Trzy kobiety – dziś anonimowe, choć ich mężczyźni zapisali się na kartach historii jako bohaterscy odkrywcy. Trzy żony, które przez lata wiernie i gorliwie broniły pamięci o mężach, mimo że same szybko odeszły w zapomnienie. Niewiele je łączyło, spotkały się ledwie kilka razy, ale to wspólne doświadczenie naznaczyło je na resztę życia.


Na początku XX wieku Antarktyda – nadal niezamieszkana i niezbadana – stanowiła dla odkrywców ostatnie wielkie wyzwanie. Na mapie świata była ogromną białą plamą, a jej tajemnice pobudzały wyobraźnię wielu ludzi. Robert Scott zebrał grupę śmiałków i na pokładzie statku Terra Nova wypłynęli w nieznane. Ich tragiczna wyprawa przeszła do historii.

“Wdowy Antarktydy” zaczynają się od jednego z najbardziej znanych obrazów w dziejach polarnictwa: śmierci Roberta Scotta. Jednak tam, gdzie inni autorzy się zatrzymali, Anne Fletcher podąża dalej. Nie ogranicza się do pokazania odwagi polarników i ich heroicznej porażki. Sprawdza, jaki wpływ wyprawa kierowana przez Scotta wywarła na kobiety i dzieci pozostawione przez zdeterminowanych odkrywców.

Odwołując się do niepublikowanych źródeł, w tym osobistych pamiętników i listów, Fletcher rzuca nowe światło na historię polarnictwa, pokazuje perspektywę tych, o których często się zapomina – rodzin zaginionych czy zmarłych podróżników. Jej książka to opowieść o marzeniach, odwadze, ideałach, poczuciu obowiązku i – a może przede wszystkim – o miłości.

Anne Fletcher – pisarka, historyczka i muzealniczka. Zanim zaczęła karierę pisarską, pracowała w muzeach przy najbardziej znanych zabytkach w Wielkiej Brytanii, takich jak pałac Buckingham, opactwo westminsterskie, katedra Świętego Pawła czy Tower Bridge.
Jej pierwsza książka From the Mill to Monte Carlo, wydana w 2018 roku, to historia jej praprapradziadka, Josepha Hobsona Jaggera, który zasłynął „rozbiciem banku w Monte Carlo”. Do spisania tej opowieści zainspirowały ją zdjęcie, krótka notatka w prasie i tekst pewnej znanej piosenki.

Anne Fletcher
Wdowy Antarktydy
Kobiety, których mężowie nie wrócili z ostatniej wyprawy Scotta
Przekład: Jan Dzierzgowski
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 23 sierpnia 2023
 
 


Uwagi na te­mat imion

Ro­bert Fal­con Scott kie­ro­wał dwiema bry­tyj­skimi wy­pra­wami na An­tark­tydę. Pierw­sza od­była się w la­tach 1901–1904 i okre­śla się ją mia­nem eks­pe­dy­cji Di­sco­very, od na­zwy statku, który do­star­czył uczest­ni­ków i ekwi­pu­nek na An­tark­tydę przez Nową Ze­lan­dię. Na drugą wy­prawę Scott i jego to­wa­rzy­sze po­pły­nęli bar­kiem Terra Nova. Rów­nież tym ra­zem na­zwa statku po­słu­żyła jako na­zwa przed­się­wzię­cia. Eks­pe­dy­cja Terra Nova od­była się w la­tach 1910–1913. Scott nie wró­cił, zgi­nął w 1912 roku.
Uczest­nicy eks­pe­dy­cji Terra Nova nada­wali so­bie na­wza­jem roz­ma­ite przy­domki. Ka­pi­tana Ro­berta Fal­cona Scotta na­zy­wano Wła­ści­cie­lem, dok­tor Edward Wil­son no­sił prze­zwi­sko Bill albo Wu­jek Bill, na pod­ofi­cera Ed­gara Evansa mó­wiono Wa­lij­czyk. Uzna­łam jed­nak, że pi­sząc o ca­łej trójce, po­win­nam uży­wać tych sa­mych przy­dom­ków lub zdrob­nień, któ­rymi zwra­cały się do nich żony – bo wła­śnie o żo­nach opo­wiada moja książka.
Ka­th­leen Scott zwra­cała się do męża Con, zdrab­nia­jąc w ten spo­sób jego dru­gie imię. Po­nie­waż jego na­zwi­sko jest sławne na ca­łym świe­cie, w kon­tek­ście wy­prawy oraz spraw i wy­da­rzeń pu­blicz­nych będę pi­sała „Scott”.
Oriana Wil­son mó­wiła do męża Ted i ja rów­nież tak będę o nim pi­sała. Za­ra­zem w li­stach do in­nych uczest­ni­ków eks­pe­dy­cji Terra Nova uży­wała jego przy­dom­ków z An­tark­tydy i pi­sała o nim Bill lub Wu­jek Bill. Po­dob­nie jak w przy­padku Scotta, we frag­men­tach do­ty­czą­cych wy­prawy będę uży­wała jego na­zwi­ska, głów­nie po to, by Ted nie my­lił się z Edwar­dem Evan­sem (póź­niej­szym ad­mi­ra­łem), na­zy­wa­nym przez to­wa­rzy­szy Ted­dym.
Nie za­cho­wały się li­sty Lois Evans do jej męża Ed­gara, nie wiemy za­tem, jak się do niego zwra­cała. Po­sta­no­wi­łam, że będę po pro­stu po­słu­gi­wała się jego imie­niem – rów­nież dla­tego, żeby nie my­lił się czy­tel­ni­kom z dru­gim Evan­sem uczest­ni­czą­cym w wy­pra­wie, czyli wspo­mnia­nym przed chwilą Ted­dym.

