“Fałszerz” to fascynująca biografia Zdzisława Nęcki, genialnego fałszerza. Prześwietlając jego życie, Magda Omilianowicz odkrywa jego sztuczki i oszustwa. Czy był współczesnym alchemikiem czy pospolitym przestępcą?


Nikt nie był w stanie go przekupić, bo pieniądze robił sobie sam. Król fałszerzy, więzienna arystokracja. Najlepszy z najlepszych. Potrafi podrobić wszystko. Nawet amerykański Secret Service podziwiał jego dolary. Inteligentny, oczytany i dowcipny, zdolny malarz, zarażający pogodą ducha.

Po raz pierwszy zdecydował się opowiedzieć całą swoją historię i… podobno jej nie sfałszował. Setki godzin nagrań, rozmowy w więzieniu i na wolności. Zaufanie.

To jego historia, jego prawda, jego ballada.

Biografia Zdzisława Nęcki, czyli największego polskiego oszusta autorstwa Magdy Omilianowicz

Zdzisław Nęcka, genialny polski fałszerz, nazywany „Królem Fałszerzy” i “Matejką z Monte”. Wielokrotny recydywista, który przesiedział w więzieniach w całej Polsce ponad czterdzieści lat. Podrabiał banknoty, przeróżne dokumenty, biżuterię. Podobno jest w stanie podrobić wszystko, a fałszywki, które wyszły spod jego ręki były nie do odróżnienia dla fachowców. Podczas długich wyroków malował freski w więziennych kaplicach. Robił kopie obrazu Moneta “Plaża w Pourville” dla stacji telewizyjnej i dwukrotnie namalował kopie „Bitwę pod Grunwaldem”. Na wolności przyjaźnił się z artystami i gangsterami, żyjąc na styku półświatka i bohemy. Człowiek o wielkim talencie, który kiepsko wykorzystał.

W fascynującej reporterskiej biografii Magda Omilianowicz prześwietla życie Zdzisława N. na wylot, tropiąc fałszerskie sztuczki, przekręty, oszustwa, związki, wychowywanie córki między jedną odsiadką a drugą. Próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak pokierował swoim losem, że ponad połowę życia spędził za kratami. Kim jest? Współczesnym alchemikiem czy pospolitym przestępcą?

Magda Omilianowicz
Fałszerz. Historia największego polskiego oszusta
Wydawnictwo Agora
Premiera: 23 sierpnia 2023
 
 


Nikt nie był w stanie go przekupić, bo pieniądze robił sobie sam. „Król Fałszerzy”, więzienna arystokracja. Najlepszy z najlepszych. Potrafi podrobić wszystko. Nawet amerykański Secret Service podziwiał jego dolary. Inteligentny, oczytany i dowcipny, zdolny malarz, zarażający pogodą ducha.
A może cwaniak i zepsuty do szpiku kości recydywista, który spędził czterdzieści lat za kratkami i o polskich więzieniach wie wszystko? Twierdzi, że po tylu latach w kryminale jak nikt inny potrafi oddzielić ludzkie ziarna od plew.
Wypowiedziane w dzieciństwie życzenie „chcę być bogaty” spełniło się po wielokroć. Przez całe życie bujał się jednak na huśtawce, od biedy do zamożności. Równie łatwo produkował pieniądze, jak później je trwonił.
Na wolności były balety, przekręty, szybkie fury, kobiety, byli kumple i był pełen luz. Za kratami: bunty, bójki, ucieczki, samookaleczenia i wyrafinowane kary.
Czy warto było żyć, tak jak żył, i jaką cenę zapłacił za tak wykorzystany talent? Mimo że już trzykrotnie puszczono plotkę o jego śmierci, żyje i ma się dobrze, jest na wolności i maluje.
Tym razem nie banknoty, ale obrazy.
Napisano o nim kilka artykułów, udzielił jednego wywiadu telewizyjnego. Po raz pierwszy zdecydował się opowiedzieć całą swoją historię i …podobno jej nie sfałszował. Setki godzin nagrań, rozmowy w więzieniu, przez telefon i na wolności. Sterta pięknie wykaligrafowanych listów, kilka podarowanych obrazków. Budowanie zaufania.
Nie sprawdzam, ile w jego wspomnieniach zmyśleń, pamięci i niepamięci. Czy jest w niej właściwa chronologia, czy może mieszają się czasami daty, wydarzenia? Zdarza się, że historia przeskakuje o kilka lat, ale trudno się temu dziwić. Pamięć bywa zawodna i nie jest łatwo spamiętać szczegóły siedemnastu aresztowań, czterdziestu lat odsiadki, kilkunastu miejsc odosobnienia i wreszcie kolejność pobytów w zakładach karnych.
To jednak mało istotne. On właśnie tak pamięta swoje życie. To jego opowieść, jego prawda, jego ballada. I niechaj wybrzmi.
Witajcie w świecie recydywisty, fałszerza, artysty.
 
 

BĘDĘ BOGATY!

