Przejmująca powieść o rodzinie, którą porywa prąd wielkiej historii. Mikołaj Łoziński powraca z kontynuacją bestsellerowego “Stramera”.


Dorosłe już dzieci Nathana i Rywki Stramerów rozdziela wojna.

Wela z mężem przedostają się ze Lwowa do Warszawy, gdzie na różne sposoby próbują przetrwać.
Nusek znajduje pracę w podwarszawskim Konstancinie i wsiąka w towarzystwo partyzantów, bimbrowników, antysemitów.
Rudek i Rena trafiają do Stalińska na Syberii.
Hesio zostaje wysokim rangą oficerem armii Berlinga. Salek działa we francuskim ruchu oporu.
Córka Rudka, Róża, najmłodsza z rodziny Stramerów, ukrywa się u swojej przedwojennej opiekunki Babuni w pełnym okupacyjnych niebezpieczeństw Krakowie.

Wszyscy oni pragną choć namiastki normalności. Świat Stramerów to świat zwykłych ludzi, Żydów i Polaków, chcących przetrwać za wszelką cenę w obliczu toczącej się wokół wojny.

***

Mikołaj Łoziński pokazuje, że zwyczajne życie ludzi może być fascynujące jak sensacyjna historia. Świetnie napisana powieść!
Olga Tokarczuk o Stramerze

Mikołaj Łoziński doskonale opisuje sposób, w jaki nacjonalistyczna i nazistowska pętla zaciska się na Polsce, i kreśli fresk równie ujmujący, co zapierający dech w piersiach.
„Le Monde” o Stramerze

Mikołaj Łoziński
Stramerowie
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 27 września 2023
 
 


