Wojna się skończyła. Do zrujnowanej Warszawy wracają ludzie, których życie też legło w gruzach. Ale przeżyli. I to jest najważniejsze… “Najważniejsze to przeżyć” – najbardziej poruszająca po “Stuleciu Winnych” powieść Ałbeny Grabowskiej. Opowieść o sile rodziny, miłości i życia.


II wojna światowa w przerażający sposób zmieniła życie setek tysięcy mieszkańców Warszawy, miasta, które po upadku powstania przypominało morze gruzów. Jedni zdołali przeżyć, innym się to nie udało. Zginęli na ulicach miasta, zostali zamęczeni na Pawiaku lub w obozach koncentracyjnych. Ci, którym udało się ocaleć, próbują po wojnie układać sobie życie na nowo.

Do zrujnowanej stolicy wraca rodzina Pataczków. Kamienica przy Marszałkowskiej, w której kiedyś mieszkali, cudem ocalała. Ojciec, lekarz, natychmiast podejmuje pracę w szpitalu. Matka, przedwojenna nauczycielka, próbuje odnaleźć się jako dziennikarka szukająca śladów nadziei wśród ruin. Starsza córka, Tereska, pomaga odgruzowywać Politechnikę, licząc, że dzięki temu odzyska przedwojenną miłość. Jest jeszcze ta młodsza – Mirka. I to w niej jest największa nadzieja. To ona bowiem znajduje w sobie dość odwagi i siły, by co dzień udowadniać, że najważniejsze to przeżyć. I żyć dalej…

Ałbena Grabowska – ceniona pisarka, która niezwykłe imię, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza bułgarskim korzeniom. Z wykształcenia lekarka, doktor nauk medycznych ze specjalizacją w neurologii i epileptologii. Popularność wśród czytelników zawdzięcza przede wszystkim bestsellerowej sadze Stulecie Winnych. Potencjał tej epickiej opowieści dostrzegli również filmowcy – na jej podstawie nakręcono serial w gwiazdorskiej obsadzie.
Prócz Stulecia Winnych spod pióra Ałbeny Grabowskiej wyszły m.in. trylogia Uczniowie Hippokratesa i powieści Coraz mniej olśnień, Matki i córki, Kości proroka. Dom Wydawniczy REBIS opublikował jej Rzeki płyną, jak chcą.

Ałbena Grabowska
Najważniejsze to przeżyć
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 5 września 2023
 
 

MIRKA

Mary­sia Mazu­równa umarła, bo uką­siła ją żmija. Powie­działa nam o tym stara Macie­jowa i zanio­sła się pła­czem. Macie­jo­wie byli dziad­kami Marysi. Mama i ojciec stali przed sto­dołą i słu­chali z nie­do­wie­rza­niem. Skąd by się u nas wzięła żmija? – pytali zdu­mieni. Jeste­ście pewni, Macie­jowa? Co do mnie, nie byłam zdu­miona. Skoro żmija uką­siła Mary­się, to musiała tam być.
Pod­czas pogrzebu dawało się wyczuć pod­nie­ce­nie, jak zapo­wiedź póź­niej­szych wyda­rzeń. Wieś poże­gnała Mary­się, tego pięk­nego aniołka, który zasnął w Panu, jak mówił ksiądz Witold. Zna­łam dobrze Mary­się. Uparta, pyskata i wszę­dzie jej było pełno, praw­dziwe utra­pie­nie. Na pewno nie była anioł­kiem, a dała­bym sobie rękę uciąć, że po uką­sze­niu wrzesz­czała niczym opę­tana i wcale nie zasnęła w Panu.
Wła­śnie dla­tego umarła, że była nie­grzeczną dziew­czynką. Ukra­dła Ste­fa­nia­kom – oka­zało się potem – kawa­łek boczku, który suszył się u nich w spi­żarni. Ste­fa­niaki dopiero co kupiły gdzieś po kry­jomu kawał świni, bo ich naj­star­sza córka, głu­pia jak but Kryśka, miała wyjść za Romka, kawa­lera z sąsied­niej wsi. I Ste­fa­niak, który zoba­czył Mary­się wycho­dzącą oknem z czymś pod koszulą, poszedł pro­sto do Mazura, który Mary­się zła­pał, sprał na kwa­śne jabłko, a potem zamknął w szo­pie, żeby jesz­cze sobie prze­my­ślała straszny czyn. Tam wła­śnie nie­szczę­sna zakoń­czyła swój ośmio­letni żywot.
