Powieść Andrieja Kurkowa wbrew temu, co sugeruje tytuł, wcale nie jest o pszczołach, tylko o ludziach oraz o tym, jak wojna i represje polityczne wpływają na ich życie.


Tym razem wielka polityka, aneksja Krymu przez Rosję i interwencja wojskowa w Donbasie, stanowią tylko tło, a na pierwszy plan wysuwają się losy małych społeczności i rodzin – ich cierpienie, poczucie zagrożenia i codzienność w cieniu konfliktu.

W 2014 roku, kiedy na Ukrainie rozpoczęła się wojna, ze wsi Mała Starohradiwka, znajdującej się między liniami frontu w tak zwanej szarej strefie, wyjechali prawie wszyscy mieszkańcy. Pozostali tylko 49-letni emerytowany nadzorca kopalń Siergiej Siergieicz i jego nielubiany od dzieciństwa kolega Paszka Chmielenko, emeryt. Mimo iż mają zupełnie różne poglądy: jednego odwiedzają separatyści a drugiego – żołnierze z armii ukraińskiej, okoliczności zmuszają ich do pogodzenia się i wspólnego radzenia sobie z trudnymi warunkami życia w przyfrontowej wiosce niemal odciętej od cywilizacji.

Dodatkowym zmartwieniem Siergieja są jego pszczoły, które co prawda na razie nie ucierpiały, ale z nastaniem wiosny powinny zostać wypuszczone z uli. Aby ich miód nie miał posmaku wojny, pszczelarz decyduje się przewieźć je gdzieś, gdzie spokojnie będą mogły zbierać pyłek i nektar. Dociera na Zaporoże, które początkowo wydaje się odpowiednim miejscem, jednak po niebezpiecznym incydencie musi je opuścić. Postanawia pojechać na Krym do kolegi poznanego na zjeździe pszczelarzy. Wsiadając do samochodu, nawet nie przypuszcza, że w ciągu najbliższych tygodni zostanie wystawiony na ciężką próbę i nauczy się, że nikomu nie można ufać, nawet własnym pszczołom.

Andriej Kurkow – popularny w kraju i na Zachodzie pisarz ukraiński, którego książki tłumaczone są na wiele języków świata, umiejętnie łączy w swojej powieści wątki sensacyjne z obserwacją obyczajową i psychologiczną. Największe walory jego prozy to wartka, wciągająca akcja, subtelny humor i stworzenie sugestywnego obrazu ukraińskiej rzeczywistości.

Andriej Kurkow
Szare pszczoły
Przekład: Magdalena Hornung
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 15 listopada 2023
 
 