Wstęp

Pięt­na­ście ty­sięcy ki­lo­me­trów od domu, po­śród an­tark­tycz­nego pust­ko­wia, trzy mar­twe ciała spo­czy­wają w lo­dzie i będą w nim spo­czy­wały przez całą wiecz­ność. Ich gro­bem jest Lo­do­wiec Szel­fowy Rossa, leżą w na­mio­cie, w któ­rym umarli. To Ro­bert Fal­con Scott, Edward Wil­son i Henry Bo­wers, trzej ostatni uczest­nicy pię­cio­oso­bo­wej wy­prawy, która 17 stycz­nia 1912 roku do­tarła na bie­gun po­łu­dniowy tylko po to, by prze­ko­nać się, że Nor­we­go­wie pod do­wódz­twem Ro­alda Amund­sena uprze­dzili ich o mie­siąc. Cała piątka zmarła w dro­dze po­wrot­nej. Pierw­szy był Ed­gar Evans; jego ciało leży gdzieś u stóp Lo­dowca Be­ard­more’a. Mie­siąc póź­niej Law­rence Oates uznał, że z po­wodu cięż­kich od­mro­żeń nie da rady kon­ty­nu­ować mar­szu, wy­szedł więc z na­miotu w śnie­życę, oznaj­miw­szy to­wa­rzy­szom: „Wy­cho­dzę i może dłu­żej po­zo­stanę na dwo­rze”. Po­zo­stała trójka szła da­lej, aż wresz­cie roz­bili na­miot po raz ostatni, gdyż okrutna bu­rza śnieżna unie­moż­li­wiła im dal­szą wę­drówkę. Trwała dzie­więć dni, koń­czyły się pro­wiant, nafta i spi­ry­tus, a Scott, Wil­son i Bo­wers szy­ko­wali się na śmierć. 29 marca Scott spo­rzą­dził ostatni wpis w dzien­niku. Pod ko­niec my­śleli już tylko o naj­bliż­szych – a po­tem umarli i zy­skali nie­śmier­tel­ność. Na za­wsze za­pi­sali się w dzie­jach swo­jego kraju.
Gdy Orę­dzie do spo­łe­czeń­stwa Scotta uka­zało się dru­kiem, wy­wo­łało po­wszechną ża­łobę po­mie­szaną z dumą:
 
Nie ża­łuję tej wy­prawy, która udo­wod­niła, że An­glicy są zdolni do zno­sze­nia tru­dów, po­tra­fią po­ma­gać so­bie wza­jem­nie i spo­tkać śmierć z ta­kim sa­mym mę­stwem jak za­wsze w prze­szło­ści. […] Gdy­by­śmy po­zo­stali przy ży­ciu, usły­sze­li­by­ście opo­wieść o nie­ugię­to­ści, wy­trwa­ło­ści i od­wa­dze mych to­wa­rzy­szy, która wzru­szy­łaby serce każ­dego An­glika. Te pro­ste no­tatki i na­sze mar­twe ciała niech opo­wie­dzą na­sze dzieje[1].
 
