Nowa powieść Anny Brzezińskiej o świecie, w którym nie ma już cudów i magii, są tylko powidoki, a w rzeczywistość wysokich mitów wkracza zbuntowany plebs.


Niegdyś Città di Sant’Angelo wydawało na świat słynnych rycerzy i budowniczych katedr. Osłabione herezjami i buntami, dzisiaj już tylko zachłannie broni swojego bogactwa i nienawidzi obcych.

Historia chylącego się ku upadkowi miasta miesza się w książce z opowieścią o jednorękim Draco – szaleńcu i wybrańcu zarazem. Oskarżony o świętokradztwo, zostaje skazany na śmierć. Przed karą ostateczną chroni go córka kasztelana, której zwyczaj pozwala ułaskawić w noc karnawału jednego skazańca.

Wygnany z Città di Sant’Angelo Draco wyrusza w długą podróż po sławę i zemstę.

“Któż tak naprawdę jest bohaterem, ten, kto staje na rozpadającym się murze, żeby dać się zabić, czy ten, kto wynosi z ginącego miasta łup i opowieści?” – pyta jedna z postaci w nowej powieści Anny Brzezińskiej.

W tym świecie nie ma już cudów i magii, są tylko powidoki, a w rzeczywistość wysokich mitów wkracza zbuntowany plebs. Nastały paskudne czasy, kiedy nawet dzieci już wiedzą, że nie każdy kołodziej zostanie kondotierem i księciem.

***

Jej bohaterka, oskarżona o czary, zwodzi nie tylko przesłuchujące ją Święte Oficjum (…), ale też czytelników. A w słowach jest naprawdę dobra. Będziecie czytać łapczywie… – pisała o “Wodzie na sicie” w “Książkach. Magazynie do czytania” Justyna Suchecka.

Zapewniamy – i tym razem będziecie czytać łapczywie!

Anna Brzezińska
Mgła
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 21 lutego 2024
 
 