1

Ziąb spra­wił, że Sier­giej Sier­gie­icz ze­rwał się z łóżka koło trze­ciej nad ra­nem. Skle­cona wła­sno­ręcz­nie we­dług sche­matu za­miesz­czo­nego w cza­so­pi­śmie dla dział­kow­ców koza, czyli pie­cyk ze szkla­nymi drzwicz­kami i dwiema fa­jer­kami do go­to­wa­nia je­dze­nia, już nie da­wała cie­pła. Sto­jące obok bla­szane wia­dra oka­zały się pu­ste. Się­gnął po ciemku ręką do bliż­szego z nich i tra­fił pal­cami na grudkę wę­gla.
– Do­bra! – stęk­nął sen­nie. Wcią­gnął por­tki, wsa­dził gołe stopy w kap­cie zro­bione z ob­cię­tych wa­lon­ków, na­rzu­cił ko­żuch i zła­paw­szy wia­dra, wy­szedł na dwór.
Za­trzy­mał się za szopą przed kupą wę­gla. Wy­pa­trzył ło­patę – na dwo­rze było o wiele ja­śniej niż w domu. Ka­wałki wę­gla po­sy­pały się z grze­cho­tem, ude­rza­jąc o dna wia­der. Ale jak tylko pierw­sza war­stwa po­kryła dno, spa­dały już bez­dź­więcz­nie.
Gdzieś da­leko wy­strze­liła ar­mata. Nie mi­nęła mi­nuta – znowu huk, tylko jakby z dru­giej strony.
– Co to, spać się dur­niom nie chce? Czy po­sta­no­wili się ogrzać? – mruk­nął Sier­gie­icz z nie­chę­cią.
Wró­cił w ciem­no­ści swego do­mo­stwa. Za­pa­lił świecę. Ude­rzył go w nos jej miły, cie­pły, mio­dowy za­pach. Usły­szał też ci­che, do­brze znane i uspo­ka­ja­jące ty­ka­nie bu­dzika sto­ją­cego na wą­skim drew­nia­nym pa­ra­pe­cie.
W pie­cyku zo­stało jesz­cze tro­chę żaru, ale i tak bez szcza­pek i pa­pieru nie dało się roz­pa­lić zim­nego, przy­nie­sio­nego z mrozu wę­gla. Do­piero kiedy za za­kop­coną szybką za­tań­czyły dłu­gie nie­bie­skawe ję­zyki pło­mieni, pan domu wy­szedł so­bie na po­dwórko jesz­cze raz. Od­głosy da­le­kiej ka­no­nady, we­wnątrz domu pra­wie nie­sły­szalne, do­bie­gały od wschodu. Tym­cza­sem inny, znacz­nie bliż­szy, dźwięk zwró­cił uwagę Sier­gie­icza i zmu­sił go do na­sta­wie­nia ucha: po są­sied­niej ulicy naj­wy­raź­niej prze­je­chał sa­mo­chód. Prze­je­chał i nie za­trzy­mał się. We wsi są prze­cież tylko dwie ulice: Le­nina i Szew­czenki, no i jesz­cze za­ułek Mi­czu­rina. Przy Le­nina mieszka so­bie skrom­nie sam Sier­gie­icz. Czyli że sa­mo­chód je­chał ulicą Szew­czenki. Tam też tylko je­den miesz­ka­niec się ostał – Paszka Chmie­lenko, taki sam jak on wcze­sny eme­ryt, pra­wie jego ró­wie­śnik, wróg od dzie­ciń­stwa, od pierw­szej klasy ich wiej­skiej szkoły. Jego ogród wa­rzywny wy­cho­dzi na Hor­liwkę, czyli że mieszka o jedną ulicę bli­żej Do­niecka niż Sier­gie­icz, któ­rego wa­rzyw­nik