Peter Zeihan, posługując się geografią jako analitycznym punktem wyjścia, wyjaśnia, dlaczego narody zachowują się dzisiaj tak, a nie inaczej, i ze zdumiewającą dokładnością przewiduje, jak będą się zachowywały jutro.


Obraz nadchodzącego świata, w którym o żywność czy energię toczyć się będą prawdziwe bitwy…

Rok 2019 był ostatnim bardzo pomyślnym rokiem dla światowej gospodarki. Od pokoleń wszystko staje się coraz szybsze, lepsze i tańsze. Światowe łańcuchy dostaw, zintegrowane międzynarodowe rynki energetyczne i finansowe, innowacyjne branże gospodarki – wszystko to umożliwiły przede wszystkim Stany Zjednoczone.

Dzięki globalnemu systemowi handlowemu pod kierunkiem Amerykanów miliardy ludzi mają co jeść i mogą uzyskać wykształcenie. Jednak wszystko to było sztuczne i tymczasowe. Ameryka straciła właśnie zainteresowanie podtrzymywaniem tego systemu przy życiu.

W naszym oplecionym siecią wzajemnych powiązań świecie niedługo zmieni się wszystko – jak produkujemy towary, jak uprawiamy ziemię, jak pozyskujemy elektryczność, jak przewozimy kupowane dobra i jak za nie płacimy. Jakiś świat się kończy. Jakiś świat się zaczyna.

***

Nigdy nie podchodziłem tak optymistycznie do perspektywy końca świata. Książka jest oparta na gruntownych badaniach i przekonujących argumentach, a także znakomicie napisana. Zeihan łączy wątki zaczerpnięte z ekonomii, demografii i historii, co daje w wyniku oryginalną, ale intuicyjnie zrozumiałą teorię geopolityki.
– Ian Bremmer, prezes Eurasia Group

Peter Zeihan
Koniec świata to dopiero początek
Scenariusz upadku globalizacji
Przekład: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 21 listopada 2023
 


Dedykacje sprawiają mi trudność, bo jestem… szczęściarzem.
Urodziłem się w odpowiednim kraju i odpowiedniej epoce, aby dorastać w poczuciu bezpieczeństwa.
Jestem dostatecznie stary, a zarazem dostatecznie młody, aby zdawać sobie sprawę, jakim błogosławieństwem było przejście od zimnowojennych procedur bezpieczeństwa do technologii 5G.
Nie zliczę, ilu miałem mentorów, co zawdzięczam tylko temu, że zechcieli wcielić się w tę rolę.
Uprawiam swoją dyscyplinę tylko dzięki moim poprzednikom, a przyszłość potrafię odczytywać tylko dzięki pytaniom, które mi zadają moi następcy.
Jak wiadomo, potrzeba całej wioski, aby wychować dziecko – bez wioski nie byłaby możliwa moja praca, a nawet całe moje życie.
Więc dziękuję.
Dziękuję wszystkim.
 