JEŚLI TYLKO pod­nie­sie­cie głowę, zo­ba­czy­cie go w za­ło­mie muru przy Du­omo, zu­peł­nie jakby sie­dział tam od sa­mego po­czątku, wro­śnięty w ścianę ka­te­dry od chwili, kiedy wszystko było jesz­cze prze­mie­szane i pie­niło się jak świeże mleko w skopku, za­nim po­wie­trze, woda, ogień i zie­mia skrze­pły w ser, z któ­rego wy­szli lu­dzie, de­mony i cała reszta, na­sze ja­łowe góry i żwi­rowe pola, od po­ko­leń skra­piane chłop­skim po­tem i w po­ło­wie le­żące odło­giem, na­wie­dzane przez bu­rze, za­le­wane wo­dami po­to­ków i sma­gane wi­chrami ze wszyst­kich pu­styń świata, rok po roku żło­bią­cymi mury Città di Sant’An­gelo i wy­ry­wa­ją­cymi z niego ka­mie­nie, tak samo jak dziecko wy­sku­buje nitki ze zno­szo­nego płasz­cza, pod­czas gdy we­wnątrz miej­skich mu­rów po­woli ki­śnie na­sze ży­cie. Pro­szę, przyj­rzyj­cie mu się do­kład­nie, oto Du­omo ra­zem z mar­mu­ro­wym na­grob­kiem Gu­erina di Bo­sco­ne­gro, który wy­ty­czył gra­nice na­szego mia­sta, z cy­sterną po­żół­kłą od wy­kwi­tów cu­dow­nej wody, ko­lum­nami kary i po­są­giem anioła, który w jed­nej ręce ma miecz, a w dru­giej wagę, da­lej są ka­mie­nice, osy­pu­jące się na bruk wa­pien­nym łu­pie­żem, warsz­taty, budy, przy­bu­dówki, sta­jenki, gno­jow­niki, łaź­nie, tar­go­wi­ska, la­tryny, obe­rże, za­ułki i furtki, które la­dacz­nice od­my­kają dla swo­ich ga­chów, a zło­czyńcy – w po­goni za łu­pem, i na­tu­ral­nie Draco też tu jest, sie­dzi w blen­dzie za przy­porą ze swoim ki­ku­tem wy­sta­wio­nym bez­wstyd­nie ku słońcu i z tą czarną suką, woła na nią Prin­ci­pessa, co jest oczy­wi­stą obe­lgą dla kasz­te­lana i jego próż­nej córki i przy­po­mina, że Gu­erino był księ­ciem i całe Bo­sco­ne­gro, aż po Monti delle Gra­ti­cole i Monte del Fag­gio, na­le­żało do niego, ale tu­tejsi pa­no­wie są wy­nio­śli i skłonni do zdrady, więc ni­gdy nie za­po­mnieli, że jego oj­ciec był zwy­czaj­nym ko­ło­dzie­jem i sam Gu­erino też za młodu wo­ził na jar­marki koła i pia­sty, więc kiedy je­den z przod­ków na­szego kasz­te­lana nie do­cze­kał się syna z pra­wo­wi­tego łoża, ogra­bili jego córkę z ziem oraz god­no­ści, zmu­sza­jąc ją, by po­ślu­biła zu­bo­ża­łego ry­ce­rza, który w tru­dzie i znoju za­ra­biał na swój chleb w wa­row­niach i gra­nicz­nych zam­kach, a po­noć trud­nił się rów­nież łu­pie­stwem na trak­cie, co nas zresztą nie na­peł­nia obrzy­dze­niem, gdyż po­rządne zło­dziej­stwo jest sztuką ra­czej wy­zwo­loną niźli me­cha­niczną, nie przy­gina ple­ców do ziemi ani nie wy­kręca pal­ców, tak czy ina­czej w za­le­d­wie kilka po­ko­leń po­tom­ko­wie Gu­erina z pa­nów znów stali się słu­gami i pa­mięć o tym po­ni­że­niu przy­pra­wia na­szego kasz­te­lana o wielką ża­łość, więc tym bar­dziej stara się żyć z pań­ska, a córka jest jesz­cze gor­sza od niego, mó­wią, że każ­dego ranka służki szy­kują dla niej ką­piel w mleku czter­dzie­stu ba­wo­lic, żeby po­zo­stała gładka i ró­żo­wiutka jak ostryga w sko­ru­pie je­dwab­nych sukni, tak, za­pewne wła­śnie się tru­dzą, mo­zol­nie kręcą ko­ło­wro­tem, cią­gną wia­dra i dźwi­gają mo­siężne ko­tły, pod­czas gdy świą­tynne dzwony wy­bi­jają jutrz­nię, więc nie­ba­wem także w po­śled­niej­szych do­mo­stwach za­spane dziewki za­czną mie­sić za­kwa­szone cia­sto i roz­gar­niać po­piół pod kuch­niami maj­strów, oby psich sy­nów sto­czyły czer­wie, Draco zaś na­dal śpi na ster­cie na­wozu, który stary Ge­rva­sio, zwany il Doppo, zwozi wóz­kiem z zam­ko­wej chlewni na wzgó­rzu, co jest wielce nie w smak pa­triar­sze, który po tym, jak ze­szłej zimy za­rwał się dach jego pa­łacu, re­zy­duje w po­ko­jach ka­pi­tuły i musi się przy­słu­chi­wać na­szym miej­skim ja­zgo­tom, więc le­dwo pierw­sze pro­mie­nie słońca spły­wają po ka­mien­nej sukni anioła po­środku placu, jego świą­to­bli­wość otwiera okno tuż nad wnęką Draca, a anioł, po­win­ni­ście o tym pa­mię­tać, ma twarz na­szego Gu­erina i za­prawdę czyż nie do­daje wam otu­chy, że tu­taj na­wet zwy­czajny ko­ło­dziej może stać się anio­łem? – choć wiedz­cie, że to aku­rat od dawna nie jest już prawdą, dzi­siejsi wy­rob­nicy na­wet po śmierci po­zo­stają nę­dza­rzami, mia­sto zwiera się wo­kół nich ni­czym tłocz­nia i po­zo­sta­wia lepką, bez­i­mienną mierzwę, pod­czas gdy bo­ga­cze są nie­po­ko­nani za ży­cia i po śmierci, wpi­jają się epi­ta­fiami w ka­mienne ciało Du­omo, z po­sadzki wy­pię­trzają na­grob­nymi pła­sko­rzeź­bami na ściany, but­nymi sen­ten­cjami peł­zną po fi­la­rach i służ­kach, kłę­bią się, do­prawdy, jak gar­gulce, gdyby mo­gli, wy­leź­liby aż na pi­na­kle, ale do­syć o tym, nie trwońmy czasu na nik­czemne drwiny, bo pa­triar­cha na­dal się drze i sroży w opa­rach świń­skich nie­czy­sto­ści, aż wstyd pada na na­sze ko­guty i ka­płony, więc gor­li­wie za­czy­nają mu wtó­ro­wać i bu­dzą nowy dzień oraz wszyst­kie jego ziem­skie sługi, a nasz pa­triar­cha też ma głos cienki jak ka­płon, choć jego mę­sko­ści za­prawdę nie spo­sób po­da­wać w wąt­pli­wość, o czym może za­świad­czyć Gianna spod Pę­ka­tego Wie­prza, ta, którą zo­wią la Botte, bo w rze­czy sa­mej roz­pu­chła się jak beczka, jak po­wia­dają, nie bez za­sługi jego świą­to­bli­wo­ści.