KRAKÓW, 1954

– Zdzichuuu! Zdzichu! No chodźże na pole!
W studni podwórka starej, odrapanej kamienicy głos niósł się i odbijał echem. Chłopiec słyszał, że Jędrek go woła, ale żeby dostać się spod drzwi do okna, musiałby przejść koło pieca, szafy i na dodatek przecisnąć się koło łóżka matki, a po ostatnim laniu bał się jej jak ognia.
Tamten, jak na złość, darł się i darł jak opętany. Zaraz ją obudzi i zacznie się dym!
– Zdzichuuu! No idziesz?!
Przesuwał się powoli, tuż pod ścianą, prawie nie oddychając. Już był bliziutko parapetu, na którym zamiast pelargonii stały flaszki po wódzie, jeszcze dwa kroki, krok, podłoga zaskrzypiała, matka otworzyła oczy i uniosła się na łokciu z barłogu.
– Co, do jasnej cholery? Kto się tam drze? Znów na lumpy będą cię wyciągać, łachudry jedne? Do szkoły masz iść. Ale to już!
– Ale mamo, dzisiaj jest niedziela.
– Będziesz mi tu, gnojku, pyskował! Zresztą idź, gdzie chcesz, nic tu po tobie. No idź, idź! Zejdź mi z oczu. Jak ojciec wróci, to dopiero zobaczysz, łachu jeden. Idź, no idź i lump się jak twój stary. No i co tak patrzysz? Czekaj tylko, bo jak wstanę…
Próbowała, ale łokieć jej się ześlizgnął, osunęła się z powrotem w zmiętą pościel i bełkocząc pod nosem, zasnęła. Lepiej, że spała, bo pewnie znowu by oberwał, jak wczoraj.
Dzisiaj wyjątkowo nie krzyczała, tylko mamrotała obelgi pod nosem, bo nie miała dość siły. Nie udałoby jej się stanąć na nogi po tym, ile wypiła. Kwaśny smród bimbru i petów był nie do wytrzymania, aż kręciło w nosie. Odór właził w każdy kąt, był wszędzie, wszystkie rzeczy nim śmierdziały, nie było się przed nim gdzie schować. Dobrze, że garów żadnych nie spaliła jak ostatnio, bo też by było na niego, że to jego wina, i pewnie znowu w pysk by zarobił.
Wychylił się przez okno. Jędrek był nieźle wkurzony.
– No w końcu! Idziesz na pole czy nie, paniczu jeden? Ile będę czekać?
– Cicho bądź. Idę, przecież idę, nie drzyj mordy.
Zamknął drzwi i biegł, pokonując po trzy stopnie naraz. Już był w połowie schodów, kiedy napatoczyła się pani Kazia, sublokatorka. No że też musiał właśnie teraz stanąć z nią twarzą w twarz. Matka z ojcem złościli się bardzo, kiedy dokwaterowali ją do ich mieszkania, a on ją od razu polubił. Śmieszka z niej była, chichotała z byle czego, tak jak on. Zawsze umiała powiedzieć coś, co go rozbawiło, i tylko ona interesowała się, czy zjadł, czy był w szkole. Zawsze chwaliła jego rysunki i tak jak „Mimoza”, nauczycielka biologii, mówiła mu, że ma talent.
– Dziecko kochane, no prawie na mnie wpadłeś. Chcesz mnie zabić, ze schodów zrzucić? Za co? – Roześmiała się.
– Dzień dobry, przepraszam bardzo – wydukał.
– Żartuję przecież. Ej, ej, pokaż no mi się, chłopcze. A co ty masz znów na twarzy? Skąd to sine pod okiem?
– Nic… o szafkę się walnąłem.
– O szafkę! To znowu matka, tak? Pijana wczoraj była, słyszałam przez ścianę, jak się awanturuje i cię od najgorszych wyzywa. Zdzisiu, co tam się u was wyprawiało?
– Pani Kaziu, ale to nic nie jest, naprawdę.
– Zdzisiu, nie może tak być. Oni cię zamęczą, dzieciaku. Pomogę ci, opiekę zawiadomię… Tak nie może być, ty jesteś dobre dziecko przecież.
Chciała go pogłaskać, przytulić, ale wyrwał się jej, bo beczeć mu się zachciało.
– Dziękuję, ale nie potrzeba. To szafka tylko… Muszę lecieć, bo kolega na dole.
– Zdzisiu, poczekaj…
Trzy stopnie i skok, trzy stopnie i skok. Wypadł zdyszany z klatki, rozejrzał się. Jędrek stał koło trzepaka, gadał z dziewczynami, które robiły jakieś akrobacje, i palił.
– Ty nie pal tutaj, bo ktoś zobaczy i jeszcze chryja będzie. Chodź stąd.
– Boisz się, tchórzu? – Jędrek rzucił peta i wybuchnął śmiechem. – A co masz na pysku? Zarobiłeś znowu od starej? No teraz to ci nieźle przylała. Całyś siny.
– Dajże mi spokój.
– No, a co masz pod okiem? Limo, limo, Zdzisiek ma limo!
– Daj spokój, mówię.
– Nie przejmuj się, moja stara nie lepsza. Lecimy na planty?
– Dawaj! Pierwszy przy kościele!!!
Biegnąc, czuł chłodny powiew na twarzy i wtedy policzek go mniej palił.
Wczoraj ścierkę w kuchni mocno zmoczył i jak matka zasnęła, przez cały wieczór przykładał, bo zasnąć z bólu nie mógł, i jeszcze ząb z przodu mu się trochę ruszał po ostatnim laniu. Matka zła była, bo ojciec znowu na noc nie wracał, a jak złość się w niej gotowała, to cała się trzęsła, biła i nie patrzyła, czym leje i gdzie. Dostał klamrą od paska w twarz i w szyję.
Poboli i minie jak zawsze, tylko wstyd znowu będzie w szkole, bo siniaki zostały i wszyscy będą go pytać. „Mimoza” zapyta na pewno, a on znowu skłamie, o szafce, o kolegach, o upadku z trzepaka.
Minął ich Heniek o zasuszonej jak skorupa twarzy, strzykający śliną gość od handlu obwoźnego, który ciągnął wózek, sprzedawał i ostrzył noże i scyzoryki oraz skupował, co kto miał na sprzedaż. Wózek miał rowerowy, z kołem zamachowym i kamieniami szlifierskimi. Paniusie mogły u niego stare szmaty wymienić na garnek lub patelnię, więc był popularny. Za kilka butelek można było dostać od niego „rybaka”, czyli pięć złotych. Lubili Heńka, bo czasami wyciągał lizaki dla dzieci i zawsze wykrzykiwał jakieś śmieszne teksty, tak było i tym razem:
– Butelki, szmaty skupuję! Zbierajta, ludzie, co po kątach leży. Ostrzę noże i nożyki. Mam naaajlepszy scyzoryk świataaa, do zaaabiciaaa brataaa… tylko pięć złoteee.
Chłopiec nie zatrzymał się koło wózka, pobiegł dalej, obok sklepu z szyldem: „Drób bity, serdelki i masło”. Chętnie zjadłby serdelka albo pajdę chleba ze smalcem, bo kiszki mu marsza grały. Biegnąc, szybko skręcił w lewo koło parku. Sterta desek, skok, wyrwany bruk, skok.
– Pierwszy! – krzyknął i obejrzał się za Kazikiem, ale ten wywalił się na ostatnim zakręcie, na bruku śliskim po deszczu.
Spod nogawki za krótkich spodni spływała mu strużka krwi. Twardy był, udawał, że go nie boli, chociaż oczy mu się szkliły.
– Nie rycz, kowboju, ja mam obity pysk, a ty zdarte kolano. Lepiej daj zakurzyć.
Siedli na stercie desek niedaleko plebanii. Zaciągnął się skrętem od Jędrka i zakaszlał.
– Wiesz, że umrzesz od tego? – Jędrek zaniósł się śmiechem.
– Od czego niby?
– No od ćmików.
– Głupiś chyba. Dlaczego?
– Pielęgniarka w szkole mówiła, że jak się ćmi, to się chyrla jak ty i się umrze.
– Ty chyba głupi jesteś. Pamiętasz tego Barańczyka, co mieszkał na Floriańskiej, nie ćmił i umarł właśnie.
– Bo pijany pod auto wpadł, to nie od ćmików umarł, bajoku, tylko od gorzały. A ty od nich umrzesz. Cha, cha, cha!
Palili i chichotali. Co tam matka, co tam szkoła, niedługo ferie, wolne będzie. Na sankach pojeżdżą, ślizgać się będą, a on będzie miał czas rysować. A teraz bloki ma i farby za darmo zupełnie.
– Ty, a czego „Mimoza” chciała wczoraj od ciebie?