WPROWADZENIE

OKRES Z GRUBSZA ostatnich stu lat był swoistym blitzkriegiem postępu. Od konnej bryczki przez pociągi pasażerskie do rodzinnego samochodu i codziennych podróży lotniczych. Od liczydła przez maszyny liczące i kalkulatory do smartfonów. Od żelaza przez stal nierdzewną i stop aluminium z krzemem po szkło dotykowe. Od czekania na pszenicę przez zrywanie cytrusów i odbieranie od sklepikarza tabliczki czekolady po guacamole na żądanie.
Nasz świat stał się tańszy. I z pewnością lepszy. A już na pewno szybszy. A w ostatnich dekadach tempo zmian i osiągnięć jeszcze wzrosło. W ciągu zaledwie piętnastu lat uraczono nas ponad trzydziestoma coraz bardziej rozbudowanymi wersjami iPhone’a. Na samochody elektryczne usiłujemy się przestawić dziesięć razy szybciej, niż wprowadziliśmy tradycyjne silniki spalinowe. Laptop, na którym wystukuję ten tekst, ma więcej pamięci niż wszystkie komputery świata pod koniec lat sześćdziesiątych. Nie tak dawno wziąłem na swój dom kredyt refinansowy oprocentowany na zaledwie 2,5 procent (coś niewiarygodnego!).
W tym wszystkim nie chodzi tylko o przedmioty materialne, prędkość i pieniądze. W podobnym stopniu poprawiła się kondycja ludzka. Przy uwzględnieniu liczby ludności w ostatnich siedmiu dekadach w wyniku wojen, wypadków przy pracy, klęsk głodu i epidemii zginęło lub zmarło najmniej ludzi od zarania cywilizacji. Historycznie rzecz biorąc, żyje nam się wręcz zawstydzająco bogato i spokojnie. Te i inne ewolucje są ze sobą ściśle powiązane. Nie da się ich od siebie oddzielić. Tymczasem bardzo wielu ludzi ich nie zauważa.
Są czymś sztucznym. Żyjemy w idealnym momencie.
I moment ten właśnie przemija.
Świat już nigdy nie będzie lepszy niż za naszego życia. Od świata taniego, coraz lepszego i coraz szybszego błyskawicznie przechodzimy do świata coraz droższego, coraz gorszego i coraz wolniejszego. Ponieważ świat – nasz świat – się rozpada.
Ale za bardzo wybiegam naprzód.
Pod wieloma względami ta książka jest najbardziej osobistym projektem w moim życiu. W swojej pracy funkcjonuję na przecięciu geopolityki i demografii. Geopolityka jest badaniem miejsca, analizą rozmaitych skutków tego, gdzie się znajdujemy. Z kolei demografia bada zjawiska związane z wiekiem. Nastolatkowie zachowują się inaczej niż trzydziestoparolatkowie, pięćdziesięcioparolatkowie i siedemdziesięcioparolatkowie. Splatam ze sobą te dwie odrębne perspektywy, aby przewidzieć przyszłość. Moje pierwsze trzy książki dotyczyły procesów upadku i wzrostu narodów, „dużego obrazu” świata przyszłości.
Ale nie można w kółko mówić wyłącznie o CIA. Żeby mieć z czego opłacić rachunki, zajmuję się czymś innym.
Moja prawdziwa praca to swego rodzaju hybryda publicznego mówcy i konsultanta (chwytliwa nazwa marketingowa brzmi „strateg geopolityczny”).
Kiedy jakieś organizacje mnie zapraszają, rzadko oczekują ode mnie dywagacji na temat przyszłości Angoli czy Uzbekistanu. Ich potrzeby i pytania można podsumować sformułowaniem „koszula bliższa ciału”: obracają się wokół kwestii handlu, rynków i dostępu. Można więc powiedzieć, że stosuję geopolitykę i demografię do ich konkretnych problemów, marzeń i lęków. Odsłaniam odpowiednie fragmenty „dużego obrazu” i naświetlam za ich pomocą takie kwestie, jak zapotrzebowanie na prąd elektryczny w południowo-wschodniej części USA, przemysł precyzyjny w Wisconsin, płynność finansowa w Afryce Południowej, powiązanie bezpieczeństwa i handlu w regionie przygranicznym Meksyku, opcje transportowe na Środkowym Zachodzie, polityka energetyczna podczas zmiany obsady Białego Domu, przemysł ciężki w Korei czy drzewa owocowe w stanie Waszyngton.
Ta książka obejmuje wszystko powyższe i więcej. Dużo więcej. Kolejny raz wykorzystuję sprawdzone narzędzia geopolityki i demografii do przewidywania przyszłości globalnych struktur gospodarczych, a raczej czekającego nas już niedługo ich zaniku. Chcę nakreślić kształt świata tuż za horyzontem.
Sedno problemu, przed którym wszyscy stoimy, polega na tym, że pod względem geopolitycznym i demograficznym przez większość ostatnich siedemdziesięciu pięciu lat żyliśmy w tym idealnym momencie.