I

RÓŻA – BA­BU­NIA

Wojna to nuda. Wła­ści­wie naj­le­piej pa­so­wa­łaby do niej „straszna nuda”. Ale wszy­scy my­ślą, że „straszna nuda” to po pro­stu wielka nuda, a wojna była i straszna, i nudna jed­no­cze­śnie.
Dni w su­te­re­nie na Pła­szow­skiej mi­jały Róży na cze­ka­niu. Przed lu­strem, któ­rego nie było wi­dać z ulicy, pod sto­li­kiem z ob­ru­sem do ziemi, za łóż­kiem, gdzie Ba­bu­nia przed wyj­ściem zo­sta­wiała mi­skę z kar­to­flami do ob­ra­nia na zupę.
Róża ża­ło­wała tego, jak po­że­gnała się z mamą i dziad­kami. Jakby je­chała na wa­ka­cje. Byle jak. Tak spie­szyła się do wyj­ścia.
Stała te­raz przed lu­strem i swo­imi utle­nio­nymi per­hy­dro­lem na blond wło­sami za­sła­niała dół twa­rzy. Nos, usta i pod­bró­dek. Pa­trzyła tylko na górę. Mocne brwi, ciemne oczy i wy­so­kie czoło miała jak matka.
W Tar­no­wie Ba­bu­nia wzięła ją na ręce i po­bie­gły na dwo­rzec. W po­ciągu do Kra­kowa za­wią­zała jej chustkę na twa­rzy.
– Dziecko ma za­pa­le­nie gar­dła – po­wie­działa do ko­biety, która sie­działa obok, a za­raz po­tem się prze­sia­dła.
Nie­długo póź­niej Ba­bu­nia po­je­chała jesz­cze raz do Tar­nowa. Wcze­śniej w Kra­ko­wie wy­szo­ro­wała pod­łogę w su­te­re­nie, przy­go­to­wała trze­cie po­sła­nie i ugo­to­wała krup­nik. Ulu­bioną zupę Ruth, mamy Róży. Ba­bu­nia wie­czo­rem wró­ciła sama. Róża się roz­pła­kała. Ba­bu­nia nie chciała nic po­wie­dzieć, tylko mocno ją przy­tu­liła. Ale Róża oprócz roz­cza­ro­wa­nia po­czuła coś jesz­cze, do czego wsty­dziła się przy­znać Ba­buni. Ulgę, że wciąż jest tylko z nią.
Ba­bu­nia nie sie­działa w domu jak przed wojną na Pod­gó­rzu, kiedy była jej nia­nią i spę­dzała dłu­gie go­dziny w oknie, które na­zy­wała swoim ki­nem. Tu nie było na­wet na co po­pa­trzeć – tylko pół­buty, ka­lo­sze, ofi­cerki, ob­casy dam­skich pan­to­fli.
Róża w dzień cho­dziła na pal­cach, z dala od okna, nie mó­wiła nic na głos. Sta­rała się być nie­wi­doczna i bez­sze­lestna. Cza­sem tylko za­glą­dał do środka kot. Jego zie­lone śle­pia bły­skały jak la­tarki. Ale jemu było wszystko jedno, kogo zo­ba­czy. Dwa razy dzien­nie sły­szała stu­kot cho­da­ków. Pła­szow­ską prze­cho­dzili więź­nio­wie z obozu. Do pracy i z pracy.
Ba­bu­nia co­dzien­nie do późna han­dlo­wała na Kle­pa­rzu. Tylko raz w ty­go­dniu, zwy­kle w po­nie­działki, wra­cała wcze­śniej. To wtedy pod Kra­ko­wem ku­po­wała ta­niej cu­kier, ka­szę i mąkę. Przy­wo­ziła je w to­bo­łach, które zrzu­cała z ple­ców za­raz po wej­ściu do su­te­reny. Cza­sem była tak spo­cona, że za­nim się umyła, wy­ży­mała zdjętą z sie­bie bie­li­znę.
