“Czarna fala” to bezprecedensowa książka pokazująca niejednoznaczną i skomplikowaną prawdę o przyczynach konfliktu na Bliskim Wschodzie, która znacząco zmienia nasze postrzeganie historii tego regionu.


Kim Ghattas zręcznie splata historię, geopolitykę i kulturę, aby dostarczyć czytelnikowi pasjonującej lektury o mało zbadanej rywalizacji między Arabią Saudyjską a Iranem, zrodzonej z rewolucji irańskiej w 1979 roku, napędzanej przez politykę amerykańską.

Za pomocą barwnego stylu opowiadania, obszernych badań historycznych i reportażu literackiego autorka obala przyjęte prawdy o regionie, który nazywa swoim domem. Bada, dlaczego sunnicka Arabia Saudyjska i szyicki Iran, niegdyś sojusznicy i podwójny filar strategii USA na Bliskim Wschodzie, stali się śmiertelnymi wrogami. Pokazuje, jak zniekształcano i wykorzystywano religię w rywalizacji, która wykraczała daleko poza geopolitykę, podsycając nietolerancję, tłumiąc rozwój kultury i zachęcając do przemocy na tle religijnym.

Wojna o prymat kulturowy od Egiptu do Pakistanu, doprowadziła do wydania przez Iran fatwy przeciwko pisarzowi Salmanowi Rushdiemu, zabójstwa niezliczonych intelektualistów, powstania grup takich jak Hezbollah w Libanie, ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku i wzrostu znaczenia ISIS.

Ghattas przedstawia również fascynującą galerię postaci, których życie zostało wywrócone do góry nogami przez dramat geopolityczny trwający już ponad cztery dekady: od Mehtab Channy Rashdi, pakistańskiej prezenterki telewizyjnej, która przeciwstawiła się dyktatorowi swojego kraju, przez Ahmeda Nadżi egipskiego pisarza wtrąconego do więzienia za swoją literacką twórczość, aż po Dżamala Chaszodżdżiego dziennikarza zamordowanego w saudyjskim konsulacie w Stambule w 2018 roku.

***

Jedna z najlepszych książek 2020 roku według „New York Timesa”

***

Kim Ghattas jest dziennikarką i pisarką, laureatką nagrody Emmy. Przez dwadzieścia lat relacjonowała i komentowała wydarzenia na Bliskim Wschodzie dla BBC i „Financial Times”. Informowała także o działaniach Departamentu Stanu USA i komentowała amerykańską politykę. Publikowała w „The Atlantic”, „The Washington Post” i „Foreign Policy”, a obecnie jest stypendystką Carnegie Endowment for International Peace w Waszyngtonie. Jej pierwsza książka, The Secretary, była bestsellerem „New York Timesa”. Urodziła się i dorastała w Libanie, a obecnie mieszka na przemian w Bejrucie i Waszyngtonie.

Kim Ghattas
Czarna fala
Arabia Saudyjska, Iran i czterdziestoletnia rywalizacja, która odmieniła kultury, religię i pamięć zbiorową na Bliskim Wschodzie
Przekład: Anna Dzierzgowska
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 6 grudnia 2023
 
 