He­ro­iczna po­rażka spra­wiła, że piątka po­lar­ni­ków zy­skała sławę, na za­wsze stali się dum­nym sym­bo­lem bry­tyj­skiej od­wagi, po­czu­cia obo­wiązku oraz de­ter­mi­na­cji, by nie skła­dać broni, na­wet je­śli wszystko sprzy­się­gło się prze­ciwko to­bie. Ga­zety, które za­le­d­wie dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej no­to­wały re­kor­dowe na­kłady dzięki ar­ty­ku­łom o ka­ta­stro­fie Ti­ta­nica, zwę­szyły ko­lejną oka­zję. Przez wiele ty­go­dni pi­sały o eks­pe­dy­cji Terra Nova, Scotta zaś i jego to­wa­rzy­szy uczy­niły mię­dzy­na­ro­do­wymi bo­ha­te­rami.
Ostat­nie słowa pię­ciu śmiał­ków uczest­ni­czą­cych w wy­pra­wie na bie­gun stały się po­cząt­kiem opo­wie­ści o po­świę­ce­niu i go­to­wo­ści do po­no­sze­nia ofiar, a więc o tym, co uwa­żano wów­czas za naj­waż­niej­sze bry­tyj­skie cnoty. Nie­spełna pół­tora roku póź­niej wy­bu­chła pierw­sza wojna świa­towa i ty­siące mło­dych męż­czyzn zgło­siło się do służby woj­sko­wej. Pod­nie­cała ich myśl, że będą mo­gli speł­nić swój obo­wią­zek, a może rów­nież od­dać ży­cie dla do­bra oj­czy­zny, tak samo jak Scott i jego dzielni kom­pani. Za le­gendą „Scotta na An­tark­ty­dzie” kryje się za­ra­zem opo­wieść o ro­dzi­nach mar­twych bo­ha­te­rów i o bo­le­snej stra­cie, z którą mu­siały się one upo­rać. Pod­czas gdy wszy­scy wkoło wy­sła­wiali od­wagę pię­ciu po­lar­ni­ków, ich bli­scy nie mo­gli uwol­nić się od strasz­li­wych my­śli o cier­pie­niach po­prze­dza­ją­cych śmierć po­śród śnie­gów: o zmę­cze­niu, hi­po­ter­mii, o tym, że człon­ko­wie wy­prawy umarli z głodu i pra­gnie­nia. Byli sy­nami, braćmi, przede wszyst­kim zaś mę­żami, dla­tego cenę za ich he­ro­izm za­pła­ciły rów­nież wdowy, któ­rych ży­cie le­gło w gru­zach. Scott i jego lu­dzie do­sko­nale zda­wali so­bie z tego sprawę. Przed­śmiertne li­sty za­adre­so­wali do swo­ich uko­cha­nych; ka­pi­tan w ostat­nim wpi­sie w dzien­niku za­wie­rzył na­ro­dowi los po­zo­sta­wio­nych ro­dzin, pi­sząc: „Na Boga, zaj­mij­cie się na­szymi bli­skimi”.
Trzech spo­śród pię­ciu uczest­ni­ków wy­prawy na bie­gun było żo­na­tych: Scott, Wil­son i Evans. Bo­wers i Oates mieli ko­cha­jące matki, które po ich śmierci po­grą­żyły się, rzecz ja­sna, w roz­pa­czy, nie da się jed­nak za­prze­czyć, że naj­więk­szych zmian do­świad­czyły Oriana Wil­son, Ka­th­leen Scott i Lois Evans, trzy ko­biety owdo­wiałe na po­czątku 1912 roku. Mu­siały do­żyć swo­ich dni bez uko­cha­nych, po­nadto na za­wsze zna­la­zły się w ich cie­niu. Spo­łe­czeń­stwo epoki edwar­diań­skiej ocze­ki­wało, że po­prze­staną na od­gry­wa­niu roli wier­nych żon. Było to trudne za­da­nie, o czym świad­czą po­zo­sta­wione przez nie li­sty i za­pi­ski. Ży­jący ów­cze­śnie lu­dzie pro­wa­dzili bo­gatą ko­re­spon­den­cję; do­ty­czyło to zwłasz­cza po­lar­ni­ków i ich ro­dzin, li­sty po­ma­gały bo­wiem ra­dzić so­bie z długą roz­łąką. Scott pi­sał wspa­niale. Jego styl jest eks­pre­syjny, pe­łen emo­cji. Ted Wil­son pi­sał bar­dzo dużo, miał swo­bodne pióro, po­dob­nie jak Ed­gar Evans, który chęt­nie spo­rzą­dzał barwne, fa­scy­nu­jące re­la­cje z po­dróży. Ich żony da­wały w li­stach wy­raz swoim na­mięt­no­ściom, wąt­pli­wo­ściom, lę­kom i nie­po­ko­jom. Nie­stety, nie wszyst­kie li­sty prze­trwały do na­szych cza­sów – nie­które za­gi­nęły, inne z ko­lei uznano za zbyt in­tymne i po­sta­no­wiono ni­komu ich nie udo­stęp­niać, jesz­cze inne prze­re­da­go­wano lub znisz­czono. Nie­kom­plet­ność i nie­do­stęp­ność owych ma­te­ria­łów, a także ogromne za­in­te­re­so­wa­nie, ja­kie bu­dzili zmarli po­lar­nicy, spra­wiały, że przez długi czas głów­nym źró­dłem in­for­ma­cji na te­mat Ka­th­leen, Oriany i Lois były li­sty i pa­mięt­niki ich mę­żów. A prze­cież wdowy ode­grały ogromną rolę za­równo w ich ży­ciu, jak i w opo­wie­ści o wy­pra­wie na An­tark­tydę.
Książka ta po­świę­cona jest za­tem trzem ko­bie­tom, które łą­czyło bar­dzo nie­wiele, z wy­jąt­kiem wspól­nej traumy. Przez kilka mie­sięcy w 1913 roku mu­siały od­by­wać pu­bliczną ża­łobę, pod­czas gdy cały świat czcił bo­ha­ter­stwo zmar­łych. Tamto wspólne do­świad­cze­nie na­zna­czyło je na resztę ży­cia. Spo­tkały się za­le­d­wie kilka razy – zresztą w in­nych oko­licz­no­ściach ich drogi za­pewne ni­gdy by się nie prze­cięły. Wier­nie i gor­li­wie bro­niły pa­mięci o mę­żach, same jed­nak nie za­znały wiel­kiej sławy. Opo­wiem tu hi­sto­rię za­po­mnia­nych żon, które swoją mi­ło­ścią i nie­stru­dzoną pracą przy­czy­niły się do na­ro­dzin jed­nej z naj­więk­szych le­gend w dzie­jach Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dzięki przy­wró­ce­niu pa­mięci o wdo­wach mo­żemy uj­rzeć ową le­gendę w in­nym świe­tle. Bę­dzie to więc hi­sto­ria o im­pe­rial­nych ma­rze­niach, mi­zo­gi­nii i uprze­dze­niach kla­so­wych, ale też o nie­praw­do­po­dob­nej od­wa­dze, ide­ałach, po­czu­ciu obo­wiązku – i, rzecz ja­sna, o mi­ło­ści.