„Mimoza”, nauczycielka biologii, była zupełnie inna od wszystkich belfrów w szkole. Tak naturalnie, prawdziwie dobra, jak babcia Wandzia. Takim dobrem, które wyczuwa się każdym zmysłem. Nie tylko on to wiedział, wszystkie dzieciaki to czuły. Patrzyła na nich, mówiła, pachniała i dotykała ich tym dobrem. Nie pamięta już, skąd wzięło się to jej przezwisko. Chyba od jakiejś rośliny, tak delikatnej, że boli ją nawet lekki dotyk. Dziwaczne to było przezwisko, bo „Mimoza” nie była ani ładna, ani brzydka, ani młoda, ani stara, miała szare, krótkie włosy i chyba szare oczy, chodziła w starych, zmechaconych swetrach, a nogi miała w kostkach tak spuchnięte, że były grube jak u słonia. Podobno na Syberii coś jej się z tymi nogami porobiło. Ruscy wywieźli ją tam z rodzicami i prawie umarła, tak przynajmniej się mówiło. Miała tam tyfus, gruźlicę i wszawicę. Zimno i głód były takie, że ludzie trawę i korę z drzew jedli. Ją jakimś cudem ktoś uratował i do Polski przywiózł. Może dlatego żaden dzieciak nie dokuczał jej z powodu wyglądu i nie wyśmiewał, bo byłoby wstyd, a może właśnie dlatego, że roztaczała wokół siebie tyle dobroci. Nie było w niej cienia złości, żalu do innych, zawiści.
Inni nauczyciele nie mieli z nimi lekko. Cisnęli im, ile wlezie. Ten był gruby, tamten garbaty, inny koślawy albo pijus i nie było zmiłuj, wszyscy równo się z nich wyśmiewali. Różne psikusy wymyślali, żeby im dokuczyć, a to krzesło klejem wymazali, jak który im podpadł, a to do teczki podrzucili coś śmierdzącego. Ale oni też się z uczniami nie cackali. Rzucali kredą, bili linijką po rękach, kazali stać w kącie albo klęczeć na grochu z rękoma wyciągniętymi do góry, a w najlepszym razie uwagi do dzienniczków wpisywali.
„Mimoza” nigdy na nikogo nie krzyczała, choć sztubacy zachodzili jej za skórę, wygłupiali się jak małpy na lekcjach, ale ona szybko wybaczała. I była tak łagodna, że to wyczuwali i nie mogli nawet słowem jej skrzywdzić.
On czuł, że „Mimoza” martwi się o niego, a pewności nabrał, kiedy raz zatrzymała go, jak wszyscy wybiegli z klasy na przerwę.
– Zdzisiu, dziecko, poczekaj. Widzę, jak ty rysujesz w zeszycie, nawet podczas lekcji. Nie szkodzi, że nie zawsze uważasz – uśmiechnęła się – bo ty masz, chłopcze, talent, a pamiętaj, że zmarnować talent to wielki grzech. Nie wiem, czy nie największy. Śmieją się pewnie czasem z ciebie, żeś mały, żeś chuchro, ale ty jeszcze ich wszystkich zadziwisz. Nie daj się im, na boks się zapisz albo na judo, są teraz w szkole zapisy na różne kółka sportowe. Zobaczysz, że największym w klasie dasz radę sprytem i siłą. Poza tym jeszcze urośniesz i będzie z ciebie chłop na schwał. Domem też się nie martw, bo różnie ludzie w domach mają. Tylko obiecaj mi jedno, że zadbasz o swój talent, bo to jest twój skarb.
Pogłaskała go wtedy, a on poczuł, jak rośnie i że będzie właśnie tak, jak ona mówi. Umie rysować jak nikt w klasie, ma talent i dobrze go wykorzysta!
– Ty, Zdzichu głuchy jesteś?! No powiedz, czego „Mimoza” chciała? – Jędrek szturchnął go w bok.
– Co mówiłeś? A co niby miała chcieć?
– Ty się jej podlizujesz, wiedziałem.
– Co ty bajdurzysz. Prosiła, żeby plansze jej narysować, bo nie ma co na ścianach w klasie powiesić. Wszędzie tylko Bierut i Skłodowska, a ona chce coś przyrodniczego. Dała mi brystol i kredki, to jej narysuję, nie?
– A co ma niby na nich być?
– No różne takie tam: ptaki, rośliny i szkielety. Sklejkę się da pod brystol i będę wisieć w klasie od biologii, i tyle.
– A pieniądze jakieś ci za to da?
– No coś ty. Farby i brystol dała, to mało?
– Podlizujesz się, wiedziałem. Na apelu chcesz wystąpić jako prymus, ale twoja sprawa. Chodźże, klarnecie, to lody ci kupię, bo brzuch ci się z głodu zapada.
– A skąd niby masz gotówkę?
– Mam, nie twój interes.
– No niby skąd, bido ty? Ukradłeś znowu?
– Nie ukradłem, tylko ojcu z kieszeni wyjąłem wczoraj, jak spał. I tak nie będzie wiedział, ile przepił. Chcesz bambino czy calypso?
– Wszystko jedno.
Stali w kolejce na rynku do budki z najlepszymi w Krakowie lodami, u pana Tadzia, i znowu zaśmiewali się w głos.
– Jak kiedyś będę bogaty, to kupię nam po trzy lody.
– Albo po cztery! Albo po pięć!!!
Wiedział, czuł, że wcześniej czy później będzie bogaty. Przecież „Mimoza” powiedziała mu, że ma talent, no to będzie rysował, rysował i rysował na okrągło. A bogacze będę kupowali to, co namazał. Wtedy kupi sobie i Jędrkowi wiadro lodów, mamie pończochy i nową sukienkę, żeby wyglądała pięknie. I żeby się ojca i jego już nie czepiała, nie krzyczała wiecznie. Ojcu kupi cygara i najdroższą wódkę, jaka jest, to może go wtedy pokocha i nie będzie mówił, że on nie jest jego synem, tylko podrzutkiem jakimś. Jeszcze babcia Wandzia została do obdarowania, ale babcia nigdy nic nie chce, bo zawsze mówi, że wszystko ma. Bo chyba i ma. Ma talent do gotowania zup i do rysowania kwiatów, i kochać umie jak nikt inny.
– Będę bogaty!!! – wrzasnął na cały rynek, aż gołębie się poderwały, a najbliższa kwiaciarka zaczęła mu wygrażać pięścią.
– Drzyj się tak, głupku jeden, drzyj, to zaraz was milicjanty zgarną, a wtedy dupę będziesz miał siną od pał, że tydzień na niej nie siądziesz.
– Będę bogaaaty!!!
– No, ciekawe. Bardzo ciekawe. Niby jak?
– Widziałeś przez szybę w „Wierzynku”, kto tam jadł i pił? Sami malarze! Też będę malował i będę sławny i bogaty!
– Bo „Mimozie” plansze narysujesz za darmo, żeby się podlizać, klarnecie? Cha, cha, cha! Tyś jednak głupi jest, Zdzisiek. Ci malarze to akademie, szkoły różne kończyli, ale co z tego, jak teraz siedzą w knajpie i piją. Każdy jeden grosz przepijają. Takie same pijusy jak twoja matka. Też będziesz pić na umór, jak malarzem zostaniesz.
– Ja nie będę pił. Nigdy nie będę pił. I nie mów tak o mojej matce, bo cię szturchnę.
Matka była bardzo niedobra, nie wiadomo z jakiego powodu. Piła i tłukła, ale była też piękna, jak taka rzeźbiona figurka. Piękna i złośliwa. Jak trzeźwa, umalowana, w ładnej sukience, i wszyscy się za nią oglądali. Chwalić się nią wtedy chciał, tyle że już nie pamiętał, kiedy ostatni raz spojrzał na nią z zachwytem. Ostatnio wciąż leżała w zmiętej pościeli, w brudnym szlafroku. Czasami widział, jak płakała w poduszkę. Może to przez ojca? On na swoje nieszczęście rodzeństwa nie miał, więc wciąż obrywał i nie miał się do kogo zwrócić o pomoc. Żadnego starszego brata, żadnego wujka, ale jak ktoś mówił o matce źle, zaczynał czuć złość. Nikt nie ma prawa źle o niej mówić, bo może się doigrać. W końcu to jego matka, a o matce źle się nie mówi. Urodziła go przecież i kocha tak, jak umie. Babcia Wandzia mu to powiedziała, a babcia zawsze wie, co mówi. „Matka cię kocha, Zdzisiu, kocha, jak umie, ale pamiętaj, to matka twoja jest. Jedną ją masz i szanuj”. I kochał ją na swój sposób, tylko jak miał ją szanować? Patrzył i patrzył na nią, ale szacunku nijak w sobie wzbudzić nie mógł.