Draco klnie, ha­łasy wy­bi­jają go bo­wiem z pi­jac­kiej drzemki, a po­ranne słońce łechce w oczy, stary na­ciąga więc kap­tur ze świń­skiej skóry i mo­ści się na świe­żym, jesz­cze pa­ru­ją­cym gnoju, jego suka tym­cza­sem po­pi­skuje i łasi się przy wózku, póki il Doppo nie rzuci jej paru ochła­pów z kasz­te­lań­skiej kuchni, po­tem zwie­rzę szar­pie tę­że­jące flaki, a Draco pije z bu­kłaka i jest tak, jakby każdy łyk wy­trą­cał go stop­niowo z ka­mien­nego muru i bu­rzył nie­ru­chomą ta­flę mia­sta, bo Città di Sant’An­gelo wła­śnie otrząsa się z mroku, tur­ko­czą wózki, no­si­wody i tra­ga­rze ha­ła­śli­wie ofe­rują swoje usługi, prze­kup­nie otwie­rają z trza­skiem stra­gany, praczki od­bie­rają na po­dwór­kach brudną bie­li­znę, maj­ster po­pra­wia mo­dro wy­bar­wiony ku­brak, bo pas wpija mu się w kał­dun, pod­czas gdy jego mał­żonka dra­puje sznury ko­rali na ob­wi­słych pier­siach, a my w ką­cie izby cze­kamy na swoją ko­lej, swoją ko­lej do ja­dła, do ko­biet, do pie­rzy­nia­stych łó­żek, wy­szy­wa­nych ko­szul, cy­no­wych ta­le­rzy, kunsz­tow­nie rzeź­bio­nych skrzyń i za­pra­wio­nego ko­rze­niami wina, któ­rym maj­stro­wie mu­szą się po­krze­pić, za­nim wyjdą w mgli­sty po­ranny chłód, żeby ulżyć so­bie po nocy w wy­gódce za mor­wo­wym drze­wem, ale oczy­wi­ście wszystko to omija nas za­równo tego ranka, jak i każ­dego na­stęp­nego, bo taka jest ko­lej rze­czy, że do­bry czło­wiek po­wi­nien być pro­sty, skromny, godny i po­korny, by oca­lić swoją ro­ba­czywą du­szę i wy­rwać ją spod wła­dzy czarta, co pa­triar­cha po­wta­rza nie­stru­dze­nie z am­bony pod­czas wie­czor­nego na­bo­żeń­stwa, kiedy tło­czymy się w bocz­nych na­wach, szu­ra­jąc no­gami, po­sztur­chu­jąc się i char­ka­jąc na ka­mienną po­sadzkę, pod­czas gdy oni stoją tuż przed oł­ta­rzem, nasi cech­mi­strzo­wie, wła­ści­ciele mły­nów, ka­mie­nio­ło­mów, kuźni, przę­dzalni i warsz­ta­tów, za­cni mę­żo­wie z po­trój­nym pę­tem srebr­nych pier­ścieni na pal­cach, spójrz­cie, jak sa­pią, zgi­nają nogi, ob­cią­gnięte je­dwab­nymi poń­czo­chami cia­sno jak kieł­basa fla­kiem, fałdy sa­dła drgają im na pod­gar­dlach, na czo­łach perlą się kro­ple kwa­śnego potu, spa­słe ma­trony strzygą uszami i wy­mie­niają szep­tem oszczer­stwa, szar­piąc ko­ronki u rę­ka­wów i do­brą sławę bliź­niego, a pa­triar­cha upar­cie ko­ły­sze ka­dziel­nicą, choć gdzieś tam po dru­giej stro­nie Piazza della Ci­sterna czeka wie­cze­rza, grudy tłusz­czu krzepną na po­trawce z ja­gnię­cia, pa­sma ma­ka­ronu tracą jędr­ność, lecz nic się nie da przy­spie­szyć i wresz­cie wi­dzimy od progu, jak – o zgrozo nad zgrozy! – kot uca­pił pi­kantną kieł­ba­skę i te­raz ucieka z nią do go­łęb­nika, a po­my­waczka, po­kraka prze­klęta, nie tra­fiła go cho­da­kiem, trzeba jej bę­dzie wy­gar­bo­wać skórę.

