Poznając los George’a Floyda zaczynamy rozumieć – rozumieć i czuć – jak działa rasizm w Stanach, jak głęboko sięgają jego źródła, jakie sieje spustoszenie. To coś więcej niż biografia, to portret biedy, przemocy i wstydu. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć Stany.


„Wiesz co – powiedział Floyd. – Nie chcę rządzić światem. Nie chcę panować nad światem. Chcę po prostu dotknąć świata”.

25 maja 2020 roku George Floyd został zamordowany przed sklepem spożywczym w Minneapolis przez białego funkcjonariusza policji Dereka Chauvina. Nagranie ukazujące ostatnie chwile czarnego mężczyzny zapoczątkowało falę protestów na całym świecie. Ale za twarzą, która pojawiła się na niezliczonych muralach, i nazwiskiem, które stało się synonimem łamania praw obywatelskich, kryje się historia człowieka nękanego przez duszącą presję systemową, która ostatecznie zdeterminowała jego losy.

W nagrodzonej Pulitzerem biografii Samuels i Olorunnipa odtwarzają historię Floyda i ujawniają determinację, z jaką walczył o przetrwanie. Narrację o jego życiu umieszczają jednak szerszym kontekście instytucjonalnego rasizmu w Stanach Zjednoczonych: badają niewolnicze korzenie jego rodziny, segregację panującą w szkołach, nadmierną kontrolę czarnej społeczności, pułapki systemu więziennictwa i trudności walki z uzależnieniami. Opierając się na imponujących skalą pracach reporterskich, odmalowują przejmujący i przytłaczający obraz Stanów Zjednoczonych i pokazują, jak człowiek, który po prostu chciał oddychać, w poruszył serca ludzi na całym świecie.

***

„Nie mogę oddychać” – błaganie Floyda o pomoc, daremne, stało się okrzykiem powtarzanym przez demonstrantów na całym świecie. Ale kim właściwie był? Siła tej książki polega na tym, że z empatią i pasją kieruje naszą uwagę na jego życie. Z symbolu ruchu społecznego czyni żywego człowieka – potężnej budowy mężczyznę, który kiepsko się czuł we własnym ciele, każdemu mówił „kocham cię”, był uparty i ambitny, ale stopniowo coraz bardziej pozbawiony marzeń. Poznając los George’a Floyda zaczynamy rozumieć – rozumieć i czuć – jak działa rasizm w Stanach, jak głęboko sięgają jego źródła, jakie sieje spustoszenie. To coś więcej niż biografia, to portret biedy, przemocy i wstydu. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć Stany – kraj, który od wieków zawodzi swoich czarnych mieszkańców, pozbawiając ich nie tylko szans i praw, ale przede wszystkim szacunku i nadziei.
Agnieszka Graff

Robert Samuels, Toluse Olorunnipa
Nazywa się George Floyd
Życie pewnego człowieka i walka o sprawiedliwość rasową
Przekład: Maciej Potulny
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 25 października 2023
 
 


Wstęp

Kwiaty

– Ko­cham cię.
Geo­rge Perry Floyd Jr. zwra­cał się w ten spo­sób do męż­czyzn, ko­biet i dzieci; do krew­nych, sta­rych przy­ja­ciół i do ob­cych; do part­ne­rek, które da­rzył uczu­ciem, do ko­biet, z któ­rymi utrzy­my­wał pla­to­niczne re­la­cje, a także do wszyst­kich po­mię­dzy; do di­le­rów nar­ko­ty­ków i bez­dom­nych nar­ko­ma­nów; do ce­le­bry­tów i sza­ra­ków z są­siedz­twa.
Po­wta­rzał ten zwrot tak czę­sto, że wielu przy­ja­ciół i człon­ków ro­dziny nie miało wąt­pli­wo­ści, jak brzmiały ostat­nie słowa, które od niego usły­szeli. Koń­czył nimi roz­mowy te­le­fo­niczne, pod­pi­sy­wał w ten spo­sób ese­mesy – za­wsze wiel­kimi li­te­rami.
– Uhm, spoko, ziom – po­wie­dział De’Kori Law­son, sły­sząc za pierw­szym ra­zem ta­kie po­że­gna­nie z ust Big Floyda, jak na­zy­wali go przy­ja­ciele. – Nara, czło­wieku.
Z upły­wem lat za­czął do­ce­niać żar­li­wość i szcze­rość Floyda, kiedy przy­ja­ciele je­den po dru­gim gi­nęli wsku­tek prze­mocy z uży­ciem broni, przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ków, bru­tal­nych ak­cji po­li­cji oraz in­nych pu­ła­pek za­sta­wia­nych przez ży­cie na mło­dych czar­nych męż­czyzn wcho­dzą­cych w do­ro­słość i zde­rza­ją­cych się z bez­względ­nym, czę­sto po­zba­wio­nym mi­ło­ści świa­tem.
 D, ko­cham cię, bra­cie – Floyd zwró­cił się do przy­ja­ciela pod­czas ich ostat­niej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej wio­sną 2020 roku.
– Ja też cię ko­cham, ziom. – Te­raz Law­son od­po­wia­dał mu już tym sa­mym tek­stem.
Wspo­mi­nał po­tem:
– Za­wsze krę­ci­li­śmy bekę, że za­nim umrzemy, za­czniemy so­bie da­wać kwiaty. Już samo to mówi ci, ja­kim był czło­wie­kiem.