 
Poszwendali się jeszcze po rynku, wracali powoli kopali „zośkę”, szmaciany woreczek wypełniony piaskiem. On wygrał, bo podbił aż piętnaście razy, a Jędrkowi udało się tylko osiem, a potem rozeszli się na rogu, jak robiło się ciemno.
– Cześć, fagasie, przybij piątkę.
– Idźże, klarnecie ty, tylko uważaj i nie wywal się znów na zakręcie.
Dzieciaki rozeszły się do domów, podwórko opustoszało. Pod jego klatką była już tylko Basia, mistrzyni akrobacji na trzepaku, gdzie najwyższą szkołą jazdy było wiszenie nie na zgiętych kolanach, lecz na piętkach, ale można to było zrobić tylko w tenisówkach, jeżeli ktoś miał, a Basia miała. Teraz sama grała w klasy i nuciła pod nosem:

Ene due like fake
torba borba
ósme smake
deus meus
kosmateus
I morele baks.

– Zdzisiu, Zdzisiu, poczekaj, kiedy mi się wpiszesz do pamiętnika? Miałeś mi niezapominajki narysować, takie same jak Marysi, pamiętasz?[1]
– Jutro, Basiu, dobra? Dzisiaj muszę planszę dla „Mimozy” dokończyć.
– Ale nie zapomnisz?
– Nie zapomnę, cześć.
Był popularny wśród dziewczyn, bo zawsze miały do niego jakiś rysunkowy interes. A to wpis w pamiętniku, a to karteczkę im zrób, ale on miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Niechętnie wracał do domu, nigdy nie wiedział, co go tam czeka.
Po cichutku wszedł po schodach, przekręcił klucz i wślizgnął się do mieszkania, żeby nikogo nie zbudzić, bo afera by się zrobiła, to pewne. Ojciec wrócił już z tych swoich lumpów i chrapał pod kocem na kanapie, a matka posapywała przez sen, w barłogu na wersalce.
Zdjął buty i na palcach podszedł do kredensu. Z dolnej szuflady wyjął brystol i kredki, które dała mu „Mimoza”. Drzwiczki zaskrzypiały, wydawało się, że ojciec się przebudzi, ale tylko posapując, przewrócił się z boku na bok.
Lepiej żeby się nie zbudził, bo rękę ma cięższą od matki i nigdy nie wiadomo, za co się dostanie.
Kiedyś jak ojciec narzekał, że zabraknie im kartek na węgiel na zimę, ukradł w szkole arkusz papieru podobnego do tego, na którym robili te kartki. Narysował kilka, tak dla żartu, i dumny dał je ojcu. Myślał, że go pochwali, a ten sprał go na kwaśne jabłko, że gdzieś pewnie ukradł, że złodziejskie z niego nasienie. Do dzisiaj pamięta to lanie.
Niech lepiej śpi… Na palcach doszedł do kuchni, zasunął kotarę dzielącą ją od pokoju, zapalił lampkę pod szafką, otworzył podręcznik biologii i zaczął rysować czaplę.
Kiedy rysował, zapominał o całym świecie. Świtało już, kiedy kończył. Nie wiedział, która była godzina, kiedy zmorzył go sen. „Mimoza” się ucieszy, pomyślał i zasnął z głową na stole, na kredkach i prawie gotowej planszy.
Mały, chudy blondynek, z podbitym okiem i z wielkimi planami malarskimi na przyszłość.

*

WIĘZIENIE MONTELUPICH

KRAKÓW, 2018

– Pani reporterka na widzenie z więźniem Zdzisławem Nęcką? Dowód proszę.
Pierwszą bramkę przechodzi się bez kontroli. Dziedziniec z muralem Kamila Kuzki, na którym uwieczniony jest między innymi Stanisław Marusarz. Montelupich to wyjątkowo nieprzyjemne miejsce, z ponurą historią. Na tym dziedzińcu w 1957 roku odkryto ludzkie szczątki.
„Monte” to punkt szczególny na mapie polskich więzień. Areszt na Montelupich, leżący w centrum Krakowa, to nie jest zwykły kryminał. Od zawsze cieszył się złą sławą, bo to miejsce przeklęte, skalane krwią, cierpieniem i śmiercią. Przygnębiające gmaszysko, w którym dokonano ostatniej egzekucji w Polsce, w 1988 roku.
W XVI wieku mieściły się tam koszary dla wojska, potem sąd garnizonowy i więzienie. W czasie II wojny światowej na „Monte” gestapowcy urządzili zakład karny, przez który przeszło pięćdziesiąt tysięcy ludzi, między innymi wykładowcy, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Odbywały się tam wyjątkowo okrutne przesłuchania. Po wojnie było tam więzienie UB i NKWD, w którym przetrzymywano więźniów z Armii Krajowej i innych niepodległościowych organizacji oraz wykonywano wyroki śmierci.
Od zawsze była to pilnie strzeżona placówka. Bohaterem najsłynniejszej ucieczki z „Monte” w czasach, kiedy rezydowali tam hitlerowcy, był znakomity polski narciarz, olimpijczyk, Stanisław Marusarz. Na kanwie tamtych wydarzeń powstał film Ucieczka z Montelupich.

 
Skazany, do którego się wybrałam, też nie jest przeciętny. Zdzisław Nęcka, genialny polski fałszerz, nazywany „Królem Fałszerzy” i „Matejką z Monte”. Recydywista, który odbywał wyroki w całej Polsce, w sumie ponad czterdzieści lat. Najdłuższe odsiadki spędził w ciężkich więzieniach, na Montelupich i w Raciborzu, a najczęściej trafiał tam za fałszerstwa. Podrabiał polskie i amerykańskie banknoty, prawa jazdy, dowody osobiste, paszporty, czeki, świadectwa udziałowe, przeróżne dokumenty, złotą biżuterię. Podobno jest w stanie podrobić wszystko. Wypuścił partię tak dobrych podróbek dolarów, że nawet amerykański Secret Service się nimi zainteresował, bo rzekomo były lepsze od tych produkowanych przez wytwórnię papierów wartościowych w USA. Fachowcy twierdzą, że fałszywki, które wyszły spod jego ręki, nie miały sobie równych. Człowiek o wielkim talencie, który kiepsko go wykorzystał.
Nęcka interesuje się także malarstwem, jest twórcą fresków w jedynej w swoim rodzaju kaplicy więziennej, poświęconej przez kardynała Franciszka Macharskiego[2]. Podczas długich wyroków namalował też freski w innych kaplicach więziennych, lecz prace te już nie istnieją. Zrobił kopię obrazu Moneta Plaża w Pourville dla stacji telewizyjnej i dwukrotnie namalował Bitwę pod Grunwaldem[3]. Na wolności przyjaźnił się z muzykami, niebieskimi ptakami i gangsterami, żyjąc na styku półświatka i ocierając się o bohemę.
Dlaczego tak pokierował swoim losem, że pół życia spędził w celi? Kim jest? Współczesnym alchemikiem czy pospolitym przestępcą?