Kij się unosi i opada, dziewka wije się pod nim, błaga i ślini, spod chustki wy­pływa jej sło­miany wie­cheć wło­sów, z nosa smarki, a jest w tej chwili spęcz­niała i słodka jak doj­rzała figa, nie­mal ły­ska spod spód­nic ró­żo­wa­wym miąż­szem, lecz dzwony nad ba­zy­liką już wy­śpie­wały nie­szpory i rap­tem mistrz Urdino ustaje w swym mo­zole, wszystko pły­nie jak woda i ko­lejny dzień wła­śnie zdy­cha w wie­czor­nym świer­go­cie pta­ków, wy zaś pa­trz­cie da­lej uważ­nie, oto na pię­trze ka­mie­nicy jego żona od­ma­wia pa­cierz w otwar­tych drzwiach al­kowy, zdą­żyła się już pod­myć i pod­ka­sać, ob­mier­zła stara ma­ciora, a kie­dyś taka z niej była piękna dziew­czyna, zwarta i nie­winna, lecz – jak po­wia­dają mnisi – wszystko mija, nie­wia­sta to za­prawdę wo­rek łajna, za młodu je­dy­nie ob­cią­gnięty gładką po­włoką, a pod skórą kłę­bią się ro­baki, i nie da się z tym nic zro­bić ani za­znać ulgi w mał­żeń­skim znoju, sarka w my­ślach mistrz Urdino, teść, stary ską­piec, ze­szłej je­sieni po­rę­czył za niego w są­dzie, więc trzeba iść i spła­cać po równo dług i mał­żeń­ską po­win­ność, każdy musi czy­nić swoją po­sługę, je­den od­ci­na­jąc kiesy, drugi za­no­sząc mo­dły, a trzeci orząc pole, choćby naj­bar­dziej ka­mie­ni­ste.