Pod koniec drugiej wojny światowej Amerykanie stworzyli największy w historii sojusz wojskowy, aby, powstrzymać i pokonać Związek Sowiecki. To wiemy. Zero zaskoczeń. Często się jednak zapomina, że sojusz wojskowy stanowił tylko połowę planu. Aby scementować nową koalicję, Amerykanie zbudowali również środowisko globalnego bezpieczeństwa, które służyło temu, aby każdy uczestnik tego przedsięwzięcia mógł w każdej chwili udać się gdziekolwiek i nawiązać jakiekolwiek stosunki ekonomiczne, wejść w dowolny łańcuch dostaw i uzyskać dostęp do dowolnego materiału – nie potrzebując eskorty wojskowej. Drugi składnik rzekomego dylematu „armata czy masło”1 przyczynił się do powstania tego, co dzisiaj nazywamy wolnym handlem. Co dzisiaj nazywamy globalizacją.
Dzięki globalizacji rozwój i uprzemysłowienie po raz pierwszy w historii świata ogarnęły rozległe obszary planety, doprowadzając do powstania społeczeństwa konsumpcyjnego, ożywienia wymiany handlowej i przyspieszenia postępu technologicznego, czyli zjawisk, które tak dobrze dzisiaj znamy. To z kolei przeobraziło globalną demografię. Szybki rozwój i uprzemysłowienie poskutkowały dłuższym życiem, a jednocześnie sprzyjały urbanizacji. Przez wiele dekad przybywało pracowników i konsumentów, czyli ludzi, którzy zapewniają gospodarkom bardzo wydajny napęd. Spośród licznych tego skutków można wymienić najszybszy wzrost gospodarczy w dziejach ludzkości. Całe dekady błys­kawicznego wzrostu.
Amerykański powojenny porządek, czasem zwany Pax Americana, wywołał skokową zmianę warunków. Nowe reguły przeobraziły gospodarkę na skalę światową. Na skalę krajową. Na skalę lokalną. W efekcie tej zmiany warunków powstał świat, który znamy. Świat zaawansowanego transportu i finansów, zawsze dostępnej żywności i energii, nieustannych usprawnień i oszałamiającej prędkości.
Ale wszystko przemija. Teraz stajemy w obliczu kolejnej zmiany warunków.
Trzydzieści lat od zakończenia zimnej wojny Amerykanie wracają do domu. Nikt inny nie ma dostatecznego potencjału militarnego, aby zapewnić globalne bezpieczeństwo, a tym samym umożliwić globalny handel. Ład pod przewodem Ameryki ustępuje miejsca nieładowi. Odkąd osiągnęliśmy ten idealny moment wzrostu, globalne starzenie się cały czas postępuje. Starzejąca się globalna baza pracowników i konsumentów w coraz większej liczbie przechodzi na emeryturę. Odkąd zaczął się pęd ku urbanizacji, ani jedno pokolenie w całości się nie zastąpiło.
Świat po 1945 roku jest najlepszy w całych dziejach ludzkości. I może na zawsze taki pozostanie. W ten poetycki sposób chcę powiedzieć, że ta era, ten świat – nasz świat – jest skazany na upadek. W latach dwudziestych nastąpi załamanie konsumpcji, produkcji, inwestycji oraz handlu prawie wszędzie. Globalizacja rozpadnie się na kawałki. Regionalne, krajowe i mniejsze. Kosztowna sprawa. Życie spowolni. A przede wszystkim się pogorszy. W przyszłości, jaka nas czeka, nie będzie funkcjonować żaden z wymyślonych przez nas dotychczas systemów gospodarczych.
To odwrócenie kierunku ewolucji będzie dla nas – eufemistycznie mówiąc – niezbyt przyjemne. Wiele dekad pokoju zajęło nam nauczenie się tego, jak poruszać się w tym świecie. Wyobrażenie, że łatwo i szybko przystosujemy się do tych tektonicznych zmian, wymaga większego optymizmu, niż jestem w stanie z siebie wykrzesać.
To jednak nie znaczy, że nie mogę przedstawić kilku wskazówek.
Po pierwsze, jest coś, co nazywam geografią sukcesu. Miejsce ma znaczenie. Ogromne. Egipskie miasta są tam, gdzie są, ze względu na idealne w epoce przedindustrialnej połączenie dostępu do wody i bufora w postaci pustyni. Na trochę podobnej zasadzie Hiszpanie i Portugalczycy zawdzięczają swoją niegdysiejszą potęgę nie tylko wczesnemu opanowaniu technologii dalekomorskich, ale także położeniu na półwyspie, które je odgradzało od panującego na pozostałej części kontynentu europejskiego zamieszania.
Ale kiedy dorzucimy do garnka technologie przemysłowe, opowieść zaczyna zmierzać w innym kierunku. Wykorzystanie dużych ilości węgla, betonu, taboru kolejowego i prętów zbrojeniowych wymaga ogromnych nakładów finansowych, a niezbędnymi środkami dysponowano tylko tam, gdzie były generujące kapitał żeglowne drogi wodne. Najwięcej w Europie mają ich Niemcy, więc siłą rzeczy wzrost mocno tam przyspieszył. Ale najwięcej na świecie mają ich Amerykanie, co również siłą rzeczy pociągnęło za sobą upadek Niemiec.
