“Czerwony Wąż” to tour de force, majstersztyk, pełna werwy, krwi oraz imponujących akcji powieść historyczna, która na pewno spodoba się fanom Simona Scarrowa, Gerainta Jonesa i Conna Igguldena.


Szalony i brutalny świat, w którym trzeba walczyć, by przetrwać.

Nad Eufratem, na krawędzi rzymskiego świata, Drust, Kag i ich kompani muszą rozwiązać tajemniczą zagadkę i uratować swoich starych przyjaciół uwikłanych w sieć intryg.

W cieniu Czerwonego Węża, starszych o tysiąc lat od Muru Chińskiego fortyfikacji, Bracia wypełniają misję zleconą przez najpotężniejszego człowieka w Rzymie.

Aby wyjść cało z opresji, Drust i jego ludzie muszą stawić czoło wrogom i… naturze. Czasem będą uciekać i prosić bogów o litość. Czasem jednak będą musieli się zatrzymać i walczyć…

Poprzedni tom cyklu: “Bestie zza Muru”

Robert Low (1949-2021)- szkocki dziennikarz, korespondent wojenny i autor powieści historycznych, m.in. cyklu „Zaprzysiężeni”.

Robert Low
Czerwony Wąż
Przekład: Magdalena Hermanowska
cykl Braterstwo Areny tom 2
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 3 października 2023
 
 


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Oaza Al-Bardi na południowy zachód od Dura Europos Drugi rok panowania Aleksandra Sewera