Mistrz Urdino wy­mie­rza więc po­my­waczce po­że­gnal­nego kop­niaka, wzdy­cha, od­kłada kij, raz jesz­cze zer­k­nąw­szy na jej ty­łek, za­iste wy­pięty jak na po­ku­sze­nie i pew­nie nie bez grzesz­nego za­my­słu, ale co się od­wle­cze, to nie ucie­cze, choć jest w tej my­śli ja­kiś do­tkliwy nie­do­syt, na szczę­ście jego ko­rzeń stę­żał błogo pod­czas bi­cia i może ten wie­czór nie zo­sta­nie str­wo­niony tak zu­peł­nie bez zy­sku, a wy, moi mili słu­cha­cze, je­śli chce­cie zro­zu­mieć, co na­prawdę wy­da­rzyło się w Città di Sant’An­gelo, nie trać­cie z oczu tego spra­wie­dli­wego męża, spad­ko­biercy czte­rech ka­mie­nic oraz ka­mie­nio­łomu, gdy tak idzie, ko­ły­sząc się jak kaczka, z każ­dym kro­kiem na­bie­ra­jąc do­sto­jeń­stwa i od­święt­nej wznio­sło­ści, przy­świeca so­bie świeczką na scho­dach, tak do­sko­nale osa­dzony w swoim ziem­skim pra­wie, jak ru­bin w oczku pier­ście­nia, spo­cony, krót­ko­nogi, ocię­żały, z jed­nym okiem po­kry­tym biel­mem i opa­da­jącą po­wieką, za­raz za­głębi się le­mie­szem w cięż­kie, wil­gotne bruzdy i roz­sieje ziarno, na ra­zie jed­nak wal­czy z krót­kim od­de­chem i za­sta­na­wia się, jak to się wła­ści­wie stało, kiedy mi­nął ten dzień i zga­sły wszyst­kie po­przed­nie ranki, za­prawdę płyną jak woda i nie po­zo­sta­wiają śla­dów, a gro­madka maj­strząt – wszyst­kie py­zate i ru­miane, cho­ciaż nie­jedno z nich nie­ba­wem wy­ble­dzi za­raza, ta bo­wiem nie­uchron­nie spływa ze zbo­czy Neb­bii wraz z nur­tem Ru­scello Nero i w roz­pa­lo­nym bez­ru­chu pełni lata prze­mie­rza za­ułki Città di Sant’An­gelo, a maj­strowa, pa­zerna suka, nie od­syła dzie­cia­ków do mamki na wzgó­rza, do­kąd nie do­ciera złe po­wie­trze, więc co roku wy­ry­wają je so­bie z Pa­nią Śmier­cią, a po­tem, po­grze­baw­szy ko­lej­nego ose­ska, w wiel­kim stra­chu wy­ci­ska z maj­stra Urdina ser­watkę i ran­kiem bie­gnie przed cu­downą fi­gurę w opac­twie Świę­tej For­tu­naty, by za­sznu­ro­wała tę jej ste­raną sa­kiewkę na na­sie­nie i po­mo­gła wez­brać no­wym ba­cho­rem – ta gro­mada maj­strząt ob­ser­wuje go, za­chłan­nie wy­chy­la­jąc się zza fra­mugi, kiedy po wszyst­kim po­pra­wia por­tki i wy­myka się do la­tryny.

O tej sa­mej po­rze bie­gniemy do na­szego kon­wentu w Dole Wi­sielca, wsłu­chaj­cie się w stu­kot na­szych cho­da­ków na bruku i ło­mot pa­łek, kiedy wa­limy w okien­nice pra­czek i księ­żych go­spo­dyń, obi­jamy mordy po­są­gom cmen­tar­nych anio­łów, wrzu­camy zde­chłe szczury do be­czek z pi­wem, je­śli znaj­dziemy ja­kąś za do­mem, i niech wam, mili go­spo­da­rze, pój­dzie ten tru­nek na zdro­wie, tak, to wła­śnie my, za­kon opil­ców, brac­two pu­stego trzosa i za­pa­dłego brzu­cha, ro­bac­two warsz­ta­tów, piw­nic i pod­da­szy, choć te­raz, w tej jed­nej chwili pod fioł­ko­wym zmro­kiem, kiedy jed­no­okie koty wy­gi­nają grzbiety, a tłu­ste szczury wy­wle­kają z rynsz­toka zwłoki no­wo­rodka, je­ste­śmy tylko my, my i mia­sto.