Część pierw­sza
Żony

ORIANA

Zdać by się mo­gło, że Oria­nie Fanny So­uper od po­czątku pi­sane było mał­żeń­stwo z po­dróż­ni­kiem. Przy­szła na świat 19 wrze­śnia 1874 roku, co czy­niło ją ró­wie­śniczką Er­ne­sta Shac­kle­tona, który zor­ga­ni­zo­wał trzy bry­tyj­skie wy­prawy na An­tark­tydę, a także Ho­warda Car­tera, od­krywcy grobu Tu­tan­cha­mona i ukry­tych w nim skar­bów. Pięć mie­sięcy przed na­ro­dzi­nami Oriany do Wiel­kiej Bry­ta­nii spro­wa­dzono zwłoki mi­sjo­na­rza i po­dróż­nika Da­vida Li­ving­stone’a, by urzą­dzić mu uro­czy­sty po­grzeb w opac­twie west­min­ster­skim. Opo­wie­ści o jego wy­czy­nach w Afryce, znik­nię­ciu i śmierci za­pew­niły mu sta­tus bo­ha­tera na­ro­do­wego. Oriana nie szu­kała przy­gód. Męż­czy­zna, któ­rego po­sta­no­wiła po­ślu­bić, był le­ka­rzem, przy­rod­ni­kiem i nie­zwy­kle po­boż­nym chrze­ści­ja­ni­nem. Nie przy­pusz­czała, że za sprawą pod­stęp­nych sztu­czek losu ów nie­po­zorny czło­wiek wy­ru­szy pew­nego dnia na wy­prawę po­larną.
Po­cho­dziła z ro­dziny praw­ni­ków, le­ka­rzy, ar­ty­stów i du­chow­nych. Jej przod­ko­wie przy­kła­dali dużą wagę do etosu służby pu­blicz­nej. Dzia­dek, dok­tor Phi­lip Dot­tin So­uper, spę­dził wiele lat w Try­ni­da­dzie jako se­kre­tarz Rady Gu­ber­na­tora. Żył, jak przy­stało na czło­wieka pia­stu­ją­cego ta­kie sta­no­wi­sko – co ozna­czało mię­dzy in­nymi, że ku­pił so­bie nie­wol­nika[1]. W la­tach trzy­dzie­stych XIX wieku prze­niósł się na pe­wien czas do An­glii i pra­co­wał w nowo po­wsta­ją­cych kom­pa­niach ko­le­jo­wych, ka­rierę za­koń­czył zaś jako urzęd­nik na Mau­ri­tiu­sie. Szczę­śli­wie nie za­szko­dził mu skan­dal z udzia­łem jego ojca Wil­liama, ofi­cera ar­mii ska­za­nego za mor­der­stwo. 13 kwiet­nia 1814 roku Wil­liam za­bił in­nego woj­sko­wego w po­je­dynku. We­dług świad­ków nie­szczę­śnik strze­lił jako pierw­szy, ale chy­bił. Sę­dzia nie oka­zał Wil­lia­mowi li­to­ści, wy­rok miał bo­wiem po­dzia­łać od­stra­sza­jąco na in­nych ofi­ce­rów, sko­rych sta­wać do po­je­dyn­ków: w pro­ce­sie, który od­był się w Win­che­ste­rze, So­uper zo­stał ska­zany na śmierć[2]. Wy­zna­czono datę eg­ze­ku­cji, osta­tecz­nie jed­nak karę zła­go­dzono pod wpły­wem próśb to­wa­rzy­szy Wil­liama, któ­rzy przy­go­to­wali w tej spra­wie aż pięć pe­ty­cji.
Wśród przod­ków Oriany na­le­żą­cych do ro­dziny Re­ina­gle’ów nie bra­ko­wało uta­len­to­wa­nych twór­ców. Phi­lip Re­ina­gle był sław­nym ar­ty­stą, człon­kiem Kró­lew­skiej Aka­de­mii Sztuki. Po­ma­gał Al­la­nowi Ram­say­owi przy­go­to­wać ofi­cjalne por­trety króla Je­rzego III i kró­lo­wej Zo­fii Char­lotty; w póź­niej­szym okre­sie za­czął ma­lo­wać zwie­rzęta i pej­zaże. Jego żona Jane rów­nież była ar­tystką. Za­mi­ło­wa­nie do sztuki prze­ka­zali swoim dzie­wię­ciu cór­kom i dwóm sy­nom. Char­lotte, Oriana Geo­r­giana, Ma­ria, Jane i Har­riet zaj­mo­wały się ama­tor­sko dzia­łal­no­ścią ar­ty­styczną, ich prace po­ka­zy­wano na wy­sta­wach or­ga­ni­zo­wa­nych przez Kró­lew­ską Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych i In­sty­tut Bry­tyj­ski. Były ko­bie­tami, nie mo­gły więc na­le­żeć do żad­nego z tych ciał, za­szczytu tego do­stą­pił za to ich brat Ram­say Ri­chard Re­ina­gle, wy­brany do Aka­de­mii w 1823 roku. Imię nadano mu za­pewne na cześć men­tora jego ojca. Stu­dio­wał pod kie­run­kiem Phi­lipa i na­śla­do­wał jego styl; wy­spe­cja­li­zo­wał się w ma­lar­stwie pej­za­żo­wym. Jego ka­riera za­ła­mała się w 1848 roku, gdy z nie­zro­zu­mia­łych po­wo­dów prze­ka­zał na wy­stawę ob­raz in­nego ar­ty­sty, który ku­pił, nie­znacz­nie zre­tu­szo­wał, na­stęp­nie zaś pod­pi­sał wła­snym na­zwi­skiem. Oszu­stwo wy­szło na jaw, Ram­say zo­stał zmu­szony do wy­stą­pie­nia z Aka­de­mii. Umarł w ubó­stwie. Jego córka Oriana Jane Re­ina­gle w 1827 roku wy­szła za mąż za swo­jego ku­zyna Phi­lipa Dot­tina So­upera. Ich syn, wie­lebny Fran­cis Abra­ham So­uper, był oj­cem Oriany.