Czuł ucisk w klatce pier­sio­wej, usta miał wyschnięte na wiór, i to jak na iro­nię, bo jego trze­wia co rusz eks­plo­do­wały wod­ni­stą tre­ścią, a skórę pokry­wał śli­ski pot. Panika buzo­wała w nim niczym ogień, a jego pło­mie­nie pod­cho­dziły mu do gar­dła, wywo­łu­jąc mdło­ści.
Drust nie po raz pierw­szy prze­klął to miej­sce, bogi­nię For­tunę i zapew­nie­nia, że Par­to­wie mają już dosyć, że ich potęga roz­pada się wraz z każ­dym odzia­nym w tur­ban wojow­ni­kiem pole­głym w walce ze swoim rzym­skim sąsia­dem.
Obie­cano mu, że będzie łatwo; wystar­czy dostać się do Dura Euro­pos nie­za­wod­nym szla­kiem kara­wan pro­wa­dzą­cym do zachod­niego krańca Jedwab­nego Szlaku.
Obok Dru­sta sie­dział Kwin­tus; widok jego wytra­wio­nej bru­dem twa­rzy ską­pa­nej w mlecz­nej poświa­cie uspo­ka­jał i doda­wał otu­chy. Na­dal miał na sobie gruby płaszcz, który chro­nił go przed noc­nym chło­dem, ale noc już odcho­dziła, a wzma­ga­jący się upał i wszech­obecne poczu­cie zagro­że­nia spra­wiały, że ich twa­rze były mokre od potu.
Umie­rali z pra­gnie­nia. Te okle­pane słowa tak czę­sto padały w każ­dej roz­mo­wie, że już dawno stra­ciły zna­cze­nie, tyle że tu i teraz były bole­śnie praw­dziwe. Przy­cup­nęli za kamien­nym murem, który się­gałby im zale­d­wie do kolan, gdyby wstali. Ale gdyby wstali, powa­li­łyby ich poci­ski pro­ca­rzy ple­mie­nia zamiesz­ku­ją­cego pasmo gór­skie Dża­bal Tuwajk, któ­rzy kryli się teraz za żół­tymi wydmami.
Drust wie­dział, że wojow­nicy mają dość amu­ni­cji, by tego doko­nać. Byli gotowi oka­zać miło­sier­dzie jedy­nie wiel­błą­dom: chcieli, by oca­lały, więc zabi­jali wyłącz­nie ludzi; ciała wielu z nich zaczęły się już roz­kła­dać.
Przed nimi po lewej stro­nie był kolejny niski mur, za któ­rym też kulili się spo­ceni męż­czyźni. Nie mieli już nakryć głów, a ich twa­rze, ponure i stę­żałe, lśniły w sła­bym świe­tle świtu, które pozwa­lało dostrzec krew na brud­nych bia­łych sza­tach. Na nie­bie nie było gwiazd, a palmy ota­cza­jące oazę ster­czały jak włosy wiedźmy na tle ciem­nego jesz­cze noc­nego nieba. I wtedy coś strze­liło jak bicz tuż przy gło­wie Dru­sta.
Czoł­gała się ku niemu jakaś postać, wzbu­dza­jąc tumany pia­sku. Drust zaczął się krztu­sić i prze­kli­nać.
– Gdyby tylko był tutaj Maniusz ze swoim łukiem – powie­dział Sib, ciężko wzdy­cha­jąc – to ci mio­ta­cze mie­liby za swoje.
Maniu­sza nie było. Maniusz przy­pusz­czal­nie nie żył od lat, lecz Sib na­dal nie mógł przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Podob­nie jak nie­gdyś upar­cie wie­rzył w to, że Maniusz jest jinun, czymś w rodzaju demona. Od sze­ściu lat, od chwili powrotu z wygna­nia na dale­kim połu­dniu Afryki, Drust i Bra­cia Areny prze­mie­rzali w tę i z powro­tem różne pusty­nie – od Tan­geru po Alek­san­drię – han­dlu­jąc zbo­żem, zwie­rzę­tami i pia­skiem dla amfi­te­atrów. Sły­szeli, że Maniusz tra­fił do kopalni, ale uwol­nił go Pies cie­szący się popar­ciem Helio­ga­bala, zło­tego chłopca, który wów­czas był cesa­rzem, oraz jego rów­nie zło­tej i wpły­wo­wej matki.
Dwa lata temu Helio­ga­bal i jego matka zostali pozba­wieni wła­dzy i zabici, a cesa­rzem został Alek­san­der Sewer, kuzyn zło­tego chłopca. Drust był pewien, że Pies i Maniusz nie żyją; dowie­dział się, że zostali zabici pod­czas czy­stek, więc Bra­cia uczcili ich pamięć, roz­sy­pu­jąc sól i roz­le­wa­jąc wino.
A potem z samego jądra ciem­no­ści Kró­le­stwa Par­tów nade­szła wia­do­mość, osza­ła­mia­jąca niczym ude­rze­nie w skroń, że Pies i Maniusz żyją i potrze­bują pomocy.
Roz­legł się okrzyk Kaga, nie­mal rado­sny. Kag wyjął swój gla­dius i zakrzy­wiony nóż, ale one były prze­zna­czone do osta­tecz­nego star­cia, gdy wojow­nicy ruszą na nich z mie­czami. Póki co ota­cza­jący ich kozo­jebcy tylko cza­ili się za wydmami i strze­lali; Drust widział, jak wyska­kują, napi­nają proce, a potem znowu się cho­wają. Nie byli w jakimś szcze­gól­nym nie­bez­pie­czeń­stwie; po pro­stu żaden z człon­ków kara­wany nie miał odpo­wied­niej broni, by odpo­wie­dzieć wro­gowi ogniem.
Drust poło­żył spo­coną dłoń na nie­bez­piecz­nie gład­kiej ręko­je­ści mie­cza, sta­rego przy­ja­ciela z areny. Tuż obok głowy Kaga prze­le­ciały odłamki kamieni, więc Drust chciał go ostrzec, ale szybko uświa­do­mił sobie, że to nie byłoby roz­sądne. Chwy­cił więc miecz, mru­żąc oczy przed słoń­cem, które zdą­żyło już wzejść, bo usły­szał, że ktoś się do niego zbliża. Dźwięk przy­po­mi­nał odgłos mokrego błota rzu­co­nego o ścianę. Potem roz­le­gło się ostre chrząk­nię­cie i za Dru­stem opa­dło głu­cho czy­jeś ciało.
– Trudno dostrzec tych małych gnoj­ków, co?
Głos był zaska­ku­jąco łagodny, Drust od razu go roz­po­znał. Obró­cił się nieco i zoba­czył Pra­ec­la­rum, która wła­śnie prze­czoł­gi­wała się nad mar­twym cia­łem jed­nego z poga­nia­czy wiel­błą­dów. Na­dal drgało, więc Pra­ec­la­rum wcze­śniej przyj­rzała mu się uważ­nie, by się upew­nić, że już nie wsta­nie.
– Naj­wyż­szy czas, żeby te skur­wy­syny z fortu wresz­cie tu dotarły – stwier­dził Drust, a Pra­ec­la­rum przy­znała, iż roz­waża ewen­tu­al­ność, że mogą nie zdą­żyć.
– Ci szma­cia­rze oto­czyli nas ze wszyst­kich stron – zauwa­żyła. – Zaata­kują, gdy dojdą do wnio­sku, że wystar­cza­jąco opa­dli­śmy z sił. Żoł­nie­rze z fortu mogą nie przy­być na czas.
– Daj spo­kój, bądź bar­dziej prak­tyczna i coś wymyśl – mruk­nął pogar­dli­wie Drust. – Nie dawaj satys­fak­cji For­tu­nie.
Pra­ec­la­rum wydęła wargi.