Ponoć Mazur wró­cił do szopy, bo zdzi­wiło go, że za drzwiami cisza, a córka nie pró­buje wyjść przez dach. I zna­lazł ją mar­twą, a obok sie­działa, czy też leżała sobie w spo­koju, żmija. Mazur był tak zdu­miony, że pozwo­lił gadowi odpeł­znąć. Wieś musiała mu zatem uwie­rzyć na słowo, cho­ciaż ksiądz Witold i ci, któ­rzy szy­ko­wali Mary­się do pogrzebu, w tym moja matka i ojciec dok­tor, widzieli dwie dziurki na nodze dziew­czynki.
Zasta­na­wia­łam się, czy winą za jej śmierć obar­czą Ste­fa­niaka czy Mazura. A może wszystko skupi się na wino­waj­czyni, która odpeł­zła w las. Nie trzeba było długo cze­kać. Naj­pierw wieś zwró­ciła się prze­ciwko Ste­fa­nia­kowi, który miał boczek. Cóż winne dziecko, pew­nie głodne było, szep­tano. Prze­cież jest bieda. Gło­du­jemy. Ste­fa­niak skąd miał pie­nią­dze na świ­nię. Sam świ­nia. Winny. Potem szepty zaczęły parzyć plecy Mazura, który nie dość, że zbił dziew­czynkę, to jesz­cze zamknął ją w szo­pie. Po co zamy­kał, mówiono, gad tylko cze­kał, żeby zato­pić zęby w szyi dziecka. Winny. Sły­sza­łam te głosy i led­wie powstrzy­my­wa­łam się, aby nie spro­sto­wać, że żmija uką­siła Mary­się w nogę, a nie w szyję.
Wieś podzie­liła się na dwa obozy. Jedni, w tym moi rodzice, trzy­mali z Mazu­rem, który z żalu za jedy­nym dziec­kiem pił na umór i bił swoją babę, matkę Marysi. Mazu­ro­wej nikt nie żało­wał. Pamię­tano, że Mazur wziął ją bez posagu, sie­rotę nie­po­tra­fiącą zli­czyć do trzech, a ta zamiast zdro­wych, pra­co­wi­tych synów dała mu jedną jedyną Mary­się, która dia­bła miała za skórą, cho­ciaż niby to jak umie­rała, zamie­niła się w aniołka. Gdyby mnie ktoś pytał, tobym powie­działa, że to Mazu­rowa była dobra i cicha, pra­co­wała ponad siły i sama była jak anioł, jeśli anioły mogą być takie brzyd­kie i brudne.
Pozo­stali oskar­żali Ste­fa­niaka, któ­remu się dobrze powo­dziło, a wszy­scy wie­dzieli dla­czego. Była zatem oka­zja, aby spra­wić, żeby mu się prze­stało tak powo­dzić. Ste­fa­niak wie­dział, że za boczek, czy też śmierć dziecka, co na jedno wycho­dziło, może zapła­cić wysoką cenę. Posta­no­wił się zatem zabez­pie­czyć przed ludz­kim gnie­wem. Zaczął od tego, że prze­ło­żył wesele Kryśki. Kryśka nie zro­zu­miała, dla­czego „ojciec jej to robią”, i wywrza­ski­wała swoje żale, aż Ste­fa­niak sprał ją tak, że sama nie chciała brać ślubu z sinia­kami na rękach i twa­rzy. Przy­szły mąż się za nią nie ujął, co wię­cej, zaraz się obra­ził, że niby Ste­fa­niaki afront mu robią, i po tygo­dniu wziął ślub z panną ze swo­jej wsi, a dwa dni po ślu­bie poszedł po drewno do lasu i tam nastą­pił na minę. Nic z niego nie zostało. Ludzie pomy­śleli, że Pan Bóg jed­nak wini Ste­fa­niaka za nie­szczę­ście Marysi, cho­ciaż jak to On, oka­zał swoje nie­za­do­wo­le­nie w bar­dzo pokrętny spo­sób. Ale nie powin­nam tak mówić, bo to straszny grzech.