wy­cho­dzi na drugą stronę, na Sła­wia­no­gorsk. Opada w kie­runku pola, które naj­pierw cią­gnie się do­łem, a po­tem znowu się wznosi ku Żda­niwce. Żda­niwki jako ta­kiej z wa­rzyw­nika nie wi­dać, chowa się niby za pa­gór­kiem, na­to­miast ar­mię ukra­iń­ską, która w ten pa­gór wryła się schro­nami i oko­pami, od czasu do czasu sły­chać. A kiedy nie sły­chać, Sier­gie­icz i tak wie, że tam jest, na lewo od za­le­sio­nego te­renu, wzdłuż któ­rego drogą grun­tową jeź­dziły daw­niej cią­gniki i cię­ża­rówki, wie, że tam sie­dzi w tych schro­nach czy oko­pach. Trzy lata już sie­dzi. Po­dob­nie jak tu­tej­sze chło­paki z ro­syj­ską woj­skową mię­dzy­na­ro­dówką w swo­ich schro­nach po­pi­jają her­batę i wódkę na ty­łach ulicy Szew­czenki, gdzie mieszka Paszka, za reszt­kami sta­rego brzo­skwi­nio­wego sadu, za­ło­żo­nego jesz­cze w cza­sach so­wiec­kich, i za po­lem, które wojna po­zba­wiła rol­ni­ków, a także za tym po­lem, które leży mię­dzy ogro­dem Sier­gie­icza a Żda­niwką. Jak tu te­raz ci­cho! Ze dwa ty­go­dnie jest tak ci­cho. Na ra­zie nie strze­lają do sie­bie na­wza­jem! Może mają dość? Może po­ci­ski i na­boje cho­wają na póź­niej? A może nie chcą nie­po­koić ostat­nich dwóch miesz­kań­ców Ma­łej Sta­roh­ra­diwki, któ­rzy się wgryźli w te swoje go­spo­dar­stwa bar­dziej niż pies w ulu­bioną kość. Po­zo­stali miesz­kańcy wo­leli wy­je­chać na sa­mym po­czątku dzia­łań wo­jen­nych. I wy­je­chali. Po­nie­waż bar­dziej się bali o swoje ży­cie niż o za­cho­wa­nie do­bytku i z tych dwóch obaw wy­brali sil­niej­szą. Sier­gie­iczowi od czasu wy­bu­chu wojny już się nie zda­rzało bać o swoje ży­cie. Zda­rzało mu się ra­czej cze­goś nie zro­zu­mieć albo na­gle zo­bo­jęt­nieć na wszystko, co go ota­czało. Jakby wszel­kie uczu­cia się ulot­niły oprócz jed­nego – po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści. Zresztą i ten stan, mo­gący w do­wol­nej chwili w ciągu doby wy­wo­łać nie­po­kój, od­czu­wał tylko w sto­sunku do swo­ich psz­czół. Ale te­raz so­bie zi­mo­wały, ule miały grube ścianki, od góry na ram­kach i pod za­mknię­tymi dasz­kami był uło­żony woj­łok, a z ze­wnątrz po bo­kach zo­stały umo­co­wane że­la­zne płyty. Wpraw­dzie ule stoją w szo­pie-zi­mow­niku, nie­mniej jed­nak ja­kiś wredny po­cisk może wpaść z do­wol­nej strony i wtedy jego odłamki naj­pierw po­sie­kają bla­chę, a po­tem prze­biją na wy­lot drew­niane ścianki uli i za­czną siać śmierć wśród psz­czół, chyba że nie da­dzą rady.