– Dobra, mogli­by­śmy stąd nawiać, ale będą na nas cze­kać, bo leżą we wszyst­kich oko­licz­nych krza­kach. Męż­czy­znom wbiją nóż w plecy, a kobiety zosta­wią dla sie­bie. A ja tego nie chcę, nie mówiąc o tym, że nie mam żad­nych owo­ców, które mogliby zerwać.
Drust chrząk­nął nie­pew­nie, a potem pode­rwał się ze stra­chem, bo zawisł nad nimi jakiś cień.
– Authentēs – ode­zwał się zna­jomy głos.
Drust zaklął chra­pli­wie.
– Pra­wie cię zadźga­łem – powie­dział z gory­czą, a oczy Kisy bły­snęły w ciem­nej twa­rzy.
– Myślę, że to byłoby cięż­kie prze­ży­cie dla nas obu.
– Na tym świe­cie byłoby o jed­nego skre­ty­nia­łego Maura mniej – mruk­nęła tęsk­nie Pra­ec­la­rum, a potem odwró­ciła się, żeby się rozej­rzeć.
Kisa Szem Tow kiw­nął nie­zo­bo­wią­zu­jąco głową.
– Czci­godna pani oczy­wi­ście wie naj­le­piej – odparł ze zja­dli­wym uśmie­chem.
– Kiso, możesz nas stąd wydo­stać? Myślisz, że to moż­liwe?
Męż­czy­zna przez chwilę się zasta­na­wiał, wcią­ga­jąc powie­trze przez zęby.
– Nie – oznaj­mił w końcu, kła­nia­jąc się rado­śnie Dru­stowi.
Pra­ec­la­rum roze­śmiała się cicho, wyda­jąc dźwięk, który przy­po­mi­nał szum zwię­dłego alo­esu na wie­trze. Kisa umknął w bez­pieczne miej­sce. Niebo nad oazą roz­ja­śniło się już zupeł­nie. Drust wie­dział, że nie­da­leko na pół­nocy leży mia­sto Dura Euro­pos, w któ­rym znaj­duje się fort. Dwa dni temu, zanim jesz­cze oto­czyło ich ple­mię zamiesz­ku­jące góry Dża­bal Tuwajk, wysłał tam Ster­co­ri­nusa, ale wcale nie był pewien, czy ten zdo­łał się prze­drzeć. Szcze­rze mówiąc, nie był nawet pewien, czy Ster­co­ri­nus jest godzien zaufa­nia. Był to męż­czy­zna z nogami cien­kimi i dłu­gimi jak bat, a jego ramiona miały kolor spie­czo­nego słoń­cem błota. Cho­dził nago, nie licząc prze­pa­ski na bio­drach i zakrzy­wio­nego ostrza uży­wa­nego przez miesz­kań­ców Pal­myry. Ster­co­ri­nus twier­dził, że pocho­dzi z Pal­myry, ale Drust był pewien, że to kłam­stwo. Jak więk­szość rze­czy, które go doty­czyły.
– Za bar­dzo ufasz temu kozo­jebcy – mruk­nęła Pra­ec­la­rum, a Drust nie był pewien, czy mówi o Kisie, czy o Ster­co­ri­nu­sie. Pomy­ślał, że to w sumie bez zna­cze­nia. Pozy­skali Ster­co­ri­nusa z upa­da­ją­cej szkoły gla­dia­to­rów w Antio­chii, która wyprze­da­wała swoje zasoby. Był tani, nawet jak na „wojow­nika areny”, ponie­waż jego lani­sta, tre­ner i wła­ści­ciel w jed­nej oso­bie rze­tel­nie wszyst­kich infor­mo­wał, że Ster­co­ri­nus jest wrza­skliwy i sza­lony jak wór pło­ną­cych har­pii.
Kisa Szem Tow był Żydem, wyzwo­leń­cem z jakie­goś gór­skiego ple­mie­nia, i dosko­nale znał się na wiel­błą­dach. Oprócz tego był zło­dzie­jem i strę­czy­cie­lem. Przy­był do nich z wia­do­mo­ścią od pew­nego ple­mien­nego wodza, przy­ja­ciela Rzymu w Dura Euro­pos.
Pra­ec­la­rum szczy­ciła się kie­dyś tytu­łem kró­lo­wej Ama­zo­nek i wystę­po­wała na are­nie z zakrzy­wio­nym nożem i las­sem. Kiedy cesarz Sep­ty­miusz Sewer zaka­zał kobie­tom wystę­pów w roli gla­dia­to­rów, była wie­lo­krot­nie sprze­da­wana, ale oka­zało się, że nie jest na tyle atrak­cyjna, by zostać dziwką, nie dość wykształ­cona na nie­wol­nicę domową i zbyt opry­skliwa, by jej zaufać. A więc kie­dyś w końcu ucie­kła, mając na szyi obręcz, która świad­czyła o jej losie; Kwin­tus z uśmie­chem krzy­wym jak Eufrat kupił ją dwa mie­siące temu za bez­cen w Eme­sie i jeśli miał w sto­sunku do niej jakieś plany, szybko je zre­wi­do­wał i uda­wał, że było zupeł­nie ina­czej.
A teraz wszy­scy byli Braćmi Areny, cho­ciaż jeden z nich był sio­strą. Pro­cu­ra­to­res, peł­no­moc­nicy, lekko drwiące okre­śle­nie odno­szące się do grupy ludzi, któ­rzy mało mówili, lecz dużo myśleli. Ter­min okre­śla­jący pier­wot­nie pro­cu­ra­to­res dro­mii, nie­szczę­śni­ków, któ­rzy musieli wska­ki­wać do wra­ków rydwa­nów i sprzą­tać bała­gan przed następ­nym okrą­że­niem na are­nie. Sprzą­tali te śmieci przez całe lata na pole­ce­nie swo­jego patrona, Ser­wi­liu­sza Struc­tusa, aż do jego śmierci.
Cie­nie zmie­niły pozy­cje, niebo poja­śniało jesz­cze bar­dziej, ostrzał osłabł, ale nikt nie miał ochoty się ruszyć. Drust zrzu­cił osłonę, która chro­niła jego głowę, szyję i zakry­wała twarz. Żało­wał, że wcze­śniej jej nie ścią­gnął, więc teraz – nagle oswo­bo­dzony – zaczął się roz­glą­dać. Usły­szał dziwny dźwięk docho­dzący znad wydm: li-li-li-li-li. Wyso­kie, świ­dru­jące zawo­ła­nie, które mro­ziło pot i zamie­niało go w zimną zupę. Przez chwilę cuch­nące powie­trze znie­ru­cho­miało, panika zro­biła swoje, a strach wal­czył z ich kodek­sem, który mówił, że gla­dia­to­rzy ni­gdy nie ucie­kają. Dla­czego? Ponie­waż arena jest okrę­giem. Jaki w tym sens? Taki, że nawet śmier­tel­nie zmę­czony wra­casz cią­gle do punktu wyj­ścia.
Pozo­stali też usły­szeli ten nie­po­ko­jący dźwięk i radzili sobie ze stra­chem na swój spo­sób.
– Kim jeste­śmy? – krzyk­nął ktoś.
– For­tuna nas wydy­mała – ryk­nął inny głos. – Pia­sek to nasza ojczy­zna!
Drust pobło­go­sła­wił Kwin­tusa i Ugona, bo to oni krzy­czeli, a ten ostatni zaczął pry­chać i machać swoim wiel­kim topo­rem. Otarł wargi wierz­chem spo­co­nej dłoni, w któ­rej dzier­żył miecz, i poczuł sól. Pra­ec­la­rum zwró­ciła ku niemu spierzch­niętą twarz i uśmiech­nęła się; miała usta pełne krzy­wych zębów, co wyglą­dało, jakby zamie­rzała wyże­rać kuku­ry­dzę przez płot.
– Ten wyle­niały szczur Ster­co­ri­nus praw­do­po­dob­nie udał się na wydmy, z któ­rych pocho­dzi – powie­działa. – Może je poko­nać z więk­szą łatwo­ścią niż kto­kol­wiek z nas, pomi­ja­jąc Żyda albo może też Siba. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby czaił się tam na nas z nożem.