 
W ciągu ostat­nich ty­go­dni przed śmier­cią Floyda nie­pewna sy­tu­acja na świe­cie uczu­liła wszyst­kich na to, jak ważne jest, by ob­da­rzać swo­ich bli­skich mi­ło­ścią i kwia­tami, do­póki jesz­cze żyją. Wio­sną 2020 roku pan­de­mia CO­VID-19 sza­lała na ca­łego – co dzień za­bi­jała ty­siące Ame­ry­ka­nów i zmu­szała ich do za­my­ka­nia biz­ne­sów, przez co wiele mi­lio­nów lu­dzi stra­ciło pracę. Floyd, po­dob­nie jak wielu in­nych Afro­ame­ry­ka­nów, oka­zał się ce­lem szcze­gól­nie po­dat­nym na tak bez­li­to­sny szturm pan­de­mii. Zo­stał u niego zdia­gno­zo­wany bez­ob­ja­wowy przy­pa­dek in­fek­cji wi­ru­sem, a klub w Min­ne­apo­lis, gdzie peł­nił funk­cję ochro­nia­rza, mu­siał za­koń­czyć dzia­łal­ność i zwol­nił go z pracy.
Kiedy więk­szość kraju ob­jął lock­down, Floyd wiele czasu spę­dzał pod te­le­fo­nem, utrzy­mu­jąc kon­takt z wier­nymi przy­ja­ciółmi, a także z krew­nymi w swoim ro­dzin­nym Ho­uston. Trzy lata wcze­śniej prze­pro­wa­dził się z Tek­sasu do Min­ne­apo­lis, aby za­fun­do­wać so­bie re­set i ze­rwać z na­ło­giem, ale do­piero nie­dawno zmie­nił nu­mer kie­run­kowy – z ho­ustoń­skiego 832 na 612 – w ten sym­bo­liczny spo­sób oka­zu­jąc swoje przy­wią­za­nie do mia­sta, które stało się jego no­wym do­mem.
Jed­nym z lu­dzi, do któ­rych w tym cza­sie dzwo­nił, był jego brat Ter­rence. Dwu­let­nia có­reczka Ter­rence’a przy­po­mi­nała Floy­dowi jego wła­sną – uko­chaną Giannę.
– Moja mała bra­ta­nica, ech, stary – za­chwy­cał się przez te­le­fon Floyd, oglą­da­jąc zdję­cia dziecka za­miesz­czone w in­ter­ne­cie przez Ter­rence’a. – Kiedy już się tu usta­wię, spro­wa­dzę Giannę, ty też przy­wie­ziesz swoją małą i bę­dziemy się spo­ty­kać, żeby dziew­czynki się ze sobą po­ba­wiły.
– Wcho­dzę w to – od­parł Ter­rence.
– Spoko, bro, ko­cham cię – po­że­gnał go Floyd i się roz­łą­czył.
Na tym eta­pie ży­cia słowa Floyda o usta­wie­niu się mo­gły ozna­czać różne rze­czy. Jego próby sta­nię­cia na wła­snych no­gach w Min­ne­so­cie – któ­rych zwień­cze­niem miało być uzy­ska­nie prawa do opieki nad Gianną – czę­sto koń­czyły się fia­skiem, a Floyd raz po raz pa­dał twa­rzą w błoto. Wciąż po­ty­kał się za­równo o wła­sne błędy, jak i o prze­szkody, na które nie miał wpływu – nie­małą rolę ode­grała pan­de­mia, przez którą zo­stał od­cięty od środ­ków fi­nan­so­wych.
Emo­cjo­nalne de­kla­ra­cje wy­gła­szane przez Floyda nie były dla jego ro­dzeń­stwa ni­czym no­wym. Już jako na­sto­lat­kowi zda­rzało mu się za­trzy­mać w pół drogi do wyj­ścia, żeby przy­tu­lić sio­strę Zsa Zsę i po­wie­dzieć, że ją ko­cha. Do­piero po­tem wy­my­kał się z domu z przy­ja­ciółmi, na tyle ci­cho, żeby nie sły­szały go po­zo­stałe dzieci.
Do­ra­sta­jący Floyd nu­cił pio­senki mi­ło­sne do pod­kła­dów ka­ra­oke[1]. Czę­sto part­ne­ro­wała mu w tym sio­stra La­To­nya. Pod­czas ostat­niej wspól­nej roz­mowy w maju owego nie­szczę­snego roku prze­nie­śli się na mo­ment do tam­tych cza­sów, wy­śpie­wu­jąc swój ulu­biony utwór – Keep On Lo­ving You ze­społu REO Spe­edwa­gon z 1980 roku: And I’m gonna keep on lo­vin’ you / ’Cause it’s the only thing I want to do…[2]
Jako młody męż­czy­zna Perry – tak na­zy­wała go reszta ro­dziny – miał duże am­bi­cje. Ma­rzył, by zo­stać sę­dzią Sądu Naj­wyż­szego, za­wo­do­wym spor­tow­cem albo gwiazdą rapu. Kiedy przed jego śmier­cią świat za­czął się wa­lić, sta­rał się za­spo­koić skrom­niej­sze aspi­ra­cje – osią­gnąć sta­bi­li­za­cję ży­ciową, do­stać pracę jako kie­rowca cię­ża­rówki, wy­ku­pić ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Mimo to w ostat­nich se­kun­dach ży­cia, du­sząc się przy­gnie­ciony do ziemi ko­la­nem bia­łego po­li­cjanta, na­dal mó­wił o mi­ło­ści.
– Mamo, ko­cham cię! – wy­krzy­ki­wał, kiedy le­żał na chod­niku, cho­ciaż jego wo­ła­nia o od­dech spo­tkały się z obo­jęt­no­ścią rów­nie nie­bez­pieczną jak nie­na­wiść.
– Re­ese, ko­cham cię![3] – krzy­czał, ma­jąc na my­śli przy­ja­ciela Mau­rice’a Halla, który to­wa­rzy­szył mu wie­czo­rem tam­tego dnia, Dnia Pa­mięci, kiedy skuto go kaj­dan­kami.
– Po­wiedz­cie moim dzie­ciom, że je ko­cham!
Te słowa wy­zna­czyły ko­niec ży­cia, w któ­rym ma­rze­nia Floyda były re­gu­lar­nie tłam­szone, spy­chane na dal­szy plan i wy­ko­le­jane – w nie­ma­łym stop­niu ze względu na ko­lor jego skóry.