Wprowadzenie

„Co się z nami stało?” To pyta­nie prze­śla­duje nas w całym świe­cie arab­skim i muzuł­mań­skim. Powta­rzamy je jak man­trę. Roz­brzmiewa od Iranu po Syrię, od Ara­bii Sau­dyj­skiej po Paki­stan, także w moim kraju, w Liba­nie. Prze­szłość stała się dla nas obcą kra­iną, nie­spla­mioną hor­ro­rem roz­lewu krwi z powo­dów reli­gij­nych, miej­scem żywym, wol­nym od zelo­tów i ich nie­to­le­ran­cji i naj­wy­raź­niej nie­koń­czą­cych się amor­ficz­nych wojen. Cho­ciaż w prze­szło­ści także docho­dziło do puczów i kon­flik­tów, były one ogra­ni­czone w cza­sie i prze­strzeni, a przy­szłość wciąż nio­sła wiele obiet­nic. Co się z nami stało? Może tego pyta­nia nie sta­wiają sobie ci, któ­rzy są zbyt mło­dzi, żeby pamię­tać inny świat, ci, któ­rym rodzice nie opo­wie­dzieli o mło­do­ści spę­dzo­nej w Pesza­wa­rze na recy­to­wa­niu wier­szy, w bej­ruc­kich barach, w któ­rych dys­ku­sje o mark­si­zmie cią­gnęły się do póź­nej nocy, o Bag­da­dzie, gdzie jeź­dziło się rowe­rem na pik­niki nad brze­giem Tygrysu. Pyta­nie może też zasko­czyć tych miesz­kań­ców Zachodu, któ­rzy zakła­dają, że dzi­siej­szy eks­tre­mizm i roz­lew krwi od zawsze sta­no­wiły normę.
Książka niniej­sza jest podróżą w prze­szłość. Nie kie­ro­wała mną melan­cho­lijna tęsk­nota za cza­sami świet­no­ści. Sta­ra­łam się nato­miast zro­zu­mieć, kiedy i dla­czego wszystko zaczęło się roz­pa­dać – począt­kowo powoli, póź­niej z nie­ocze­ki­waną siłą – i co zostało utra­cone. We współ­cze­snej histo­rii Bli­skiego Wschodu jest wiele punk­tów zwrot­nych, do któ­rych można się odwo­ły­wać, pró­bu­jąc wyja­śnić, jak doszło do tego, że zna­leź­li­śmy się w tak roz­pacz­li­wej sytu­acji. Nie­któ­rzy uwa­żają, że świat muzuł­mań­ski popadł w nie­ład wraz z koń­cem Impe­rium Osmań­skiego i upad­kiem ostat­niego kali­fatu po I woj­nie świa­to­wej. Inni wskażą powsta­nie Izra­ela w roku 1948 i klę­skę Ara­bów w woj­nie sze­ścio­dnio­wej w 1967 roku jako pierw­sze pęk­nię­cie w zbio­ro­wej arab­skiej duszy. Jesz­cze inni prze­sko­czą bez­po­śred­nio do inwa­zji Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Iraku w 2003 roku, uzna­jąc jej skutki za ostatni parok­syzm kon­fliktu się­ga­ją­cego tysiąc lat wstecz: sun­nici i szy­ici zabi­ja­jący sie­bie nawza­jem, Ara­bia Sau­dyj­ska i Iran zwarte w walce na śmierć i życie. Będą się upie­rać, że zarówno roz­lew krwi, jak i rywa­li­za­cja są nie­unik­nione i wieczne. Oprócz tej czę­ści o „nie­unik­nio­nym i wiecz­nym” żadne z tych wyja­śnień nie jest błędne, ale też żadne z nich samo w sobie nie daje peł­nego obrazu.
Poszu­ku­jąc odpo­wie­dzi na pyta­nie, „co się z nami stało?”, dotar­łam do brze­mien­nego w skutki roku 1979. Trzy wiel­kie wyda­rze­nia roze­grały się wów­czas nie­mal nie­za­leż­nie od sie­bie: rewo­lu­cja w Ira­nie, oblę­że­nie Świę­tego Meczetu w Mekce przez sau­dyj­skich zelo­tów i radziecka inwa­zja w Afga­ni­sta­nie, który stał się pierw­szym polem bitwy nowo­cze­snego dżi­hadu, wspar­tego przez Stany Zjed­no­czone. Kom­bi­na­cja tych trzech wyda­rzeń oka­zała się tok­syczna i odtąd nic już ni­gdy nie było takie jak wcze­śniej. Z tej szko­dli­wej mie­szanki naro­dziła się sau­dyj­sko-irań­ska rywa­li­za­cja, nisz­czy­ciel­skie zma­ga­nia o przy­wódz­two w świe­cie muzuł­mań­skim, w któ­rym oby­dwa kraje niosą na sztan­da­rach reli­gię, wyko­rzy­stują ją i wypa­czają w abso­lut­nie bez­boż­nej pogoni za wła­dzą. Taki stan rze­czy utrzy­muje się od 1979 roku jak rwący potok, który zmywa wszystko na swo­jej dro­dze.
Nic nie zmie­niło świata arab­skiego i muzuł­mań­skiego tak głę­boko i tak fun­da­men­tal­nie jak wyda­rze­nia roku 1979. Były i inne prze­ło­mowe momenty: roz­pad soju­szy, począ­tek lub koniec wojen, naro­dziny nowych ruchów poli­tycz­nych. Do rady­kal­nego dzie­dzic­twa 1979 roku nale­żało to wszystko i jesz­cze wię­cej: ów rok zapo­cząt­ko­wał pro­ces, który prze­kształ­cił zarówno spo­łe­czeń­stwa, jak i kul­tu­ralne i reli­gijne punkty odnie­sie­nia. Siły uwol­nione w 1979 roku zmie­niły to, kim jeste­śmy, i prze­jęły kon­trolę nad naszą zbio­rową pamię­cią.
Opo­wieść o roku 1979 i o czte­rech deka­dach, które nastą­piły po nim, sta­nowi serce tej książki. Rywa­li­za­cja sau­dyj­sko-irań­ska wykro­czyła poza geo­po­li­tykę, osią­ga­jąc poziom coraz potęż­niej­szej rywa­li­za­cji o upra­wo­moc­nie­nie się za pośred­nic­twem islamu, o domi­na­cję reli­gijną i kul­tu­rową, zmie­nia­jąc spo­łe­czeń­stwa od wewnątrz – nie tylko w Ara­bii Sau­dyj­skiej i w Ira­nie, ale i w całym regio­nie. Rewo­lu­cję w Ira­nie opi­sy­wano już w wielu książ­kach, ale tylko w kilku z nich przyj­rzano się temu, jaką falę wyda­rzeń spo­wo­do­wała, w jaki spo­sób świat arab­ski i sun­nicki reago­wał na to donio­słe wyda­rze­nie i jak się do niego odno­sił. Rywa­li­za­cja, roz­sze­rza­jąca się aż po Paki­stan, wywo­łała efekt domina, prze­bu­do­wała dyna­miczne, plu­ra­li­styczne kraje, spo­wo­do­wała mno­że­nie się sek­ciar­skich toż­sa­mo­ści i roz­lew krwi, coś, co ni­gdy wcze­śniej nas nie defi­nio­wało. Paki­stan geo­gra­ficz­nie znaj­duje się na sub­kon­ty­nen­cie indyj­skim, jego współ­cze­sna histo­ria pozo­staje jed­nak ści­śle powią­zana z tren­dami, które poja­wiają się na Bli­skim Wscho­dzie, a sam kraj zaj­muje pocze­sne miej­sce w naszej opo­wie­ści. Na tym obsza­rze Bli­skiego Wschodu i Azji Cen­tral­nej rów­no­le­gle nara­stały bojowe nastroje i roz­kwi­tała kul­tu­rowa nie­to­le­ran­cja, a oba zja­wi­ska nie­rzadko kar­miły się sobą nawza­jem.
Wszę­dzie, dokąd się uda­wa­łam, zbie­ra­jąc wywiady do tej książki, od Kairu po Bag­dad i od Tehe­ranu po Isla­ma­bad, kiedy pyta­łam ludzi o zna­cze­nie roku 1979 w ich życiu, uwal­niała się fala emo­cji. Sie­dzia­łam w salo­nach i gabi­ne­tach kolej­nych osób i czu­łam się, jak­bym pro­wa­dziła kra­jową albo regio­nalną tera­pię: każda z nich miała do opo­wie­dze­nia histo­rię o tym, jak rok 1979 wywró­cił do góry nogami jej życie, jej mał­żeń­stwo, jej edu­ka­cję – nawet osoby, które uro­dziły się już po tej dacie. Książka ta nie jest ani histo­ryczną pracą badaw­czą, ani stu­dium aka­de­mic­kim, sta­nowi jed­nak coś wię­cej niż suchą rela­cję: prze­ko­py­wa­łam archiwa, przej­rza­łam ponad tysiąc gazet, przepro­wa­dziłam wywiady z dzie­siąt­kami ludzi i zebra­łam wir­tu­alną biblio­tekę histo­rii tych czte­rech dekad. W rezul­ta­cie pro­po­nuję nową inter­pre­ta­cję zna­nych wyda­rzeń, nie­kiedy zapo­mnia­nych, nie­kiedy prze­oczo­nych, w więk­szo­ści do tej pory postrze­ga­nych nie­za­leż­nie od sie­bie. Zebrane i połą­czone, obej­mują cztery dekady histo­rii sied­miu kra­jów, roz­bi­jają w proch wiele uzna­nych prawd doty­czą­cych regionu i na nowo rzu­cają świa­tło na to, jak rywa­li­za­cja sau­dyj­sko-irań­ska roz­wi­jała się i zmie­niała w cza­sie, przy­no­sząc kon­se­kwen­cje, któ­rych w 1979 roku nikt nie był w sta­nie prze­wi­dzieć.
Cho­ciaż wyda­rze­nia geo­po­li­tyczne sta­no­wią tło i sce­ne­rię Czar­nej fali, nie jest to książka o ter­ro­ry­zmie ani o Al-Kaidzie czy o ISIS, nie mówi też o podziale na sun­ni­tów i szy­itów ani o zagro­że­niu, jakie bru­talny fun­da­men­ta­lizm sta­nowi dla Zachodu. Wszystko to są tematy, które nie­mal obse­syj­nie poja­wiają się w nagłów­kach zachod­nich mediów. Na tych stro­nach opo­wia­dam nato­miast nie­opo­wie­dzianą histo­rię ludzi – a jest ich wielu – wal­czą­cych nie­gdyś i obec­nie prze­ciwko inte­lek­tu­al­nej i kul­tu­ral­nej ciem­no­ści, powoli ogar­nia­ją­cej ich kraje w deka­dach, które nastą­piły po fatal­nym roku 1979. Inte­lek­tu­ali­ści i inte­lek­tu­alistki, poeci i poetki, praw­nicy i praw­niczki, pre­zen­te­rzy i pre­zen­terki tele­wi­zyjne, mło­dzi duchowni, pisa­rze i pisarki, męż­czyźni i kobiety, Ara­bo­wie i Arabki, Irań­czycy i Iranki, Paki­stań­czycy i Paki­stanki, sun­nici i szy­ici, ludzie na ogół wie­rzący, nie­kiedy świeccy, ale zawsze postę­powi, myśli­ciele i myśli­cielki repre­zen­tu­jący dyna­miczny, plu­ra­li­styczny świat, który na­dal ist­nieje, choć zalewa go czarna fala. Sta­no­wią zmu­szoną do mil­cze­nia więk­szość. Więk­szość ta nie­zmier­nie ucier­piała z rąk tych, któ­rzy nie ustają w sze­rze­niu nie­to­le­ran­cji, nie­ważne, czy dzierżą wła­dzę poli­tyczną, czy kara­biny. Niektó­rzy z tej więk­szo­ści stra­cili życie, jak sau­dyj­ski dzien­ni­karz Dża­mal Cha­szuk­dżi (Jamal Kha­shoggi), zamor­do­wany w kon­su­la­cie Ara­bii Sau­dyj­skiej w Stam­bule w paź­dzier­niku 2018 roku. Dża­mal był moim kolegą i przy­ja­cie­lem. Pisa­łam wła­śnie o jego życiu, kiedy jego okrutna śmierć oka­zała się maka­brycz­nym zwro­tem akcji w opo­wie­ści o sau­dyj­sko-irań­skiej rywa­li­za­cji.
Histo­rie życia wszyst­kich postaci, umiesz­czo­nych w sercu tej książki, nakła­dają się na sie­bie w cza­sie i na prze­strzeni poko­leń. Nie­któ­rzy z moich boha­te­rów znają się nawza­jem, więk­szość nie. Żyją w róż­nych kra­jach, ale wal­czą w tych samych bitwach. Ich histo­rie zawie­rają się w innych, w dzie­jach postaci histo­rycz­nych, sław­nych pisa­rzy lub niesław­nych bojow­ni­ków, w tej roz­le­głej opo­wie­ści, w tych baśniach z tysiąca i jed­nej nocy współ­cze­snej poli­tyki Bli­skiego Wschodu.
Opo­wieść roz­po­czyna się zale­d­wie kilka lat przed rokiem 1979, na wybrze­żach Morza Śród­ziem­nego, w Liba­nie, od mało zna­nego epi­zodu, który ode­grał klu­czową rolę w przy­go­to­wa­niu gruntu pod islam­ską rewo­lu­cję w Ira­nie.

