusi. Ten proceder, nazwany push-backiem, w chwili kiedy piszę te słowa, nadal trwa w najlepsze.
Trudno zrozumieć, dlaczego Polska bez zmrużenia oka przyjęła ponad pięć milionów uchodźców z Ukrainy, a tak zaciekle broniła się przed zaledwie kilkoma tysiącami nieszczęśników z innych części świata.
Załóżmy, że zawsze odbywa się to podobnie. W styczniu 1942 roku odbyła się konferencja w Wannsee – ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Osiemdziesiąt lat później sztabowcy Putina na tajnej naradzie głowili się, jak rozwiązać kwestię ukraińską. I w podobnym czasie, dajmy na to 18 sierpnia 2021 roku, a może dzień później, w gmachu polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, w tajnej kancelarii, spotkali się urzędnicy i prawnicy resortowi, przedstawiciele Biura Prawnego Straży Granicznej, ważny urzędnik z KPRM, ktoś przysłany z Nowogrodzkiej i zapewne przedstawiciel Kancelarii Prezydenta. Naradę prowadził wiceminister spraw wewnętrznych.
Zastanawiano się, jak skutecznie oszukać prawo, aby ostatecznie rozwiązać kwestię uchodźców wędrujących przez Białoruś. To wtedy wymyślono stan wyjątkowy na obszarze przygranicznym, bo nie powinno być świadków, a szczególnie dziennikarzy. I skonstruowano krajowe przepisy o push-backach. Poddany im mógł być każdy: mężczyzna, kobieta, starzec i dziecko. Kto zostanie złapany po polskiej stronie, będzie wywieziony, jak to określono: „na linię granicy”. Bez decyzji sądu, bez odwołania. Wykonawcami mianowano funkcjonariuszy Straży Granicznej. Zapewniono im pełną bezkarność.
Protokołu z tej narady jeszcze nie odnaleziono.

Klisze z przeszłości i teraźniejszości

Obrazy nakładają się na siebie. Szukam na Podlasiu śladów po Żydach, a natykam się na Kurdów, których mój kraj wyjął spod prawa, tak jak hitlerowska III Rzesza wyjęła spod prawa Żydów. Szukam historii o losach majątków żydowskich i o powodach, dla których żydowska społeczność została ukryta w mrokach niepamięci, a przed oczami przesuwają mi się kadry z bombardowanych miast w Ukrainie. Zrujnowane domy, zniszczony dorobek życia milionów Ukraińców.
Wszystko dzieje się tak, jakby na świecie istniało prawie wyłącznie zło. I tego wrażenia nie zaciera nawet fakt, że tak wielu Polaków rzuciło się, aby pomagać uchodźczyniom z Ukrainy. Ale Żydów podczas wojny ratowali tylko nieliczni Polacy. No dobrze, groziła za to śmierć, strach można zrozumieć, nikt z nas nie wie, jak sam by się wtedy zachował, czy znalazłby w sobie wystarczająco wiele odwagi. I druga strona medalu – nie pomagali, bo się bali, ale dlaczego donosili na Żydów, byli szmalcownikami, a czasem sami zabijali?
W lesie przy białoruskiej granicy tylko garstka aktywistów pomaga Kurdom z Syrii i Iraku, uciekinierom z Afganistanu i Jemenu. Większość pozostaje obojętna, a niektórzy za swój obowiązek uważają donoszenie Straży Granicznej o napotkanych uchodźcach. Tak jak kiedyś donoszono na ukrywających się Żydów.
Ostateczne rozwiązania kwestii żydowskiej w III Rzeszy, kwestii ukraińskiej w putinowskiej Rosji i kwestii tak zwanych nielegalnych uchodźców w Polsce pod rządami katolickiej prawicy nie byłyby możliwe bez społecznego przyzwolenia, bez nastroju specyficznej aprobaty. Polacy chętnie pomagają Ukraińcom, bo to przecież chrześcijanie, a do tego dusze słowiańskie. Ludzie o śniadej karnacji, w większości muzułmanie, to element dla polskiego patrioty katolika całkowicie obcy, niechciany. Tak jak Żydzi, chociaż byli obywatelami Rzeczypospolitej, to nie z polskiej krwi i polskiej kości – w gruncie rzeczy obcy. I ta pogarda, tu ciapaci, tam żydki.
Klisze z przeszłości i klisze z teraźniejszości – nic się nie zmieniło.

 
Wesprzyj nas