 
La­tem 2020 roku wraz z mi­lio­nami in­nych Ame­ry­ka­nów oglą­da­li­śmy w prze­ra­że­niu od­twa­rzane w nie­skoń­czo­ność w te­le­wi­zji oraz me­diach spo­łecz­no­ścio­wych na­gra­nie wi­deo uka­zu­jące mor­der­stwo Floyda. Ten szo­ku­jący film skło­nił nas do pod­ję­cia mi­sji, która po­lega nie tylko na ana­li­zie wszyst­kiego, co wy­da­rzyło się pod­czas owych fe­ral­nych dzie­wię­ciu mi­nut i dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu se­kund, kiedy Floyd de­spe­racko wal­czył o od­dech, lecz także po­zwoli opi­sać po­prze­dza­jące tę chwilę ży­cie pełne zma­gań z prze­ciw­no­ściami losu oraz zro­zu­mieć ener­gię ru­chu spo­łecz­nego na rzecz obrony praw czło­wieka, który po niej na­stą­pił.
Ta mi­sja do­pro­wa­dziła nas do miejsc i zda­rzeń, o któ­rych na­wet nam się nie śniło. Sta­ra­li­śmy się w jej trak­cie zna­leźć od­po­wie­dzi na dwa pod­sta­wowe py­ta­nia. Kim był Geo­rge Floyd? I jak żyło się w Ame­ryce ta­kim lu­dziom jak on?
W po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi spę­dzi­li­śmy tro­chę czasu z jego współ­lo­ka­to­rem, po czym sal­wo­wa­li­śmy się ucieczką przed strza­łami na placu Geo­rge’a Floyda – w miej­scu pa­mięci, które po­wstało na skrzy­żo­wa­niu w Min­ne­apo­lis, gdzie zgi­nął. Uczest­ni­czy­li­śmy w nie­dziel­nym obie­dzie z liczną ro­dziną Floyda, je­dząc jego ulu­bione cia­sto z ja­go­dami i de­ser z ba­ta­tów. Ostrzy­gli­śmy się u fry­zjera, któ­remu Floyd zwie­rzał się ze swo­ich naj­głęb­szych roz­te­rek. Prze­mie­rza­li­śmy ho­ustoń­ski Third Ward z naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi Floyda, przy­słu­chu­jąc się, jak ze śmie­chem wspo­mi­nają wspólne przy­gody, a także opła­kują jego tra­gicz­nie prze­rwane ży­cie. Po­szli­śmy do ko­ścioła z bra­tem Floyda oraz na se­sję ta­rota z jego dziew­czyną, kiedy oboje pró­bo­wali zro­zu­mieć sens tego, co się stało, a po­tem po­cie­sza­li­śmy ich, wi­dząc, że nie po­tra­fią go zna­leźć. Bli­scy Floyda byli wo­bec nas nie­zwy­kle otwarci i szcze­rzy, dzięki czemu udało nam się wy­raź­nie do­strzec jego ludzką stronę. Ich wspo­mnie­nia otwo­rzyły nam oczy na krę­pu­jącą ni­czym cia­sny gor­set pre­sję sys­te­mową, spod któ­rej Floyd osta­tecz­nie nie zdo­łał się wy­zwo­lić, cho­ciaż wiele razy za­czy­nał na nowo i pró­bo­wał zo­sta­wić prze­szłość za sobą.
Prze­pro­wa­dzi­li­śmy łącz­nie po­nad czte­ry­sta wy­wia­dów, by na­szki­co­wać jak naj­do­kład­niej­szy por­tret Floyda i jego eg­zy­sten­cji w Ame­ryce. Roz­ma­wia­li­śmy z całą szóstką ro­dzeń­stwa Floyda, a także z jego ciot­kami, wu­jami, ku­zy­nami, sio­strze­ni­cami, sio­strzeń­cami, ko­chan­kami, przy­ja­ciółmi, pra­co­daw­cami, na­uczy­cie­lami, tre­ne­rami, ko­le­gami z dru­żyny, współ­więź­niami, współ­lo­ka­to­rami, ad­wo­ka­tami, pod­opiecz­nymi i nie tylko. Do­tar­li­śmy też do mnó­stwa osób nie­zna­ją­cych Floyda oso­bi­ście, ale świet­nie ro­zu­mie­ją­cych siły spo­łeczne, które na­po­ty­kał on na swej dro­dze. Dzie­siątki de­cy­den­tów, pro­fe­so­rów, sze­fów po­li­cji i in­nych eks­per­tów po­mo­gło nam opi­sać ame­ry­kań­skie in­sty­tu­cje, które wpły­nęły na bieg jego ży­cia. Na­sza po­dróż re­por­ter­ska do­pro­wa­dziła nas też do na­ocz­nych świad­ków, rzecz­ni­ków róż­nych spo­łecz­no­ści, li­de­rów ru­chów praw oby­wa­tel­skich, rad­nych miej­skich, bur­mi­strzów, gu­ber­na­to­rów, se­na­to­rów i pre­zy­denta.
Po­nad rok wę­dro­wa­li­śmy po Ho­uston, Min­ne­apo­lis, Wa­szyng­to­nie oraz in­nych miej­scach – prze­cha­dza­li­śmy się uli­cami, na któ­rych Floyd wi­dział śmierć swo­ich przy­ja­ciół, sta­li­śmy na tych sa­mych bo­iskach, na któ­rych dą­żył do speł­nie­nia swo­ich ma­rzeń o suk­ce­sie spor­to­wym, słu­cha­li­śmy mi­xtape’ów, na któ­rych ra­po­wał o swo­ich lę­kach, czy­ta­li­śmy wpisy w pa­mięt­niku, w któ­rych za­drę­czał się swo­imi prze­wi­nami, prze­sia­dy­wa­li­śmy w ośrod­kach te­ra­pii, w któ­rych szu­kał od­ku­pie­nia – by w końcu po­znać jego mo­ty­wa­cje, blo­ku­jące go ogra­ni­cze­nia i jego du­szę.
Jed­no­cze­śnie im wię­cej do­wia­dy­wa­li­śmy się o ży­cio­wej po­dróży Floyda, tym bar­dziej sta­wało się dla nas ja­sne, że jego los jest na­ma­cal­nym przy­kła­dem tego, jak działa ra­sizm w Ame­ryce. W hi­sto­rii Floyda i jego ro­dziny daje się za­uwa­żyć wiele na­brzmie­wa­ją­cych, sil­nych traum, które od czte­ry­stu lat są udzia­łem czar­nych miesz­kań­ców Ame­ryki. W na­szej książce udo­ku­men­to­wa­li­śmy walkę jed­nego z tych lu­dzi o swo­bodny od­dech w Ame­ryce – walkę, która roz­po­częła się na długo przed tym, jak ko­lano po­li­cjanta przy­gnio­tło jego szyję.