CZĘŚĆ I
Rewolucja

1
Rewolucja kasetowa

Liban, Iran, Irak, Fran­cja
1977–1979

Pokój umarł w ojczyź­nie pokoju
Spra­wie­dli­wość ule­gła
Gdy upa­dła Jero­zo­lima
Miłość wyco­fała się i w sercu świata osia­dła wojna
W gro­cie pła­cze dziecko i Maria, jego matka
A ja się modlę.

Faj­ruz, frag­ment pio­senki Zahrat al-mada’in („Kwiat miast”),
tłum. H. Jan­kow­ska

Głę­boko w samym jądrze rewo­lu­cji, która zmie­niła Iran z per­skiego kró­le­stwa w muzuł­mań­ską teo­kra­cję, rewo­lu­cji, któ­rej kibi­co­wali i którą zor­ga­ni­zo­wali świeccy lewi­cowcy i muzuł­mań­scy moder­ni­ści, kryje się pewien para­doks. Para­doks polega na tym, że Iran fun­da­men­ta­li­stycz­nych aja­tol­la­hów ostat­nie skur­cze, dzięki któ­rym się naro­dził, zawdzię­cza mia­stom grze­chu i wol­no­ści: Bej­ru­towi, sto­licy arab­skiej nowo­cze­sno­ści, zwa­nemu nie­gdyś Pary­żem Bli­skiego Wschodu, i Pary­żowi, miej­scu naro­dzin oświe­ce­nia. Gdyby nie pobłaż­liwa swo­boda oby­dwu tych miast, aja­tol­lah Ruhol­lah Cho­mejni – cier­pliwy czło­wiek obda­rzony zręcz­nym umy­słem – zapewne umarłby zapo­mniany w dwu­pię­tro­wym domu z cegły muło­wej w wąskim, śle­pym zaułku świę­tego mia­sta An-Nad­żaf w Iraku. Irań­ski duchowny pro­wa­dził agi­ta­cję prze­ciw sza­chowi Iranu przez ponad dzie­sięć lat, spę­dził też nieco czasu w wię­zie­niu w Tehe­ra­nie. I przy­był do Nad­żafu w 1965 roku; przez trzy­na­ście lat mar­niał tam, nikomu nie­znany, popu­larny w kręgu swo­ich uczniów, ale trak­to­wany z dystan­sem przez więk­szość ira­kij­skich szy­ic­kich duchow­nych. W Nad­żafie duchowni trzy­mali się z dala od poli­tyki i z dez­apro­batą spo­glą­dali na aja­tol­laha pod­że­ga­cza, który uwa­żał, że łączy go z Bogiem szcze­gólna więź. Poza mia­stami żyją­cymi kwe­stiami teo­lo­gicz­nymi byli jesz­cze ci, któ­rzy widzieli w Cho­mejnim uży­teczne narzę­dzie poli­tyczne, kogoś, kto mógłby pobu­dzić tłumy do walki z uci­skiem. Różni ludzie snu­jący różne marze­nia, od Tehe­ranu po Jero­zo­limę, od Paryża po Bej­rut, widzieli w nim czło­wieka, który mógłby oka­zać się przy­datny w reali­za­cji ich pla­nów – i nie zda­wali sobie sprawy z tego, że to oni są narzę­dziem w jego rękach.