I wtedy się zaczęło. W biały dzień ludzie weszli Ste­fa­nia­kowi do sto­doły i zabrali całe ziarno na zasiew. Cho­ciaż Kryśka i Ste­fa­nia­kowa zawo­dziły, to dwóch sil­nych chłopa trzy­mało Ste­fa­niaka, a reszta wyno­siła worki. Potem pod­pa­lili sto­dołę, a ziarno poszli podzie­lić mię­dzy sie­bie. Efekt był mizerny, bo zaraz Mazury ze Ste­fa­niakami uga­sili ogień, a chłopy pokłó­ciły się o ziarno i część poszła na zmar­no­wa­nie. Mazur mruk­nął, że to on powi­nien dostać ziarno, kiedy Ste­fa­niak mu dzię­ko­wał, że on jeden sta­nął w jego obro­nie.
– Bierz! Bierz, bra­cie! – powie­dział mu na to.
Ale Mazur nie wziął, tylko splu­nął i poszedł. Następ­nego tygo­dnia ktoś dopadł w lesie Kryśkę i sobie z nią pouży­wał.
– Głu­pia była, że powie­działa. – Pod­słu­cha­łam roz­mowę rodzi­ców z Maty­sia­kową, która wie­działa o wszyst­kim, co się dzieje we wsi. – Mogła cicho sie­dzieć, toby się nie wydało, że jest zhań­biona.
– Jak miała nie powie­dzieć, kiedy ją baby zakrwa­wioną zna­la­zły? – wyszep­tała gniew­nie mama. – Co im winna Kryśka?
– Prze­cież nie o nią szło. Kryśka płaci za grze­chy ojca.
– Na pewno to były nasze chłopy, a nie Rosja­nie? – dosły­sza­łam głos taty.
– Jakie grze­chy, kiedy Mary­sia ukra­dła boczek! – W tej samej chwili mama ude­rzyła gniew­nie szmatą o stół. Robiła tak zawsze, kiedy się zło­ściła, cho­ciaż przy­znać trzeba, że zło­ściła się nie­zwy­kle rzadko. – Pan Bóg by ją sądził, a tak Mazur zamknął w szo­pie.
– I co, Mazura wina? – Tato stu­kał pal­cami po stole.
– Mazura wina, Ste­fa­niaka wina, żmii wina – burk­nęła Maty­sia­kowa. – Pan Bóg tak chciał. To wam powiem.
I zaraz zaczęła mówić, że gdyby nie to, co się dzieje dokoła, toby żmii nie było, a byłby Pan Bóg. No nie wiem.
– A ja wam powiem, pani Maty­sia­kowa, że to wcale nie tak… – ode­zwał się tato, ale dalej nie dosły­sza­łam, bo musia­łam odejść od drzwi.
Pan Bóg chciał wyraź­nie, żeby Ste­fa­niak zamie­nił się w Hioba, biblij­nego nie­szczę­śnika, o któ­rym opo­wia­dał nam, dzie­cia­kom, ksiądz Witold. Ta opo­wieść zro­biła na mnie na tyle duże wra­że­nie, że zachwiała moją wiarą. Cho­ciaż nie mówi­łam tego gło­śno, już dużo wcze­śniej prze­sta­łam wie­rzyć, że Bóg jest dobry, wystar­czyło tylko rozej­rzeć się dokoła, żeby nie mieć żad­nych wąt­pli­wo­ści. Po opo­wie­ści o Hio­bie prze­sta­łam jed­nak wie­rzyć w mądrość Boga. Skoro Bóg zacho­wuje się jak chłopy z naszej wsi, to nie może być mądry. I po raz pierw­szy pomy­śla­łam, że skoro Bóg nie jest ani mądry, ani dobry, to może po pro­stu w ogóle go nie ma. Bo zabrał też Ste­fa­niakową, która na wieść o nie­szczę­ściu córki udała się do jed­nego z gwał­ci­cieli – Jaśka Wygódki. Powie­działa mu, że ona nija­kiej pre­ten­sji nie ma i żeby Jasiek oże­nił się z Kryśką. Na dowód dobrych inten­cji przy­nio­sła chleb. Jasiek Wygódka Ste­fa­niakową wyśmiał, ale chleb wziął. I zjadł. A potem padł, bo była w nim trutka na szczury. Razem z Jaś­kiem życie oddali jego brat Jędrek i ojciec Marek, któ­rzy także zje­dli chleb, śmie­jąc się z głu­piej Kryśki i jej sta­rej, brud­nej matki. Potem Ste­fa­niakowa poszła do dru­giego wino­wajcy i tam już nie powta­rzała sprawy z chle­bem nadzie­wa­nym tru­ci­zną, tylko wyjęła nóż spod spód­nicy i zato­piła go w szyi Tadka Konopki, który umie­ra­jąc, ponoć spy­tał głu­pio:
– Za co?