 
Geo­rge Floyd wziął swój pierw­szy od­dech w 1973 roku, kiedy dys­kry­mi­na­cję wy­ni­ka­jącą z praw Jima Crowa oraz ich na­stępstw za­stą­pił już ra­sizm o trwal­szym i bar­dziej pod­stęp­nym cha­rak­te­rze – sys­te­mowa dys­kry­mi­na­cja, którą pod­szyte jest ame­ry­kań­skie ży­cie spo­łeczne. Po­czątki hi­sto­rii Floyda się­gają cza­sów kil­ka­set lat przed jego na­ro­dzi­nami, kiedy ko­lejne po­ko­le­nia jego przod­ków, od wojny se­ce­syj­nej aż po epokę praw oby­wa­tel­skich, zma­gały się z be­stial­stwem nie­wol­nic­twa, z nad­uży­ciami po­łow­nic­twa[1*], z usank­cjo­no­waną pra­wem se­gre­ga­cją ra­sową, a także z mię­dzy­po­ko­le­niową biedą.
Po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści w la­tach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku Floyd zdą­żył jesz­cze do­świad­czyć na wła­snej skó­rze otwar­tego ra­si­zmu, głę­boko za­ko­rze­nio­nego w ame­ry­kań­skich in­sty­tu­cjach – w for­mie z po­zoru ła­twiej­szej do za­ak­cep­to­wa­nia, lecz na­dal skut­ku­ją­cej roz­war­stwie­niem spo­łecz­nym, które bar­dziej przy­po­mi­nało sys­tem ka­stowy niż de­mo­kra­cję me­ry­to­kra­tyczną.
Floyd do­ra­stał w jed­nej z naj­bar­dziej zróż­ni­co­wa­nych kul­tu­rowo me­tro­po­lii w kraju. Miesz­kał w dziel­nicy, w któ­rej se­gre­ga­cja była na­rzu­cona od­gór­nie przez wła­dze mia­sta. Pod­upa­dłe osie­dle Cu­ney Ho­mes, naj­star­szy kom­pleks miesz­ka­niowy w Ho­uston, sta­no­wiło urba­ni­styczną wer­sję ru­cho­mych pia­sków – sie­dli­sko nę­dzy, z któ­rego Floyd bez­sku­tecz­nie sta­rał się wy­rwać. W ho­ustoń­skim Third Ward uczył się w szko­łach, w któ­rych pa­no­wała se­gre­ga­cja ra­sowa, a czarni ucznio­wie byli przy­pi­sy­wani do nie­do­fi­nan­so­wa­nych klas – wielu z nich, mię­dzy in­nymi Floyda, skła­niało to do my­śle­nia, że suk­ces mogą od­nieść je­dy­nie w spo­rcie.
Po­li­cjanci byli sta­łym ele­men­tem ży­cia Floyda – nę­kali go, aresz­to­wali i gro­zili mu od dzie­ciń­stwa aż do ostat­nich chwil. Zo­stał za­trzy­many w su­mie po­nad dwa­dzie­ścia razy, w tym przez co naj­mniej pię­ciu funk­cjo­na­riu­szy oskar­żo­nych póź­niej o ła­ma­nie prawa, któ­rego mieli strzec. Floyd spę­dził nie­mal jedną trze­cią swo­jego do­ro­słego ży­cia za kra­tami. Pod­czas tej fali ma­so­wych za­trzy­mań nie­pro­por­cjo­nal­nie wy­soki od­se­tek aresz­to­wa­nych sta­no­wili czarni męż­czyźni, któ­rzy tra­fiali do wię­zie­nia za prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe nie­zwią­zane z uży­ciem prze­mocy. W taki spo­sób zdzie­siąt­ko­wano wiele lo­kal­nych spo­łecz­no­ści.
De­rek Chau­vin, funk­cjo­na­riusz od­po­wie­dzialny za śmierć Floyda, prze­pra­co­wał kil­ka­dzie­siąt lat w apa­ra­cie po­li­cyj­nym kraju, w któ­rym wię­ziono wię­cej osób niż gdzie­kol­wiek in­dziej na świe­cie. Je­den z roz­dzia­łów książki po­świę­ci­li­śmy ana­li­zie jego ży­cia w Ame­ryce oraz hi­sto­rii wy­działu po­li­cji, który wy­szko­lił go w po­słu­gi­wa­niu się śmier­cio­no­śnymi środ­kami przy­musu.
Floyd od dawna bał się śmierci z rąk po­li­cji, ale jego walka o prze­ży­cie była jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wana, po­nie­waż cier­piał na sze­reg po­waż­nych pro­ble­mów zdro­wot­nych, które nie­pro­por­cjo­nal­nie czę­sto do­ty­kają Afro­ame­ry­ka­nów. Oprócz CO­VID-19 wal­czył z klau­stro­fo­bią, nad­ci­śnie­niem, lę­kiem i de­pre­sją – w więk­szo­ści nie­le­czo­nymi – a także z uza­leż­nie­niem od środ­ków odu­rza­ją­cych.
Floyd przy­zna­wał się wprost do swo­ich po­my­łek i błę­dów, które spra­wiały, że wiara w od­ku­pie­nie win była dla niego o wiele trud­niej­sza. Z pła­czem zwie­rzał się przy­ja­cio­łom z de­cy­zji, któ­rych ża­ło­wał, albo mó­wił o ogar­nia­ją­cej go cza­sami roz­pa­czy.
– Wiem, że mam wiele wad[4] – przy­znał w jed­nym z fil­mów opu­bli­ko­wa­nych w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. – Nie je­stem lep­szy od in­nych.