Na dzie­siąte uro­dziny Ba­bu­nia dała Róży Matkę Bo­ską Czę­sto­chow­ską na łań­cuszku. Dziew­czynka w dzień no­siła ją na szyi, a przed za­śnię­ciem mo­dliła się do niej o zdro­wie mamy. Wie­czo­rami opo­wia­dały so­bie, jak do­brze im bę­dzie po woj­nie. „Do­brze” zna­czyło, że oj­ciec wróci z Ro­sji, a one ni­gdy się nie roz­łą­czą.
Róża pa­mię­tała, że nie na­zywa się już Stra­mer, tylko Ma­ry­sia Ze­gar­liń­ska. Jej ro­dzina to Ba­bu­nia i jej dwie córki z mę­żami i dziećmi, które miesz­kają w Borku Fa­łęc­kim. A ona sama też uro­dziła się w Borku.
Nie­dawno Ba­bu­nia pierw­szy raz ją tam za­brała. Wzięły ze sobą wszyst­kie ubra­nia dziew­czynki i pełno je­dze­nia. Róża nie ro­zu­miała po co. Prze­cież zwy­kle Ba­bu­nia przy­wo­ziła je­dze­nie ze wsi do mia­sta, a nie na od­wrót.
– Biedne dziecko. – Córka Ba­buni wy­ca­ło­wała ją na po­wi­ta­nie.
Róża w sieni dys­kret­nie wy­tarła za­śli­niony po­li­czek. I po­bie­gła z in­nymi dziećmi paść kozy na cmen­ta­rzu.
W nocy obu­dziły ją pod­nie­sione głosy, kłót­nia Ba­buni z cór­kami.
– Nas też na­ra­żasz. I to za dar­mo­chę.
– Niech cię o to głowa nie boli – od­po­wia­dała Ba­bu­nia. – Wiem, co ro­bię.
– Służ panu wier­nie, to ci w gębę pierd­nie!
– Dziś oni, ju­tro my.
Róża przy­po­mniała so­bie wtedy swoją przed­wo­jenną ro­dzinę. Każ­dego po ko­lei, gdzie kto sie­dział przy stole u dziad­ków w kuchni na Gol­dham­mera. Dzia­dek Na­than i bab­cia Rywka, mama (Ruth) i tata (Ru­dek), ele­gancki wu­jek He­sio, wu­jek Sa­lek, któ­rego nie pa­mię­tała, ale przy stole tak czę­sto o nim mó­wiono, jakby z nimi tam był, jej uko­chana piękna cio­cia Rena, wu­jek Nu­sek, który wszyst­kim prze­ry­wał i nie mógł ani chwili spo­koj­nie usie­dzieć na miej­scu, uśmiech­nięta cio­cia Wela i jej na­rze­czony Na­tek, tak przy­stojny jak… wła­ści­wie nie znała ni­kogo, kto byłby aż tak przy­stojny. Prze­krzy­ki­wali się, ge­sty­ku­lo­wali, sztućce ude­rzały o ta­le­rze. Je­dli no­żami i wi­del­cami, a nie jak Ba­bu­nia i jej ro­dzina, wszystko tylko łyżką. Róża też wo­lała łyżką, bo tak pro­ściej.
Miała zo­stać w Borku na dłu­żej, ale po trzech dniach spa­ko­wały się z Ba­bu­nią i wró­ciły do Kra­kowa.
Był tylko je­den klucz do miesz­ka­nia i le­żał pod wy­cie­raczką. Ba­bu­nia ostat­nio wkła­dała go tam, żeby za­wsze ktoś z ro­dziny z Borku mógł wejść. Róży nie wolno było pod­cho­dzić do drzwi, zwłasz­cza gdyby ktoś do nich pu­kał albo w nie wa­lił. Pa­mię­tała, że ma wtedy jak naj­szyb­ciej scho­wać się pod stół. Prze­ćwi­czyła to z Ba­bu­nią za­raz po przy­jeź­dzie z Tar­nowa.
Ale te­raz nikt nie pu­kał ani nie wa­lił. Jak miała sły­szeć, że ktoś pod­niósł wy­cie­raczkę i wy­jął klucz? Usły­szała do­piero jego chro­bot w zamku. Pew­nie to córka Ba­buni.
Klamka po­szła w dół. Róża przed lu­strem zdą­żyła tylko od­sło­nić z wło­sów dół twa­rzy. Otwo­rzyły się drzwi i zo­ba­czyła w nich starą, siwą ko­bietę.