2

Paszka przy­szedł do Sier­gie­icza w po­łu­dnie. Go­spo­darz wła­śnie wsy­pał dru­gie wia­dro wę­gla do pie­cyka i po­sta­wił na nim czaj­nik. Miał za­miar na­pić się her­batki w sa­mot­no­ści, ale się nie udało.
Za­nim wpu­ścił do domu nie­pro­szo­nego go­ścia, za­sło­nił opartą o ścianę „obronną” sie­kierę mio­tłą. A bo to wia­domo, czy Paszka nie wziął dla sa­mo­obrony pi­sto­letu czy ka­ła­sza! Kto wie? Zo­ba­czy sie­kierę w ko­ry­ta­rzu, za­cznie się pod­śmie­wać, jak to on po­trafi, kiedy ko­goś ma za idiotę. A Sier­gie­icz do obrony ma tylko sie­kierę. Nic wię­cej. Na noc wkłada ją pod łóżko, to­też jego sen bywa spo­kojny i głę­boki. Nie za­wsze, oczy­wi­ście.
Sier­giej Sier­gie­icz otwo­rzył Paszce drzwi. I chrząk­nął nie­zbyt życz­li­wie, bo na­su­nęło mu się w jed­nej chwili mnó­stwo oskar­żeń pod ad­re­sem są­siada z ulicy Szew­czenki, któ­rych przedaw­nie­nie wy­da­wa­łoby się ni­gdy nie na­stąpi. Przy­po­mniało mu się, ja­kie on świń­stwa ro­bił, na­pa­dał z ci­cha pęk, skar­żył do na­uczy­cieli, nie da­wał od­pi­sy­wać. Można po­my­śleć, że po czter­dzie­stu la­tach po­winno się to wszystko wy­ba­czyć i za­po­mnieć! Ale jak za­po­mnieć, je­żeli w ich kla­sie było sie­dem dziew­czyn i tylko dwóch chło­pa­ków – on i Paszka. Czyli że Sier­gie­icz nie miał przy­ja­ciela, miał je­dy­nie wroga! Wpraw­dzie „wróg” to brzmi ja­koś tak za bar­dzo po­waż­nie! W ję­zyku ukra­iń­skim jest do­bre okre­śle­nie – „wra­że­niatko”. Le­piej pa­suje. To taki so­bie „wro­guś”, któ­rego nikt się nie boi!
– No, cześć, Sie­ryj[1] – tro­chę wy­mu­szo­nym to­nem przy­wi­tał się Paszka, wcho­dząc. – Prąd pu­ścili w nocy! – oznaj­mił, oce­nia­jąc wzro­kiem mio­tłę, czyby jej nie wziąć i nie strze­pać śniegu z bu­tów.
Wziął mio­tłę, a na wi­dok sie­kiery się skrzy­wił.
– Łżesz! – od­po­wie­dział mu spo­koj­nie Sier­gie­icz. – Jakby pusz­czali, to­bym się obu­dził! Mam wszę­dzie włą­czone świa­tło, żeby nie prze­ga­pić, jak się prąd po­jawi!
– Pew­nie mocno spa­łeś! Prze­cież ty tak śpisz, że na­wet wy­buch cię nie zbu­dzi! Pu­ścili tylko na pół go­dziny. Masz, zo­bacz – po­ka­zał ko­mórkę. – Na­wet zdą­ży­łem do­ła­do­wać! Może chcesz do ko­goś za­dzwo­nić?
– Nie mam do kogo dzwo­nić! Chcesz her­baty? – spy­tał Sier­gie­icz, na­wet nie zer­k­nąw­szy na ko­mórkę.
– A skąd masz her­batę?
– Skąd? Od pro­te­stan­tów!
– No, nie ga­daj! – zdzi­wił się Paszka. – Mnie się dawno skoń­czyła!
Usie­dli przy sto­liku. Paszka ple­cami do pie­cyka, od któ­rego, jak i od rury idą­cej do góry, do su­fitu, bu­chało cie­pło.
– A co taka cienka? – burk­nął gość, za­glą­da­jąc do fi­li­żanki. I za­raz życz­liw­szym to­nem na­po­mknął: – A do żar­cia nic nie masz?
Sier­gie­icz się roz­zło­ścił:
– Do mnie w nocy po­moc hu­ma­ni­tarna nie przy­jeż­dża!
– Do mnie też.
– A co ci przy­wożą?
– No, nic!
Sier­gie­icz chrząk­nął. Upił her­baty.
– I co, tej nocy też nikt nie przy­jeż­dżał?
– A ty co, wi­dzia­łeś?
– No, wy­cho­dzi­łem po wę­giel, jak się zimno zro­biło.
– To prze­cież nasi, stam­tąd! – Paszka po­krę­cił głową. – Na roz­po­zna­nie.
– I cóż by tu mieli roz­po­zna­wać?
– Spraw­dzali, czy nie ma „ukrów”[2] we wsi!
– Łżesz. – Sier­gie­icz wbił wzrok w roz­bie­gane oczka Paszki.
A ten, jak po­sta­wiony pod mur, od razu się pod­dał.
– No, tak – przy­znał się. – Ja­kieś chło­paki. Po­wie­dzieli, że z Hor­liwki. Pro­po­no­wali audi za trzy­sta bak­sów bez pa­pie­rów.