Drust nie chciał myśleć w ten spo­sób o Ster­co­ri­nu­sie, ale swoją drogą nie mógł zaprze­czyć, iż ten oby­wa­tel Pal­myry jest pod­stępny i nie­wzru­sze­nie wie­rzy w to, że wie, kiedy umrze, co było zwią­zane z prze­po­wied­nią Baala-Sza­mina, semic­kiego boga pal­myr­czy­ków. Ster­co­ri­nus ni­gdy tego nie wyja­śnił, lecz Drust nie mógł się powstrzy­mać i cały czas się zasta­na­wiał, czy ta prze­po­wied­nia nie doty­czy tej pustyn­nej oazy i ata­ku­ją­cego ich ple­mie­nia.
Na szczę­ście wszy­scy byli ze sobą zwią­zani areną – pia­skiem i krwią.
– Nad­cho­dzą – ode­zwał się słabo Drust, cho­ciaż to wcale nie było potrzebne.
Człon­ko­wie ple­mie­nia odziani w tur­bany i dłu­gie szaty wypły­nęli falą znad wydm ze swoim mro­żą­cym krew w żyłach wyso­kim li-li-li-li-li.
Drust naj­pierw usły­szał, jak Kag z rykiem zrywa się na równe nogi, a potem zoba­czył męż­czy­znę, który zamie­rzył się na niego: obna­żone zęby błysz­czące w gęstej bro­dzie, unie­siony nad głową szty­let. Drust musiał wysta­wić prze­ciw niemu swój gla­dius. Patrzył, jak szty­let wroga ude­rza w jego miecz, prze­suwa się na bok, a wojow­nik, nie mogąc się zatrzy­mać, nie­zgrab­nie pró­buje się odsu­nąć. Wtedy Drust przy­stą­pił do kontr­ataku. Poczuł wstrząs, usły­szał trzask łamią­cego się krę­go­słupa, a potem wrzask, ale nie zwró­cił na to uwagi, bo już nade­szli następni.
Szarp­nął ręko­je­ścią mie­cza, w gło­wie huczały mu prze­kleń­stwa, a uszy gdzieś z bli­ska reje­stro­wały zło­rze­cze­nia Ugona. Kwin­tus mignął Dru­stowi na gra­nicy pola widze­nia; balan­so­wał na nogach, lawi­ro­wał, ude­rzał i ciął.
Męż­czy­zna, który ata­ko­wał Dru­sta, upu­ścił włócz­nię, a potem chwy­cił kur­czowo pło­nącą czer­wie­nią szatę na wyso­ko­ści brzu­cha, jakby chciał zaskle­pić roz­wartą ranę i powstrzy­mać stru­mień wyle­wa­jący się z jego trzewi. Drust pomy­ślał ze smut­kiem, że to jed­nak prze­ciw­ni­kowi w niczym nie pomoże, więc kop­nął go, by zająć się następ­nym.
Było ich zbyt wielu. Wrza­ski, pobrzę­ki­wa­nie metalu o metal, krew, piach, ciek­nąca z ust ślina, cał­ko­wity brak planu. Tylko dzika panika, jedna walka za drugą, bazo­wa­nie na sta­rych, wyćwi­czo­nych i zako­rze­nio­nych ruchach i roz­pacz­li­wych reak­cjach.
Przed Dru­stem poja­wił się kolejny wojow­nik: war­czał, pry­chał i wyma­chi­wał zakrzy­wio­nym nożem. Takim samym zresztą jak pozo­stali. Było za późno, by zro­bić unik, więc Drust tylko się cof­nął, a wtedy męż­czy­zna na niego natarł. Prze­wró­cili się obaj, poto­czyli na pia­sek, który wiro­wał i wci­skał się do oczu, a potem Drust spró­bo­wał odsko­czyć, ale stwier­dził, że klę­czy, opie­ra­jąc się na kola­nach i łok­ciach. Wojow­nik, któ­remu opa­dła zasłona, obna­żył w zło­wiesz­czym uśmie­chu zepsute zęby. Jego nóż powę­dro­wał w górę, a Drust zro­bił wszystko, żeby unik­nąć ciosu. Zamru­gał, by pozbyć się pia­sku z oczu, splu­nął i przy­klęk­nął niczym skła­dany w ofie­rze wół cze­ka­jący na cios kapłana.
Nożow­nik nagle odsko­czył do tyłu, jakby ktoś go odcią­gnął, z impe­tem upadł na Dru­sta, a potem prze­to­czył się na plecy, patrząc ze zdu­mie­niem na męż­czy­znę sie­dzą­cego na wiel­błą­dzie. Skąd się tu wziął?
Czło­wiek miał na gło­wie kefię i hełm, biały jak świeży śnieg. Nosił też zaku­rzoną białą tunikę, pod którą ryso­wało się coś w rodzaju kol­czugi, i pele­rynę w kolo­rze krwi. Na jego nogach powie­wały par­tyj­skie spodnie, muska­jąc boki wiel­kiego, par­ska­ją­cego wiel­błąda. Męż­czy­zna wycią­gnął kolejną włócz­nię z koł­czana przy­tro­czo­nego za prawą nogą, a nożow­nik wił się ze stra­chu.
– Dro­me­da­rii!
W tym okrzyku była radość i przede wszyst­kim ulga.
Wojow­nicy w czer­wo­nych pele­ry­nach wje­chali na wiel­błą­dach za niski mur małej for­tecy, zmu­sza­jąc do ucieczki wrzesz­czą­cych ze stra­chu człon­ków ple­mie­nia, któ­rzy porzu­cali swoje oszczepy, proce i strzały. Ugo ze splą­ta­nymi wło­sami i zmierz­wioną od potu i brudu brodą uniósł swój prze­ra­ża­jący topór i wydał okrzyk, który natych­miast pod­jęli pozo­stali: poga­nia­cze, ładow­ni­czy, prze­woź­nicy, wszy­scy. Woda w oazie poczer­wie­niała.
Sie­dzący na wiel­błą­dzie Ster­co­ri­nus uśmie­chał się sze­roko, uka­zu­jąc dzią­sła i dziu­rawe zęby, i machał do nich z dumą, jakby sam tego wszyst­kiego doko­nał, a potem czyjś piskliwy głos obwie­ścił, kto ich oca­lił.
– Czer­woni Ludzie!
Drust zaczął pod­no­sić się z kolan, aż w końcu jego spoj­rze­nie spo­częło na czy­jejś wycią­gnię­tej dłoni; zadarł głowę i zoba­czył krzywy uśmiech Kwin­tusa.
– Przy­po­mnisz mi raz jesz­cze, dla­czego tu jeste­śmy?
– Z powodu pie­przo­nego Psa i pie­przo­nego Maniu­sza – wark­nął Kag, który usły­szał pyta­nie. Chciał splu­nąć, ale zabra­kło mu śliny. – Nie mam poję­cia, dla­czego zawra­camy sobie głowę parą umar­la­ków. Wiem za to, że musia­łem wylać cał­kiem nie­złe wino, żeby uczcić ich pamięć.
Ponie­waż jeste­śmy Braćmi Areny, pomy­ślał Drust. I dla­tego, że dosta­łem wia­do­mość, że mam udać się do Dura Euro­pos i poroz­ma­wiać z Ura­niu­sem. Drust nie miał poję­cia, kim jest Ura­nius, ale nie mógł zigno­ro­wać tej wia­do­mo­ści co naj­mniej z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, była napi­sana po łaci­nie na porząd­nym papie­rze i dobrym atra­men­tem, a nie wyryta na zwy­kłej tabliczce. Po dru­gie, nade­szła od ludzi, któ­rzy nie umieli czy­tać ani pisać, nawet gdy jesz­cze żyli.