 
Podwórko i kolejny pawilon. Kilka schodów i bramka, podobna do tych na lotniskach. Torebka przejeżdża przez skaner, strażnik zadaje rutynowe pytanie:
– Broń, narkotyki?
Dowód i komórka zostają, dostaję przepustkę.
Kolejne drzwi, krata, korytarz i pokój, typowe miejsce widzeń. Ściany pomalowane jasną farbą olejną do wysokości lamperii, jak w szkołach i szpitalach, bo jest to uznawane za praktyczne. Trzy drewniane stoliki, drewniane krzesła i drzwi z szybą, przez którą mogą zaglądać strażnicy.
– Więzień zaraz zostanie doprowadzony.
Rozglądam się, takie miejsca nie mają znaków szczególnych, są jak poczekalnie na SOR-ach. Po kilku minutach klawisz wprowadza osadzonego. Niezwykle drobny, niewysoki, siwy mężczyzna jest, jak na warunki więzienne, elegancko ubrany. Czarna koszula i dżinsy zamiast burego więziennego dresu. Pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne, a on swoją posturą, spojrzeniem i zawadiackim uśmiechem wzbudza sympatię.
Wita się ze mną szarmancko, patrząc mi prosto w oczy, uśmiecha się filuternie i mówi:
– A wie łaskawa pani, że inaczej sobie panią wyobrażałem. Myślałem, że jest pani brunetką, a pani blondynka, i do tego nieco przypomina moją żonę.
Czeka, aż usiądę, po czym sam siada. Wciąż badawczo patrzy mi w oczy.
– To pani przejechała taki szmat drogi, żeby opisać moje życie, spisać moją historię? A co panią we mnie zainteresowało? Stary więzień, garus, ponad czterdzieści lat odsiadki. Czy to aby ciekawa egzystencja?
– Jest pan uznawany przez fachowców za najlepszego polskiego fałszerza. Nazywają pana, chyba nie bez przyczyny, „Matejką”. Nawet przedstawiciele prawa twierdzą, że jest pan wybitnie zdolny. Niektórzy mówią: genialny. Chciałabym wiedzieć, dlaczego tak się stało, że ponad połowę życia spędził pan za kratami. Mógł pan przecież zostać cenionym artystą.
– Dużo ma pani dla mnie czasu?
– Sporo. Mamy zgodę na kilka spotkań.
– W takim razie zaczynajmy, bo jest o czym opowiadać, w końcu żyję ponad siedemdziesiąt lat[4]. Uprzedzam, że to będzie opowieść o zepsutym do szpiku kości recydywiście, który ma świadomość, że to, co zrobił, starczyłoby zapewne na kilka książek instruktażowych dla małolatów, którym marzy się bogactwo.
– Podręcznika nie napiszemy, ale proszę mi powiedzieć, czy to prawda, że można sfałszować wszystko?
– A co szanowna pani by sobie życzyła? Moja manufakturka spełnia wszystkie życzenia.
– Może zmienić datę w akcie urodzenia? – Śmieję się.
– A to najmniejszy problem, da się zrobić od ręki. Co wpisujemy?
– Żarty żartami, panie Zdzisławie, ale rzeczywiście wszystko można podrobić?
– Jak uczy historia fałszerstwa: wszystko. Nie ma rzeczy nie do podrobienia, oczywiście oprócz talentu. Pierwsi fałszerze pojawili się wraz z pierwszymi środkami płatniczymi, chociaż zawsze sporo ryzykowali. Za czasów króla Henryka I za fałszerstwa monet obcinano dłonie, a zdarzało się, że jądra. W późniejszych wiekach wysyłano za to do kolonii karnych. Chociaż z fałszerzami rządy wszystkich krajów walczą od trzech tysięcy lat, chyba wciąż jest remis. Ja mam tu sporo czasu, więc korzystam z biblioteki, dużo czytam. Konfucjusz na przykład uważał, że doskonałe powielanie tego, co stworzyli mistrzowie, jest wielką zaletą, a przodownikami we wszelkich podróbkach są, jak wiadomo, Chińczycy, i u nich to uchodzi za cnotę. Rzeczywiście osiągnęli w tym perfekcję. Niedawno wyczytałem taką ciekawostkę, że Chińczycy, którzy od wieków fałszują, co się da, podrobili nawet meduzy.
– Meduzy?!
– Ano tak. Oni jedzą tam różne paskudztwa, u nas uważane za niejadalne. Między innymi jakiś specjalny, rzadki gatunek meduz jest uznawany przez Chińczyków za wybitnie smaczny. Rzadki, czyli drogi, więc fałszerze wzięli się do roboty i wyprodukowali coś podobnego w smaku i wyglądzie, tyle że z plastiku i różnych chemikaliów, i kilka osób się struło. Tak wpadli, ale pewnie znajdą naśladowców, jako że te meduzy to intratny towar. Tak było od zarania, jest i będzie.
– A pan jak wpadał?
– Za różności, czasem przez źle, nieco krzywo postawioną kreskę, niekiedy za dużo banknotów wypuściłem, a każdy fałszerz zostawia przecież swoje znaki rozpoznawcze, jak odcisk palca. Różne były te wpadki. Sporadycznie aresztowano mnie też bez powodu i swoje musiałem odsiedzieć, a zdarzało się, że byłem winny, ale cwanie się wyłgałem. Chętnie pani o tym opowiem, bo co by o mnie mówić, życie miałem zdecydowanie ciekawsze niż taki na przykład górnik.
– Mimo tylu lat spędzonych za kratami?
– A jak pani myśli, lepsze pół życia w pudle czy pod ziemią?
– Tego nie wiem, ale myślę, że lepiej na wolności, prawda? Z wernisażami, wystawami, w otoczeniu przyjaciół i pięknych kobiet, a nie klawiszy?
– Gdyby to było takie proste! Często przypadki decydują o naszym życiu. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje, gdyby mnie wtedy ze szkoły nie zgarnęli. Miałem dziesięć lat, a to był jeden z najgorszych dni w moim życiu, chociaż parę paskudnych historii przeżyłem…

 

ZŁY DOM

Trzy stopnie i skok, trzy stopnie i skok. Zdążył złapać w biegu pajdę chleba z cukrem i butelkę z wodą i popędził do szkoły, żeby zdążyć przed dzwonkiem. Pierwsza była biologia, a on prawie zaspał. Szczęśliwie pani Kazia weszła do kuchni i go zbudziła. Biegł najszybciej, jak mógł, przeskakując przez kałuże.
Żeby się tylko nie wywalić, bo planszę szlag by trafił i całą robota na nic, pomyślał.
Tornister podskakiwał mu na plecach, czapka zsuwała się na oczy, a dziurawe buty nasiąkały wodą, chociaż wczoraj włożył do nich gazety. To wszystko nie jest ważne. Ważne, że ma pierwszą planszę dla „Mimozy”. Pomoże jej po lekcjach popodklejać listewki, sznurek się przyczepi pinezkami i nazajutrz będzie można ją w klasie powiesić. Duma go rozpierała. Może babcia Wandzia kiedyś do Krakowa przyjedzie, to zaprosi ją do szkoły i jej pokaże. Pani Kazia pochwaliła rano rysunek, powiedziała, że jego czapla wygląda prawie jak żywa, tylko jakoś tak z dziwnym smutkiem mu się przyglądała i cały czas wzdychała. Ciekawe dlaczego.
– Dzień dobry! – wrzasnął do starego woźnego, gdy wbiegał po schodach.
– Dzień dobry, dzień dobry. Zdążyłeś, mały, w ostatniej chwili – odpowiedział woźny i zamachał dzwonkiem na pierwszą lekcję.
Jędrek już siedział w ławce.
– Cześć, chłopie, idziemy po lekcjach pograć w kapsle? A coś ty taki zamazany? – Trącił go w bok.
– Planszę prawie całą noc rysowałem, to nie zdążyłem się wyspać. Po lekcji dam ją „Mimozie”, potem możemy iść na kapsle.
– Podlizuch.
– Głupek.
– Dzień dobry, cichutko, dzieci, proszę. Adamski, Bobiński obecny? Kazimierczak jest? Wszyscy odrobili zadanie domowe? Kasia Kmiecik, podejdź do tablicy i przeczytaj nam, co napisałaś. Na jakie grupy dzielimy ssaki?
Kiedy Kasia podniosła się z ławki, nagle wszystko przyspieszyło. Jakby obraz przez niego widziany nabrał niebywałej prędkości. Ktoś zapukał do drzwi, do klasy weszło dwóch milicjantów i jakaś obca, wysoka kobieta.
– Dzień dobry. Który z uczniów to Zdzisław Nęcka? – zapytali nauczycielkę.
– A o co chodzi? Co się stało? Co on zbroił?
– Dyrektor jest poinformowany, wszystko wie. Musimy go zabrać. Który to uczeń?
– Ten w trzeciej ławce pod ścianą, ale o co chodzi? – „Mimoza” nie dawała za wygraną.
– Weź swoje rzeczy, dziecko, i chodź z nami – zwróciła się do niego ta wysoka baba.
– Ale ja nic nie zrobiłem!!!
Zobaczył przerażony wzrok Jędrka.
Zawsze broili razem, a to coś ukradli, a to psikusa jakiegoś zrobili, dlatego pewnie bał się, że zaraz i jego aresztują. O co mogło im chodzić, że aż dwóch milicjantów wysłali? O te papierówki jesienią u księdza na plebanii? O pączki zwinięte ze sklepu czy o lewe kartki na węgiel, które opylił sąsiadce? Pewnie o te kartki, psia mać.
– Weź, dziecko, tornister i chodź.
– Ale ja nie chcę!
Chciał to ukryć, bo było mu wstyd, ale oczy zaczęły mu się szklić, a cała klasa, wszystkie dzieciaki, siedziała cicho, nieruchomo, wpatrzona, jak się opiera, ale milicjanci wzięli go za ręce i wyprowadzili z klasy.
– Panowie władza, przecież to dziecko jest, delikatniej trochę, nie szarpcie go tak. Co on mógł takiego strasznego zrobić? Na pewno może to wytłumaczyć. Nie wolno tak! – karciła ich „Mimoza”, ale oni już wyciągnęli go za drzwi.
Ta wysoka coś mówiła jak nakręcona, że ma być spokojny, że zabiorą go do innego miasta, do ochronki dla dzieci, że będzie miał tam lepiej niż w domu, bo dostali zgłoszenie, że jest bity i że się nad nim rodzice znęcają. Gadała i gadała. Nie przestawała ani na chwilę, a on szarpał się i wierzgał, ile tylko miał sił. Gdyby udało mu się wyrwać, toby im uciekł i na pewno by go nie dogonili. Nie docierało do niego, co właściwie ta baba gada. Dopiero po chwili zrozumiał.
To pani Kazia go zdradziła! Na pewno to ona doniosła, pomyślał. Dlatego tak na niego rano smutno patrzyła. I nie pisnęła ani słowem, niczym się nie zdradziła, że go sypnęła. Żmija jedna! Gdzie oni go teraz zabiorą? Z Krakowa wywiozą? Szlag by to trafił, plansza została pod ławką! Z tego wszystkiego zapomniał o niej.
Szarpał się dalej, ale gliniarze byli silni. Wrzucili go na tylne siedzenie radiowozu. Spojrzał w górę, na piętro, w okna klasy. Wszyscy przykleili się do szyb, żeby widzieć, jak go aresztowali, jak jakiegoś groźnego przestępcę. Kiedy radiowóz ruszał, złapał jeszcze wzrok Jędrka. Ten wciąż miał przerażenie w oczach. Może znajdzie planszę pod ławką i odda „Mimozie”?