– I co, ku­pi­łeś? – uśmiech­nął się Sier­gie­icz.
– Nie je­stem idiotą! – Paszka po­krę­cił głową. – Jak­bym po­szedł do domu po pie­nią­dze, to oni by ru­szyli za mną i nóż w plecy! My­ślisz, że nie wiem, jak się to robi?
– A czemu do mnie nie pod­je­chali?
– Bo im po­wie­dzia­łem, że je­stem sam we wsi. Zresztą nie ma te­raz jak prze­je­chać z Szew­czenki na Le­nina. Prze­cież jest lej od wy­bu­chu, koło Mit’ko­wych. Tylko czołg prze­je­dzie!
Sier­gie­icz nic nie po­wie­dział. Pa­trzył na Paszkę, na jego chy­trą gębę, która naj­le­piej by pa­so­wała do pod­sta­rza­łego kie­szon­kowca, wiele razy ła­pa­nego i bi­tego, a więc lę­kli­wego. Na Paszkę, który jak na swoje czter­dzie­ści dzie­więć lat wy­glą­dał o dzie­sięć lat sta­rzej od Sier­gie­icza. Czy to z po­wodu zie­mi­stej cery, czy po­ha­ra­ta­nych po­licz­ków, jakby się całe ży­cie go­lił tępą brzy­twą. Pa­trzył i my­ślał, że gdyby na całą wieś nie zo­stało tylko ich dwóch, to ni­gdy by z nim znów nie za­czął roz­ma­wiać. Żyli by tak so­bie rów­no­le­gle każdy na swo­jej ulicy, każdy swoim ży­ciem. On, Sier­gie­icz, na Le­nina, a Paszka na Szew­czenki. I nie ode­zwa­liby się do sie­bie ani razu aż do sa­mej śmierci. Gdyby nie wojna.
– Ja­koś dawno tu u nas nie strze­lali – wes­tchnął gość. – A pod Hatną daw­niej tylko w nocy z ar­mat wa­lili, a te­raz już i w dzień! A ty… – Paszka na­gle tro­chę głowę do przodu po­chy­lił. – Jak nasi o coś po­pro­szą, to zro­bisz?
– Jacy „nasi”? – Sier­gie­icz spy­tał z nie­chę­cią.
– No, nasi, do­nieccy! Czego rżniesz głupa?
– Moi są w zi­mow­niku i żad­nych in­nych „na­szych” nie znam. Ty dla mnie też nie za bar­dzo je­steś „nasz”!
– Czego się wście­kasz, daj spo­kój! Nie wy­spa­łeś się czy co? – Paszka się skrzy­wił, żeby oka­zać nie­za­do­wo­le­nie. – A może te twoje psz­czoły wy­mar­zły i się na mnie od­gry­wasz?
– Ja ci dam wy­mar­zły! – W gło­sie pana domu wy­raź­nie za­brzmiała po­gróżka. – Jak coś po­wiesz na moje psz­czoły…
– Ależ ja o two­ich psz­czo­łach z ca­łym sza­cun­kiem! Prze­ciw­nie, mar­twię się o nie! – Paszka mu prze­rwał, wy­co­fu­jąc się. – Za­cho­dzę w głowę, jak one zno­szą zimę? Czy nie jest im w szo­pie za chłodno? Ja bym tam zdechł z zimna!
– Do­póki szopa cała, zimno nie jest! – Sier­gie­icz tro­chę zła­god­niał. – Uwa­żam na to! Co­dzien­nie spraw­dzam.
– A jak one w ulach śpią? – spy­tał Paszka. – Jak lu­dzie?
– Pew­nie, jak lu­dzie! Każda w swoim łó­żeczku.
– Prze­cież nie ma tam ogrze­wa­nia! A może za­ło­ży­łeś?
– One nie po­trze­bują! Mają tam we­wnątrz trzy­dzie­ści sie­dem stopni. Same się ogrze­wają.
Roz­mowa po przej­ściu na te­mat psz­czół ja­koś za­brzmiała życz­li­wiej. Paszka uznał, że może już iść. Na­wet uda się po­że­gnać po ludzku, a nie jak po­przed­nim ra­zem, kiedy Sier­gie­icz go zwy­zy­wał.
– A przy oka­zji, o ren­cie nie po­my­śla­łeś? – spy­tał na od­chod­nym.
– Co tu my­śleć? – Sier­gie­icz wzru­szył ra­mio­nami. – Jak się wojna skoń­czy, li­sto­noszka mi od razu za trzy lata przy­nie­sie! Wtedy to so­bie użyję!
Paszka chciał mu do­ciąć, ale nic nie po­wie­dział.
Za­nim od­szedł, jesz­cze raz się spo­tkali wzro­kiem.
– Masz, póki na­ła­do­wana – wy­cią­gnął do niego rękę z ko­mórką – może do swo­jej Wi­ta­liny za­dzwo­nisz?
– Jaka znowu ona moja? Od sze­ściu lat już nie moja. Nie, nie chcę.
– A do córki?
– Idź już! Prze­cież mó­wi­łem, że nie mam do kogo dzwo­nić! – I za­trza­snął za go­ściem drzwi.