Nie wiem, czy Ste­fa­nia­kowa mu odpo­wie­działa. Wie­dząc, że jej los jest prze­są­dzony, wró­ciła do sie­bie i usia­dła na ławce przed domem, naka­zaw­szy Kry­śce, żeby nie wyściu­biała nosa z cha­łupy. Pro­sto w pierś dźgnął Ste­fa­nia­kową widłami Leluk, młod­szy brat Tadka Konopki. Ksiądz Witold miał zatem pięć ciał do pocho­wa­nia i lek­ko­myśl­nie posta­no­wił pogrze­bać je jed­nego dnia, przy oka­zji dając ludziom ze wsi kaza­nie na temat tego, czym jest bez­sen­sowna zemsta. Ludzie nie zro­zu­mieli jego słów albo nie chcieli zro­zu­mieć, bo rzu­cili się do wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści zaraz pod kościo­łem, cho­ciaż ksiądz krzy­czał, że ich wszyst­kich pochło­nie ogień pie­kielny.
Nie wia­domo, co by się stało, bo Bar­tek Wojt­ków już zamie­rzał się na księ­dza, kiedy Ste­fa­niak posta­no­wił zakoń­czyć sprawę. Wycią­gnął sznur i zagro­ził, że się powiesi. Nie żeby ktoś się tym prze­jął, ale każdy chciał zoba­czyć, czy dotrzyma obiet­nicy, to po pierw­sze, a po dru­gie, czy nie trzeba będzie mu w tym pomóc. Pomóc naj­bar­dziej chciał Mazur, który sobie przy­po­mniał o Marysi i o tym, że coś powi­nien ugrać na śmierci Ste­fa­niaka. Mazu­rowa go wpraw­dzie odcią­gała i wzy­wała do opa­mię­ta­nia, ale jej nie słu­chał. Wal­nął żonę w głowę i kazał wra­cać do domu i drzwi zamknąć. Na krótko cała nie­mal wieś, wyjąw­szy księ­dza Witolda, moich rodzi­ców oraz mnie, zjed­no­czyła się w zamia­rze wspól­nego wymie­rze­nia dziw­nej spra­wie­dli­wo­ści, jaką w ich mnie­ma­niu byłoby powie­sze­nie Ste­fa­niaka. I pew­nie by to nastą­piło, cho­ciaż Ste­fa­niak się wahał, ale od strony wsi nad­biegł Wicek, chło­pak Fary­nów, wiej­ski głu­pek.
– Wojna się skoń­czyła. Hitler kaput! – wrza­snął.

* * *

Cała rodzina Danusi prze­żyła. Kiedy wró­ci­li­śmy do War­szawy, rodzice, uszczę­śli­wieni, że nasza kamie­nica na Mar­szał­kow­skiej wciąż stoi, zabrali się do sprzą­ta­nia i rato­wa­nia tego, co zostało, przy czym zostało bar­dzo nie­wiele. Ja pobie­głam szu­kać mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. War­szawa wyglą­dała jak jedno wiel­kie cmen­ta­rzy­sko. Nie żyli ludzie, nie żyły domy, nie żyły drzewa. Kiedy mija­łam mogiły, zamiast szu­kać zna­jo­mych nazwisk, zamy­ka­łam oczy. Nie chcia­łam czy­tać tych imion, nie chcia­łam wie­dzieć. Przy­naj­mniej na początku.
Sie­działa w kucki przy studni na Hożej i dłu­bała paty­kiem w skrawku gołej ziemi. Aż mi się słabo zro­biło z rado­ści na jej widok.
– Mirka – powie­działa, ale wcale nie wyglą­dała na zdzi­wioną, jakby to, że i ja żyję, było czymś oczy­wi­stym.