* * *

Na libań­skim wybrzeżu, na tara­sie domu wzno­szą­cego się nad poły­sku­ją­cym morzem, trzej męż­czyźni, oży­wieni pra­gnie­niem spra­wie­dli­wo­ści, pro­wa­dzili dłu­gie nocne roz­mowy, prze­bu­do­wu­jąc świat i swoje kraje. Sta­no­wili nie­praw­do­po­dobną mie­szankę: Musa Sadr, cha­ry­zma­tyczny, zie­lo­no­oki irań­ski duchowny w tur­ba­nie, znany jako imam Sadr, Husajn al-Husajni (Hus­sein el Hus­seini), bły­sko­tliwy poli­tyk z Libanu, wąsaty i w gar­ni­tu­rze, oraz Mostafa Czam­ran, irań­ski fizyk, który został lewi­co­wym rewo­lu­cjo­ni­stą-bojow­ni­kiem. Tylko jeden z nich prze­żyje wstrząs, do jakiego dopro­wa­dzą snute przez nich marze­nia.
Był rok 1974. Nel­son Man­dela, dzia­łacz ruchu prze­ciwko apar­the­idowi, sie­dział w połu­dnio­wo­afry­kań­skim wię­zie­niu. Irlandzka Armia Repu­bli­kań­ska wal­czyła z Bry­tyj­czy­kami, pod­kła­da­jąc bomby w angiel­skich pubach i cen­tra­lach tele­fo­nicz­nych. W Wiet­na­mie oka­zy­wało się, że ame­ry­kań­ska siła ognia poszła na marne. Walki mię­dzy pro­ame­ry­kań­skim Połu­dniem a komu­ni­styczną Pół­nocą trwały, ale oddziały Sta­nów Zjed­no­czo­nych wró­ciły do domu. Po dzie­więt­na­stu latach wojny liczba ofiar była pora­ża­jąca: zgi­nęły dwa miliony wiet­nam­skich cywi­lów, pół­tora miliona wiet­nam­skich żoł­nie­rzy i sześć­dzie­siąt tysięcy Ame­ry­ka­nów. Pre­zy­dent Richard Nixon wła­śnie podał się do dymi­sji, żeby unik­nąć impe­ach­mentu w ramach osob­nego nie­sław­nego epi­zodu: afery Water­gate. Męż­czyźni nosili dłu­gie włosy i sze­ro­kie kra­waty, a Led Zep­pe­lin był naj­słyn­niej­szym zespo­łem roc­ko­wym świata. W kwiet­niu 1975 roku upad­nie Saj­gon, zdo­byty przez komu­ni­stów. W tym samym mie­siącu wybuch­nie wojna w Liba­nie – pło­mie­nie zim­nej wojny, dotąd roz­pa­la­jące Azję Połu­dniowo-Wschod­nią, miały teraz zapło­nąć na Bli­skim Wscho­dzie.
Na razie jed­nak, latem 1974 roku, trzej męż­czyźni zebrani w domu Husaj­niego w małym nad­mor­skim mia­steczku Khalde, dzie­sięć minut drogi na połu­dnie od Bej­rutu, patrzyli wstecz na osią­gnię­cia minio­nego roku. Ich marze­nia prze­kra­czały gra­nice, cele mieli różne, ale łączył ich sprze­ciw wobec uci­sku. Wojna była wciąż jesz­cze tylko słabo sły­szal­nym pomru­kiem.
Tego lata na wscho­dzie roz­brzmie­wał potężny w swo­jej deli­kat­no­ści głos Joan Baez, nio­sący się echem z głębi lądu, z suchej, chłod­nej, żyznej doliny Bekaa. Ame­ry­kań­ska pio­sen­karka fol­kowa i dzia­łaczka ruchu praw oby­wa­tel­skich, przy­ja­ciółka Mar­tina Luthera Kinga i była kochanka Boba Dylana, ude­rzyła w struny swo­jej gitary przed tłu­mem zamoż­nych wiel­bi­cieli muzyki i świa­tow­ców, któ­rzy zje­chali się z Bej­rutu i z wielu stron świata arab­skiego na Mię­dzy­na­ro­dowy Festi­wal w Baal­beku. Śpie­wała o wol­no­ści i o nie­sio­nych wia­trem odpo­wie­dziach w ruinach antycz­nego Helio­po­lis, naj­więk­szego, naj­le­piej zacho­wa­nego rzym­skiego mia­sta, znaj­du­ją­cych się w Baal­beku, mie­ści­nie zamiesz­ka­nej przez nie­całe dzie­sięć tysięcy osób. „Przez ile lat musi ist­nieć lud, nim wol­nym pozwolą mu być?” – pytała Baez. Ella Fit­zge­rald, Rudolf Nurie­jew, New York Phil­har­mo­nic, a także libań­ska woka­listka, nie­ziem­ska Faj­ruz, oraz naj­więk­sza diwa Egiptu, Umm Kul­sum, wszy­scy wystę­po­wali w Baal­beku, w cie­niu strze­li­stych kolumn świą­tyń Jowi­sza i Bachusa. W ciągu dnia pośród sław­nych ruin prze­cha­dzali się tury­ści; wie­czo­rami setki ludzi zjeż­dżało do mia­steczka, żeby słu­chać i oglą­dać arty­stów, pod­czas gdy miej­scowi sprze­da­wali pamiątki i prze­ką­ski przy wej­ściu na teren festi­walu.
Samo mia­sto Baal­bek było zaco­faną dziurą. Część jego miesz­kań­ców nie grze­szyła schlud­no­ścią – na nie­któ­rych uli­cach można było zoba­czyć otwarte rynsz­toki. Nie było tu szkoły śred­niej, za to mia­steczko ota­czały pola konopi, ozna­cza­jące zarówno pie­nią­dze, jak i wła­dzę – oraz mnó­stwo broni. Typowa histo­ria zanie­dba­nego obszaru, jed­nak tu, w Baal­beku (tak samo jak w innych czę­ściach Libanu) ist­niała jesz­cze dodat­kowa linia podziału: reli­gia. W tym kraju, osza­ła­mia­jąco zróż­ni­co­wa­nym jak na jego nie­wiel­kie roz­miary, funk­cjo­no­wały trzy główne grupy: chrze­ści­ja­nie, mniej­szość, któ­rej wyco­fu­jący się kolo­nialni decy­denci prze­ka­zali wła­dzę i która zaj­mo­wała domi­nu­jącą pozy­cję, sun­niccy muzuł­ma­nie, tra­dy­cyjna klasa kupiec­kiej bur­żu­azji, miesz­kańcy miast, zasi­la­jący sze­regi biu­ro­kra­cji, oraz szy­iccy muzuł­ma­nie, zapo­mniani i uci­śnieni, upra­wia­jący ziem­niaki i kono­pie w doli­nie Bekaa lub zbie­ra­jący pomi­dory na połu­dniu. W mia­stach szy­ici byli na ogół pucy­bu­tami, sprze­daw­cami gazet, pomoc­ni­kami kel­ne­rów. Szy­iccy wła­ści­ciele ziem­scy, bo i tacy ist­nieli, bywali drob­nymi tyra­nami. Byli też szy­iccy nota­ble i poli­tycy, jak Husajni, który poko­nał bariery, zosta­jąc w wieku lat dzie­więt­na­stu bur­mi­strzem nie­wiel­kiego mia­sta. W Baal­beku sąsia­do­wały ze sobą trzy grupy reli­gijne, przy czym szy­ici byli naj­licz­niejsi.