Po drugie – być może sami już doszliście do tego wniosku – geografia sukcesu nie jest niezmienna. Wraz z ewolucją technologii ewoluuje również lista wygranych i przegranych. Postęp w wykorzystaniu wody i wiatru odesłał wyjątkowość Egiptu do lamusa, skutkiem czego powstało pole do popisu dla nowej grupy mocarstw. Rewolucja przemysłowa sprowadziła Hiszpanię do roli zaścianka, a jednocześnie stworzyła zalążki imperium brytyjskiego. Nadchodzący globalny nieład i zapaść demograficzna nie tylko zepchną wiele krajów w otchłań przeszłości, ale także stworzą warunki do wzrostu potęgi innych.
Po trzecie, zmienne parametry możliwych skutków… właściwie wszystkiego. Nasz zglobalizowany świat jest – jak by to powiedzieć? – globalny. Zglobalizowany świat ma jedną geografię gospodarczą: geografię całego obszaru. Niezależnie od branży czy produktu prawie każdy proces gospodarczy przekracza co najmniej jedną granicę międzypaństwową. Bardziej skomplikowane procesy przekraczają ich tysiące. W świecie, do którego zmierzamy – w kierunku odwrotnym do dotychczasowego – jest to skrajnie niemądre. Zglobalizowany świat nie ma jednej geografii gospodarczej, lecz tysiące różnych, odrębnych geografii. Z ekonomicznego punktu widzenia całość była silniejsza od sumy wszystkich części. Stąd się wzięło nasze bogactwo i tempo rozwoju. Funkcjonując osobno, części będą słabsze.
Po czwarte, pomimo globalnego rozchwiania i degrengolady, ale w pewnych kontekstach właśnie dzięki nim, Stany Zjednoczone w dużej mierze unikną nadchodzącej jatki. Podejrzewam, że właśnie uruchamiają się wam czujniki niedowierzania. Jak mogę twierdzić, że Stany Zjednoczone przejdą bez szwanku przez tak burzliwy proces, przez gwałtownie rosnącą nierówność ekonomiczną, postępujący rozkład tkanki społecznej i coraz większe skłócenie sceny politycznej?
Rozumiem ten odruch niedowierzania. Dorastałem w czasach ćwiczeń przeciwatomowych. Mocno mnie irytuje, że takie kwestie, jak wolne od ideologicznych sporów „bezpieczne przestrzenie” na uczelniach, toalety dla osób transseksualnych czy przywileje dla zaszczepionych, wtargnęły na tak zwaną agorę i wypchnęły z niej takie problemy, jak proliferacja broni jądrowej czy miejsce Ameryki w świecie. Czasami można odnieść wrażenie, że amerykańska polityka jest sklecona z przypadkowych myśli, które wykluły się w głowach Berniego Sandersa i Marjorie Taylor Greene podczas wspólnej czteroletniej wyprawy rowerowej.
Moja odpowiedź? To proste: tu nie chodzi o nich. I nigdy nie chodziło. Mówiąc „nich”, nie mam na myśli największych oszołomów radykalnej amerykańskiej lewicy i prawicy, lecz ogólnie amerykańskich polityków. Całkowita przebudowa amerykańskiego systemu politycznego, którą teraz obserwujemy, nie zdarza się po raz pierwszy. Osoby z zamiłowaniem historycznym wiedzą, że mamy rundę siódmą. Amerykanom udało się skutecznie przetrwać poprzednie rundy, ponieważ są odizolowani geograficznie od większości świata, a także znacznie młodsi. Z tych samych powodów skutecznie przetrwają również teraz i w przyszłości. Dzięki swoim atutom Ameryka może sobie pozwolić na błahe spory, które tych atutów prawie wcale nie osłabiają.
A jednak może zaskakiwać, że kiedy Amerykanie z upodobaniem oddają się tym błahym sporom, ledwo zauważają, że gdzie indziej świat się kończy!!! Światła zaczną migotać i zgasną. Ostre szpony głodu wbiją się głęboko i nie puszczą. Dostęp do środków produkcji – finansów, surowców i siły roboczej – które określają nowoczesny świat, zostanie ograniczony w stopniu uniemożliwiającym nowoczesność. Pojawią się różne scenariusze, ale wszystkie będą zawierały charakterystyczny główny motyw: ostatnie siedemdziesiąt pięć lat przejdzie do historii jako złoty wiek, który trwał o wiele za krótko.
Zasadnicza teza tej książki nie dotyczy tylko nasilenia i zakresu nadchodzących zmian w każdym aspekcie wszystkich sektorów gospodarki, którym nasz świat zawdzięcza swój obecny kształt. Nie chodzi tylko o to, że historia znowu gwałtownie przyspieszy. Nie chodzi też o to, że nasz świat się kończy. Zależy mi przede wszystkim na nakreśleniu obrazu tego, jak wszystko będzie wyglądało po drugiej stronie tej zmiany warunków. Jakie są nowe parametry możliwego. Jaka jest nowa geografia sukcesu w zdeglobalizowanym świecie.
Co będzie dalej.
Bo przecież koniec świata to dopiero początek. Będzie zatem najlepiej, jeśli zaczniemy właśnie tam.
Od początku.