 

Mia­sto Dura Euro­pos było gry­ma­sem na ustach świata. Zawzię­tym jak wykrzy­wiona gęba kogoś, kto musi sta­wiać czoło nie­ustan­nym pory­wom wia­tru, pyska­tym i nie­zdol­nym się zamknąć, nawet sto­jąc nad gro­bem. Gdyby Dura Euro­pos umiało mówić, w jego sło­wach roz­brzmie­wałby akcent, który można by wyko­rzy­stać do budowy jego licz­nych wież. Roz­cią­gało się leni­wie wzdłuż urwi­ska nad Eufra­tem niczym pijana dziwka na pode­ście.
Osła­niał je woal resz­tek wybla­kłej par­tyj­skiej świet­no­ści, żydow­skich świe­ci­de­łek, rzym­skiej pom­pa­tycz­no­ści i chrze­ści­jań­skich ikon. Mia­sto zbu­do­wano tak dawno temu, że nikt tego nie pamię­tał, i przez wiele lat znaj­do­wało się pod pano­wa­niem Per­sów, aż w końcu za cza­sów Boskiego Aure­liu­sza Rzy­mia­nie wyrwali je z ich rąk. Od tam­tej pory rzą­dzili w nim nie­po­dziel­nie, ozda­bia­jąc je wie­żami i cyta­de­lami. Dura Euro­pos miało ważne zna­cze­nie z dwóch powo­dów, jak wyja­śnił Dru­stowi, Kagowi i pozo­sta­łym pewien dowódca woj­skowy: było sztan­da­rem, któ­rym Rzym machał Par­tom przed nosem, oraz punk­tem kon­troli zachod­niego odcinka szlaku han­dlo­wego, który biegł na wschód i tylko bogo­wie wie­dzą dokąd.
Przy­wódca woj­skowy nazy­wał się Wiriusz Gena­dius Atta­lus, a jego tytuły – latic­la­vius, vir mili­ta­ris i Pan Rzeki – ude­rzyły Dru­sta i Kaga jak otwarta dłoń. Stali na jego mozai­ko­wej pod­ło­dze, wyglą­da­jąc spod zdo­bio­nych łuków na taras owie­wany łagodną bryzą, która przy­no­siła woń rzecz­nego mułu, odór ście­ków i słodki, upa­ja­jący aro­mat róż. Po rzece sunęła spo­koj­nie jakaś łódź. Wszę­dzie rosły tama­ryszki i palmy.
– Co was tutaj spro­wa­dziło? – zapy­tał Atta­lus, vir mili­ta­ris, eques i latic­la­vius w jed­nej oso­bie.
– Długa, zaku­rzona droga – odparł Drust.
– I wiel­błądy – dodał Kag.
Atta­lus spoj­rzał na nich groź­nie. Miał gęstą brodę uło­żoną sta­ran­nie w loki, ponie­waż tak naka­zy­wała naj­now­sza moda. Był więc ele­gancki i modny, ale za to musiał zno­sić dokucz­liwe swę­dze­nie. Nosił tunikę w sze­ro­kie pasy i togę; pełna gala, gdyż – podob­nie jak inni ofi­cjele – pró­bo­wał w ten spo­sób zmu­szać par­we­niu­szy do posłu­szeń­stwa.
– Nie wkur­wiaj­cie mnie – powie­dział, a pro­stac­two tych słów w ustach ary­sto­kraty z Pala­tynu nie­mal roz­śmie­szyło Dru­sta. Nie­mal. – W jakim celu tu przy­by­li­ście?
– Jeste­śmy han­dla­rzami, a to mia­sto jest w końcu cen­trum han­dlu. Przy­wieź­li­śmy jęcz­mień, świ­nie, pro­siaki, wyborne wino, dak­tyle, oliwę i garum.
Wszystko kupo­wali żoł­nie­rze, sta­ran­nie wybie­ra­jąc towary, więc Drust nie raz, nie dwa życzył świ­niom i ich potom­stwu szyb­kiej śmierci.
– No i sie­bie – zakoń­czył, a Atta­lus spoj­rzał na nich ze zdzi­wie­niem, zasta­na­wia­jąc się, czy znowu nie pró­bują z niego kpić.
– Jeste­śmy wojow­ni­kami areny – dodał szybko Kag, żeby Atta­lus nie zdą­żył się zago­to­wać. – Daw­niej nale­że­li­śmy do rzym­skiej szkoły gla­dia­to­rów, ale dosta­li­śmy drew­niane mie­cze, więc teraz jeste­śmy wyzwo­leń­cami i oby­wa­te­lami. Na­dal bie­rzemy jed­nak udział w wal­kach poka­zo­wych dla wytraw­nych i wyma­ga­ją­cych widzów.
– Gla­dia­to­rzy? – zapy­tał z nie­do­wie­rza­niem Atta­lus. – Byli nie­wol­nicy?
Nikt nie odpo­wie­dział, więc Atta­lus zro­bił kilka kro­ków, a potem zatrzy­mał się i spoj­rzał na nich nie­uf­nie.
– Prze­by­li­ście z kara­waną taką nie­bez­pieczną drogę, żeby han­dlo­wać sosem ryb­nym, jęcz­mie­niem i wal­kami gla­dia­to­rów?
– I świ­niami – dodał uprzej­mie Kag. – Nie zapo­mi­naj o świ­niach.
Atta­lus obrzu­cił go gniew­nym spoj­rze­niem.
– Ni­gdy nie mia­łem z nimi do czy­nie­nia, ale już mi ich żal, że musiały podró­żo­wać z takimi dra­niami.
Zlu­stro­wał ich od góry do dołu. Drust wie­dział, co zoba­czył: twar­dych, nie­bez­piecz­nych, chu­dych męż­czyzn, spa­lo­nych słoń­cem, ogo­rza­łych od wia­tru, któ­rzy mło­dość mieli już za sobą, ale nie zdą­żył ich jesz­cze skuć mróz sta­ro­ści. Jeste­śmy na kra­wę­dzi życia, pomy­ślał Drust, dużo widzie­li­śmy i prze­ży­li­śmy, ale nie wyglą­damy jak wojow­nicy areny, muszę mu to przy­znać. Nawet w naj­lep­szych cza­sach tak nie wyglą­da­li­śmy…
– Powie­dziano nam, że droga jest bez­pieczna – wyja­śnił Kag, roz­kła­da­jąc prze­pra­sza­jąco ręce. – Podobno Par­to­wie są zbyt zajęci walką i nie napa­dają na kara­wany.
Atta­lus wszedł za bogato zdo­bione biurko, które – nie licząc krze­sła i kilku foteli – było jedy­nym meblem w pomiesz­cze­niu.
– To prawda – przy­znał. – Zamieszki wokół Fars są czę­ściowo zwią­zane ze śmier­cią Arta­bana, króla Par­tów, który zgi­nął z rąk bun­tow­nika o imie­niu Arda­szir, oraz jego syna Sza­pura. Nie roz­wią­zało to zbyt wielu pro­ble­mów, jak już zapewne zdą­ży­li­ście się prze­ko­nać. Brak kon­troli ze strony Par­tów uru­cho­mił lokalne ple­miona. To, które spo­tka­li­ście, Dża­bal Tuwajk, to tylko jedno z nich. Dla­czego pyta­li­ście o Ura­niusa?
– To imię, które pozna­łem kie­dyś na zacho­dzie – skła­mał Drust. – Dowie­dzia­łem się, że to gość od wiel­błą­dów w Dura Euro­pos.
– Wasz posła­niec bar­dzo nale­gał, żeby z nim poroz­ma­wiać. Pod­szedł do bram, wykrzy­ku­jąc jego imię.
To musiał być poli­czek dla straż­ni­ków, pomy­ślał Drust; wysoki, smu­kły Maur z ogrom­nym zakrzy­wio­nym mie­czem i prze­pa­ską na bio­drach wyła­nia­jący się z bez­miaru pustyni na par­szy­wym wiel­błą­dzie i wykrzy­ku­jący imię Rzy­mia­nina. To z pew­no­ścią nie wzmocni pozy­cji spo­łecz­nej Ura­niusa.
– Rozu­miem, dla­czego to mogło cię zde­ner­wo­wać – zapew­nił Drust. – Powie­dzia­łem posłań­cowi, by sta­rał się prze­ka­zać, że zna­leź­li­śmy się w dość kło­po­tli­wej sytu­acji. Uzna­łem, że gdy użyje tego imie­nia, zosta­nie potrak­to­wany poważ­nie.
– I tak się stało – dodał Kag z bło­gim uśmie­chem. – Ura­nius wysłał na pomoc wiel­błą­dzią jazdę.
– To ja wysła­łem dro­me­da­rii – odparł z gory­czą Atta­lus. – Ura­niusa z nimi nie było. Zna­cie go w ogóle?
– Ni­gdy go nie spo­tka­li­śmy – odpo­wie­dział sta­now­czo Drust. To zresztą była prawda, a zmarsz­czone brwi Atta­lusa świad­czyły o tym, że zadał Ura­niu­sowi to samo pyta­nie. Drust zasta­na­wiał się, skąd to zain­te­re­so­wa­nie i ta kwe­stia bar­dzo go zanie­po­ko­iła. Pomy­ślał gorzko, że Pies i Maniusz musieli wku­rzyć kogoś naprawdę waż­nego. Jak zwy­kle zresztą.
Utre­fiona broda Atta­lusa roz­sz­cze­piła się w uśmie­chu.
– Gla­dia­to­rzy – powie­dział, a Drust natych­miast stał się czujny.
– Mamy tu nowy amfi­te­atr – cią­gnął Atta­lus. – Został zbu­do­wany dla żoł­nie­rzy zale­d­wie rok temu. Za kilka dni odbę­dzie się Święto Róż i jestem prze­ko­nany, że ludzie doce­nią występy praw­dzi­wych gla­dia­to­rów.
Dru­stowi nie spodo­bał się ten pomysł. Kag wychwy­cił to od razu, gdy kom­pan wymie­nił cenę, która zwa­li­łaby z nóg sena­tora. Atta­lus zmarsz­czył brwi.
– Muszę się skon­sul­to­wać – odparł, a Dru­stowi zamarło serce. Wie­dział, że Atta­lus pój­dzie do cen­tu­rio­nów i zmusi ich, by prze­zna­czyli na ten cel pie­nią­dze legio­nów. A to ozna­czało, że żoł­nie­rze zapłacą.
– Nie wal­czymy na śmierć – ostrzegł Drust, mając nadzieję, że to zakoń­czy temat. Ale Atta­lus tylko się uśmiech­nął i dał znak, żeby wyszli.