Uważa się, że histo­ria libań­skiej wspól­noty szy­ic­kiej sięga samych począt­ków islamu, że jest to naj­star­sza wspól­nota poza Medyną, gdzie, po śmierci pro­roka Maho­meta, nie­któ­rzy uznali Alego, kuzyna pro­roka i męża jego córki, Fatimy, za jego pra­wo­wi­tego dzie­dzica1. Odtąd mieli być znani jako stron­nic­two Alego, szi’at Ali. Inni wie­rzyli, że pro­rok wybrał na następcę i pierw­szego kalifa muzuł­mań­skiej wspól­noty Abu Bakra, swo­jego bli­skiego towa­rzy­sza. W walce starły się dwie wizje suk­ce­sji: reli­gijna, odwo­łu­jąca się do potom­ków pro­roka, zwa­nych ima­mami (przy­wód­cami modłów), i druga, bar­dziej ziem­ska, wedle któ­rej wła­dza miała znaj­do­wać się w rękach kali­fów (dosłow­nie: „następ­ców”) wybie­ra­nych w dro­dze kon­sen­susu przez mędr­ców2. Walka o to, kto ma rzą­dzić muzuł­ma­nami i nakła­dać na wspól­notę podatki, zamie­niła się w pierw­szych dzie­się­cio­le­ciach ist­nie­nia islamu w wojnę domową, a następ­nie w schi­zmę teo­lo­giczną. Ist­niało kilka szy­ic­kich impe­riów, zasad­ni­czo jed­nak histo­ria szy­izmu jest histo­rią opo­zy­cyj­nej mniej­szo­ści, ofiar i męczeń­stwa. W Liba­nie przez wieki szy­ici zyskali bogac­two i wła­dzę i prze­kształ­cili region Dża­bal Amel w cen­trum szy­ic­kiej eru­dy­cji. Kiedy w XV wieku szach Ismail I zało­żył w Per­sji dyna­stię Safa­wi­dów, zmu­sił swo­ich sun­nic­kich pod­da­nych do przej­ścia na szy­izm nie­mal z dnia na dzień. Zebrał duchow­nych i uczo­nych ze świę­tych szy­ic­kich miast, Kar­bali i Nad­żafu w Iraku, a także z Dża­bal Amel, aby nauczali nowych prawd i je sze­rzyli. Pod wła­dzą Osma­nów nie­po­korni szy­ici w Liba­nie zacho­wali auto­no­mię, osta­tecz­nie jed­nak musieli przy­jąć rolę mniej­szo­ści w sun­nic­kim impe­rium. Kiedy powsta­wał nowo­cze­sny Liban, gra­nice mię­dzy szy­izmem a sun­ni­zmem czę­sto bywały płynne, czy to z per­spek­tywy reli­gij­nej, czy nawet z per­spek­tywy toż­sa­mo­ścio­wej. Naj­ostrzej­sze były podziały mię­dzy wsią a mia­stem. Gene­ral­nie szy­ici żyli w har­mo­nii ze swo­imi sun­nic­kimi i chrze­ści­jań­skimi sąsia­dami i akcep­to­wali swój los.
Imam Sadr przy­był, aby ich prze­bu­dzić. Prze­pro­wa­dził się z Iranu do Libanu w 1959 roku, aby rzu­cić świa­tło na wywłasz­cze­nie szy­itów i pomóc zakła­dać szkoły i przy­chod­nie, niczym misjo­narz. Przod­ko­wie Sadra pocho­dzili z Libanu, jak zresztą wszy­scy as-Sadro­wie w Iraku, Ira­nie i w innych kra­jach. W pew­nym sen­sie jego podróż była powro­tem z migra­cji. Nosił czarny tur­ban, ozna­cza­jący, że jest nie tylko duchow­nym, ale też potom­kiem pro­roka, saj­ji­dem; oddani zwo­len­nicy uho­no­ro­wali go także tytu­łem imama. W chłod­nym marcu 1974 roku przy­je­chał do Baal­beku, aby roz­bu­dzić świa­do­mość poli­tyczną szy­itów. Był cha­ry­zma­tycz­nym mówcą, więc ludzie z całego Libanu przy­by­wali, aby go posłu­chać. Przy­by­wali z gajów poma­rań­czo­wych i z pól tyto­niu ze zdo­mi­no­wa­nego przez szy­itów połu­dnio­wego wybrzeża, z małych szy­ic­kich wsi na pół­nocy, gdzie znaj­do­wało się cen­trum chrze­ści­jań­stwa, i ze zbu­do­wa­nych z pusta­ków slum­sów Bej­rutu, w któ­rych osie­dlili się, ucie­ka­jąc z połu­dnia przed izra­el­skimi bom­bar­do­wa­niami. Przy­jeż­dżali auto­bu­sami i samo­cho­dami, prze­mie­rza­jąc godzi­nami, nie­kiedy dniami, malutki kraj pozba­wiony trans­portu publicz­nego. Zanim imam Sadr dotarł na pery­fe­rie Baal­beku, drogi były już zatło­czone, co zmu­szało go do robie­nia posto­jów w kolej­nych mia­stach. Sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy męż­czyzn, naj­wy­raź­niej wszy­scy uzbro­jeni w kałasz­ni­kowy i stare kara­biny z cza­sów II wojny świa­to­wej, zebrało się w Baal­beku, by posłu­chać prze­ma­wia­ją­cego imama. Z tru­dem udało mu się wejść na podium, kiedy tłum rzu­cił się, pra­gnąc dotknąć jego szat: na krótko stra­cił nawet swój czarny tur­ban. Huk strze­la­ją­cych na wiwat kara­bi­nów był ogłu­sza­jący.
„Mam słowa, ostrzej­sze od kul, więc oszczę­dzaj­cie kule”, powie­dział słu­cha­czom3. Imam Sadr ostro zaata­ko­wał rząd w Bej­ru­cie za zanie­dby­wa­nie libań­skich szy­itów i obsza­rów wiej­skich w ogóle, za nie­utwar­dzone drogi, za brak szkół i nie­za­pew­nie­nie pod­sta­wo­wych dóbr, takich jak woda i elek­trycz­ność. W kraju, w któ­rym ist­niało osiem­na­ście róż­nych grup reli­gij­nych, wspól­nota szy­icka nale­żała do trzech naj­więk­szych, a jed­nak rzadko kto z jej człon­ków robił karierę w admi­ni­stra­cji publicz­nej: pomi­jano ich przy awan­sach, spy­chano na gor­sze sta­no­wi­ska. Prze­wod­ni­czący par­la­mentu, zawsze szy­ita, zgod­nie z nie­pi­saną libań­ską kon­sty­tu­cją miał nie­wielką wła­dzę poli­tyczną – wła­dza spo­czy­wała przede wszyst­kim w rękach chrze­ści­jań­skiego pre­zy­denta kraju. Liban, nowo­cze­sny i kosmo­po­li­tyczny, był zara­zem kra­jem sto­sun­ków feu­dal­nych i klien­ty­stycz­nych, a szy­itom bra­ko­wało kogoś, kto mógłby prze­mó­wić w ich imie­niu, popro­wa­dzić ich do walki. Teraz mieli imama Sadra.