3

– I cóż to ta­kiego? – po­wie­dział Sier­gie­icz gło­śno w za­my­śle­niu. Stał na skraju ogrodu przed bia­łym po­lem scho­dzą­cym spa­dzi­ście, sze­ro­kim ję­zy­kiem, a po­tem tak samo płyn­nie wzno­szą­cym się ku Żda­niwce. Tam, na li­nii za­śnie­żo­nego ho­ry­zontu, były ukryte umoc­nie­nia ar­mii ukra­iń­skiej. Sier­gie­icz nie mógł ich stąd do­strzec. Za da­leko, no i jego wzrok po­zo­sta­wiał wiele do ży­cze­nia. Z pra­wej strony wzno­sił się na tym sa­mym ła­god­nym zbo­czu raz gę­sty, raz prze­rze­dzony wia­tro­chronny pas le­śny. Co prawda wy­żej szedł tylko od za­łomu, a przed za­krę­tem do Żda­niwki były za­sa­dzone drzewa równą li­nią nad dol­nym za­ło­mem wzdłuż drogi grun­to­wej, która te­raz le­żała po­tul­nie pod śnie­giem, po­nie­waż od po­czątku dzia­łań wo­jen­nych nikt nią nie jeź­dził. A kiedy do wio­sny 2014 roku uży­wano jej, można było do­trzeć i do wsi Swi­tłe, i do Ka­ły­niwki.
Sier­gieja Sier­gie­icza tu­taj, na skraj ogrodu, pro­wa­dziły zwy­kle nogi, nie my­śli. Po po­dwórku ła­ził czę­sto, do­glą­dał go­spo­dar­stwa. A to do szopy do psz­czół za­glą­dał, a to do niby-ga­rażu do swo­jej zie­lo­nej łady, czwórki, to znów pod­cho­dził do kupy wę­gla (pło­ną­cego dłu­gimi ję­zy­kami ognia), która z każ­dym dniem się zmniej­szała, ale przy­naj­mniej za­pew­niała cie­pło na ju­tro i po­ju­trze. Cza­sem nogi nio­sły go do sadu, gdzie się za­trzy­my­wał przy uśpio­nych zim­nem ja­bło­niach i brzo­skwi­niach. A cza­sem, wpraw­dzie rza­dziej, do­cho­dził do sa­mego skraju wa­rzyw­nika, gdzie chrzę­ściła, kru­sząc się pod no­gami, nie­koń­cząca się war­stewka śniegu. Gdzie buty ni­gdy nie za­pa­dały się głę­boko, bo zi­mowy wiatr za­wsze spy­chał śnieg w dół, w pole, do za­łomu. To­też tu, na gó­rze i w ogro­dzie Sier­gie­icza, zo­sta­wało go mało.
Wła­ści­wie to trzeba by iść do domu, zbliża się po­łu­dnie, ale ta plama tam, w czę­ści pola wzno­szą­cej się ku ukra­iń­skim oko­pom, ku Żda­niwce, nie daje mu spo­koju. Parę dni temu, kiedy ostat­nio wy­cho­dził na skraj ogrodu, nie było na bie­lu­teń­kim polu żad­nych plam. Tylko śnieg, a jak się weń tak wpa­try­wać, to się usły­szy biały szum – taką ci­szę, która chwyta za du­szę zim­nymi rę­kami i długo nie od­pusz­cza. Ci­sza tu jest, rzecz ja­sna, szcze­gólna. Dźwięki, do któ­rych jest się przy­zwy­cza­jo­nym, na które nie zwraca się uwagi, też stają się czę­ścią ci­szy. Ta­kie jak na przy­kład od­głosy da­le­kich ostrza­łów ar­ty­le­ryj­skich. A te­raz Sier­gie­icz zmu­sił się do na­słu­chi­wa­nia – gdzieś z pra­wej strony, ja­kieś pięt­na­ście ki­lo­me­trów stąd, strze­lają i jakby z le­wej też, chyba że to echo.
– A może to ja­kiś czło­wiek? – Sier­gie­icz za­py­tał sam sie­bie gło­śno, wpa­tru­jąc się w plamę.
Przez chwilę wy­dało mu się, że po­wie­trze zro­biło się bar­dziej prze­zro­czy­ste.