 
Jechali już ponad godzinę, a on wciąż był jak sparaliżowany.
To co teraz z nim będzie? Gdzieś go wywiozą i nie będzie domu, nie będzie matki, babci? Nie zobaczy się już z Jędrkiem?
A ta wielka baba siedziała obok i wciąż gadała, jak katarynka.
– To będzie twój nowy dom. Nie martw się, dziecko, nie płacz, będziesz miał nowych kolegów, pójdziesz do nowej szkoły. Nie możesz być w domu, gdzie wciąż jesteś bity. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze, będzie ci lepiej. No nie płacz, przecież duży chłopiec z ciebie.
Nie odezwał się do niej ani słowem. Głupie babsko, idiotka jedna. On i tak stamtąd ucieknie. Niech no tylko zostanie sam, chociaż na chwilę, zwieje im i wróci do Krakowa, do swojego domu. Patrzył na tablice po drodze. Gdzie oni go wiozą? Na zadupie jakieś, na wieś, ale niech sobie nie myślą, i tak im zwieje.
Łzy leciały mu po policzkach, całą kurtkę już zdążył zasmarkać. Na tyle przydała się ta durna, gadatliwa baba, że dała mu chustkę do nosa.
– A panna Jadzia to dzisiaj świąteczne fildekosy chyba włożyła. Takich pięknych to jeszcze żem u panny nie widział, nóżka w nich tak zgrabnie wygląda, jakby na specjalną okazję. – Milicjant siedzący z przodu zaśmiał się.
– Oj, pan Leon to mnie zawsze zawstydzi. – Babsko też zachichotało.
– Panno Jadziu, a ja mam dzisiaj wolne. Jak gówniarza do Tarnowa dostarczymy, to po służbie już będę. W Krakowie na kawę i krem sułtański zapraszam.
– Panie Leonie, no co pan…
– Z życia korzystać trzeba, panno Jadziu, a ty, chłopak, nie rycz już. Ty jesteś mały chuligan, widać to po pysku, bo się na ludziach znam. Panno Jadziu, nie można mu mówić, że tam sam miód będzie miał, bo jeszcze gotów uwierzyć. Dryl, chłopaku, będziesz miał w bidulu jak w wojsku. Baczność, spocznij, ale na ludzi wyjdziesz. I lepiej na pewno ci będzie niż w domu.
Znów wszyscy się śmiali. Rechotał kierowca i milicjanci, babsko u jego boku chichotało po cichu w kołnierz płaszcza.
Patrzył przez zamgloną szybę na migające drzewa, łykał łzy i był zły na siebie, że ryczy jak baba, ale nijak nie mógł się uspokoić. Nienawidził tych, którzy go porwali, a teraz gdzieś wiozą, ale był pewny, że im ucieknie.

 
W końcu suka dojechała do dużego, szarego budynku w samym centrum Tarnowa. Dom dziecka, ogrodzony wysokim płotem, z kratami w oknach, stał w gęstej zabudowie, między zwykłymi domami mieszkalnymi. Tam oddali go jakiemuś babsku, które zaprowadziło go do pokoju i pokazało jego łóżko.
– Nie płacz, dziecko, tu nie ma co płakać. Jutro dostaniesz mundurek i dresy, a dzisiaj idź już spać. Pobudka o siódmej rano na śniadanie – powiedziała i wyszła.
Wszedł do sali pełnej łóżek i dzieciaków. Nie chciał nikogo oglądać, na nikogo patrzeć ani z nikim rozmawiać. Zakopał się w ubraniu pod kocem i znów zaniósł się płaczem.
Z pierwszych dni niewiele pamięta, bo wciąż chował się i beczał. Z nikim nie rozmawiał ani na nikogo nie patrzył. Spał i płakał, budził się i płakał od nowa. Tu nikt go nie wyśmiewał ani się do niego nie wtrącał, bo każdy dzieciak pamiętał swoje początki w tym domu.
A to był zły, parszywy dom. Brzydki, z wieloosobowymi salami. Metalowe łóżka zasłane szarymi kocami i starymi, płaskimi poduszkami. Odrapane łazienki z liszajami zacieków, pleśni i odchodzącej farby. Gołe żarówki na korytarzach, z oślepiającym światłem. Chyba zapakowali do tego domu tyle dzieciaków, ile się tylko zmieściło, bo było ich z siedemdziesiąt. Były prawdziwe sieroty, biedaki, których rodziny zginęły na wojnie, i tacy jak on, którym rodzice się nie udali.
Dopiero po kilku dniach wyszedł na dłużej spod koca i zaczął rozpoznawać otoczenie. Obwąchiwał nowy teren jak szczeniak. Poznawał, kto jest kim, co wolno, a czego lepiej nie robić, bo można wpaść w tarapaty.
Był jeden plus tego miejsca. Nikt się tu nie wywyższał, wszyscy trzymali ze sobą sztamę, bo wszyscy mieli jednakową biedę. Innego wyjścia nie było, dość świata się przeciw nim sprzysięgło, żeby oni sami mieliby sobie jeszcze sprawiać przykrości.
Znacznie gorzej było w szkole, tam się z nich na okrągło wyśmiewali. Byli innymi, tymi z bidula, podrzutkami, śmieciami. Jak im w sierocińcu głowy na łyso ogolili za karę albo jak panowała wszawica, to dopiero w szkole mieli z nich ubaw. „Wyliniałe sieroty, łysole”, krzyczeli, biegając za nimi, dlatego trudno się dziwić, że małe pięści często szły w ruch. Jakoś musieli się bronić, tyle że potem taki „normalny”, z normalnego domu, szedł z rozbitą trąbą na skargę, rodzice dzwonili do dyrektora, a oni lądowali na dywaniku. Najgorsza kara czekała ich po powrocie do bidula, a kary były wyjątkowo dotkliwe, bo wychowawcy przypominali niewydarzonych rodziców. Pili, bili i lubili się znęcać. Pili prawie codziennie, jak zostawali na nocne dyżury, a bili wszystkich regularnie i za nic. Zupełnie jak w domu.

 
Kiedyś dostał najtęższe baty ze wszystkich, od największego łotra. W nocy obudził się, bo poczuł dym. Kolega na łóżku obok musiał kurzyć, źle zgasił peta i koc się zajął. Wszyscy wtedy palili, nauczyciele, pielęgniarki, nawet lekarz miał w gabinecie luksfera pełnego petów. I oni, małolaty, też palili, jak nikt ich nie widział. Tamtej feralnej nocy wpadł do ich sali wychowawca, wielki jak tur, były marynarz. Owłosiony jak małpa, cały w tatuażach, najgorsza menda i największy sadysta ze wszystkich. Nie pytał, kto palił, tylko spojrzał na Zdziśka, wyciągnął pasek ze spodni i go zlał. Ot tak, trafiło na niego, i tyle. Facet walił go pasem i metalową sprzączką na oślep tak długo, że poprzecinał mu ciało. Na drugi dzień musieli wezwać lekarza, bo chłopiec zataczał się, dostał dreszczy i wysokiej gorączki. Bali się, że może im wykitować, ale dzięki temu kilka dni później marynarza wywalili z roboty. Na zbity pysk. Powiedzieli, że za brak podejścia do dzieci. Wszyscy bardzo się wtedy ucieszyli, że fagas nie będzie się już nad dzieciakami pastwił.