RU­DEK

Ru­dek wciąż nie mógł uwie­rzyć, że to pa­lec go ura­to­wał, oca­lił mu ży­cie. I nie był to wcale pa­lec boży, tylko na­le­żący do jego pra­wej ręki głupi znie­kształ­cony kciuk, który źle się zrósł po tym, jak chłopi po­bili go do nie­przy­tom­no­ści na sa­mym po­czątku wojny.
Hi­sto­ria jak z ba­śni An­der­sena, które ku­pił Róży jesz­cze w Kra­ko­wie. Mógłby ją te­raz opo­wie­dzieć córce i na pewno by się jej spodo­bała.
Za­czy­na­łaby się w Ki­jo­wie, gdzie Ru­dek z He­siem wsie­dli ra­zem do po­ciągu ja­dą­cego na Wschód. „Wsie­dli” to złe słowo. Ra­czej się wci­snęli. Albo dali się po­nieść tłu­mowi, który jak fala wlał się do środka, zaj­mu­jąc wszyst­kie prze­działy, wszyst­kie moż­liwe miej­sca sie­dzące, sto­jące, a na­wet półki na ba­gaż. Dwa­dzie­ścia osób w ośmio­oso­bo­wym prze­dziale. Ich ro­dzinne miesz­ka­nie na Gol­dham­mera to przy tym prze­stronny apar­ta­ment.
– Kon­serwa na kół­kach, do któ­rej same we­pchnęły się uszczę­śli­wione sar­dynki – tak Ru­dek opi­sałby Róży ten po­ciąg. – Można za­po­mnieć o pój­ściu do to­a­lety. A He­sio, twój stry­jek, aku­rat do­stał bie­gunki.
– Pewny je­steś, że to nie cho­roba we­ne­ryczna? – Ru­dek za­żar­to­wał so­bie z brata, który po­wta­rzał, że wszyst­kie cho­roby biorą się z ner­wów i tylko jedna z ra­do­ści: sy­fi­lis.
Na szczę­ście były czę­ste po­stoje, które He­sio spę­dzał w krza­kach. Sa­mo­loty za­sko­czyły go sie­dzą­cego w kucki z opusz­czo­nymi spodniami w polu ku­ku­ry­dzy. Jak póź­niej opo­wia­dał o bom­bar­do­wa­niu: naj­dłuż­sze trzy mi­nuty w jego ży­ciu.
Wy­szedł z krza­ków, do­piero kiedy bom­bowce od­le­ciały. Naj­pierw zo­ba­czył mgłę. Póź­niej wy­ło­niły się z niej ich po­ciąg, który się pa­lił, leje po bom­bach i lu­dzie bez­rad­nie bie­ga­jący wo­kół jak pod­ska­ku­jące dro­binki ku­rzu.
– Tylko two­jego taty, Ró­życzko, ni­g­dzie nie było – do­łą­czyłby się do opo­wia­da­nia wu­jek He­sio.
Do­piero go­dzinę póź­niej zre­zy­gno­wany już i za­ła­many He­sio przy­pad­kiem za­uwa­żył cha­rak­te­ry­styczny wy­gięty kciuk, który wy­sta­wał z ziemi. Reszta ciała była przy­sy­pana. – I krzyk­ną­łem do in­nych, żeby po­mo­gli od­ko­pać two­jego tatę.
– Po­myśl, Ró­życzko, co by było, gdyby chłopi mi nie zła­mali palca, a stry­jek He­sio nie miałby bie­gunki. Jak mówi twój dzia­dek Na­than Stra­mer: nie ma złego, co by nie wy­szło na do­brego. – Tak wła­śnie Ru­dek opo­wie­działby ten kosz­mar córce. Ani słowa o spa­lo­nych czy po­roz­ry­wa­nych cia­łach, wrza­skach ran­nych, bła­ga­niach o po­moc pół­ży­wych, nic o tru­pach dzieci.
Tylko kciuk i bie­gunka.
Róża pew­nie za­py­ta­łaby go, co z resztą ro­dziny. Na­wet An­der­sen nie wie­działby, co od­po­wie­dzieć. Ru­dek mu­siałby jej skła­mać, że są cali i bez­pieczni. A co z Ruth? Co z ro­dzi­cami w Tar­no­wie? Też nie wie­dział.