 

W mie­ście roiło się od rzym­skich tunik, grec­kich pele­ryn, spi­cza­stych scy­tyj­skich kape­lu­szy, luź­nych per­skich spodni, dłu­gich arab­skich i żydow­skich szat i wiel­kich tur­ba­nów han­dla­rzy jedwa­biem z Tami­la­kamu.
Drust kie­ro­wał się do Wieży Sie­dem­na­stej, kom­pleksu budyn­ków, w któ­rym zna­la­zła przy­stań ich kara­wana i który był wypo­sa­żony w łaź­nię. Drust nie potra­fił roz­gryźć, czy bar­dziej obraża go, czy cie­szy odcię­cie od innych kara­wan­se­ra­jów. Zajazdy dla kara­wan ze wschodu lub zachodu znaj­do­wały się w głów­nej mie­rze poza murami mia­sta i tylko naprawdę uprzy­wi­le­jo­wani mogli kwa­te­ro­wać w ich obrę­bie. Drust nie zamie­rzał drą­żyć, dla­czego aku­rat oni są tak bar­dzo uprzy­wi­le­jo­wani.
Przy­sta­nęli w cie­niu, by poza­pla­tać sobie nawza­jem war­ko­cze i zasta­no­wić się co dalej, a Kisa Szem Tow sta­rał się w tym cza­sie zro­bić porządki w kara­wa­nie. Był w tym naprawdę dobry, nawet jeśli przy oka­zji tro­chę kradł.
– Mam gdzieś występy w tym mie­ście – mruk­nął Kag. – Sły­sza­łem sumę, którą wymie­ni­łeś, ale Atta­lus nawet nie mru­gnął okiem. To dobrze uro­dzony dupek, który za śmierć zapłaci każdą cenę.
– A zatem nie zro­bimy tego – zapew­nił uspo­ka­ja­jąco Drust. – W końcu jeste­śmy wyzwo­leń­cami, a nie nie­wol­ni­kami, któ­rych wiąże stara przy­sięga.
– I tak jej prze­strze­gamy – wtrą­cił Sib.
Ugo usiadł i oparł się obiema rękami o swój długi topór. Wyglą­dał żało­śnie.
– Nie cier­pię wal­czyć bez topora – poża­lił się, a Kwin­tus prych­nął szy­der­czo.
– To nie jest broń na arenę, czyż nie? Masz być porząd­nym gla­dia­to­rem, który wal­czy mie­czem, a nie pie­przo­nym pogromcą byków i bar­ba­rzyńcą z Ger­ma­nii. A poza tym nawet nie lubisz tego topora, tak przy­naj­mniej mówi­łeś.
Ugo poki­wał ze smut­kiem głową.
– Naj­lep­szy topór zosta­wi­łem w gło­wie tej bestii z Pół­nocy – przy­znał. – Ten nie może się z nim rów­nać.
– To znajdź inny – rzu­cił ziry­to­wany Kag. – Albo jesz­cze lepiej poszu­kaj sobie bar­dziej cywi­li­zo­wa­nej broni.
– Nie uwa­ża­łeś, że topór jest nie­cy­wi­li­zo­wany, gdy wyrżną­łem nim tych kozo­jeb­ców w oazie – zauwa­żył gorzko Ugo. Było w tym dużo prawdy, więc nikt nie zamie­rzał się sprze­czać.
– Mógł­bym wal­czyć mie­czem Ster­co­ri­nusa – dodał z nadzieją Ugo, ale męż­czy­zna, który pod­pie­rał ścianę niczym powy­gi­nana wia­trem palma, koły­sząc w dło­niach wielki zakrzy­wiony miecz, nie zamie­rzał odpo­wie­dzieć.
– Ster­co­ri­nu­sie, skąd masz taką broń? – spy­tał Kwin­tus.
Chudy Maur spoj­rzał na niego czar­nymi, roz­ma­rzo­nymi oczami.
– Od boga – odparł. – Kiedy powie­dział mi, jak umrę, i zażą­dał, żebym był jego miecz­ni­kiem. Ten miecz nale­żał kie­dyś do Szy­mona zwa­nego Kefa­sem, obrońcy Chry­stusa. Obciął nim ucho słu­dze arcy­ka­płana, gdy przy­szli aresz­to­wać jego Pana.
– Jak go zdo­by­łeś? – zapy­tał Ugo.
– Takie jest moje prze­zna­cze­nie. Dla­tego mam ten miecz i dla­tego tu pozo­sta­łem. Drust i bóg powie­dzą mi teraz, jakie jest moje prze­zna­cze­nie.
Sły­szeli to już wie­lo­krot­nie i za każ­dym razem mieli nadzieję, że dowie­dzą się cze­goś nowego, ale miecz i bóg nie mieli imion, a Ster­co­ri­nus cią­gle nie zdra­dzał, jak umrze.
– Zosta­łeś, bo cię kupili, uwol­nili i teraz jesteś zwią­zany umową, bo musisz spła­cić, co jesteś winien – ode­zwała się Pra­ec­la­rum. – To tak samo sku­teczne jak nie­wol­nic­two. Mnie to zresztą też doty­czy.
Ster­co­ri­nus spoj­rzał na nią tak, jakby chciał powie­dzieć: wierz sobie, w co tylko chcesz, prawda jest zupeł­nie inna.
– W każ­dym razie – wtrą­cił smęt­nie Kag, widząc, że nic nowego się nie wyda­rzy – ten wygięty nóż jest praw­do­po­dob­nie naj­więk­szy ze wszyst­kich, jakie widzie­li­śmy, ale to nie zmie­nia faktu, że nie nadaje się na arenę. Bra­kuje mu digni­tas. Tak samo jak wal­kom kobiet.
– Gdyby tylko mi pozwo­lili – mruk­nęła Pra­ec­la­rum nie­wzru­szona sło­wami Kaga.
– W Rzy­mie to zaka­zana per­wer­sja – oznaj­mił Kag – ale tutaj akcep­tują walki kobiet. Wschód należy do cie­bie.
– Oczy­wi­ście – dodał zło­śli­wie Sib. – A jeśli nie będziesz znać kro­ków tego tańca i dasz ciała, wygwiż­dżą cię, a potem dadzą ci szóstkę jak face­towi.
„Szóstka” była tra­dy­cyj­nym spo­so­bem ozna­cza­nia mar­twych gla­dia­to­rów. Drust był zde­ter­mi­no­wany, by nie dopu­ścić do takiej sytu­acji, i powie­dział to gło­śno. Przez dłuż­szą chwilę nikt się nie odzy­wał.
– A co z tym Ura­niu­sem? – spy­tał w końcu Kwin­tus.
Drust nie miał poję­cia. Było jasne, że trzy­mają ich z dala od wszyst­kich, zwłasz­cza od Ura­niusa, i nie wie­dział dla­czego. To powo­do­wało, że sprawa amfi­te­atru tak bar­dzo go nie­po­ko­iła.
– Myślisz, że będą pró­bo­wali nas wszyst­kich zabić? – zain­te­re­so­wał się Sib.
Ugo roze­śmiał się ser­decz­nie i swo­bod­nie, otwie­ra­jąc sze­roko usta.
– Tak wła­śnie tutaj robią – ode­zwał się w końcu. – Pies wie­dział o tym naj­le­piej.
Wszy­scy zamil­kli, sły­sząc to imię. Pies był kie­dyś jed­nym z nich, męż­czy­zną z wyta­tu­owaną twa­rzą, która wyglą­dała jak odwró­cona na lewą stronę czaszka; wyje­chał ze wszyst­kimi Juliami z rodziny cesar­skiej, które były sku­pione wokół cesa­rza Helio­ga­bala, zło­tego chłopca. Drust i pozo­stali zna­leźli sen­sowną kry­jówkę i udali się na wygna­nie na połu­dnie Afryki. Od tam­tej pory nikt nie sły­szał wię­cej o Psie, ponie­waż Helio­ga­bal i jego matka Julia zostali wyeli­mi­no­wani, a cesa­rzem został młody kuzyn Helio­ga­bala, Alek­san­der. Obie matki cesa­rzy miały na imię Julia.