 
Jako czarni męż­czyźni ży­jący w Ame­ryce do­brze ro­zu­mie­li­śmy du­szę Floyda i umie­li­śmy po­sta­wić się na jego miej­scu – wie­dzie­li­śmy, dla­czego ten po­tęż­nie zbu­do­wany czło­wiek o ciem­nej skó­rze czuł się nie­kom­for­towo we wła­snym ciele i dla­czego pod­czas kon­tak­tów z po­li­cją pusz­czały mu nerwy. Floyd był świa­dom, że cza­sem sam jego wi­dok bu­dzi grozę u ob­cych. Pew­nego razu stwier­dził: „Lu­dzie ła­two cię skre­ślają, ziom, a kiedy cię okre­ślają, są bar­dzo su­rowi”[5]. Sta­ra­li­śmy się uka­zać ży­cie Floyda z per­spek­tywy róż­nych sił od­dzia­łu­ją­cych na niego przez czter­dzie­ści sześć lat, ale jed­no­cze­śnie nie zwal­nia­li­śmy go z od­po­wie­dzial­no­ści za żadne czyny ani nie uspra­wie­dli­wia­li­śmy jego dzia­łań.
Jako dzien­ni­ka­rze z łącz­nie po­nad­trzy­dzie­sto­let­nim do­świad­cze­niem re­por­ter­skim, które zdo­by­li­śmy przede wszyst­kim w „The Wa­shing­ton Post”, w książce tej opi­su­jemy, w jaki spo­sób po­li­tyka i re­gu­la­cje prawne wpły­wają na ży­cie w Ame­ryce – za­równo w Bia­łym Domu i Kon­gre­sie, jak i w sie­dzi­bach związ­ków za­wo­do­wych, na ran­czach by­dła, na uni­wer­sy­tec­kich po­ka­zach step­pingu[2*] oraz pod­czas ogól­no­kra­jo­wych pro­te­stów an­ty­ra­si­stow­skich. Do­stęp do ogrom­nego ar­chi­wum pu­bli­ko­wa­nych w „Post” ar­ty­ku­łów o po­li­tyce uła­twił nam ana­lizę sze­ro­kiego wa­chla­rza kon­cep­cji praw­nych i po­li­tycz­nych, które wpły­nęły na ży­cie Floyda – od dzie­więt­na­sto­wiecz­nego Czar­nego ko­deksu, który za­bra­niał nie­wol­ni­kom na­uki czy­ta­nia, do prze­pi­sów z XX wieku, które uzna­wały uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków za prze­stęp­stwo. Sko­rzy­sta­li­śmy też z naj­cen­niej­szego za­sobu na­szej ga­zety – wie­dzy jej dzien­ni­ka­rzy. Ni­niej­sza bio­gra­fia nie po­wsta­łaby, gdyby nie ory­gi­nalne re­por­taże z wie­lo­krot­nie na­gra­dza­nej se­rii ar­ty­ku­łów w „The Wa­shing­ton Post” pod wspól­nym ty­tu­łem Ame­ryka Geo­rge’a Floyda, obej­mu­jąca po­nad sto pięć­dzie­siąt wy­wia­dów do­ty­czą­cych ży­cia i oko­licz­no­ści jego śmierci.
Treść tej książki wy­nika w pew­nym stop­niu z wy­siłku wło­żo­nego przez nas i na­szych ko­le­gów dzien­ni­ka­rzy w ten sze­ścio­czę­ściowy cykl. Skła­dały się na niego re­por­taż Tracy Jan na te­mat po­li­tyki miesz­ka­nio­wej, ar­ty­kuł Laury Mec­kler o edu­ka­cji Floyda, ar­ty­kuł Are­lis R. Her­nán­dez do­ty­czący kon­tak­tów Floyda z po­li­cją, ar­ty­kuł Cleve’a R. Wo­ot­sona Jr. o prze­ży­ciach wię­zien­nych Floyda oraz do­ko­nana przez Griffa Witte’a ana­liza hi­sto­rycz­nego tła ży­cia Floyda. Do po­wsta­nia ma­te­riału dzien­ni­kar­skiego sta­no­wią­cego pod­stawę ni­niej­szej książki przy­czy­nili się też inni dzien­ni­ka­rze „The Wa­shing­ton Post”, w szcze­gól­no­ści Holly Ba­iley, która re­la­cjo­no­wała roz­ru­chy spo­łeczne w Min­ne­apo­lis i pro­ces w spra­wie mor­der­stwa do­ko­na­nego przez Chau­vina.
Z tego cy­klu oraz z na­szej trwa­ją­cej rok pracy wy­ło­nił się por­tret czło­wieka, który z na­dzieją i opty­mi­zmem to­czył nie­zwy­kłą walkę; czło­wieka, któ­remu po śmierci udało się do­ko­nać tego, co tak bar­dzo pra­gnął osią­gnąć w ży­ciu – zmie­nić świat.
La­tem po śmierci Floyda – w cza­sie in­ten­syw­nych dzia­łań i pło­mien­nych wy­stą­pień ak­ty­wi­stów – jego imię było na ustach pre­zy­den­tów, pre­mie­rów i pa­pieża. Twarz Floyda po­ja­wiała się na mu­ra­lach oraz w mu­ze­ach na ca­łym świe­cie. Jego po­śmiertna sława skło­niła za­równo bli­skich mu lu­dzi, jak i tych, któ­rzy je­dy­nie wi­dzieli jego śmierć w te­le­wi­zji, do do­strze­że­nia związku mię­dzy czło­wie­kiem – obec­nie już sym­bo­lem – a sys­te­mami ogra­ni­cza­ją­cymi jego am­bi­cje oraz pa­ra­li­żu­ją­cymi jego moż­li­wo­ści.
Usta­wo­dawcy, pra­cow­nicy wy­dzia­łów po­li­cji i wiel­kich kor­po­ra­cji przy­wo­ły­wali jego na­zwi­sko, gdy tłum­nie ru­szyli do me­diów, żeby pu­blicz­nie oka­zać swoje po­par­cie dla walki z nie­spra­wie­dli­wo­ścią na tle ra­so­wym. Kon­gres­meni po­wo­ły­wali się na jego hi­sto­rię, aby uchwa­lić akty prawne, któ­rych ce­lem miało być roz­wią­za­nie pro­blemu ame­ry­kań­skiego ra­si­zmu.
Jego imię stało się okrzy­kiem bo­jo­wym ru­chu, który gło­sił, że ży­cie ta­kich lu­dzi jak Floyd ma zna­cze­nie. Białe miesz­kanki za­moż­nych przed­mieść ma­sze­ro­wały uli­cami ra­mię w ra­mię z ubo­gimi afro­ame­ry­kań­skimi chłop­cami, do­ma­ga­jąc się, by kraj trak­to­wał ich jed­na­kowo. Krzy­czeli jed­nym gło­sem: „Pa­mię­taj, jak się na­zywa!”, po czym do­po­wia­dali z gnie­wem, fru­stra­cją i de­ter­mi­na­cją: „Na­zywa się Geo­rge Floyd!”.