Fran­cis nie po­szedł w ślady dziadka Wil­liama i nie zo­stał woj­sko­wym, nie wdał się w ojca, gdyż nie zde­cy­do­wał się na ka­rierę urzęd­nika w ko­lo­niach, nie za­jął się też ma­lar­stwem, choć w jego ży­łach pły­nęła krew rodu Re­ina­gle’ów. Po­wo­ła­niem Fran­cisa było ka­płań­stwo i ucze­nie dzieci. Ukoń­czył Ko­le­gium św. Jana na Uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge i w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat przy­jął świę­ce­nia. Przez pe­wien czas pra­co­wał w Ko­le­gium Brad­field w Berk­shire, gdzie w dzie­ciń­stwie sam po­bie­rał na­uki, na­stęp­nie w 1871 roku prze­pro­wa­dził się do Szko­cji i przy­jął po­sadę w Ko­le­gium Gle­nal­mond w Perth[3]. Za­le­d­wie rok póź­niej wró­cił do An­glii, za­ofe­ro­wano mu bo­wiem sta­no­wi­sko dy­rek­tora Brad­field[4]. Była to pro­po­zy­cja nie do od­rzu­ce­nia, ozna­czała wielki awans i nieco bez­pie­czeń­stwa fi­nan­so­wego. Dzięki temu Fran­cis po­czuł się na tyle pew­nie, by do­ko­nać jesz­cze jed­nej, bo­daj istot­niej­szej zmiany w swoim ży­ciu: rok póź­niej po­ślu­bił Fanny Em­me­line Be­au­mont.
Po­cho­dziła z ro­dziny sza­no­wa­nych praw­ni­ków pra­cu­ją­cych w lon­dyń­skim City, któ­rzy przy­kła­dali ogromną wagę do roz­ma­itych re­guł i kon­we­nan­sów zwią­za­nych z po­ło­że­niem kla­so­wym. Ja­mes Be­au­mont, oj­ciec Fanny, był radcą praw­nym. Jego żona Eliza Char­lotte Fi­sher rów­nież wy­wo­dziła się z praw­ni­czej dy­na­stii. Po­ślu­biw­szy Ja­mesa w wieku szes­na­stu lat, za­miesz­kała ra­zem z nim w Hi­gh­gate, które było wów­czas wsią na pół­noc od Lon­dynu. Mieli re­zy­den­cję i czte­ro­oso­bową służbę: ku­cha­rza, nia­nię i dwie słu­żące[5]. Ze względu na za­wód Ja­mesa mo­gli ob­ra­cać się w pro­mi­nent­nych krę­gach. Fanny, matka Oriany, przy­szła na świat w 1848 roku. Miała ośmioro ro­dzeń­stwa, co naj­mniej trzech spo­śród jej braci zo­stało praw­ni­kami. Wil­liam Cop­pard i Edward Be­au­mon­to­wie do­stą­pili za­szczytu, który nie­gdyś spo­tkał ich ojca, za­pro­szono ich bo­wiem do pre­sti­żo­wego sto­wa­rzy­sze­nia praw­ni­czego Lin­coln’s Inn. Wil­liam po­wtó­rzył też inne osią­gnię­cie Ja­mesa, w 1863 roku otrzy­mał bo­wiem za­szczytny ty­tuł wol­nego oby­wa­tela City of Lon­don[6].
W la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX wieku ro­dzina prze­nio­sła się do po­łu­dnio­wego Lon­dynu, osta­tecz­nie zaś osia­dła w Arun­del Ho­use w wio­sce Lee w Kent. Dziś jest to część dziel­nicy Le­wi­sham, lecz w cza­sach Ja­mesa i Elizy znaj­do­wała się poza gra­ni­cami mia­sta. Kupcy i za­możne ro­dziny mo­ścili się tam w no­wych, oka­za­łych do­mach, ko­rzy­sta­jąc z bli­sko­ści Lon­dynu, a za­ra­zem roz­ko­szu­jąc się zde­cy­do­wa­nie czyst­szym po­wie­trzem i bar­dziej ma­low­ni­czym oto­cze­niem. Wła­śnie tam Fanny po­znała Fran­cisa So­upera. Po­brali się w sierp­niu 1873 roku: ona miała dwa­dzie­ścia cztery lata, on dwa­dzie­ścia osiem. Ślub od­był się w ko­ściele św. Mał­go­rzaty w Lee, pa­sto­rowi asy­sto­wał pro­boszcz i za­rządca Ko­le­gium Brad­field – szkoły, w któ­rej Fran­cis peł­nił funk­cję dy­rek­tora[7]. Po ce­re­mo­nii Fanny za­miesz­kała z mę­żem w Bed­ford­shire. Do­cze­kali się ośmiorga dzieci. Na­da­jąc im imiona, kie­ro­wali się pra­gnie­niem upa­mięt­nie­nia zna­ko­mi­tych przod­ków: przy­kła­dem choćby Ja­mes Fran­cis Dot­tin So­uper, Noel Be­au­mont So­uper i Edward Re­ina­gle So­uper. Jako pierw­sza na świat przy­szła córka, uro­dzona w Brad­field 19 wrze­śnia 1874 roku. Otrzy­mała imiona na cześć matki i babci: Oriana Fanny So­uper. Cze­kało ją ty­powe dzie­ciń­stwo dziew­czynki z za­moż­nej wik­to­riań­skiej ro­dziny. Przez pierw­sze trzy lata miesz­kała z ro­dzi­cami na te­re­nie szkoły, tam też uro­dził się brat Oriany, Ja­mes.