Można było odnieść wra­że­nie, że wszyst­kie kobiety w rodzi­nie Sewe­rów noszą to imię. Helio­ga­bal poślu­bił dwie Julie; dru­gie mał­żeń­stwo oka­zało się skan­da­lem, gdyż owa Julia była westalką. Drust pomy­ślał, że coś takiego warto zapa­mię­tać. Julie są naj­bar­dziej śmier­cio­no­śną siłą w cesar­stwie, a Pies prak­tycz­nie wiel­bił matkę Helio­ga­bala, leżał u jej stóp, a od jej syna trzeba go było odcią­gać cho­ler­nymi wołami.
Wszy­scy byli prze­ko­nani, że Pies nie żyje, a Maniusz razem z nim, ale oka­zało się, że byli tutaj, cał­kiem żywi, i pro­sili o pomoc jedyną rodzinę, jaką znali, jedy­nych ludzi, któ­rym mogli zaufać. Drust wyja­śnił pozo­sta­łym, że w wia­do­mo­ści bra­ko­wało szcze­gó­łów, ponie­waż zagi­niona dwójka nie chciała, żeby ktoś się cze­goś o nich dowie­dział.
– Pew­nie cho­dzi o kobietę – powie­dział Kwin­tus z sze­ro­kim uśmie­chem.
– Albo o złoto – mruk­nął mar­kot­nie Kag. – Tylko jego blask ma dla Psa zna­cze­nie.
Tra­fili więc do Dura Euro­pos, mia­sta twier­dzy, drżą­cego zakoń­cze­nia ner­wo­wego pobu­dza­ją­cego cały orga­nizm Rzymu, zie­ją­cego jak otwarta rana na obrze­żach cesar­stwa, sta­wia­ją­cego czoło odwiecz­nemu wro­gowi, który zda­wał się zmie­niać w coś, czego nikt nie był w sta­nie roz­po­znać ani zro­zu­mieć.
Kisa Szem Tow dobrze je znał, więc kiedy w końcu się zja­wił, zwró­ciły się ku niemu wszyst­kie głowy. Był nie­wy­soki, ciemny, miał sze­roką twarz, a jego żuchwę oka­lała broda, w któ­rej lśnił biały uśmiech, naj­czę­ściej kłam­liwy. Kisa skon­tro­lo­wał miej­sce postoju dla wiel­błą­dów sto­ją­cych naprze­ciwko sie­bie w dwóch rzę­dach; ich pomru­ki­wa­nia i pochrzą­ki­wa­nia zagłu­szały teraz sku­tecz­nie worki z paszą, które miały na pyskach. Wszyst­kie ładunki uło­żono w zgrab­nych sto­sach na ubi­tej ziemi wyło­żo­nej mate­ria­łem, przy­kryto je nasą­czoną ole­jem płachtą, powią­zano i umo­co­wano. Kisa prze­ka­zał im dzwo­nek, który pod­czas wędrówki nosił ostatni wiel­błąd w kolum­nie, i wyko­ny­wał przy tym tak pom­pa­tyczne gesty, jakby wrę­czał go bogom.
– Co o nas mówią? – spy­tał Drust.
Mały Żyd ski­nął głową, spoj­rzał z ukosa na Ster­co­ri­nusa, który przy­kuc­nął na ziemi jak ogromny pająk i koły­sał w ramio­nach swój wielki bułat niczym uko­chane dziecko, a potem na Siba. Kisa nie lubił tych miesz­kań­ców pustyni, nie ufał im, ale miał prze­cież do wyko­na­nia zada­nie…
– Że jeste­ście wojow­ni­kami z Rzymu – odpo­wie­dział. – Dowódcy straż­ni­ków kara­wan zasta­na­wiają się, czy fak­tycz­nie jeste­ście aż tak dobrzy, bo jest was tylko kilku, a każdą kara­wanę ochra­nia prze­cież co naj­mniej stu straż­ni­ków.
Kwin­tus par­sk­nął śmie­chem.
– Widzia­łem tych straż­ni­ków. Bez pro­blemu można by uto­pić ich dupy w pia­chu za pomocą owczego pęche­rza na kiju.
– Mia­sto ma pro­blemy – cią­gnął Kisa Szem Tow. – Han­del ze Wscho­dem wpraw­dzie jesz­cze się nie zała­mał, ale poja­wiły się prze­rwy w dosta­wach. Ci uzur­pa­to­rzy chcą chyba znisz­czyć stare cesar­stwo, ale dotych­czas nie zastą­pili go niczym nowym. Na pustyni wrze. – Zamilkł na chwilę, a potem się uśmiech­nął. – Może za rok? Kto wie? – dodał. – W tej czę­ści świata tak się dzieje od zawsze. Wszy­scy o coś się kłócą i biją, od szla­chet­nych wojow­ni­ków po psy na pustyni.
To mia­sto też jest warte walki, pomy­ślał Drust, gdyż han­del je wzbo­gaca, nawet jeśli nie widać tego na pierw­szy rzut oka. Dura Euro­pos można było obje­chać w dwa­dzie­ścia minut, pod warun­kiem że zna­la­zło się dobrego konia i w miarę porządną ulicę, cho­ciaż na miej­sco­wych trak­tach roiło się od róż­nych moż­li­wo­ści.
– Przy­pusz­czal­nie uda ci się zna­leźć to pierw­sze, dru­giego nie znaj­dziesz ni­gdy – odparł Kisa Szem Tow, gdy Drust wyra­ził swoją myśl.
Kisa dobrze się na tym znał i dzie­lił się wie­dzą ze wszyst­kimi, któ­rzy chcieli słu­chać, ponie­waż Dura Euro­pos było bliź­nia­czo podobne do jego rodzin­nego mia­sta. I dla­tego wszy­scy roz­sądni ludzie zatrud­niali go jako prze­wod­nika po tych zie­miach. Kisa dobrze znał mia­sto i jego oko­lice, a taka wie­dza była nie do pogar­dze­nia. Podob­nie zresztą mówił w Antio­chii, gdy przy­niósł im wia­do­mość, która ścią­gnęła ich do Dura Euro­pos.
Drust słu­chał jed­nym uchem. Mały Żyd zarzu­cał ich opo­wie­ściami od chwili, gdy zja­wili się w Antio­chii. Szybko prze­ko­nali się, że w kwe­stii udzie­la­nia infor­ma­cji jest jak kie­lich bez dna, cho­ciaż nie wszyst­kie były przy­datne i nie wszyst­kie miały sens.
Drust zasta­na­wiał się – nie po raz pierw­szy – czy warto tego słu­chać. Nie ufał Kisie Szem Towowi i prę­dzej powa­liłby Ugona rzęsą, niż mu uwie­rzył, ale nie powie­dział tego gło­śno. Tylko słu­chał i obser­wo­wał sku­pi­ska roz­pa­da­ją­cych się par­te­ro­wych domów z suszo­nej cegły, kłę­bo­wi­ska namio­tów i gorącą parę wydo­by­wa­jącą się z pysków chrum­ka­ją­cych z zado­wo­le­nia wiel­błą­dów.
Roz­ko­szo­wał się zapa­chem dymu drzew­nego, świe­żego chleba i gorą­cej cebuli; nie­ważne, że musiał prze­są­czać aro­maty przez odór wiel­błą­dów i nie­my­tych ciał. Gdyby zamknął oczy, zoba­czyłby oczami wyobraźni miej­sce, w któ­rym domy były wyż­sze i stały bli­żej sie­bie; zoba­czyłby wąskie ulice Sub­ury, biją­cego serca Rzymu. Ale Sub­ura była rów­nie daleko, jak nie­wiel­kie były szanse unik­nię­cia walki w nowym amfi­te­atrze Dura Euro­pos.
– Takich ludzi jak ja jest tutaj wielu – powie­dział Kisa. – Mam na myśli Żydów, cho­ciaż nazy­wamy sie­bie Kara­imi i postę­pu­jemy zgod­nie z wła­snymi naukami, od kiedy Hil­lel i Szam­maj sta­nęli prze­ciwko sobie. Nie­któ­rzy twier­dzą, że pocho­dzimy z Czu­fut-Kale, lecz nikt nie lubi o tym słu­chać, gdyż według legendy Kara­imi byli tam nie­wol­ni­kami bestii zza gór.