Nocny dzwon ude­rza pierw­szy raz, miej­skie bramy zwie­rają się jak usta le­ci­wej mniszki po po­łknię­ciu tru­fli, furtki, drzwi, okien­nice i klamki wtó­rują im roz­kle­ko­ta­nym echem, ko­ło­wroty szcze­kają, pa­choł­ko­wie roz­cią­gają me­ta­lowe łań­cu­chy w po­przek ulic, oj, ża­den wóz nie wróci już dzi­siaj do ma­ga­zynu ani spi­chrza, ale po­zo­stało jesz­cze nieco czasu na po­wsze­dnie wy­stępki, więc maj­stro­wie, krzepcy, brzu­chaci i czer­woni na gę­bach, pa­trzą z go­spody Pod Pę­ka­tym Wie­przem, jak pi­jany Draco tań­czy na Piazza della Ci­sterna, roz­chla­pu­jąc cu­downą wodę, mó­wią, że kie­dyś był z niego chłop na schwał, syn mły­na­rza, cztery win­nice w dzier­ża­wie, wszystko odzie­dzi­czył i kto wie, może jak oj­ciec zo­stałby star­szym ce­chu, gdyby nie to sza­leń­stwo, ale cóż po­cząć, je­ste­śmy wszak grzeszni, de­mony to­czą na­sze du­sze jesz­cze przed na­ro­dzi­nami i po­że­rają je na­dal po na­szej śmierci, jed­nakże w owej chwili na­wet ta myśl wy­daje się we­soła, mi­strzo­wie re­cho­czą, śmieją się z ca­łego serca, na wpół prze­tra­wione wino pod­cho­dzi im do gar­dła, bo Draco ra­czy ich co­dzienną por­cją bluź­nierstw, pa­trz­cie, te­raz na­szczał w pasz­czę del­fi­nowi z cy­sterny, już raz go wy­pę­dzono z Città di Sant’An­gelo za ta­kie nie­cne sztuki i mó­wią, że na wy­gna­niu stra­cił ro­zum, więc pan kasz­te­lan mi­ło­sier­nie przy­gar­nął obłą­kańca z po­wro­tem, niech Bóg okaże grzesz­ni­kowi li­tość i po­pro­wa­dzi tę splu­ga­wioną wodę pro­sto do kuchni pa­triar­chy.

Bo po­ko­na­łem smoka, po­ko­na­łem dla was smoka! – wy­dziera się roz­pacz­li­wie Draco, a za­cni maj­stro­wie po­kła­dają się z ra­do­ści i ci­skają w sta­rego kub­kami, cho­ciaż ża­den nie tra­fia.