Część I
Perry

Roz­dział 1

Dzień jak co dzień

– Dzi­siaj święto, Dzień Pa­mięci. Chcesz po­gril­lo­wać?
Geo­rge Perry Floyd Jr. nie miał szcze­gól­nego ta­lentu do sma­że­nia ham­bur­ge­rów, ale ucie­szył się, kiedy jego przy­ja­ciółka Sy­lvia Jack­son za­pro­po­no­wała mu ta­kie uroz­ma­ice­nie sza­rej co­dzien­no­ści. Z po­wodu pan­de­mii CO­VID-19 zo­stał bez pracy, stał się apa­tycz­nym cie­niem to­wa­rzy­skiego czło­wieka, za któ­rego przed­tem uwa­żali go przy­ja­ciele i ro­dzina. Sta­rał się jak naj­mniej czasu spę­dzać w mroku i nie po­paść jesz­cze głę­biej w uza­leż­nie­nie, z któ­rym nie umiał ze­rwać.
Skromny dom Sy­lvii Jack­son w pół­noc­nej czę­ści Min­ne­apo­lis peł­nił funk­cję azylu, w któ­rym pa­no­wała ro­dzinna at­mos­fera. Floyd spę­dził tam więk­szość maja 2020 roku, prze­sia­du­jąc na ka­na­pie swo­jej przy­ja­ciółki i oglą­da­jąc w te­le­wi­zji z jej trzema cór­kami iCarly albo Klub przy­ja­ciół Myszki Miki. Od czasu do czasu po­ma­gał jej na­gry­wać ma­te­riały wi­deo na Tik­Toka z na­dzieją, że pew­nego dnia zy­skają sta­tus wi­rali.
– Zróbmy ten – mó­wiła Jack­son, po czym za­czy­nała tań­czyć w kuchni do pio­senki Fan­tasy Ma­riah Ca­rey, a Floyd z uda­waną po­wagą fil­mo­wał jej wy­stęp.
Czę­sto do­łą­czała do nich dwójka zna­jo­mych, współ­pra­cow­ni­ków z Ar­mii Zba­wie­nia. Ów lock­dow­nowy kwar­tet wspie­rał się na­wza­jem pod­czas ocze­ki­wa­nia, aż kwa­ran­tanna się skoń­czy i świat wróci do nor­mal­no­ści. Trzy­dzie­sto­dwu­let­nia Jack­son słu­chała z te­atral­nie znu­dzoną miną wy­wo­dów Floyda o chop­ped and scre­wed, od­mia­nie hip-hopu po­cho­dzą­cej z jego ro­dzin­nego Ho­uston. Wie­czo­rami, kiedy oglą­dali film, Floyd ga­dał jak na­jęty, a po­tem za­sy­py­wał wszyst­kich py­ta­niami do­ty­czą­cymi fa­buły. Córki Jack­son uwiel­biały bi­wa­ko­wać, więc cza­sami roz­bi­jali na­mioty przed do­mem i spali pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem. Kiedy in­dziej sma­żyli na grillu ham­bur­gery i hot dogi, słu­cha­jąc mu­zyki – taki plan mieli też na 25 maja 2020 roku, dzień śmierci Geo­rge’a Floyda.
Tego dnia pra­cu­jąca w ochro­nie Jack­son miała być na zmia­nie od ósmej rano do dru­giej po po­łu­dniu, więc po­pro­siła Floyda, żeby to on zor­ga­ni­zo­wał wę­giel i roz­pałkę. Dała mu klu­czyki do swo­jego sa­mo­chodu, gra­na­to­wego SUV-a marki Mer­ce­des z 2001 roku, i sześć­dzie­siąt do­la­rów na za­kupy.
– Wrócę do domu około trze­ciej – po­wie­działa.
Jack­son ufała Floy­dowi; już wcze­śniej kilka razy po­ży­czała mu sa­mo­chód. Floyd nie miał in­nych pla­nów, więc mniej wię­cej o dzie­sią­tej rano za­dzwo­nił do swo­jego przy­ja­ciela Mau­rice’a Halla, żeby za­py­tać, czy ten ma ochotę się spo­tkać. Wielu zna­jo­mych Floyda ostrze­gało go przed czter­dzie­sto­dwu­let­nim Hal­lem, który nie miał sta­łego ad­resu, sy­piał po ho­te­lach albo w swoim au­cie, sprze­da­wał nar­ko­tyki i wiecz­nie uchy­lał się od na­ka­zów aresz­to­wa­nia. Floyd przez wiele lat sta­rał się ze­rwać z używ­kami, ale w tym mo­no­ton­nym, de­pre­syj­nym okre­sie ży­cia Hall był dla niego po­krewną du­szą. Ra­zem pa­lili trawkę albo ły­kali ec­stasy, które Floyd mie­szał z pa­ra­ce­ta­mo­lem, żeby osła­bić ich efekt.
Nie ta­kie ży­cie so­bie wy­obra­żali, kiedy wy­jeż­dżali z Third Ward w Ho­uston do Min­ne­apo­lis w po­szu­ki­wa­niu trzeź­wo­ści i szansy na inny los. Hall zwie­rzył się Floy­dowi, że chyba wy­czer­pał swoje moż­li­wo­ści. Wi­siały nad nim na­kazy aresz­to­wa­nia, które zmu­siły go do zej­ścia do pod­zie­mia, bo nie chciał od­dać się w ręce po­li­cji – od ja­kie­goś czasu był oj­cem ma­łych pie­gu­sków o krę­co­nych wło­sach i nie mógł znieść my­śli o roz­łące. Floyd po­dzie­lał jego emo­cje – sam czuł się winny, jako że żył tak da­leko od swo­jej ma­łej córki Gianny.
Pod­czas ich roz­mowy te­le­fo­nicz­nej Hall po­wie­dział, że musi za­ła­twić dużo spraw i zaj­mie mu to cały dzień, ale za­pro­po­no­wał, żeby Floyd mu po­mógł. Ucie­szył się, że może sko­rzy­stać z pod­wózki – sam cza­sami po­ży­czał od ko­legi sta­rego pic­kupa, bo ko­bieta, z którą pew­nego razu spę­dził noc w po­koju ho­te­lo­wym, za­brała mu wóz, a wraz z nim ubra­nia, buty i ko­lek­cję gier wi­deo.
Hall chciał, żeby spo­tkali się w Len­sCra­fters w cen­trum han­dlo­wym Ro­se­dale Com­mons przy au­to­stra­dzie mię­dzy­sta­no­wej nu­mer 35 w po­bli­skiej dziel­nicy Ro­se­ville. Stam­tąd mieli ra­zem wró­cić do ho­telu, żeby wy­mie­nić sa­mo­chód.
– Jak to? Co to zna­czy, że nie mogę wejść? – bu­rzył się Floyd, kiedy w cen­trum han­dlo­wym sprze­dawca za­bro­nił mu wstępu do sklepu, tłu­ma­cząc to prze­pi­sami bez­pie­czeń­stwa zwią­za­nymi z pan­de­mią.
Tym­cza­sem Hall ku­pił oku­lary w prze­zro­czy­stych opraw­kach i wy­szedł ze sklepu na ko­ry­tarz, gdzie uj­rzał Floyda w brud­nym pod­ko­szulku i nie­bie­skich spodniach od dresu.
– Siema, ali­ga­to­rze – przy­wi­tał go i uści­snęli so­bie dło­nie.
Do­cho­dziło już po­łu­dnie, więc udali się do Wendy’s po dru­giej stro­nie ulicy. Hall za­mó­wił bur­gera z krąż­kami ce­bu­lo­wymi; Floyd ku­pił ka­napkę Dave’s Do­uble. Kiedy wró­cili do mer­ce­desa i roz­pa­ko­wali je­dze­nie, Floyd wy­jął te­le­fon, żeby po­ka­zać Hal­lowi nowe trendy w hip-ho­pie z po­łu­dnio­wej czę­ści Sta­nów.