RÓŻA – BA­BU­NIA

Ba­bu­nia wró­ciła z Kle­pa­rza i nie zdą­żyła jesz­cze roz­piąć ko­żu­cha, a Róża już po ci­chu za­częła opo­wia­dać jej o sta­ruszce, która we­szła do miesz­ka­nia, zo­ba­czyła ją i bez słowa wy­szła.
– Kto to mógł być?
Ba­bu­nia wzru­szyła ra­mio­nami, na któ­rych wciąż wi­siały to­bołki. O wszyst­kim już wie­działa. Róża nie mu­siała jej nic mó­wić.
– Nie przy­śniło ci się to cza­sem? – Po­gła­skała Różę po gło­wie, roz­ja­śnione per­hy­dro­lem włosy od­ra­stały i przy sa­mej skó­rze było już wi­dać, że nie jest blon­dynką.
Nic dziw­nego, że nie usły­szała, jak stara sięga pod wy­cie­raczkę. Bo tego nie zro­biła. Miała wła­sny klucz. To była matka wła­ści­cielki ka­mie­nicy. Ta wścib­ska sta­ru­cha. Ba­bu­nia spo­tkała je obie, matkę i córkę, przed chwilą w bra­mie. Szybko zro­zu­miała, że nie do­ra­biają w ten spo­sób, nie cze­kają tam na fra­jera, tylko na nią. I usły­szała od nich, że ma wy­rzu­cić z domu to ży­dow­skie dziecko.
– Ja­kie ży­dow­skie dziecko?
– Pani Ze­gar­liń­ska, w nocy ma być nie­miecka ob­ława.
Gdzie niby o tej po­rze, tuż przed go­dziną po­li­cyjną, mia­łaby za­brać Różę? Pew­nie kła­mią o ob­ła­wie, żeby po­zbyła się ma­łej. Albo same po­szły do­nieść…
– Idzie zimna noc, Ma­ry­siu – po­wie­działa przed snem Ba­bu­nia.
Róża się zdzi­wiła.
Na wszelki wy­pa­dek po­ło­żyły się do łó­żek w ubra­niach. Jak zwy­kle po­mo­dliły się jesz­cze do Matki Bo­skiej Czę­sto­chow­skiej. Może ona coś po­może? A po­tem Ba­bu­nia na­słu­chi­wała. Miau­cze­nie za oknem. Równy od­dech Ró­życzki. Nikt go jej nie za­bie­rze. Ci­sza.
Upew­niła się, że mała śpi. Wstała z łóżka, przy­go­to­wała torbę z rze­czami na kilka dni i po­ło­żyła przy drzwiach. Z da­leka sły­szała psy. O pią­tej rano pu­ka­nie do drzwi to nie mle­czarz – mówi się w Kra­ko­wie – tylko wia­domo, ge­stapo. Jak będą się zbli­żać, weź­mie dziecko na ręce i, jak wtedy w Tar­no­wie, uciekną. A jak je zła­pią, to niech ją też za­biorą.
Ale nie przy­szli.
Mimo że nie za­snęła tej nocy, nie była śpiąca ani zmę­czona. Wie­działa już, co zrobi.
Rano były pra­wie go­towe do wyj­ścia. Po śnia­da­niu wy­star­czyło za­ło­żyć buty i za­wią­zać Róży chustkę na gło­wie. Ba­bu­nia wzięła ją za rękę, na klatce scho­do­wej parę razy gło­śniej tup­nęła i wy­szły na Pła­szow­ską. Prze­szły po­woli pod oknami wła­ści­cielki.
Róży przy­po­mniało się, jak przed wojną cho­dziła z oj­cem po mie­ście. Na ba­sen, na mecz pił­kar­ski, na Ry­nek. Oj­ciec brał ją na ba­rana i za­wsze szli środ­kiem chod­nika. Sie­działa jak na tro­nie, naj­wyż­sza z prze­chod­niów, jej wy­so­kość – jak mó­wił tata – kró­lowa Kra­kowa.