Przypis:
1 Tak ilustrowano w USA kwestię, czy państwo powinno przeznaczać więcej pieniędzy na obronność czy na wydatki socjalne (przyp. tłum.).

CZĘŚĆ I. KONIEC PEWNEJ EPOKI

JAK ZACZĄŁ SIĘ POCZĄTEK

NA POCZĄTKU byliśmy wędrowcami.
Nie wędrowaliśmy dlatego, że się zgubiliśmy – wędrowaliśmy dlatego, że byliśmy głodni. Wędrowaliśmy w rytmie pór roku do miejsc, w których mogliśmy znaleźć więcej korzonków, orzechów i jagód. Wędrowaliśmy wzdłuż pasm wzniesień, aby zbierać różne rośliny. Podążaliśmy za migracjami zwierząt, bo tam były kotlety. Za schronienie służyło nam to, co mieliśmy pod ręką, kiedy potrzebowaliśmy się schronić. Pozostawaliśmy w jednym miejscu nie dłużej niż kilka tygodni, ponieważ potrafiliśmy w błyskawicznym tempie wyzbierać wszystkie rośliny i ubić wszystkie zwierzęta w okolicy. Nasze żołądki zmuszały nas do wznowienia wędrówki.
Związane z tym ograniczenia były dosyć… ograniczające. Jedynym źródłem mocy, jakim dysponował wtedy człowiek, były mięśnie, najpierw jego własne, a później również paru gatunków zwierząt, które udało nam się udomowić. Doskwierał nam głód, choroby i obrażenia, tragicznie często skutkujące śmiercią. A żadnego dostarczonego przez naturę korzonka czy królika, którego zjadła jedna osoba, nie mógł zjeść ktoś inny. Czyli owszem, żyliśmy w „harmonii z naturą”, co można sparafrazować w ten sposób, że rzucaliśmy się z pięściami na każdego bliźniego (człowieka czy zwierzę), którego napotkaliśmy.
Zwycięzca na ogół zjadał przegranego.
Ale ubaw, co?
A potem stał się cud: zaczęliśmy robić coś nowego i niezwykłego, dzięki czemu życie stało się mniej brutalne i niepewne, a nasz świat uległ zasadniczej zmianie: zaczęliśmy uprawiać ogród, który użyźnialiśmy własnymi odchodami.