„Czego ocze­kuje rząd, czego innego może ocze­ki­wać niż gniewu i rewo­lu­cji?” – ostrze­gał imam, prze­ma­wia­jąc do tłumu. Recy­to­wał całą listę krzywd, jakie spo­ty­kały szy­itów. Pod­czas pobytu w Liba­nie zdo­łał dopro­wa­dzić do pew­nych pozy­tyw­nych zmian, pomógł zało­żyć Szy­icką Wysoką Radę, która miała lob­bo­wać na rzecz wspól­noty i dbać o jej potrzeby. Postęp był jed­nak zbyt powolny. Nad­szedł czas, aby pod­nieść głos. „Broń – mówił swoim zwo­len­ni­kom – jest ozdobą męż­czy­zny”. Sadr nie wzy­wał do walki zbroj­nej, ale rozu­miał poczu­cie spraw­czo­ści pły­nące z samego faktu trzy­ma­nia w dło­niach kara­binu. Nie był przy­wódcą woj­sko­wym, ale nie był także tra­dy­cyj­nym cichym duchow­nym, sku­pio­nym na teo­lo­gii i spra­wach swo­jej gminy. Był dzia­ła­czem i cho­ciaż inte­re­so­wał go głów­nie los szy­itów, potę­piał wywłasz­cze­nie i nie­spra­wie­dli­wość we wszyst­kich spo­łecz­no­ściach. Zgro­ma­dze­nie w Baal­beku sta­no­wiło oka­zję do zain­au­gu­ro­wa­nia Ruchu Wydzie­dzi­czo­nych, który Sadr zało­żył nie­dawno razem ze swoim przy­ja­cie­lem Al-Husaj­nim – powsta­nie tego wie­lo­wy­zna­nio­wego ruchu było zwień­cze­niem ponad­dzie­się­cio­let­niej pracy.
Wysoki, góru­jący nad innymi, Sadr nie przy­po­mi­nał żad­nego z przy­wód­ców, jakich kie­dy­kol­wiek oglą­dał Liban, kraj, w któ­rym ludzie trzy­mali się ram swo­jej przy­na­leż­no­ści wyzna­nio­wej. Cho­ciaż sam Sadr uro­dził się w Ira­nie, w świę­tym mie­ście Kom, jego przod­ko­wie pocho­dzili z Dża­bal Amel. Był czło­wie­kiem nowo­cze­snym, rzad­kim przy­kła­dem duchow­nego, który stu­dio­wał nie tylko w szko­łach reli­gij­nych, ale także w ławach świec­kich uczelni – miał dyplom z nauk poli­tycz­nych zdo­byty na uni­wer­sy­te­cie w Tehe­ra­nie. Jego powią­za­nia rodzinne prze­kra­czały gra­nice państw i nacji, zacie­ra­jąc podziały mię­dzy Ara­bami, Per­sami a Tur­kami – wszę­dzie miał krew­nych. Święte mia­sto Nad­żaf w Iraku sta­no­wiło cen­trum, gdzie zbie­gały się wszyst­kie nici. Sadr prze­kra­czał także gra­nice ist­nie­jące w umy­słach, otwie­ra­jąc różne światy na sie­bie nawza­jem. W Tyrze kupił lody od chrze­ści­ja­nina, któ­rego inte­res pod­upa­dał, ponie­waż szy­iccy sąsie­dzi uwa­żali, że jeśli coś zostało zro­bione przez nie­mu­zuł­ma­nów, to musi być nie­czy­ste. Budził zachwyt chrze­ści­ja­nek i cho­ciaż duchow­nym nie wypa­dało wymie­niać z kobie­tami uści­sków dłoni, Sadrowi zda­rzało się z grzecz­no­ści robić wyją­tek od tej zasady. Nauczał w sun­nic­kich szko­łach, pro­wa­dził zaję­cia z filo­zo­fii islamu na Uni­wer­sy­te­cie Świę­tego Józefa w Bej­ru­cie i modlił się w kościo­łach w całym kraju. Sta­no­wił nie­zwy­kły widok, kiedy tak stał przy ołta­rzu, pod wize­run­kiem ukrzy­żo­wa­nego Jezusa, spo­glą­da­jąc na kościół pełen wier­nych, w swoim czar­nym tur­ba­nie, przy­po­mi­na­ją­cym, że jego rodo­wód można prze­śle­dzić aż do pro­roka Maho­meta. Pew­nego razu przy­cią­gnął ogromny tłum do nie­wiel­kiego kościoła w malut­kiej chrze­ści­jań­skiej wsi na gra­nicy z Izra­elem4. Przy­był z pół­go­dzin­nym opóź­nie­niem i kiedy wresz­cie poja­wił się na mów­nicy, zanie­po­ko­jony tłum poboż­nych chrze­ści­jan powi­tał go okrzy­kiem „Allahu akbar” – „Bóg jest wielki” – peł­nym ulgi, jak gdyby przy­był sam Chry­stus.
Sadr rozu­miał róż­no­rodne grupy swo­ich słu­cha­czy. Melan­cho­lij­nie prze­ma­wiał do księży, zakon­nic i wier­nych zebra­nych w kościele, odda­jąc hołd Chry­stu­sowi jako apo­sto­łowi uci­śnio­nych5; w Baal­beku grzmiał wobec uzbro­jo­nych męż­czyzn, pory­wa­jąc ich i odry­wa­jąc od trosk wizją syna Alego i Fatimy, wnuka pro­roka, imama Husajna, zabi­tego w bitwie pod Kar­balą w 680 roku ery chrze­ści­jań­skiej. Stron­nic­two Alego gene­ral­nie zaak­cep­to­wało to, że następ­cami pro­roka będą kali­fo­wie wybie­rani przez radę mędr­ców. Wtedy jed­nak jeden z kali­fów prze­ka­zał wła­dzę swo­jemu synowi, Jazi­dowi. Ów akt nepo­ty­zmu wzbu­dził powszechne nie­za­do­wo­le­nie, Husajn zaś zbun­to­wał się prze­ciw takiej nie­spra­wie­dli­wo­ści i wraz ze swo­imi zwo­len­ni­kami zmie­rzył się z armią Jazida. Jego śmierć dopro­wa­dziła do wykry­sta­li­zo­wa­nia się rodzą­cej się dopiero szy­ic­kiej toż­sa­mo­ści. Zabity w dzień zwany aszura, dzie­siąty dzień muzuł­mań­skiego mie­siąca muhar­ram, pocho­wany w pobliżu miej­sca bitwy, stał się tra­giczną, wznio­słą posta­cią. W nad­cho­dzą­cych wie­kach szy­ici będą into­no­wać: „Każdy dzień to aszura, a każda zie­mia to Kar­bala”.