Trzy­mała te­raz mocno rękę Ba­buni, wtu­lona twa­rzą w jej sztywny ko­żuch. Dawno nie wy­cho­dziła z su­te­reny. Pew­nie jest ja­kieś święto, bo wszę­dzie na bu­dyn­kach wi­szą flagi. Swa­styki są znacz­nie ła­twiej­sze do na­ry­so­wa­nia niż gwiazdy Da­wida. Wy­star­czy zro­bić dwie prze­ci­na­jące się kre­ski, pio­nową i po­ziomą, a po­tem na ich koń­cach do­ry­so­wać jesz­cze po kre­seczce.
Roz­bo­lał ją brzuch. Może za szybko wy­piła na śnia­da­nie pyszną słodką kawę? A może za szybko szły?
Całą drogę po­wta­rzała so­bie, jak się cie­szy, że pierw­szy raz pój­dzie na Kle­parz. Tam aku­rat oj­ciec ni­gdy jej nie za­bie­rał. Ba­bu­nia cią­gle opo­wia­dała o Kle­pa­rzu. O pani Dy­nio­wej i pani Nor­ko­wej, które dla Róży były jak z ba­śni An­der­sena. Ba­bu­nia znała je jesz­cze z cza­sów, kiedy były pięk­nymi dziew­czy­nami.
Róża uwiel­biała słu­chać o tych sta­rych prze­kup­kach. O tym, jak Dy­niowa po­cho­wała już trzech mę­żów. I jak Nor­kowa, która sprze­daje noże, na­wet „ję­zy­czek ma jak brzy­twa”. Nikt na Kle­pa­rzu im nie pod­sko­czy. Nikt ich nie prze­gada. Nikt nie oszuka.
A Róża wie­działa, że to samo na pewno można po­wie­dzieć o Ba­buni. Wy­obra­żała je so­bie jako trzech musz­kie­te­rów, o któ­rych czy­tała jej mama. Trzy musz­kie­terki, jedna za wszyst­kie, wszyst­kie za jedną! Bę­dzie przy nich bez­pieczna.
Od Ba­buni wie­działa też, że na Kle­pa­rzu dzieci to świę­tość. Dzieci nikt tam nie ru­sza. Na­wet naj­gor­szy zło­dziej i pi­jak dwa razy się za­sta­nowi, za­nim po­głasz­cze je po główce. Czy dzieci ży­dow­skie też są święte na Kle­pa­rzu? Pa­trzyła, jak Ba­bu­nia, pani Nor­kowa i pani Dy­niowa roz­kła­dają kra­miki. Na drew­nia­nych ko­złach kładą de­ski, a na nich swój to­war.
– Masz, dziecko. – Pani Dy­niowa po­dała jej jabłko.
Miała czer­woną rękę i czer­woną twarz z ża­rzą­cym się pa­pie­ro­sem na środku – tak jak Róża to so­bie wy­obra­żała. Ale nie miała wiel­kiej pę­ka­tej głowy jak dy­nia. A Nor­kowa poza de­li­kat­nym czar­nym mesz­kiem pod no­sem nie miała pyszczka jak norka.
Róża ugry­zła jabłko. Było słod­kie i so­czy­ste, tylko zimne, jakby ja­dła lody jabł­kowe. Czy jest w ogóle taki smak? Ostatni raz ja­dła lody w Tar­no­wie, w dzień wy­jazdu taty i stryjka Nu­ska na Wschód. Od wtedy ich nie wi­działa. Dwa smaki w wa­felku: cze­ko­lada i wa­ni­lia. Tego dnia bab­cia Rywka za­brała ją do cu­kierni, ale sama nic so­bie nie za­mó­wiła.
Naj­gło­śniej­sze na Kle­pa­rzu były ko­guty. Za­ga­piła się na jed­nego, który trze­piąc skrzy­dłami, wy­rwał się z rąk sprze­dawcy.
– Wejdź tu, Ma­ry­siu. – Nor­kowa po­ka­zała jej miej­sce pod swoim kra­mem.