– Nie­na­wi­dzę tej nory – oznaj­mił Kag, spo­glą­da­jąc spode łba na sze­roki uśmiech Kisy Szem Towa. – Nie­na­wi­dzę tego upału, tej obco­ści i nie posta­wię smrodu moich jaj prze­ciwko tym twoim kara­im­skim Żydom. Chcę się tylko dowie­dzieć, gdzie jest droga, która nas stąd wypro­wa­dzi. A przede wszyst­kim chcę wie­dzieć, co nas tutaj ścią­gnęło.
– Jeśli śmier­dzą wam jaja, mogę zna­leźć jakąś łaź­nię – ode­zwał się uprzej­mie Kisa; jego głos tylko odro­binę zadrżał. – Ludzie kąpią się tutaj regu­lar­nie, Żydzi rów­nież. Tylko świeżo upie­czeni ojco­wie nie mogą się kąpać i pisać przez czter­dzie­ści dzie­więć dni po naro­dzi­nach dziecka. Ara­bo­wie też się kąpią, ale nie tak czę­sto. Han­dla­rze z pustyń poło­żo­nych na wscho­dzie kąpią się rzadko…
– Dosyć o tych kąpie­lach – wark­nął Ugo. – Jesteś jak prąd w cza­sie przy­pływu. Czuję się obmyty.
– Jestem pewien, że masz słusz­ność, mój panie – odparł Kisa, schy­la­jąc głowę. Potem odwró­cił się i pod­szedł do Dru­sta na tyle bli­sko, by ten poczuł odór kwa­śnego potu, brud­nej bie­li­zny i nie­przy­sta­jący do reszty słaby zapach róża­nych per­fum.
– Pewien czło­wiek – szep­nął mu pro­sto do ucha, a jego oddech musnął włosy Dru­sta – powie­dział innemu, żeby poszu­kał Szajka Amjota na ulicy Taniego Żelaza. Tam znaj­dziesz Czer­wo­nego Czło­wieka.
– Czło­wieka? – zapy­tał ze zdzi­wie­niem Drust. – Jakiego czło­wieka? I dla­czego to mówisz? Na doda­tek tylko mnie?
Drust gło­śno zawar­czał, co wpra­wiło Kisę Szem Towa w kon­ster­na­cję, bo nagle zaczął roz­glą­dać się na boki, jakby szu­kał drogi ucieczki. Zamiast niej zna­lazł Kaga.
– Uspo­kój się, Żydzie. Pierw­sze prawo areny: weź głę­boki oddech, a jeśli czu­jesz, że się posi­kasz, przy­kuc­nij i uda­waj, że wcie­rasz pia­sek w dło­nie.
– Nie wyko­nuję waszej pro­fe­sji – odparł Kisa Szem Tow z wyraźną ulgą. – Prze­ka­zano mi tę infor­ma­cję dość nie­spo­dzie­wa­nie. Nie zabie­ga­łem o nią. Czło­wiek, który mi ją dostar­czył, był cie­niem. Powie­dział, co miał do powie­dze­nia, a potem znik­nął. To nie ma dla mnie więk­szego zna­cze­nia, gdyż…
– Dobra, już powie­dzia­łeś, o co cho­dzi – oznaj­mił Drust, a Kag obrzu­cił go krót­kim spoj­rze­niem, widząc, że kom­pan odpusz­cza, cho­ciaż nie wie­dział, dla­czego tak robi. Uśmiech­nął się dziko jak mokry kot, a Kisa zadrżał.
– Wiesz, gdzie jest ta ulica Taniego Żelaza? – spy­tał Drust, a Kisa ukło­nił się słu­żal­czo.
– Wie­rzę, że mógł­bym zna­leźć drogę.
Drust nie odpo­wie­dział, a Kisa zdał sobie sprawę, że musi odejść. Spró­bo­wał odda­lić się z god­no­ścią, ale po kilku kro­kach zaczął umy­kać małymi krocz­kami.
– Dobrze, że mu nie zaufa­łeś.
Głos Pra­ec­la­rum był cichy i dobie­gał z cie­nia; Kag otrzą­snął się pierw­szy i zachi­cho­tał.
– No gdy­by­śmy potrze­bo­wali takiej rady… W każ­dym razie bar­dzo dzię­ku­jemy.
– Pach­nie różami – zauwa­żyła Pra­ec­la­rum, a Drust wymie­nił z Kagiem spoj­rze­nie, które potwier­dziło to spo­strze­że­nie.
– W tym mie­ście wszę­dzie są róże – cią­gnęła Pra­ec­la­rum. – Na podo­bień­stwo łuku trium­fal­nego w Pal­my­rze. Hodują je na każ­dym bal­ko­nie i dachu.
– I deko­rują nimi sztan­dary, by uczcić zmar­łych – dodał Drust. – Każ­dego roku.
– Dobry zaro­bek dla ludzi – zauwa­żył Kag. – Będą więc hodo­wać setki róż na taką oka­zję jak ta.
– Kisa nie spo­tkał nikogo po dro­dze – wtrą­ciła Pra­ec­la­rum, spo­glą­da­jąc z ukosa na Kaga, który pró­bo­wał nie zwra­cać uwagi na jej mroczne, oskar­ża­jące spoj­rze­nie. – I chyba musiał tu wró­cić, a to ozna­cza, że…
– To ozna­cza, iż wie­dział, że ma się tutaj z kimś spo­tkać – dokoń­czył Drust, a Kag podra­pał się po bro­dzie i zmru­żył oczy.
– Ale z kim? Z tym Szaj­kiem? Z Czer­wo­nym Czło­wie­kiem?
– Ten Czer­wony Czło­wiek to pew­nie Ura­nius – stwier­dził Kwin­tus, uśmie­cha­jąc się sze­roko do Pra­ec­la­rum. – Pamię­ta­cie, co Kag krzy­czał w tam­tej oazie? Że Rzy­mia­nie na wiel­błą­dach to Czer­woni Ludzie. Bo mieli czer­wone pele­ryny.
– To nie ja krzy­cza­łem – oznaj­mił Kag. – Myśla­łem, że to ty.
– To był Kisa Szem Tow – powie­działa Pra­ec­la­rum. – On bar­dzo dobrze zna tych dro­me­da­rii.
– Zabierzmy się z nim do tego Szajka – zapro­po­no­wał Kag, a Kwin­tus poki­wał głową.
– Pójdźmy do niego wszy­scy. Dziwne mia­sto, dziwni ludzie.
– Niech pomy­ślę – mruk­nął Drust. Odszedł i usiadł kawa­łek dalej, szu­ka­jąc powie­trza i prze­strzeni. Odna­lazł wzro­kiem uśmiech­niętą Pra­ec­la­rum.
– Wygląda na to, że masz tu dwie żony – powie­działa, a Drust spoj­rzał na nią z ukosa.
– Tylko nie wyzy­waj ich od sta­rych bab. Nie chcia­ła­byś, żeby to usły­szeli.
– A więc weź mnie.
– Ale dla­czego? Tak bar­dzo chcesz być trze­cią żoną?
Nie odpo­wie­działa. Cisza się prze­dłu­żała, aż w końcu Drust wstał i roz­pro­sto­wał zmę­czone członki; poczuł zapach sma­żo­nego koziego mięsa i zapra­gnął po pro­stu się najeść, a potem zasnąć.
Pra­ec­la­rum spoj­rzała na niego i uśmiech­nęła się nie­pew­nie.
– Nie­wol­nicy nie mogą brać ślubu.
– Nie jesteś już nie­wol­nicą – odparł, a ona przy­znała mu rację lek­kim ski­nie­niem głowy.
– Jestem tym, kim naka­zuje mi być wasza umowa – odparła. – Dopóki nie zde­cy­duję ina­czej i nie odejdę.
Wie­dział, że dziew­czyna żar­tuje; przy­naj­mniej taką miał nadzieję, więc odpo­wie­dział jej uśmie­chem.
– Cóż mogłoby cię powstrzy­mać przed tak strasz­li­wym losem? – spy­tał żar­to­bli­wie.
Pochy­liła się lekko ku niemu i zło­żyła ręce na ple­cach, tak jak zawsze robili to nie­wol­nicy.
– Zabierz mnie ze sobą.
Nie odpo­wie­dział, wcią­gnął tylko w noz­drza zapach jedze­nia, ale czuł na sobie jej wzrok.

 
Wesprzyj nas