„No bo co in­nego mo­głoby tam być? – po­my­ślał. – Gdy­bym miał lor­netkę, wszystko bym zo­ba­czył! I już bym się wy­grze­wał w do­mo­wym cie­ple… A może Paszka ma lor­netkę?”
I nogi po­pro­wa­dziły go za my­ślami – do Paszki. Z tyłu zo­stał lej po po­ci­sku, który wy­buchł koło domu Mit’ko­wych. Da­lej – ulicą Szew­czenki po ko­le­inach prze­jeż­dża­ją­cego tu nie­dawno sa­mo­chodu, o któ­rym Paszka mógł prze­cież w końcu po­wie­dzieć prawdę, cho­ciaż mógł też ze­łgać – i co by mu szko­dziło!
– Masz lor­netkę? – spy­tał bez przy­wi­ta­nia „wroga od dzie­ciń­stwa” otwie­ra­ją­cego drzwi.
– Mam, a to­bie ona na co? – Paszka też wi­docz­nie po­sta­no­wił się nie wi­tać, po co zbędne słowa?
– Tam, z mo­jej strony coś leży na polu. Może zwłoki!
– Zara! – W oczach Paszki bły­snęło za­cie­ka­wie­nie. – Po­cze­kaj!
Lej koło domu Mit’ko­wych po­zo­stał w tyle.
Sier­gie­icz spoj­rzał po dro­dze w niebo. Wy­dało mu się, że się ściem­nia, cho­ciaż naj­krót­sze zi­mowe dni nie koń­czą się prze­cież pół do dru­giej! Po­tem rzu­cił okiem na starą ma­sywną lor­netkę dyn­da­jącą na brą­zo­wym skó­rza­nym pa­sku na wy­pię­tej piersi Paszki. Przód ko­żu­cha nie byłby tak wy­su­nięty, gdyby Paszka nie we­pchnął do środka ba­ra­nich wy­ło­gów koł­nie­rza. Sam koł­nierz stał jak płot wo­kół jego cien­kiej szyi, chro­niąc od­po­wie­dzial­nie przed mroź­nym wia­trem.
– No, gdzie? – Paszka przy­ło­żył lor­netkę do oczu, jak tylko się za­trzy­mali na skraju wa­rzyw­nika.
– Patrz, o tam, na wprost i tro­chę w prawo. Na wznie­sie­niu! – Sier­gie­icz po­ka­zał ręką.
– Tak-tak-tak – ode­zwał się Paszka. – Aha! Wi­dzę!
– I co tam?
– Trup żoł­nie­rza. Tylko ja­kiego? Gdzie są jego na­szywki? Nie, nie wi­dzę. Padł nie­for­tun­nie!
– Daj, niech zo­ba­czę! – po­pro­sił go Sier­gie­icz.
Paszka ścią­gnął z karku rze­myk i po­dał lor­netkę.
– Trzy­maj, psz­cze­la­rzu! Może masz by­strzej­sze oko!
To, co z da­leka wy­da­wało się ciemne, w zbli­że­niu oka­zało się zie­lone. Nie­bosz­czyk le­żał na pra­wym boku, ty­łem głowy do Ma­łej Sta­roh­ra­diwki, czyli twa­rzą do ukra­iń­skich oko­pów.
– No, co wi­dzisz? – za­py­tał Paszka.
– Co wi­dzę? Leży. Mar­twy. Żoł­nierz. Cho­lera wie czyj! Może tam­tych, może tych!
– Ja­sne. – Paszka kiw­nął po­ta­ku­jąco i ruch jego głowy osło­nię­tej wy­so­kim ba­ra­nim koł­nie­rzem wy­wo­łał na twa­rzy Sier­gie­icza, który już od­su­nął od oczu lor­netkę, uśmiech.
– O co cho­dzi? – za­py­tał po­dejrz­li­wie Paszka.
– W tym swoim koł­nie­rzu wy­glą­dasz jak od­wró­cony dzwon. Masz za małą głowę jak na taki prze­pych!
– Mam, jaką mam – od­gryzł się Paszka. – W małą trud­niej kulą tra­fić, a w dużą, jak twoja, to i z ki­lo­me­tra nie spu­dłuje!
Ru­szyli ra­zem przez sad, ogród, po­dwórko do furtki przy ulicy Le­nina. Bez słowa, nie pa­trząc na sie­bie. Sier­gie­icz po­pro­sił Paszkę, żeby mu zo­sta­wił lor­netkę na parę dni. Paszka się zgo­dził. I ru­szył, nie oglą­da­jąc się, w stronę za­ułka Mi­czu­rina.

 
Wesprzyj nas