– Co robisz? – Przy­cup­nę­łam obok niej.
– Szu­kam skarbu – wyja­śniła poważ­nie. – Zako­pa­łam przed powsta­niem.
To była nasza ulu­biona zabawa. Wystar­czyło wyko­pać płytką dziurę w ziemi i poło­żyć w niej kora­liki, kwiatki, liście. Przy­kry­wało się wszystko szkłem. Tak można było bez końca skarb zako­py­wać, odko­py­wać i cie­szyć nim oczy.
– Zna­la­złaś? – spy­ta­łam.
Pokrę­ciła głową.
– Ktoś wyko­pał. – Wes­tchnęła. – Pew­nie gdy chcieli jakie­goś trupa zagrze­bać.
– Coś ty, głu­pia – zapro­te­sto­wa­łam. – Tru­pów się nie grze­bie przy stud­niach.
– Sama jesteś głu­pia. – Danu­sia wzru­szyła ramio­nami. – To nie jest stud­nia, tylko pompa.
– Na jedno wycho­dzi – upie­ra­łam się. – Przy wodzie nie wolno.
Wstała i otrze­pała spód­niczkę.
– Kiedy wró­ci­łaś? – prze­szła do kon­kre­tów.
– Rano – odpo­wie­dzia­łam. – Wszy­scy twoi żyją?
– No – stwier­dziła lek­kim tonem. – Alek w oflagu, ale pisał, że wraca. Mama pisała do Tere­ski, żeby się nie mar­twiła.
Alek był star­szym bra­tem Danusi. Wal­czył w Sza­rych Sze­re­gach i poszedł do powsta­nia. Kochał się w mojej sio­strze Tere­sce. A ona w nim. Nic nam nie mówiła, małpa jedna, cho­ciaż musiała wie­dzieć, że wszy­scy Fran­koń­scy prze­żyli.
– Czemu w oflagu? – spy­ta­łam.
– No, po powsta­niu… – Danu­sia wzru­szyła ramio­nami, ale potem popa­trzyła na mnie jakoś tak krzywo i powie­działa: – Tych, któ­rzy prze­żyli powsta­nie, zacią­gnęli do Prusz­kowa. Dużo osób wywieźli do obo­zów, tych, któ­rzy wal­czyli, żoł­nie­rzy zna­czy, do oflagu. Alek tra­fił gdzieś w głąb Rze­szy, ale pisał stam­tąd i mówił, że bar­dzo dobrze ich trak­tują. Stu­dio­wał tam nawet. Inży­nie­rię.
To było coś. Alek, nie dość, że piękny jak marze­nie, odważny jak grecki heros, to jesz­cze inży­nier. Tere­ska jest szczę­ściarą.
– Nie było was, to nie wiesz – Danu­sia dodała pogar­dli­wie.
Nie moja wina, że musie­li­śmy ucie­kać z War­szawy, bo mama i ojciec dzia­łali w kon­spi­ra­cji. Mama, przed­wo­jenna nauczy­cielka, pro­wa­dziła tajne kom­plety, ojciec był leka­rzem. Pamię­tam, jak w kuchni wycią­gał jed­nemu chło­pa­kowi z ręki odłamki poci­sku, a mnie i Tere­sce kazał mocno go trzy­mać. Chło­pak wył i się rzu­cał, bo tak go bolało. Potem leżał u nas w domu, a ja poiłam go wodą, pod­czas gdy Tere­ska ście­rała z pod­łogi w kuchni zakrze­płą krew. Wszy­scy mi powta­rzali od rana do wie­czora, żebym nikomu nic nie mówiła, nawet w naj­więk­szej tajem­nicy, jak­bym była jakaś głu­pia i nic nie rozu­miała. Oczy­wi­ście, że nic bym nie pisnęła, nawet na mękach.