Jed­nak jak w przy­padku każ­dego wyda­rze­nia histo­rycz­nego, tu także ist­nieją różne inter­pre­ta­cje. Nie­któ­rzy histo­rycy uznali przed­się­wzię­cie imama Husajna za opo­wieść o nie­po­wo­dze­niu; nie­któ­rzy zoba­czyli w tej opo­wie­ści star­cie mię­dzy dwoma omyl­nymi męż­czy­znami dążą­cymi do wła­dzy; inni opi­sy­wali Husajna jako bun­tow­nika, wystę­pu­ją­cego prze­ciw tyra­nii, w obro­nie spra­wie­dli­wo­ści6. Z jaką myślą ruszał do bitwy: czy poszu­ki­wał męczeń­stwa, dobro­wol­nie uda­jąc się na pewną śmierć? A może z jasnym spoj­rze­niem sza­co­wał swoje szanse, wciąż pełen nadziei na naj­lep­sze moż­liwe zakoń­cze­nie? Aja­tol­lah Cho­mejni będzie się w przy­szło­ści odwo­ły­wał do wizji goto­wego na śmierć męczen­nika. W Baal­beku Sadr przed­sta­wiał swoim zwo­len­ni­kom inter­pre­ta­cję opo­wie­ści o ima­mie Husaj­nie wyzbytą żalu i smutku, histo­rię nie ofiary, lecz buntu prze­ciwko nie­spra­wie­dli­wo­ści. Tak więc Sadr zachę­cał zwo­len­ni­ków nie do tego, by szu­kali śmierci, ale by bun­to­wali się z odwagą, jak imam Husajn.
Powo­dów do buntu nie bra­ko­wało, zwłasz­cza na połu­dniu kraju. Szy­ic­kie połu­dnie Libanu, pocęt­ko­wane wsiami chrze­ści­jań­skimi i sun­nic­kimi, zna­la­zło się na linii ognia regio­nal­nego kon­fliktu. Liban był domem dzie­sią­tek tysięcy uchodź­ców pale­styń­skich, bez­pań­stwow­ców od momentu wyga­śnię­cia w 1948 roku bry­tyj­skiego man­datu nad Pale­styną i utwo­rze­nia na czę­ści jej tery­to­rium pań­stwa Izrael. Wśród uchodź­ców od lat sześć­dzie­sią­tych znaj­do­wali się pale­styń­scy bojow­nicy, uzbro­jeni, wście­kli, któ­rzy prze­pro­wa­dzali przez gra­nicę ataki na Izrael w nadziei, że wyzwolą zie­mię, którą utra­cili na rzecz nowego pań­stwa. Prze­wagę mili­tarną Izra­ela stale dawało się odczuć, ponie­waż izra­el­skie samo­loty ata­ko­wały pale­styń­skie obozy na połu­dniu Libanu i bom­bar­do­wały wsie, a czołgi prze­kra­czały gra­nicę i wjeż­dżały na tery­to­rium Libanu. Armia libań­ska nie mogła się rów­nać z Siłami Obron­nymi Izra­ela, a słabe pań­stwo nie miało żad­nej wła­dzy nad pale­styń­skimi par­ty­zan­tami. Wie­śniacy, zarówno muzuł­ma­nie, jak i chrze­ści­ja­nie, mieli pre­ten­sje do bojow­ni­ków za to, że ścią­gają na nich gniew Izra­ela, nisz­cząc ich świat i środki utrzy­ma­nia.
Sadr besz­tał pań­stwo za to, że pozo­sta­wia swo­ich oby­wa­teli bez­bron­nymi, nie wspo­mi­nał jed­nak o Pale­styń­czy­kach. Razem z przy­ja­ciółmi, Husaj­nim i Czam­ra­nem, zma­gał się z nie­moż­li­wym do roz­wią­za­nia para­dok­sem: jak chro­nić spo­łecz­ność przed zemstą ze strony Izra­ela, jed­no­cze­śnie pozo­sta­jąc wier­nym spra­wie pale­styń­skiej, spra­wie utra­co­nej arab­skiej ziemi, utra­co­nej Jero­zo­limy, świę­tego mia­sta, nie­do­stęp­nego dla więk­szo­ści Ara­bów, odkąd Izrael prze­jął kon­trolę nad całym jego obsza­rem w cza­sie wojny sze­ścio­dnio­wej w 1967 roku.
Jesz­cze jeden czyn­nik kom­pli­ko­wał sytu­ację: pale­styń­skie obozy w Liba­nie były ośrod­kami szko­le­nio­wymi dla wszyst­kich rewo­lu­cjo­ni­stów tam­tej epoki, począw­szy od Japoń­skiej Armii Czer­wo­nej po nie­miecką Grupę Baader-Mein­hof, w tym także dla Irań­czy­ków pra­gną­cych pozbyć się sza­cha. Jed­nym z nich był Czam­ran, przy­ja­ciel Sadra. Szko­le­nie w Liba­nie stało się rytu­ałem przej­ścia dla rewo­lu­cjo­ni­stów, zwłasz­cza że nawet przed wybu­chem wojny domo­wej łatwo było o broń. Kara­biny kupo­wało się w her­ba­ciar­niach od tłu­stych męż­czyzn ze sznur­kami modli­tew­nymi w dło­niach. Jeśli skoń­czyły im się zapasy, można było pójść do ich sąsiada lub do kon­ku­ren­cji, do fry­zjera albo do sklepu spo­żyw­czego za rogiem7. Bej­rut był rajem play­boyów, szpie­gów i han­dla­rzy bro­nią.
Zain­spi­ro­wane suk­ce­sami rewo­lu­cji na Kubie, w Algie­rii i w Wiet­na­mie irań­skie grupy opo­zy­cyjne z całego poli­tycz­nego spek­trum, od mark­si­stów po nacjo­na­li­stów i od islam­skich fun­da­men­ta­li­stów po muzuł­mań­skich moder­ni­stów, badały moż­li­wość wznie­ce­nia zbroj­nego powsta­nia prze­ciwko kró­lowi Iranu. Szach Moham­mad Reza Pah­lawi zasia­dał na tro­nie od 1941 roku, czyli od czasu abdy­ka­cji ojca, Rezy Sza­cha Pah­lawiego. Dzieje impe­rium per­skiego się­gają dwu i pół tysiąca lat wstecz, nato­miast dyna­stia Pah­lawich była zde­cy­do­wa­nie śwież­szej daty. W 1925 roku, z pomocą Bry­tyj­czy­ków, Reza Szach, gene­rał per­skiej bry­gady kozac­kiej, zakoń­czył trwa­jące dwie­ście lat rządy dyna­stii Kadża­rów. Zarówno ojciec, jak i syn zma­gali się z licz­nymi wyzwa­niami, sta­ra­jąc się wymu­sić gwał­towną moder­ni­za­cję kraju. W 1963 roku szach Moham­mad Reza Pah­lawi wpro­wa­dził