– Ja­rzysz sassa wal­king? – za­py­tał.
Je­dli ham­bur­gery i oglą­dali te­le­dy­ski no­wych mu­zy­ków, któ­rych cięż­kie, szorst­kie bity w stylu chop­ped and scre­wed osnu­wał lekki, szybko re­cy­to­wany rap. Nie­które na­gra­nia ilu­stro­wały kroki sassa wal­king, bę­dą­cego mie­szanką salsy i dy­na­micz­nych ru­chów bio­der.
– To bę­dzie duża rzecz – prze­wi­dy­wał Floyd.
Wkrótce od­dali wła­ści­cie­lowi po­ży­czo­nego pic­kupa, a po­tem ja­kiś czas re­lak­so­wali się w po­koju Halla w ho­telu Em­bassy Su­ites w dziel­nicy Bro­oklyn Cen­ter na dru­gim brzegu Mis­si­sipi. Chru­piąc che­etosy, cze­kali na klien­tów Halla, któ­rzy mieli przyjść po to­war.
W końcu klient ode­brał pi­guły, a po jego wyj­ściu Hall za­czął się chwa­lić, jak do­brze ostat­nio idzie mu in­te­res. Wy­cią­gnął plik dwóch ty­sięcy do­la­rów i po­wie­dział Floy­dowi, że za­ro­bił tyle w ciągu za­le­d­wie jed­nej nocy. Nie było to je­dy­nie prę­że­nie mu­sku­łów – Hall są­dził, że zna­lazł po­ten­cjalny spo­sób na po­prawę sy­tu­acji ży­cio­wej Floyda, i li­czył, że ten dzięki swoim kon­tak­tom w Ho­uston po­może mu roz­wi­nąć biz­nes nar­ko­ty­kowy. Twier­dził, że to dla niego wielka szansa. Floyd nie miał pracy, a do Halla klienci pchali się drzwiami i oknami.
Floyd jed­nak nie na­pa­lił się na ten po­mysł – wspo­mi­nał póź­niej Hall.
Nie chciał, żeby nar­ko­tyki znowu zde­fi­nio­wały jego ży­cie. Wie­dział, że nie na­daje się na di­lera. A pod­czas ostat­niej od­siadki na­ba­wił się ta­kiej traumy, że prze­ra­żała go myśl o tym, co mo­głoby się stać, gdyby znowu po­zwo­lił się wcią­gnąć w nar­ko­tyki.
Tego dnia Hall miał też roz­wieźć nar­ko­tyki do klien­tów w róż­nych czę­ściach mia­sta, więc tym bar­dziej cie­szył się, że ma przy so­bie Big Floyda. Jazda na spo­tka­nia z klien­tami co­raz czę­ściej wpę­dzała go w pa­ra­noję, miał za­tem na­dzieję, że tym ra­zem to Floyd usią­dzie za kie­row­nicą. Po­je­chali do in­nego ho­telu znaj­du­ją­cego się w Blo­oming­ton trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na po­łu­dnie. Tam zje­dli ka­napki i wy­pili sok Mi­nute Maid o smaku owo­ców tro­pi­kal­nych. Póź­niej Hall wspo­mi­nał, że Floyd za­pa­lił zioło, wcią­gnął do nosa fen­ta­nyl i łyk­nął pa­ra­ce­ta­mol.
Hall od­bie­rał te­le­fony od po­ten­cjal­nych kup­ców, a Floyd za­jął się pro­wa­dze­niem wła­snych roz­mów. Jedną z osób, z któ­rymi tego dnia się kon­tak­to­wał, była Sha­wanda Hill, jego eks­ko­chanka.
„Chcę się z tobą spo­tkać” – na­pi­sała do niego.
Tym­cza­sem na pół­noc­nym brzegu rzeki Jack­son wró­ciła do domu, ale nie zna­la­zła tam wę­gla, roz­pałki, sa­mo­chodu ani Floyda. Za­nie­po­ko­jona za­dzwo­niła do niego.
– Gdzie je­steś? – za­py­tała.
– Mam się za­raz spo­tkać z moją dziew­czyną – od­po­wie­dział Floyd. – Ale wrócę na noc.
Nad­cią­gał wie­czór, a Hall chciał jesz­cze zo­sta­wić ubra­nia w pralni che­micz­nej, ku­pić nową ko­mórkę i ro­zej­rzeć się za ta­ble­tem. Przy­szło mu na myśl, że za­kupy da się zro­bić w CUP Fo­ods, skle­pie w po­łu­dnio­wej czę­ści Min­ne­apo­lis, w któ­rym można było ta­nio ku­pić i sprze­dać elek­tro­nikę. Floyda do­brze znano w CUP – kie­row­nicy sklepu twier­dzili, że za­glą­dał tam raz lub dwa razy w ty­go­dniu.
Floyd po­wie­dział więc swo­jej eks­dziew­czy­nie, że wy­biera się do sklepu. Czter­dzie­sto­pię­cio­let­nia Hill bar­dzo się ucie­szyła – aku­rat mu­siała ku­pić nową ba­te­rię do te­le­fonu i li­czyła na kilka chwil w mi­łym to­wa­rzy­stwie przed ode­bra­niem wnuczki, którą tego dnia obie­cała się opie­ko­wać. Wsia­dła do au­to­busu li­nii nu­mer 5 i po­je­chała na skrzy­żo­wa­nie East Thirty-Eighth Street z Chi­cago Ave­nue.
Hall i Floyd do­tarli do CUP Fo­ods jako pierwsi. Hall po­szedł na tył sklepu, który był poza za­się­giem ka­mer bez­pie­czeń­stwa, i ku­pił ta­blet za sto osiem­dzie­siąt do­la­rów. Kie­row­nik twier­dził, że po­trze­buje tro­chę czasu na wy­czysz­cze­nie twar­dego dysku, więc za­miast cze­kać w skle­pie, ko­le­dzy udali się na Lake Street, około pół­tora ki­lo­me­tra na pół­noc, gdzie Hall ku­pił so­bie iPhone’a 7.
Było już pra­wie wpół do ósmej wie­czo­rem, kiedy wró­cili do CUP. Floyd za­par­ko­wał mer­ce­desa po dru­giej stro­nie ulicy, a Hall wszedł do środka po swój ta­blet. Mi­ja­jąc rzędy skrzy­nek peł­nych owo­ców i wa­rzyw, szedł dłu­gimi, wą­skimi alej­kami sklepu do działu z elek­tro­niką, gdzie w za­mknię­tych szkla­nych ga­blo­tach wy­sta­wiono ta­blety, lap­topy i te­le­fony ko­mór­kowe na kartę w ja­sno­zie­lo­nych pu­deł­kach. Ka­sjer prze­pro­sił Halla i po­wie­dział, że musi zwró­cić mu pie­nią­dze, bo nie udało się usu­nąć z urzą­dze­nia sta­rych pli­ków. Hall za­sta­na­wiał się jesz­cze, czy można to za­ła­twić w ja­kiś inny spo­sób, kiedy po kilku mi­nu­tach do sklepu wszedł Floyd. Krę­cił się po skle­pie, gme­ra­jąc w kie­szeni z pie­niędzmi i wi­ta­jąc się z nie­mal każ­dym na­po­tka­nym pra­cow­ni­kiem.
Floyd cho­dził mię­dzy re­ga­łami, mi­ja­jąc półki pełne cia­stek Oreo i Lit­tle Deb­bie. Się­gnął po nad­gni­łego ba­nana i po­wie­dział coś do na­sto­let­niego ka­sjera, po czym zgiął się wpół ze śmie­chu. Ka­sjer, syn jed­nego z wła­ści­cieli sklepu, wy­glą­dał, jakby nie do końca zro­zu­miał żart, lecz po chwili wzru­szył ra­mio­nami i z nie­pew­nym uśmie­chem wy­ce­lo­wał pa­lec we Floyda.