Rodzice pew­nie poszliby do powsta­nia, ale na szczę­ście dla nas wszyst­kich, naj­bar­dziej dla Tere­ski, ktoś nas wsy­pał jesz­cze w marcu i zro­bili nam kocioł. Nikogo aku­rat nie było w miesz­ka­niu. Ja sie­dzia­łam u Danusi, Tere­ska wybrała się na spa­cer z Alkiem, ojciec był w szpi­talu, w pracy, a mama już nie pamię­tam gdzie. To matka Danusi uprze­dziła nas, że w miesz­ka­niu są Niemcy. Zoba­czyła ich, jak wcho­dzili od tyłu i zacza­ili się na nas. Ja pobie­głam po ojca do szpi­tala, Danu­sia w Łazien­kach odna­la­zła Tere­skę i Alka, a jej mama tak długo krą­żyła po ulicy, aż dostrze­gła, jak moja wraca, i uprze­dziła ją o akcji Niem­ców. Nie poszli­śmy już do domu. Jak sta­li­śmy, poje­cha­li­śmy na wieś, do Babci Hra­biny.
Bab­cia Hra­bina nie była moją bab­cią. Moja bab­cia zgi­nęła zaraz na początku wojny, w pierw­szych dniach wrze­śnia. Szła wiej­ską drogą razem z innymi ludźmi, gdy nad­le­ciał mes­ser­sch­mitt. Ją i jesz­cze kil­ka­na­ście osób zastrze­lili z tego samo­lotu, z kara­binu. Nie wie­dzie­li­śmy, że tak można. Potem zaczęli bom­bar­do­wać War­szawę i to tak, że ojciec miał pełne ręce roboty w szpi­talu – pra­wie stam­tąd nie wycho­dził. I kiedy Niemcy zaczęli nas bom­bar­do­wać, a bab­cia zgi­nęła, ojciec stwier­dził, że to jest jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie ta cała wojna i naj­le­piej ją prze­cze­kać, bo zaraz się skoń­czy. Tak się wyra­ził:
– To jest jakieś jedno wiel­kie nie­po­ro­zu­mie­nie. Hitler chce coś osią­gnąć, a jak osią­gnie, wróci do sie­bie.
– Jedyna nadzieja w Anglii i Fran­cji – mówiła mama, która chyba nie wie­rzyła w to nie­po­ro­zu­mie­nie. Wolała wie­rzyć w zachod­nie mocar­stwa, które mogły Hitlera poko­nać w kilka dni, ale jakoś się nie zło­żyło.
W ramach tego prze­cze­ka­nia ojciec wysłał nas na wieś, do domu pań­stwa Grze­go­rzew­skich, herbu jakie­goś tam, któ­rzy przed wojną zatrud­niali moją bab­cię jako gospo­dy­nię. Porządna rodzina. Od razu nas przy­jęli. Dali nam do dys­po­zy­cji domek ogrod­nika i cze­ka­li­śmy, aż „wszystko się skoń­czy”. Cze­ka­li­śmy tak do wio­sny 1940, a potem wró­ci­li­śmy do War­szawy. Wojna trwała w naj­lep­sze. Szkoły nie było. Tere­ska od razu poszła do har­cer­stwa, koń­czyła kursy pierw­szej pomocy, a mama zaczęła po kry­jomu uczyć pol­skiego swoją dawną klasę. Tato pra­co­wał w Szpi­talu Dzie­ciątka Jezus. Wszystko się udało. Kiedy znów poje­cha­li­śmy na wieś, przed powsta­niem, pra­wie cała rodzina Grze­go­rzew­skich nie żyła, a w ich dwo­rze miesz­kali Niemcy. Bab­cia Hra­bina sie­działa w domku ogrod­nika i umie­rała z głodu, bo ludzie ze wsi doj­rzeli świetną oka­zję, aby „znie­na­wi­dzo­nemu pań­stwu” poka­zać, gdzie jego miej­sce. Wszystko jej zabrali, bo tak się zło­żyło, że niczego nie scho­wała. Ani biżu­te­rii, ani pie­nię­dzy. To był roz­bój w biały dzień, tyle że nie było się komu poskar­żyć. Jak nas zoba­czyła, to aż się popła­kała z rado­ści, i tak zamiesz­kaliśmy z nią w dwóch izbach. Mama i ojciec natych­miast się Bab­cią Hra­biną zajęli, a wieś szep­tała, że jak­by­śmy byli mądrzy, toby­śmy