 
Po tygodniach spędzonym w bidulu okrzepł, przywykł, łzy wyschły. Był już u siebie. Wiedział, gdzie i co można załatwić, z kim gadać i jak. Wiedział też, że nie ma wyjścia, trzeba przetrwać. Dostosował się i dopasował, i tak jak sobie obiecał, zwiewał, kiedy tylko się dało. Do Krakowa na ulicę, bo w domu nie chcieli go widzieć, i na wieś pod Kraków, do babci. Kochana babcia Wandzia, jedyna, co mu paczki słała, przyjeżdżała, jak mogła, i pyszne jedzenie przywoziła, nie takie gówno, jakie im tam dawali.
Babcia mieszkała w malowniczym miejscu, pięknej wsi, ze stadniną koni i ogromnym drewnianym krzyżem stojącym na wapiennej skale, widocznym z odległości kilku kilometrów. Domek babci Wandzi był niemal u stóp tego krzyża. Była świetną kucharką, o czym szybko przekonali się koledzy z bidula. Po pierwszej eskapadzie do niej i posiłku gościnnym wszyscy postanowili odwiedzać ją systematycznie, ze względu na niezwykłą pogodę ducha i równie niezwykłą kartoflankę. Tej kartoflanki nie dało się zapomnieć. Mimo że od samego Krakowa do babci był kawałek drogi, pokonywali ją, czym kto mógł; pociągiem na gapę, okazją, ale najczęściej rowerami składakami, które ledwo jeździły. Zresztą na tę jej zupkę leźliby nawet piechotą.
Kochał babcię, ale rozrabianie miał we krwi, dlatego wyciął jej dwa niezłe numery. Kiedyś latem dotarł do domku dziadków późno w nocy. Drzwi wejściowe były otwarte, bo nikt wtedy na wsi drzwi nie zamykał. Dziadzio sypiał w kuchni, gdzie miał swoje łoże, a babcia w sypialence. On po cichutku wlazł do środka i wpadł na diabelski pomysł. Wszedł do sypialni, wziął babunię lekką jak piórko na ręce i zaniósł do łóżka dziadka. Położył ją obok i przykrył ich kołdrą. Na drakę nie musiał długo czekać. Dziadek obudził się, zapalił światło i warknął:
– A co ty tu robisz, babka? Na starość wzięło cię na amory? Jazda do siebie!
A babcia na to ze złością:
– A niby skąd ja się tu wzięłam, stary pryku? Przecież sama bym do ciebie nie przyszła.
Po chwili oczywiście sprawa się wyjaśniła i dostał szmatą po łbie.
To był niewinny figiel, ale kolejny z jego pomysłów przebił wszystkie inne. Wychodek u dziadków był na zewnątrz, więc Zdzich wpadł na to, że urozmaici im kolejny dzień. Gwizdnął z kredensu paczkę drożdży, rozkruszył je i wrzucił do kibla, a potem grzecznie położył się spać. Rano obudził go rejwach w obejściu. Kiedy wyszedł z domu, zdębiał. Na podwórku było pełno ludzi i panował niebywały smród. Niektórzy sąsiedzi darli się jak opętani, że to pewnie kara boża, a tymczasem gówno wypływało każdą szparą, a nawet dachem sławojki. Syczało i bulgotało, ze środka wydobywały się wielkie, kolorowe bańki. W końcu mężczyźni przewrócili wychodek i zasypali go, ale jeszcze przez kilka dni ziemia w tym miejscu unosiła się i opadała. Nigdy nikomu nie przyznał się do tego psikusa.

 
Kiedyś zdarzyło mu się zwiać z ochronki i dotrzeć do domu, ale usłyszał od ojca, że ma wracać, że nic tu po nim, bo jego dom jest teraz w Tarnowie. Namówił wtedy Jędrka na wyprawę do babci. Pojechali do niej na rowerach, a babcia jak zwykle o nic nie pytała, tylko od razu posadziła ich przy stole. Po misce kartoflanki zjedli, knedlami się opchali, a potem z miejscowymi polatali po wsi. To były beztroskie chwile. Jędrek był trochę zazdrosny, kiedy przyjaciel opowiadał mu o Danku i Zydze, o tym, jakie numery razem kręcili, i zawsze musiał jakąś szpilę mu wsadzić.
– Ten twój nowy kumpel, Danek, to chyba frajer jakiś jest.
– Niby dlaczego?
– Sam mówiłeś, że na „damce” jeździ. Męskiego roweru nie ma?
– Nie ma. I nie mów o nim „frajer”, bo jak usłyszy, to od niego zarobisz, a większy jest od ciebie o głowę. A w ogóle o co ci chodzi? Zazdrosny o moich nowych kumpli jesteś?
– Głupiś. O chłopaków mam być zazdrosny?
Ale widać było, że Jędrkowi jest z nowymi kumplami Zdzicha nie po drodze, że uwiera go, że nie jest już tym pierwszym i jedynym przyjacielem.
– Z kimś muszę trzymać w bidulu, nie? Tam nie jest lekko i ciesz się, że to nie ciebie z domu zabrali. Zobaczyłbyś, jak tam jest wesoło.
– W moim domu też miodu nie ma, tylko ja sobie nowych kumpli nie szukam.
– Jędrek, dajże spokój, przecież kumplujemy się dalej, nie? Zamknij się wreszcie i chodźmy nad rzekę, lamusie.
Jędrek wrócił wtedy wieczorem do Krakowa, a on został u babci na kilka dni.