pro­gram sze­roko zakro­jo­nych reform, które nazwał białą rewo­lu­cją. Cho­mejni i inni duchowni potę­pili to, co uznali za wester­ni­za­cję Iranu prze­pro­wa­dzaną rękami despoty. Roz­sier­dziło ich szcze­gól­nie przy­zna­nie więk­szych praw kobie­tom, w tym prawa do kan­dy­do­wa­nia na wybie­ralne urzędy i peł­nie­nia funk­cji sędzi. Pobu­dzeni przez duchow­nych, lewi­cowcy, anty­ro­ja­li­ści i dzia­ła­cze stu­denccy także wyszli na ulice, każda grupa z wła­snych powo­dów. Szach zdu­sił pro­te­sty, zabi­ja­jąc dzie­siątki ludzi. Przy­wódcy opo­zy­cji, któ­rzy unik­nęli aresz­to­wań, zeszli do pod­zie­mia albo roz­pro­szyli się poza gra­ni­cami kraju. Cho­mejni wyje­chał do Tur­cji, potem do Iraku, Liban nato­miast ofe­ro­wał irań­skim dysy­den­tom wygodną bli­skość, połą­czoną z reli­gij­nym i spo­łecz­nym powi­no­wac­twem, a nawet roz­rywkę: co bar­dziej zeświec­czeni rewo­lu­cjo­ni­ści mogli tre­no­wać za dnia, a po połu­dniu cho­dzić na plaże lub wie­czo­rami odwie­dzać bej­ruc­kie bary.
Czam­ran nale­żał do naj­waż­niej­szych dzia­ła­czy Neh­zat-je Azadi-je Iran, Ruchu Wyzwo­le­nia Iranu, par­tii opo­zy­cyj­nej, która uczest­ni­czyła w powsta­niu prze­ciwko sza­chowi w 1963 roku. Zało­ży­ciele orga­ni­za­cji, Mehdi Bazer­gan i libe­ralny duchowny, aja­tol­lah Mah­mud Tale­ghani, nale­żeli do reli­gij­nych moder­ni­stów – byli pobożni, ale byli także rzecz­ni­kami roz­działu pań­stwa i Kościoła. Oni rów­nież odrzu­cili białą rewo­lu­cję, uwa­ża­jąc, że uno­wo­cze­śnie­nie Iranu wcale nie wymaga pozba­wie­nia go duszy. Po 1963 roku przy­wódcy Ruchu Wyzwo­le­nia Iranu musieli zejść do pod­zie­mia albo wyemi­gro­wać. Czam­ran prze­niósł się z Tehe­ranu do Kairu, potem do Ber­ke­ley w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a wresz­cie, w 1971 roku, zna­lazł się w Liba­nie. Poma­gał Husaj­niemu i Sadrowi popra­wić sytu­ację libań­skich szy­itów, a jed­no­cze­śnie ener­gicz­nie zajął się orga­ni­zo­wa­niem szko­leń dla Ruchu Wyzwo­le­nia Iranu w róż­nych obo­zach pale­styń­skich. Setki mło­dych Irań­czy­ków – zarówno mark­si­stów, jak i duchow­nych – prze­szły przez te obozy8. Wkrótce staną się oni awan­gardą irań­skiej rewo­lu­cji.
Czam­ran osiadł na połu­dniu Libanu, w Tyrze, sta­ro­żyt­nym fenic­kim mie­ście, z któ­rego pocho­dziła Dydona, zwana też Elissą, kró­lowa Kar­ta­giny. Wie­rzący, ale mający świec­kie poglądy na życie Czam­ran nie trzy­mał w domu żad­nych reli­gij­nych wize­run­ków, a wśród kaset w jego aucie nie było ani naboż­nych opo­wie­ści o ima­mie Husaj­nie, ani żad­nych kazań. Objeż­dża­jąc samo­cho­dem cały Liban, rewo­lu­cjo­ni­sta z dok­to­ra­tem uwiel­biał słu­chać pio­se­nek Umm Kul­sum, jej melan­cho­lij­nych pie­śni, które zda­wały się nie mieć końca, jej powta­rza­ją­cych się, urze­ka­ją­cych miło­snych zaklęć. Sadr z kolei miał sła­bość do irań­skiej odpo­wied­niczki Umm Kul­sum, Marzije, córki duchow­nego, która w swoim reper­tu­arze miała ponad tysiąc pio­se­nek o miło­ści, namięt­nej, choć naj­czę­ściej nie­odwza­jem­nio­nej9. Jej mez­zo­so­pran potra­fił dopro­wa­dzać go do łez z tęsk­noty za kra­jem.
Kiedy ci trzej męż­czyźni, sie­dząc na bal­ko­nie domu Husaj­niego, pogrą­żali się w trwa­ją­cych do póź­nej nocy dys­ku­sjach na temat roli reli­gii w życiu i jej ogra­ni­czeń, w tle roz­brzmie­wała zazwy­czaj muzyka uwiel­bia­nej w Liba­nie Faj­ruz. Oby­dwaj Irań­czycy dosko­nale mówili po arab­sku, Czam­ran z cięż­kim per­skim akcen­tem. Husajni doświad­czał swo­jej szy­ic­kiej toż­sa­mo­ści bar­dziej jako kul­tury niż jako reli­gij­nego dogmatu, kul­tury ukształ­to­wa­nej przez wspólną tra­dy­cję, filo­zo­fię i poezję mędr­ców z Dża­bal Amel, a także przez szy­ic­kie trak­taty o rów­no­ści spo­łecz­nej. Imam Sadr od czasu do czasu pozwa­lał sobie na zapa­le­nie fajki wod­nej, nie­czę­sto spo­ty­kany zwy­czaj w przy­padku duchow­nego. Swój tur­ban nosił nie­mal nie­dbale, nie­kiedy odsu­wa­jąc go lub odsła­nia­jąc pasmo wło­sów. Uwa­żał, że ści­słe, dro­bia­zgowe ogra­ni­cze­nia sta­no­wią prze­szkodę w ducho­wym przy­ję­ciu wiary.
A zatem ist­niał szy­izm i wspól­nota szy­icka w Liba­nie… ist­niał Iran i szach… i wresz­cie była też Jero­zo­lima. Te wła­śnie zagad­nie­nia spra­wiły, że ci trzej męż­czyźni zaczęli ze sobą współ­pra­co­wać i że mieli wspólne inte­resy. Pamięć o Jero­zo­li­mie – wyrwie w sercu arab­skiego świata – nie opusz­czała Husaj­niego. Na ścia­nie w jego domu wisiał dwu­me­trowy, czarno-biały pla­kat ze zdję­ciem meczetu Al-Aksa, trze­ciego naj­święt­szego miej­sca w isla­mie. Rany zadane przez kon­flikt izra­el­sko-arab­ski bez wąt­pie­nia były jedną z przy­czyn dzia­łań podej­mo­wa­nych w samym sercu wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły do roku 1979 i lat, które nastą­piły póź­niej.

 
Wesprzyj nas