REWOLUCJA OSIADŁEGO ROLNICTWA

Ludzkie odchody to dziwna rzecz. Ponieważ ludzie są wszystkożerni, ich odchody biją wszelkie rekordy, jeśli chodzi o stężenie składników odżywczych. Ponieważ ludzie wiedzą, gdzie ich odchody są, no, składowane… „inwentaryzacja” i „zapewnienie ciąg­łości dostaw” nie nastręczały większych problemów2.
Ludzki stolec okazał się jednym z najlepszych nawozów i czynników wzrostu roślin nie tylko w świecie przedcywilizowanym, ale aż do masowego wprowadzenia nawozów chemicznych w połowie XIX wieku, a w niektórych częściach świata nawet do dziś. Zarządzanie odchodami doprowadziło do powstania pierwszych podziałów klasowych. W końcu nikt nie miał szczególnej ochoty zbierać, inwentaryzować, dystrybuować i… stosować tego paskudztwa. Między innymi z tego powodu indyjscy niedotykalni byli/są tacy… niedotykalni – wykonywali brudną robotę zbierania i rozwożenia odchodów3.
Wielki przełom kałowy – częściej nazywany osiadłym rolnictwem, czyli pierwszym prawdziwym pakietem technologicznym ludzkości – umożliwił ludziom zapoznanie się z pierwszą zasadą geopolityki: lokalizacja ma znaczenie, które się zmienia wraz z postępem technologii.
Pierwsza geografia sukcesu, z epoki łowców-zbieraczy, odnosiła się do zasięgu terytorialnego i różnorodności występujących w danym miejscu źródeł pożywienia. Możliwość korzystania z wielu gatunków roślin i zwierząt oznaczała dobrą dietę. Nikt nie lubi się przeprowadzać, więc tego nie robiliśmy, dopóki nie oskubaliśmy danego obszaru do czysta. Ponieważ skubaliśmy dosyć szybko, a bezlitosny głód kazał nam szukać zieleńszych pastwisk, musieliśmy się nauczyć szybko przemieszczać. Dosyć gęsto skupialiśmy się zatem na obszarach o dużej różnorodności klimatycznej. Szczególnie popularne okazały się tereny podgórskie, ponieważ stosunkowo niewielka odległość w poziomie dawała dostęp do kilku różnych stref klimatycznych. Chętnie również wybierano obszary przejściowe między tropikami a sawanną – w porze deszczowej pozyskiwaliśmy żywność przede wszystkim na bogatej w zwierzynę sawannie, a w porze suchej z bogatych w roślinność lasów deszczowych.
Łowcy-zbieracze upodobali sobie między innymi Etiopię, ponieważ do połączenia sawanny z tropikami dodawała jeszcze różne warstwy klimatyczne w pionie. Ale z punktu widzenia (kałowego) rolnictwa była to kompletna bzdura.
Uzyskanie całego potrzebnego pożywienia z jednego miejsca wymagało jednego dużego kawałka płaskiej ziemi, czyli środowiska za mało różnorodnego, aby mogli się w nim wyżywić łowcy-zbieracze. Sezonowość przemieszczania się pokarmu łowców-zbieraczy raczej nie dała się pogodzić z nieustanną dbałością o uprawy, a sezonowość płodów rolnych raczej nie dawała się pogodzić z ludzką potrzebą odżywiania się na okrągło. Poza tym nawet jeżeli ty siedziałeś w jednym miejscu i uprawiałeś rolę, to inni niekoniecznie, i jeśli ich nie odstraszyłeś, wszystko ci wyżerali, miesiące twojej pracy szły na marne i wracałeś do trybu głodowego. Wiele plemion przeszło na uprawę roli, ale potem ją porzuciło jako niewykonalną.
Rozwiązanie tej kwadratury koła nie tylko wymagało nauczenia się nowych sposobów pozyskiwania żywności, ale także zmusiło nas do poszukania sprzyjających temu warunków terenowych, czyli geografii innej od dotychczas preferowanej.
Potrzebowaliśmy klimatu z niewielkimi zmianami sezonowymi, aby można było uprawiać rolę i zbierać plony przez cały rok, eliminując sezon głodowy (przednówek). Potrzebowaliśmy stałego dopływu wody, aby móc we wszystkich porach roku podlewać uprawy. Potrzebowaliśmy miejsc dobrze i solidnie ogrodzonych przez naturę, aby sąsiedzi nie mogli po prostu sobie wejść i częstować się owocami naszej pracy. Słowem, potrzebowaliśmy innej geografii sukcesu.