Ko­le­gium Brad­field zo­stało za­ło­żone przez wie­leb­nego Tho­masa Ste­vensa. To wła­śnie on mia­no­wał Fran­cisa dy­rek­to­rem; ską­d­inąd Fran­cis był pierw­szym ab­sol­wen­tem, który prze­jął rządy w szkole. Trwały one pięć lat i nie­stety oka­zały się nie­zbyt udane. Pra­cu­jąc w Gle­nal­mond, Fran­cis do­wie­dział się tego i owego na te­mat za­rzą­dza­nia pla­ców­kami edu­ka­cyj­nymi, miał też wła­sne, bar­dzo zde­cy­do­wane po­glądy w kwe­stii na­uki i wy­cho­wa­nia. Tym­cza­sem Ste­vens wy­brał Fran­cisa, bo li­czył na jego po­słu­szeń­stwo. Nic dziw­nego, że nie po­tra­fili się do­ga­dać. Po­stę­powe opi­nie dy­rek­tora bu­dziły kon­tro­wer­sje. Je­den ze współ­cze­snych opi­sy­wał go jako „przed­sta­wi­ciela jakże iry­tu­ją­cego ga­tunku lu­dzi uga­nia­ją­cych się za wszel­kimi no­win­kami”[8]. Do pro­ble­mów w ży­ciu za­wo­do­wym szybko do­łą­czyły kło­poty fi­nan­sowe. Szkoła nie była w sta­nie re­gu­lar­nie wy­pła­cać pra­cow­ni­kom pen­sji, przez co tra­ciła uzdol­nio­nych na­uczy­cieli. Ste­vens son­do­wał na­wet Fran­cisa, czy ten zgo­dziłby się na pewną zwłokę w wy­pła­cie[9]. Nie da się stwier­dzić, czy w in­nych oko­licz­no­ściach Fran­cis So­uper le­piej po­ra­dziłby so­bie na sta­no­wi­sku dy­rek­tora Ko­le­gium Brad­field – w każ­dym ra­zie opu­ścił szkołę roz­cza­ro­wany. W po­wszech­nym mnie­ma­niu po­niósł po­rażkę, mimo to nie za­mie­rzał się pod­da­wać. Prze­niósł się z ro­dziną na po­łu­dniowe wy­brzeże i pod­jął się no­wego przed­się­wzię­cia, które dało mu moż­li­wość wdro­że­nia w prak­tyce jego po­glą­dów na te­mat edu­ka­cji.
Wio­ska Me­ads le­żała w hrab­stwie East Sus­sex, nie­da­leko mo­rza i wa­pien­nych wzgórz So­uth Do­wns. Miesz­kańcy re­gionu zaj­mo­wali się głów­nie rol­nic­twem; oprócz tego za­trud­nie­nie znaj­do­wano w ko­pal­niach ka­mie­nia wa­pien­nego, który wy­do­by­wano, a na­stęp­nie wy­pa­lano w pie­cach, by uzy­skać wapno – wy­ko­rzy­sty­wane od cza­sów Rzy­mian do pro­duk­cji ce­mentu i po­bie­la­nia do­mów, a także do na­wo­że­nia pól. Ko­pal­nie i wa­pien­niki wy­róż­niały się po­śród tra­wia­stego kra­jo­brazu, dość ja­ło­wego za sprawą kre­do­wej gleby i sil­nych wia­trów. Jak okiem się­gnąć, czy to w stronę na­brzeż­nego mia­steczka East­bo­urne, czy po­tęż­nych kli­fów Be­achy Head, nie wi­działo się ani jed­nego drzewa.
Me­ads było ma­leńką wio­ską. Znaj­do­wały się w niej tylko dwa duże bu­dynki, w tym sa­na­to­rium pod we­zwa­niem Wszyst­kich Świę­tych; więk­szość do­mów sta­no­wiły chaty ry­ba­ków sku­pione wo­kół farmy Col­stocks. W 1877 roku Fran­cis So­uper spro­wa­dził tu Fanny oraz małą Orianę i Ja­mesa. Dwa­na­ście lat wcze­śniej farmę prze­kształ­cono w szkołę. Pod­czas gdy w East­bo­urne dzia­łało prze­szło sie­dem­dzie­siąt pla­có­wek edu­ka­cyj­nych, Me­ads mo­gło się po­chwa­lić tylko tą jedną[10].
Mała wiej­ska szkoła, którą Fran­cis prze­mia­no­wał póź­niej na szkołę św. An­drzeja, przez trzy­na­ście lat była do­mem Oriany. Fran­cis, jako wła­ści­ciel, mógł bez żad­nych prze­szkód wdra­żać tu swoją fi­lo­zo­fię. Miał li­be­ralne po­glądy, które zda­wały się wy­prze­dzać epokę. Nie zno­sił ucze­nia pod eg­za­miny, nie za­mie­rzał więc pod­po­rząd­ko­wy­wać ca­łego pro­cesu dy­dak­tycz­nego temu, by pod­opieczni zdo­łali do­stać się do szkół pry­wat­nych. Pod­kre­ślał zna­cze­nie świe­żego po­wie­trza i dba­nia o zdro­wie, mię­dzy in­nymi wła­śnie dla­tego tak chęt­nie zde­cy­do­wał się na pracę w Me­ads. Nie­wy­klu­czone, że ro­dzice uczniów rów­nież wy­bie­rali szkołę św. An­drzeja ze względu na zdrowy kli­mat, z ko­re­spon­den­cji Fran­cisa z ro­dzi­cami wy­nika bo­wiem, że wielu uczniów bo­ry­kało się z roz­ma­itymi do­le­gli­wo­ściami. Pla­cówka za­pew­niała na­ukę roz­ma­itych umie­jęt­no­ści, na przy­kład ry­sunku, śpiewu i ste­no­gra­fii. Dużo czasu po­świę­cano na za­ję­cia spor­towe. Na bo­isku tre­no­wano kry­kieta i piłkę nożną, chłop­ców za­bie­rano też na wę­drówki po wzgó­rzach So­uth Do­wns. Fran­cis uczył kilku przed­mio­tów. Sta­rał się za­pew­nić uczniom jak naj­wię­cej za­jęć, każdy dzień szkolny za­czy­nał się więc od pół­go­dzin­nej mo­dli­twy i ka­za­nia, koń­czył się zaś bar­dzo późno, cza­sem o go­dzi­nie dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści wie­czo­rem[11].