pocze­kali, aż umrze, i mają­tek prze­jęli. Wie­śniacy niby życz­liwi, ale w łyżce wody by uto­pili. Niektó­rzy byli jed­nak porządni, cho­ciażby taka Maty­sia­kowa. Jak Niemcy się dowie­dzieli, że się do Babci Hra­biny spro­wa­dzi­li­śmy, to bar­dzo się inte­re­so­wali, kto my jeste­śmy i skąd się aku­rat tu wzię­li­śmy. Rodzice byli w stra­chu, że zamiast pod murem w War­sza­wie zastrzelą nas w lesie i w dole pocho­wają. I Maty­sia­kowa pomo­gła, choć chyba liczyła na to, że po woj­nie Bab­cia Hra­bina odzy­ska dwór i my się tam wpro­wa­dzimy, a i jej coś skap­nie. Niby jak mie­li­by­śmy prze­jąć, skoro nic nie było nasze. Ale babinę żeśmy odra­to­wali i jesz­cze żywili, bo gro­sza przy duszy nie miała, mimo że hra­bina. Moja rodzina nie była mądra w takim sen­sie, w jakim poj­mo­wała to wieś. Tato leczył za darmo, gdy widział, że nie mają czym zapła­cić. Mama na szczę­ście nie uczyła wiej­skich dzie­cia­ków, bo uznali z tatą, że zawsze we wsi może się zna­leźć ktoś, kto na nich donie­sie. Całe dnie tyrała jed­nak w polu Maty­sia­ko­wej, a potem nawet u innych, zależy, kto zapła­cił. Głów­nie ja jej poma­ga­łam, bo Tere­ska była w takiej roz­pa­czy, że musiała z War­szawy wyje­chać, zosta­wić Alka i wszyst­kie kole­żanki z kon­spi­ra­cji, że nie nada­wała się do niczego. A już kiedy powsta­nie wybu­chło, trzeba ją było w szo­pie zamknąć jak nie­szczę­sną Mary­się i pil­no­wać, żeby nie ucie­kła i nie poszła wal­czyć. I tak docze­ka­li­śmy końca wojny, a potem wró­ci­li­śmy do tych ruin, które były naszym domem. Bab­cia Hra­bina, którą zdą­ży­li­śmy polu­bić, a nawet poko­chać, poje­chała z nami. Nie mogła zostać we wsi. Nie wie­dzia­łam dla­czego, ale wyjeż­dża­li­śmy stam­tąd po nocy, w pośpie­chu, więc powód musiał być poważny. Sły­sza­łam tylko, jak mama pła­kała, a ojciec powta­rzał, że musimy jechać, bo nie ma na co cze­kać. Bab­cia Hra­bina też pła­kała i mówiła, że Rosja­nie wrócą. I że to zwie­rzęta.
– Kara­sie zgi­nęły – powie­działa nagle Danu­sia, prze­ry­wa­jąc moje myśli. – I Iwonka. Kryśka Pogrą­żanka i Janka od Olsza­ków. Franka Bana­siówna i Felek Potocki. I Ste­fan. Z naszej klasy zosta­ły­śmy tylko my i Amelka z Tad­kiem. I nikt wię­cej.
Serce zatrze­po­tało mi w piersi. Ste­fan Zamie­niecki zgi­nął. Nie, tylko nie on.
– Skąd wiesz? – spy­ta­łam z gar­dłem ści­śnię­tym żalem. – Skąd wiesz, że Ste­fan?
Znów wzru­szyła ramio­nami.
– Nie ma go – odpo­wie­działa.
Danu­sia już taka była. Wojna, nie wojna, nic nie było w sta­nie wypro­wa­dzić jej z rów­no­wagi ani wywo­łać w niej uczu­cia żalu czy rado­ści.
– Ale kiedy? I gdzie zgi­nął?
– Pod koniec powsta­nia. Ktoś widział, jak wcho­dził do kana­łów, a potem Niemcy ich dopa­dli i roz­strze­lali wszyst­kich.
Roz­pła­ka­łam się. Tylko nie Ste­fan, nie ten piękny, mądry chło­pak, który umiał strze­lać, zdo­by­wał szczyty Tatr i niczego się nie bał. Nie mój uko­chany przy­ja­ciel.
– Prze­stań się mazać, Mirka – burk­nęła Danu­sia. – Trzeba żyć dalej.
Łatwo powie­dzieć, trud­niej zro­bić. I jakie to życie bez nich wszyst­kich? Bez Ste­fana.

 
Wesprzyj nas