REWOLUCJA WODNA

Jedyne miejsca na ziemi, które spełniają wszystkie te trzy kryteria, to rzeki, które płyną przez pustynię na niskich wysokościach nad poziomem morza, a także na niskich szerokościach geograficznych (w uproszczeniu „podzwrotnikowe”).
Niektóre powody są oczywiste.
• Jak wie każdy rolnik lub ogrodnik, jeśli nie pada, to masz przechlapane. Jednak jeśli założysz interes na brzegu rzeki, nigdy nie zabraknie ci wody do nawadniania, chyba że jakiś brodaty koleś zacznie pisać Biblię.
• W regionach podzwrotnikowych dni są długie i słoneczne przez cały rok; brak sezonowych zmian umożliwia zróżnicowanie upraw. Więcej plonów w różnych porach roku oznacza mniej głodu, a głód jest do bani.
• Na dużych wysokościach rzeki płyną szybko i prosto. Żłobią kaniony. Na mniejszych wysokościach rzeki częściej meandrują po płaskim terenie, dzięki czemu większa powierzchnia potencjalnych pól uprawnych znajduje się w pobliżu wody. Dodatkową zaletą krętej, płynącej po płaskim obszarze rzeki jest to, że kiedy podczas wiosennych powodzi wystąpi z brzegów, pozostawi grubą warstwę bogatego w składniki odżywcze mułu. Muł świetnie wspomaga łajno w jego użyźniającej pracy.
• Zamieszkiwanie w regionie pustynnym pozwala utrzymać na dystans tych paskudnych sąsiadów, którzy nas objadają. Trudno sobie wyobrazić, aby jakiś rozsądny łowca-zbieracz dotarł na skraj pustyni, popatrzył na bezkresne kłęby gorącego powietrza i rozmarzonym głosem powiedział: „Założę się, że można tam znaleźć tłuściutkie króliki i czerwoniutką brukiew”. Zwłaszcza w czasach, kiedy najtrwalszym dostępnym obuwiem były luźne sandały.
Rzeki mają też pewne mniej oczywiste, ale równie ważne zalety.
Pierwsza z nich to transport. Przewóz rzeczy nie jest taki prosty. Jeśli ktoś ma dostęp do asfaltowej albo betonowej drogi – pierwsze takie drogi zbudowano dopiero na początku XX wieku – to wykorzystanie jej do transportu towarów pochłonie z grubsza dwanaście razy więcej energii niż gdyby te same towary przewieźć drogą wodną. Na początku I wieku przed naszą erą, kiedy droga najwyższej kategorii była żwirowa, rozbieżność energetyczna przypuszczalnie mieściła się w granicach 100 do 14.
Jeśli przez jedną z naszych pierwszych ojczyzn powoli płynęła pustynna rzeka, ludzie mogli przemieszczać dane dobro z miejsca, w którym było go w nadmiarze, do miejsca, w którym go brakowało. Transport siły roboczej umożliwiał ówczesnym ludziom uprawę pól o większej powierzchni, a tym samym zwiększenie zapasów żywności, i to niekoniecznie w miejscach, do których każdy mógł dojść na piechotę. Taka przewaga często stanowiła o różnicy między spektakularnym sukcesem (czyli nikt nie umiera z głodu) a równie spektakularną klęską (wszyscy umierają z głodu). Dochodziła do tego istotna kwestia bezpieczeństwa: przewóz żołnierzy drogami wodnymi umożliwiał odpieranie sąsiadów na tyle durnych, aby poważyli się deptać nasze pustynne trawniki.
Już sama kwestia transportu odróżniała wczesnych rolników od wszystkich innych ludzi. Bardziej bezpieczne uprawy na większych obszarach oznaczały większą produkcję żywności, która z kolei oznaczała większą i bardziej stabilną populację, która z kolei oznaczała bezpieczne uprawianie jeszcze większych obszarów ziemi i tak dalej. Z wędrownych plemion staliśmy się osiadłymi wspólnotami.
Rzeki rozwiązują również kwestię… trawienia.
Fakt, że coś jest jadalne, nie oznacza, że jest jadalne w stanie surowym. Można zerwać i zjeść kłosy pszenicy, ale z nieprzyjemnymi konsekwencjami dla wszystkich odcinków przewodu pokarmowego, takimi jak krew w ustach, krew w żołądku i krew w stolcu. Niezalecane w żadnym wieku.

Przypisy:

2 Ważna lekcja geopolityczna: historia – ta prawdziwa – nie jest dla ludzi nadwrażliwych

3 Jeśli kogoś fascynuje ten temat, to obawiam się, że osiągnąłem limit tego, co może wytrzymać mój układ pokarmowy i żołądek mojego redaktora. Z radością odsyłam was do książki Strzelby, zarazki, stal Jareda Diamonda, gdzie poziom szczegółowości opisu gospodarczo-biologicznych uwarunkowań ewolucji i „ogrodnictwa kałowego” momentami budzi grozę.

4 Aż do III wieku przed naszą erą nie mieliśmy nawet kostki brukowej.

 
Wesprzyj nas