Chri­sto­pher Mar­tin, inny na­sto­la­tek przy ka­sie, od razu zwró­cił uwagę na jego ga­ba­ryty – dwa me­try wzro­stu[6], po­nad sto ki­lo­gra­mów masy, wy­raź­nie za­ry­so­wane mię­śnie, które pod­kre­ślał jesz­cze opi­na­jący ciało czarny pod­ko­szu­lek. Mar­tin za­py­tał go, czy gra w ba­se­ball.
Floyd za­jąk­nął się i chwilę mam­ro­tał, by w końcu od­po­wie­dzieć, że gra w fut­bol ame­ry­kań­ski. Mar­tin, wy­soki, szczu­pły chło­pak o ja­sno­brą­zo­wej skó­rze, nie­raz wi­dy­wał pi­ja­nych i na­ćpa­nych klien­tów. Po­dej­rze­wał, że Floyd może być pod wpły­wem.
Mniej wię­cej w tej chwili do sklepu we­szła Hill i do­strze­gła umię­śnioną po­stać Floyda.
– O mój Boże, Floyd – po­wie­działa.
– Ko­chana – przy­wi­tał ją Floyd. – Wła­śnie o to­bie my­śla­łem.
Ob­jął ją, a ona cmok­nęła go na wy­so­ko­ści, do któ­rej się­gała ustami – w tors tuż pod de­kol­tem pod­ko­szulka.
Dziew­czynę za­sko­czył jed­nak nie­chlujny strój Floyda. Wie­działa, że matka za­wsze wy­ma­gała od niego, by po­rząd­nie się pre­zen­to­wał, kiedy wy­cho­dzi do lu­dzi. Za­py­tała, dla­czego ma na so­bie je­dy­nie pod­ko­szu­lek i wor­ko­wate spodnie.
– Je­stem w trak­cie prze­pro­wadzki – wy­ja­śnił Floyd i do­dał, że przed spo­tka­niem z Hal­lem grał w ko­szy­kówkę.
Za­pro­po­no­wał, żeby po­szli do parku i od­świe­żyli swoją zna­jo­mość. Kiedy Hill po­wie­działa, że musi za­jąć się wnuczką, Floyd za­su­ge­ro­wał, że ją pod­wie­zie. Hill uśmiech­nęła się z prze­ką­sem.
– Li­czy­łam na nieco wię­cej na­mięt­no­ści – wspo­mi­nała póź­niej.
Hill i Hall przed­tem się nie znali, ale osta­tecz­nie cała trójka opu­ściła sklep ra­zem. Przed wyj­ściem Floyd ku­pił jesz­cze paczkę pa­pie­ro­sów men­to­lo­wych.
– Po­dał ka­sje­rowi pie­nią­dze. Wi­dzia­łam, jak chło­pak wziął je do ręki – twier­dziła po ja­kimś cza­sie Hill. – Dał Floy­dowi pa­pie­rosy i resztę. Wy­szli­śmy ze sklepu, wsie­dli­śmy do sa­mo­chodu i roz­ma­wia­li­śmy… nie wiem… co naj­mniej osiem mi­nut…
Tym­cza­sem w CUP Fo­ods Mar­tin pod­niósł dwu­dzie­sto­do­la­rowy bank­not i przyj­rzał się mu pod świa­tło. Za­uwa­żył, że ma nie­bie­skawy od­cień bank­notu stu­do­la­ro­wego, i na­brał po­dej­rzeń, że to fal­sy­fi­kat. Po­ka­zał bank­not swo­jemu kie­row­ni­kowi, który ka­zał mu wyjść na ulicę i za­wo­łać Floyda z po­wro­tem do sklepu. Floyd był sta­łym klien­tem CUP, więc kie­row­nik uznał, że to za­pewne nie­po­ro­zu­mie­nie, które da się bez pro­blemu wy­ja­śnić.
W mer­ce­de­sie Hill i Hall wy­czuli, że ob­fi­tu­jący w zda­rze­nia dzień za­czął da­wać się Floy­dowi we znaki. Pod­czas roz­mowy co chwila przy­sy­piał na przed­nim sie­dze­niu – jego przy­ja­ciele twier­dzili, że czę­sto mu się to zda­rzało. Hall za­czął się de­ner­wo­wać. Ta oko­lica była okryta złą sławą jako sie­dli­sko gan­gów, a on nie chciał zwra­cać na sie­bie uwagi po­li­cji.
– Mu­simy się stąd zmy­wać – na­le­gał.
W tej chwili Mar­tin z jesz­cze jed­nym na­sto­let­nim pra­cow­ni­kiem CUP po­de­szli do okna sa­mo­chodu po stro­nie pa­sa­żera. Po­wie­dzieli Hal­lowi, że szef chce z nimi po­roz­ma­wiać, bo pie­nią­dze są fał­szywe.
– Ja mu ich nie da­łem – pro­te­sto­wał Hall.
Ka­sje­rzy wska­zali zna­cząco na Floyda, który wciąż się gar­bił za kie­row­nicą, na wpół przy­sy­pia­jąc.
– Floyd, na­prawdę to zro­bi­łeś? – Hill wy­glą­dała na za­szo­ko­waną, bo do tej pory nikt nie za­rzu­cał mu tego ro­dzaju oszustw.
– Dla­czego wciąż mnie to spo­tyka? – ża­lił się Floyd.
Od­mó­wił pój­ścia z po­wro­tem do sklepu. Mar­tin dał za wy­graną i od­da­lił się z dru­gim pra­cow­ni­kiem.
Po kilku mi­nu­tach wró­cił z dwoma in­nymi pra­cow­ni­kami i jesz­cze raz po­pro­sił Floyda, żeby ten po­szedł z nim do kie­row­nika. Zda­niem Hill i Halla Floyd był zbyt wy­czer­pany, by zro­zu­mieć, co się dzieje.
– Pró­bo­wa­li­śmy go cu­cić – wspo­mi­nała Hill.
Prze­szu­kała swoje kie­sze­nie, ale nie miała przy so­bie wię­cej go­tówki. Prze­pro­siła pra­cow­ni­ków i obie­cała w imie­niu Floyda, że ten po­roz­ma­wia z kie­row­ni­kiem od razu, gdy się zbu­dzi.
Po kilku mi­nu­tach Floyd się ock­nął. Wzdry­gnął się i po­kle­pał po kie­sze­niach, szu­ka­jąc klu­czy­ków do sa­mo­chodu.
– Floyd, słu­chaj, dzie­ciak mówi, że twoje pie­nią­dze to fał­szywki – po­wie­działa Hill. – Chcą we­zwać po­li­cję.
Tamci jed­nak już to zro­bili. Hill ob­ró­ciła się i zo­ba­czyła dwóch po­li­cjan­tów wcho­dzą­cych do sklepu. Wy­szli po kilku mi­nu­tach.
– Coś za bar­dzo się mio­tają – rzekł je­den z gli­nia­rzy do swo­jego part­nera, gdy zbli­żali się do sa­mo­chodu. Chwy­cił la­tarkę.
W au­cie Floyd za­czął pa­ni­ko­wać i ner­wowo szu­kać klu­czy­ków. Hall też spa­ni­ko­wał, bo wie­dział, że ma przy so­bie nar­ko­tyki, które po­wi­nien ukryć.
– No więc cho­wam to­war, upy­cham go gdzie po­pad­nie – wspo­mi­nał póź­niej Hall. – A po­tem na­gle wi­dzę, że gli­niarz stoi po stro­nie Floyda, i wtem… łup!
Kiedy roz­legł się ło­skot la­tarki stu­ka­ją­cej o szybę, Floyd ob­ró­cił się do po­li­cjanta i po­pa­trzył na niego prze­ra­żo­nym wzro­kiem czło­wieka, któ­rego mama ostrze­gała, co może się zda­rzyć, je­śli czarny chło­pak wpad­nie na nie­wła­ści­wego gli­nia­rza.

 
Wesprzyj nas