Od­ludna wio­ska Me­ads ze swoim ożyw­czym kli­ma­tem za­pew­niła Oria­nie fan­ta­styczne dzie­ciń­stwo. Dziew­czynka miała trzy lata, gdy się tam prze­pro­wa­dziła. Po­nie­waż oj­ciec ca­łymi dniami zaj­mo­wał się lek­cjami i spra­wami szkoły, Oriana spę­dzała więk­szość czasu w to­wa­rzy­stwie matki i młod­szego brata Ja­mesa. Czę­sto miała oka­zję wę­dro­wać po wzgó­rzach So­uth Do­wns, po­dzi­wiać wy­brzeża i po­bli­skie urwi­sko Be­achy Head, a także chło­nąć oży­wioną at­mos­ferę szkoły.
Skoro Fran­cis pia­sto­wał sta­no­wi­sko dy­rek­tora, ro­dzina cie­szyła się w oko­licy po­wa­ża­niem. Kiedy w 1889 roku księżna Al­bany przy­je­chała do East­bo­urne, by po­ło­żyć ka­mień wę­gielny pod bu­dowę szpi­tala, Fran­cis zo­stał za­pro­szony na uro­czy­stość. W tym sa­mym roku wraz z in­nymi dy­gni­ta­rzami wziął udział w ban­kie­cie wy­da­nym przez bur­mi­strza[12]. Jako czło­nek Par­tii Li­be­ral­nej an­ga­żo­wał się w lo­kalną po­li­tykę, czę­sto wy­po­wia­dał się na ła­mach miej­sco­wej prasy, przede wszyst­kim w kwe­stiach do­ty­czą­cych wiary. Chęt­nie po­wta­rzał czy­tel­ni­kom swój ulu­biony re­fren: trunki niosą zgubę. Ze względu na sta­tus spo­łeczny ro­dziny Oriana mu­siała speł­niać ocze­ki­wa­nia ty­powe dla mło­dych pa­nien w epoce wik­to­riań­skiej. Szyła, za­wsze dbała o od­po­wiedni strój, uczyła się gry na for­te­pia­nie. Mu­zyka była dla Fran­cisa nie­zwy­kle ważna. Każdy chło­piec w szkole św. An­drzeja mu­siał opa­no­wać for­te­pian, a szkolny chór czę­sto śpie­wał pod­czas na­bo­żeństw w miej­sco­wym ko­ściele[13]. Oriana grała prze­pięk­nie; mu­zyka przez całe ży­cie spra­wiała jej ogromną przy­jem­ność. Dziew­częta z jej klasy spo­łecz­nej wy­sy­łano w tam­tych cza­sach do szkół z in­ter­na­tem lub – je­śli ro­dzi­nie bra­ko­wało pie­nię­dzy – na pen­sję, lecz Oriana uczyła się w domu. Fran­cis pod­kre­ślał, że edu­ka­cja dziecka musi mieć ca­ło­ściowy cha­rak­ter, i z pew­no­ścią za­sto­so­wał to po­dej­ście rów­nież w przy­padku córki. Przez całe ży­cie ce­cho­wały ją silna wiara, su­mien­ność, obo­wiąz­ko­wość, go­to­wość do bra­nia na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści. Wszystko to nie­wąt­pli­wie za­wdzię­czała ro­dzi­com – bo­daj tak samo jak pra­gnie­nie nie­za­leż­no­ści.
Krótko po prze­pro­wadzce do Me­ads Fanny uro­dziła trze­cie dziecko, No­ela Be­au­monta. Dwa lata póź­niej na świat przy­szła Con­stance Mary. Piąty po­to­mek, Qu­in­tus Me­ads, uro­dził się w 1881 roku, nie­długo po­tem do ro­dziny do­łą­czyli Wo­od­ford No­well i Edward Re­ina­gle So­uper. Wkrótce jed­nak wy­da­rzyła się tra­ge­dia. Wio­sną 1888 roku Fanny była w ósmej ciąży. Cze­kała na roz­wią­za­nie w domu, w któ­rym uro­dziła już pię­cioro dzieci, i za­pewne li­czyła, że i tym ra­zem obej­dzie się bez kom­pli­ka­cji, lecz w wik­to­riań­skiej An­glii po­ród za­wsze wią­zał się z nie­bez­pie­czeń­stwami. Fanny umarła 2 kwiet­nia 1888 roku, krótko po wy­da­niu na świat ósmego dziecka. Miała za­le­d­wie trzy­dzie­ści dzie­więć lat.
Za­le­d­wie kilka ty­go­dni póź­niej, za­nim So­upe­ro­wie zdą­żyli po­go­dzić się ze stratą, ży­cie za­dało im ko­lejny cios. Ja­mes, je­de­na­sto­letni brat Oriany, wy­brał się z dwójką młod­szego ro­dzeń­stwa nad po­bli­skie urwi­sko w Ho­ly­well, by na­zbie­rać po­lnych kwia­tów. O tym, co się tam wy­da­rzyło, pi­sały ga­zety w ca­łym kraju:
 