 
Babcia była przesłodką kobitką, przylepką kochaną. Gdzie rana, to ją przyłożyć i natychmiast by się zagoiła. Jasne, że czasem po łbie mu dała szmatą od garów, ale to tak bardziej w żartach. Pięknie kwiaty umiała rysować, nie tylko na kartkach, ale też na szkle. Rozdawała potem ludziom te swoje obrazki, chociaż śmiało mogłaby je sprzedawać. Kiedyś namalowała kilka obrazów z Matką Boską i ten największy, żeby szybko farby wyschły, powiesiła na drzwiach od sławojki, gdzie słońce operowało najmocniej. Rano wyjrzała przez kuchenne okno, a tam pod jej kibelkiem prawdziwa pielgrzymka. Kobiety ze wsi się zeszły, klęczały pod latryną i modliły się. Ileż ona musiała się potem z tej Matki Boskiej tłumaczyć, że ani to nie był żaden cud, ani też obraza dla obrazu.
Dziadek Wiesio był wysoki, przystojny i był urodzonym inteligentem. Bardzo ładnie mówił po polsku i zawsze powtarzał, że najlepiej mu się żyło w zaborze austriackim. Tego Zdzisio nie mógł pojąć, ale widocznie tamte czasy były lepsze dla ludzi. Może te zabory nie były złe, bo jak się Polacy wzięli do rządzenia, to – jak mówił mu dziadek – dopiero widać, jak to wygląda. Cytował mu Bismarcka: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. I miał rację.
Do dzisiaj to pamięta, bo był bardzo zaskoczony. Może starzy ludzie inaczej postrzegali rzeczywistość, niż potem to w książkach historycznych opisano. Dziś wydaje mu się, że dziadzio miał sporo racji. Sam wtedy utrzymywał liczną rodzinę, a teraz wcale nie wiadomo, czy liczna rodzina utrzymywałaby dziadzia.
Pracował jako zawiadowca na stacji, a w tamtych czasach to była intratna posada. Od czasu do czasu chodził w mundurze, a że miał ze trzy medale, to je czasami do munduru przypinał. Dziadziuś też był wspaniałym człowiekiem, ale chyba wszyscy ludzie tak mówią o swoich babciach czy dziadkach. Dziadkowie mają inną cierpliwość niż rodzice, inne spojrzenie na świat. Często bywa, że nie szanuje się mamy czy taty, a babcię i dziadka bardzo. Do dzisiaj nie może sobie wybaczyć, że czasem im dokuczał albo podprowadzał jakiś banknot.
Dziadek zawsze w niego wierzył. Oglądał jego rysunki i powtarzał:
– Zdzisiu, ty masz talent, żeby cię tylko coś złego nie poniosło, bo masz takie tendencje, żeby skręcać w lewo, dlatego wiem, że ty się urodziłeś do specjalnych zadań.
– Jakich, dziadku?
– Jak to: jakich? Złodziejskich. Jestem pewien, że zgnijesz w kryminale, gdy widzę te twoje wyczyny. – I zaśmiewał się.
Żartował, ale przecież go kochał. Poświęcał mu czas, zabierał go do pociągów, pokazywał te wszystkie nastawnie i lokomotywę parową. Objaśniał, jak to działa. On wtedy marzył, żeby zostać maszynistą, ale dziadek mu przyszłość wykrakał.
Dziadkowie byli bogobojni, drałowali półtora kilometra z górki do kościółka. Z powrotem, pod górę, było im ciężko wracać, ale i tak chodzili co niedzielę. Jak u nich bywał, to go też tam ciągnęli i oczywiście kazali się modlić. Urywał się stamtąd, kłamał, że był, tylko gdzieś z tyłu, za ludźmi, za co dostawał wciry od dziadka.
Babcia chętnie siadała z nim i pokazywała mu, jak na liściach róży krople rosy namalować, żeby wyglądały jak prawdziwe, jak cieniować kolory. Wieczorem rysowali razem, a ona opowiadała mu o wojnie, o okupacji, jak ciężko się wtedy żyło, jak głodowali i uciekali przez Niemcami. Głaskała go i tuliła do wykrochmalonego fartucha. On czasem się wzbraniał, bo nie pamiętał już, jak to jest tulić się do kogoś. Babci spracowane ręce były bardzo szorstkie, z takimi bruzdami jak na wyschniętym polu, spękanym bez deszczu. Ale jak miały być delikatne, skoro kontyngenty zboża musieli państwu oddawać, dziadek chorował już wtedy na płuca, bo palił jak komin, tylko leżał, kaszlał i sił już nie miał, więc babka sama w polu i przy zwierzętach robiła.
– Tak mi ciebie żal, dziecko kochane, ale powiedz, co ja mogę zrobić? Dać mi ciebie nie chcieli, choć prosiłam, bo podobno za stara już jestem. Mówili, że rady sobie nie dam. Tyle co paczkę ci wyślę czasem. Radzisz ty tam sobie jakoś? Ojciec odezwie się czasem?
– Daj spokój, babciu, duży już jestem, nie martw się. Ty mi lepiej powiedz, co ty dziś rano rwałaś za domem?
– A to tańcówki, czyli inaczej przydróżki, kochany, grzybki takie pyszne ci dzisiaj na obiad na masełku usmażę.
– A one na pewno dobre? Jesteś pewna, babciu, że jadalne?
– Zdzisiu, od dziecka je jem i jak widzisz, wciąż żywa jestem.
Nie bardzo jej wierzył, bo dziwne te grzyby były. Poczekał, aż babcia pierwsza zje, sam po kilku godzinach spróbował dopiero, ale od nich nie umarł. Babcia dużo o przyrodzie wiedziała, znała się na ziołach, grzybach, ciężkiej pracy i rysowaniu. Przez kilka dni odkarmiła go porządnie, ubranie mu pocerowała, uprała i wytuliła go za wszystkie czasy. Zawsze na noc pierzyną go porządnie okrywała. To było dla niego coś zupełnie nowego, bo nikt nigdy tak o niego nie dbał. Jak zaczął się już u niej zadomawiać, miejsce sobie jak kot mościć, wieczorem warkot usłyszał i prysnąć nie zdążył. Suka pod dom babci podjechała, szybko go znaleźli, zgarnęli i odwieźli do bidula, do Tarnowa. Jeszcze plaskacza w czoło dostał od milicjanta, że musieli się po niego fatygować. Pewnie ojciec doniósł na niego tym razem. Musiał się domyślać, że Zdzichu na ucieczce wylądował jak zawsze u babci.
Tak było w koło Macieju, że raz za razem wracała jego bidulowa codzienność.

 
I tam bywały lepsze chwile, kiedy wymyślali przeróżne zabawy. Bawili się scyzorykiem, rzucając na przykład z brody, z łokcia, z nosa i krzycząc: „Teraz śledź, kieliszek, szmergel”. Grali w klipę, podbijając dłuższym patykiem inny patyk. Dawało im to złudne poczucie chwilowej wolności. Zabawy pozwalały zamienić się choć na chwilę z dzieciaka z bidula w rycerza, żołnierza, mocarza. Kiedy znaleźli starą obręcz albo fajerkę, toczyli ją, obracając za pomocą drutu wygiętego w pałąk. Często biegali na bosaka, więc mieli pokaleczone stopy i połamane paznokcie, ale kto by na to zwracał uwagę, kiedy taka była frajda.
Jak udawało im się podprowadzić gdzieś albo wyżebrać w kuchni kawałek słoniny, kilka kromek albo ziemniaki, biegli nad rzekę i rozpalali ognisko. Nic nie smakowało lepiej od łupów upieczonych w żarze. To była prawdziwa uczta. Zaśmiewali się, opowiadali historie o duchach, dowcipy, układali zagadki.
– A znacie to:

Za górami, za lasami
jechał pociąg z wariatami,
a w ostatnim wagoniku
siedział Hitler na nocniku,
zbierał szmaty na armaty
i ogryzki na pociski.
Nie do rymu,
nie do taktu,
wsadź se palec
do kontaktu.

Ich śmiech niósł się daleko.
I każdy po kolei dorzucał rymowankę:

Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu,
przyszedł duch,
babę w brzuch,
baba w krzyk,
A duch znikł.

Przestawali się śmiać, dopiero jak ognisko dogasało i nadchodziła pora powrotu do bidula. Wlekli się noga za nogą, jakby nagle i w nich wszystkie płomienie zgasły.
– Chodźcie, bęcwały, bo znowu nas obiją. – Trącali się łokciami, popychali i zaganiali jeden drugiego do powrotu.

 
Pamięta dzień, kiedy do sierocińca przywieźli Freda. Grali akurat z Dankiem i Zygą w nogę na boisku, gdy ktoś wrzasnął:
– Suka podjechała, nowego jakiegoś przywieźli, chodźcie trutnia zobaczyć.
Stali i gapili się na niego z daleka. Patrzył na nowego, odbijał piłkę o ścianę i jakby widział siebie sprzed paru miesięcy. Ten mały to dopiero była bida z nędzą. Marne ubranie, głowa spuszczona, schowana w ramionach, zasmarkany, zaryczany, pysk obity.
Gdy go tu dostarczyli, inni gapili się na niego tak samo.
– Ciekawe, skąd go przywieźli, nie? – rzucił Danek i splunął. – Dobrze koleś nie wygląda.
– Podsłuchałem, jak gliny mówiły, że z Krakowa – wtrącił Zyga. – Na Kazimierzu mieszkał ponoć. To nasz ziomek, nie? I prawie twój sąsiad, jak z Kazimierza. Może go do naszej sali dadzą, co, Zdzichu? Koja się zwolniła po młodym obok ciebie, co go ciotka we wtorek do Bochni zabrała.
– Nie ma co go teraz zaczepiać, niech się dobrze wyśpi i wyryczy. Pogadamy z nim za kilka dni, jak przestanie. Chodźcie grać. Ja stoję na bramce. Rzucaj!
Patrząc na nowego, nie miał wtedy pojęcia, jak bliski mu będzie. Nie wiedział, że los połączy go z nim na długie lata, że będą razem nieźle broić, przeróżne numery wykręcać i za karę lądować na „Monte”.

 

 
Wesprzyj nas