RU­DEK

Ru­dek nie­zgrab­nie po­ło­żył się na pod­ło­dze, na twar­dych de­skach na środku po­koju. Je­dyne wolne miej­sce (za dwa­dzie­ścia ru­bli mie­sięcz­nie, płatne z góry), które po­ka­zał mu go­spo­darz. Wszyst­kie cztery kąty były za­jęte. W każ­dym spała już ja­kaś wtu­lona w sie­bie ro­dzina.
Zimno nie do opi­sa­nia – po­my­ślał. Nie odda tego żadne, naj­gło­śniej­sze na­wet szczę­ka­nie zę­bami. Go­rzej niż we Lwo­wie w cza­sie zimy stu­le­cia, kiedy spali z Nu­skiem w ubra­niach przy­tu­leni do sie­bie.
Te­raz drę­twiały mu palce w rę­ka­wi­cach i stopy w roz­pa­da­ją­cych się, ob­wią­za­nych sznur­kami wa­lon­kach.
Co prawda dy­rek­tor szkoły, któ­remu je dziś po­ka­zał (Ru­dek spe­cjal­nie usiadł na­prze­ciwko i tak za­ło­żył nogę na nogę, żeby je było wi­dać), na­pi­sał mu od razu list po­le­ca­jący w tej spra­wie do prze­wod­ni­czą­cego rady miej­skiej mia­sta Sta­lińsk (In­spek­tor w ra­dziec­kiej szkole śred­niej speł­nia po­zy­tywną rolę w spo­łe­czeń­stwie, zwłasz­cza w okre­sie wojny, i cał­ko­wi­cie za­słu­żył so­bie na pierw­szeń­stwo w przy­dziale bu­tów), ale Ru­dek do­brze wie­dział: w naj­lep­szym wy­padku ozna­cza to, że do­sta­nie nowe wa­lonki nie wcze­śniej niż w maju przy­szłego roku.
Nie miał czym się te­raz przy­kryć. Prze­cież nie drew­nianą szafą, która stała pod ścianą? Po pół­go­dzi­nie już się nie za­sta­na­wiał, prze­stało mu się to wy­da­wać dziwne i po pro­stu tak zro­bił. Coś w środku szafy się prze­su­nęło. Co to mo­gło być? Była za­mknięta na klucz.
Lekko przy­gnie­ciony i ogrzany me­blem, po­czuł się znowu jak w bajce, która na pewno spodo­ba­łaby się Róży. Mimo nocy było ja­sno. Okna za­le­piał sy­be­ryj­ski śnieg, a Ru­dek w czapce uszance i ku­fajce le­żał pod drew­nianą koł­drą.
Po­my­śleć, że w Kra­ko­wie, przed wojną, na­rze­kał na zu­żyty ma­te­rac u Zu­zanny Lip­skiej. Rok temu do­wie­dział się, że zo­stała za­bita przez Niem­ców, ale da­lej czę­sto ła­pał się na tym, że wi­dzi ją w łóżku albo pi­jącą piwo w wan­nie. Błę­kitne oczy, dłu­gie palce, drobne pie­przyki na ple­cach i pier­siach.
Wy­obra­żał so­bie te­raz, że znowu są ra­zem na tym ma­te­racu, któ­rego sprę­żyny wspól­nie roz­wa­lili. Pod­pala egip­skiego, po­daje jej i opo­wiada o pierw­szym dniu w no­wej pracy. O szkole, w któ­rej zo­stał in­spek­to­rem. O por­tre­tach Sta­lina na pra­wie każ­dej ścia­nie. I przede wszyst­kim o mło­dym na­uczy­cielu nie­miec­kiego w za du­żym gar­ni­tu­rze z ła­tami na łok­ciach i ko­la­nach, który od razu sko­ja­rzył mu się z dzie­ciń­stwem, z tar­now­skim me­ła­me­dem szar­pią­cym za pejsy prze­stra­szo­nych uczniów w che­de­rze. Od razu na­piął się jak wtedy, kiedy miał trzy lata i kiedy po­wie­dział so­bie, że ni­gdy już nie po­zwoli się ni­komu tak po­ni­żyć.
Ale tym ra­zem to na­uczy­ciel prze­stra­szył się na wi­dok wcho­dzą­cego do klasy dy­rek­tora z Rud­kiem.
Za­częła się lek­cja i Ru­dek szybko zro­zu­miał dla­czego. Na­uczy­ciel mu­siał słusz­nie się do­my­ślić, że nowy in­spek­tor zna ję­zyk, któ­rego on uczy. Wy­star­czy­łoby jedno jego słowo wy­szep­tane do ucha dy­rek­tora, a by­łoby po na­uczy­cielu, tra­fiłby do ła­gru.
Ru­dek ro­zej­rzał się tylko dys­kret­nie po sali, w któ­rej nikt nie znał nie­miec­kiego. Łącz­nie z na­uczy­cie­lem. Za to ucznio­wie wy­wo­ły­wani do od­po­wie­dzi już cał­kiem nie­źle ra­dzili so­bie z ji­dysz. Na­uczy­ciel, pew­nie też bie­że­niec z Pol­ski, mu­siał pra­co­wać w tej szkole od dłuż­szego czasu.
– Zdolny bel­fer – po­wie­dział te­raz Ru­dek sam do sie­bie.
Ta hi­sto­ria roz­ba­wi­łaby Zuzę. Usły­szał jej lekko za­chryp­nięty śmiech.
Oszczę­dziłby jej in­nych, mniej przy­jem­nych przy­gód, jak ta dzi­siej­sza w tram­waju, któ­rym tu wie­czo­rem przy­je­chał. Mło­dzi kie­szon­kowcy pró­bo­wali ob­ro­bić śpią­cego przy szy­bie pi­ja­nego czer­wo­no­ar­mi­stę. Zro­bili wo­kół niego sztuczny tłok i no­żem roz­cięli mu torbę, którą miał na ko­la­nach. Ale on wtedy się obu­dził i pierw­sze, co zro­bił, to się­gnął po pi­sto­let. Za­bił obu na miej­scu. Tram­waj aku­rat się za­trzy­mał, żoł­nierz wstał z miej­sca i się za­to­czył.
– Mój przy­sta­nek – po­wie­dział i wy­siadł.
Nikt wię­cej się nie ru­szył. Ru­dek też już dawno na­uczył się nie wtrą­cać. Za­bici chłopcy byli pew­nie w wieku Róży, może na­wet młodsi. Ru­dek wy­siadł dwa przy­stanki da­lej.
A jak za­cząłby baśń dla Róży? Może tak: W Sta­liń­sku przed za­śnię­ciem wier­ci­łem się go­rzej niż księż­niczka na ziarnku gro­chu i mar­z­łem bar­dziej niż dziew­czynka z za­pał­kami.

 
Wesprzyj nas