Dzwon bije po raz drugi, lecz starcy wciąż oglą­dają się za młód­kami, nie sza­nu­jąc wła­snej si­wo­wło­sej po­wagi, dwóch rzeź­ni­ków okłada się ku­ła­kami, sami ro­zu­mie­cie, bójki wzmac­niają mę­skość, bo kto moc­niej bije, ten dziel­niej­szy w łożu, ale już czas się zbie­rać, czas opróż­nić dzbany i ogryźć ko­ści, czas strą­cić ostat­nie kro­ple na­sie­nia w chłonne wargi la Botte, bo nocny ront wy­ru­sza w mia­sto, ry­ce­rze ze świty kasz­te­lana mają dłu­gie mie­cze w kunsz­tow­nych po­chwach, oczy­wi­ście ci fan­fa­roni w bu­fia­stych por­t­kach nie po­tra­fią się nimi po­słu­gi­wać, a na­prawdę nie­bez­pieczni są zwy­kli pa­choł­ko­wie w że­la­znych rę­ka­wi­cach z kol­cami, to oni po­tur­bo­wali nas tam­tej nocy, kiedy przy­wią­za­li­śmy niedź­wie­dzicę do sznura ko­ściel­nego dzwonu, och, była ra­dość, po­sta­wi­li­śmy wtedy na nogi całe mia­sto, zwierz się szar­pał i ry­czał, dzwon bił na trwogę, miesz­cza­nie ga­niali w je­dwab­nych szlaf­my­cach, mi­gały spod ko­szul wło­chate łydki, grzbiety się ugi­nały pod cię­ża­rem ce­brzy­ków z wodą, Aze­lia, żona szewca, po­ka­zała w oknie cycki, kiedy bie­gała po po­ko­jach, jak ją Pan Bóg stwo­rzył, choć zwy­kle taka z niej odęta bi­gotka, baby krzy­czały: ogień! i groza! i wy­gar­niały ze szka­tuł po­sa­gowe klej­noty, żeby nie zo­stać tak cał­kiem bez ni­czego, tak, wielu zło­czyń­ców ob­ło­wiło się tam­tej nocy i nie­jedna cnota zga­sła, za­nim pa­choł­ko­wie ustrze­lili niedź­wie­dzicę z łu­ków, ale wcale nie bro­czyła tak bar­dzo jak Orsa, try­ska­jąca po­środku nie­bo­skłonu stru­mie­niem gwiazd, cóż, nie w każ­dej ba­śni jest odro­bina prawdy, mimo że bra­cisz­ko­wie od świę­tego Ca­lo­gera ocze­kują, że bę­dziemy w to wie­rzyć.

Dzi­siej­szego wie­czoru świat ga­śnie ła­god­nie, mrok za­ta­pia dzienne żale i trwogi, ście­ka­jąc po ażu­ro­wych heł­mach Du­omo i kre­ne­la­żach kasz­telu po­mię­dzy ma­swerki ko­ścio­łów i fa­sady ka­mie­nic i ni­we­cząc całą na­szą pracę, bo ka­mień z tru­dem pod­daje się ło­mom i dłu­tom – któż o tym wie le­piej od nas? – lecz w ciem­no­ści roz­ta­pia się i nik­nie bez śladu, i tylko Draco pła­cze przy swo­jej cy­ster­nie, nie tra­fił mu się dzi­siaj ża­den piel­grzym w po­szu­ki­wa­niu przy­ja­znego bur­delu ani wę­drowny pre­dy­kant, który chęt­nie wy­słu­cha każ­dej bujdy, żeby po­tem ją wpleść do ka­za­nia i ma­mić głup­ców pu­stym kra­so­mów­stwem, bo w grun­cie rze­czy księża w ni­czym nie róż­nią się od nas i wierz­cie, każdy z nas jest pe­wien, że gdyby po­tra­fił czy­tać księgi, mógłby zo­stać bi­sku­pem albo sa­mym pa­triar­chą, po­ko­na­łem smoka, mam­ro­cze Draco, spi­ja­jąc resztki wina z kub­ków sto­ją­cych na sto­łach przed obe­rżą, pod­czas gdy trzeci dzwon do­peł­nia się nad mia­stem, da­jąc znak wy­chu­dłej mniszce, żeby za­cią­gnęła za­słony przed świę­tym ob­ra­zem, i za­raz po­tem ple­bani za­pie­rają szta­bami drzwi ko­ścio­łów, maj­stro­wie za­my­kają za sobą bramy do­mów i prze­krę­cają że­la­zne klu­cze w zam­kach, na­wet go­łę­bie cho­wają głowy pod skrzy­dła, od­dy­cha­jąc ci­cho, żeby nie za­kłó­cić snu lisa, i tylko nocny ront na­wo­łuje do wy­ga­sze­nia ognia.

Po­ko­na­łem dla was smoka! – wyje wy­trwale Draco, pod­czas gdy mia­sto ga­śnie i osuwa się w ciem­ność, w nocne bez­ży­cie, które, choć­by­śmy nie wia­domo jak mocno scze­piali się w po­ścieli, jest po­je­dyn­cze i od­dzielne dla każ­dego.

 
Wesprzyj nas