[Ja­mes] spadł z urwi­ska na plażę, ru­nął pięć­dzie­siąt stóp w dół. Brat i sio­stra krzy­kiem spro­wa­dzili po­moc, na­tych­miast ścią­gnięto le­ka­rza, oka­zało się jed­nak, że ma­lec ma pęk­niętą czaszkę. Biedny chło­piec zmarł nie­spełna go­dzinę póź­niej. Całe mia­sto łą­czy się w bólu z p. So­upe­rem, który owdo­wiał le­d­wie cztery ty­go­dnie temu[14].
 
Trudno wy­obra­zić so­bie tak strasz­liwą traumę. So­upe­ro­wie w krót­kim cza­sie stra­cili dwoje człon­ków ro­dziny. Wy­da­rze­nia te nie­wąt­pli­wie od­biły się na Fran­ci­sie, gdyż od­tąd mniej przy­kła­dał się do obo­wiąz­ków dy­rek­tor­skich, a zwłasz­cza do spraw fi­nan­so­wych. Szkoła św. An­drzeja za­częła pod­upa­dać. Utrzy­ma­nie od­po­wied­niej liczby uczniów – a za­tem i przy­cho­dów – już od dłuż­szego czasu sta­no­wiło pro­blem. W 1880 roku Fran­cis miał trzy­dzie­stu pod­opiecz­nych, sześć lat póź­niej dwu­dzie­stu, a w roku 1890 za­le­d­wie dwu­na­stu, to­też przy­szłość pla­cówki stała pod zna­kiem za­py­ta­nia. Jed­nym z roz­wią­zań była ela­styczna po­li­tyka w kwe­stii wieku uczniów, o któ­rej wia­domo choćby z li­stu wy­sła­nego przez Fran­cisa do jed­nego z ro­dzi­ców w 1886 roku:
 
Zro­zu­mie Pan z pew­no­ścią, że nie mogę dłu­żej trzy­mać Er­ne­sta, skoro skoń­czył już sie­dem­na­ście lat – ofi­cjal­nie wszak za­da­niem mo­jej szkoły jest przy­go­to­wy­wa­nie do ko­lej­nego etapu na­uki. Nikt nie uwie­rzy w ba­jeczki, że syn Pana po­maga w ucze­niu młod­szych dzieci[15].
 
Po śmierci Fanny i Ja­mesa sy­tu­acja fi­nan­sowa pla­cówki jesz­cze bar­dziej się po­gor­szyła. Ża­łoba, a także ko­niecz­ność go­dze­nia pracy z zaj­mo­wa­niem się dziećmi oka­zały się zbyt przy­tła­cza­jące, to­też w 1890 roku Fran­cis mu­siał sprze­dać szkołę. Miał do­piero czter­dzie­ści sześć lat, przy­szło mu jed­nak za­koń­czyć ka­rierę na­uczy­ciel­ską, mało lu­kra­tywną i pełną roz­cza­ro­wań.
Oriana miała trzy­na­ście lat, kiedy stra­ciła matkę i brata. Jako naj­star­sza córka prze­jęła wiele obo­wiąz­ków Fanny. Opie­ko­wała się młod­szym ro­dzeń­stwem, pod­czas gdy oj­ciec pró­bo­wał ra­to­wać szkołę. Okres ten trwał trzy lata, do­póki w 1891 roku Fran­cis po­now­nie się nie oże­nił. Wraz z dziećmi i nową żoną, Hen­riettą, kil­ka­krot­nie prze­pro­wa­dzał się za pracą. Ro­dzina cztery lata miesz­kała w De­von, gdzie Fran­cis był ka­pe­la­nem i se­kre­ta­rzem Domu dla Sie­rot po Bry­tyj­skich Ma­ry­na­rzach w Bri­xham. Póź­niej przy­szło jej prze­nieść się do Hamp­shire i Dor­set. Fran­cis pia­sto­wał tam różne sta­no­wi­ska ko­ścielne. Oriana wier­nie mu to­wa­rzy­szyła[16].
Tra­ge­die, które prze­żyła w dzie­ciń­stwie, przy­czy­niły się do ukształ­to­wa­nia jej cha­rak­teru. Bar­dzo wcze­śnie przy­jęła rolę opie­kunki i po­moc­nicy, zna­la­zła też w so­bie siłę i od­por­ność na wy­roki losu, z czego przy­szło jej ko­rzy­stać przez resztę ży­cia.

 
Wesprzyj nas