W lesie zostaje znaleziona powieszona starsza kobieta. Komisarz policji Paula Pihlaja dowiaduje się, że kobieta była chora na nieuleczalny nowotwór i niemal całkowicie uprzątnęła swoje mieszkanie, wiedząc, że wkrótce umrze…


Jej śmierć uważana jest za samobójstwo, ale Pauli taka wersja zdarzeń nie satysfakcjonuje. Coś się nie zgadza na tym obrazku.

Następnie na placu zabaw zostaje znaleziony powieszony słynny alpinista. Na miejscu Paula zauważa piasek, który jest zbyt drobny, by mógł być naturalny – taki sam rodzaj był w lesie.

Komisarz zdaje sobie sprawę, że ofiary zostały zmuszone do balansowania na huśtawce przed śmiercią, walcząc o życie.

Paula Pihlaja ledwie rozpoczęła śledztwo, gdy pojawia się trzecie ciało – nastolatek powieszony na innym placu zabaw.

Na wolności przebywa seryjny morderca…

A.M. Ollikainen to pseudonim małżeństwa i duetu autorskiego Aki i Milli Ollikainenów. Aki opublikował trzy powieści i zdobył Helsingin Sanomat Literature Prize. Był też nominowany do Man Booker Prize i Prix Femina. Milla opublikowała trzy powieści kryminalne i zdobyła nagrodę Like Publishing oraz nagrodę w konkursie literackim Fińskiego Towarzystwa Detektywistycznego.
Huśtawka to ich druga wspólna powieść. Pierwsza pt. Kontener ukazała się nakładem wydawnictwa Czarna Owca w 2022 roku.

A.M. Ollikainen
Huśtawka
Przekład: Bożena Kojro
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 26 lipca 2023
 
 

PROLOG

Jeżeli dotrą na szczyt, to ich szansa na powrót będzie jesz­cze mniej­sza. Wie­dzieli o tym, gdy zaczy­nali wspi­naczkę.
Jed­nak teraz wcale o tym nie myślą. Ta wia­do­mość pływa gdzieś głę­boko na obrze­żach umy­słu, gdy ich pię­cio­oso­bowa grupa wcho­dzi po wąskim grzbie­cie w górach Kara­ko­rum, zmie­rza­jąc w stronę Broad Peak wzno­szą­cego się na wyso­kość ponad ośmiu kilo­me­trów.
Widzą ogromny stru­mień lodowy, a za nim rysu­jącą się górę K2 o ostrych zbo­czach, jesz­cze wyż­szą niż Broad Peak. Idący na prze­dzie męż­czy­zna wspiął się tam już raz, podob­nie jak trzy­ma­jący się na końcu Ame­ry­ka­nin.
Naj­nie­bez­piecz­niej­szy ze wszyst­kich masyw gór­ski Anna­purna bie­rze sobie za ofiarę co trze­cią osobę wcho­dzącą na jej wierz­cho­łek. Ale K2 w Kara­ko­rum jest jesz­cze bar­dziej pod­stępna i okrutna. Czę­sto pozwala się zdo­być i każe sobie pła­cić dopiero przy scho­dze­niu. Tych dwóch odważ­nych zeszło z niej, zacho­wu­jąc życie.
Niebo jest ciem­no­nie­bie­skie, bez­chmurne. Świa­tło i cień bawią się ze sobą, rysu­jąc ostre kra­wę­dzie skał. Wtem w kra­jo­bra­zie poja­wia się mały czer­wony punkt, kro­pla krwi na mlecz­no­bia­łej skó­rze Kró­lewny Śnieżki.
Opada powoli, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie śladu, jakby spły­wała po wodo­od­por­nej tka­ni­nie.
Jeden z człon­ków grupy zauważa to, stuka idą­cego przed nim w plecy i poka­zuje. Wtedy kro­pla krwi zastyga.
W odle­gło­ści kilku godzin drogi idzie przed nimi grupa Kana­dyj­czy­ków. Osoba w czer­wo­nej kurtce pew­nie do niej należy. Z jakie­goś powodu musiała zawró­cić, pod­czas gdy pozo­stali kon­ty­nu­ują wspi­naczkę. Kana­dyj­czycy są z pew­no­ścią daleko w stre­fie śmierci, pra­wie na szczy­cie.
Kro­pla utrzy­muje się cały czas w zasięgu wzroku i po pół­go­dzi­nie nabiera wyraź­niej­szego kształtu czło­wieka. Ubrany w czer­woną kurtkę scho­dzący klę­czy przy dro­dze, jakby medy­to­wał, patrząc na dach świata. Pod­niósł rękę, w któ­rej ści­ska cze­kan.
Może chce wspiąć się do nieba.
Męż­czy­zna, który pierw­szy dociera do medy­tu­ją­cej osoby, pochyla się nad nią. To dość młoda kobieta. Męż­czy­zna roz­po­znaje u niej objawy hipo­ter­mii. Zatrzy­mała się, zaczęła roz­bie­rać, roz­pięła kurtkę i ścią­gnęła czapkę. Pola­ry­za­cyjne oku­lary prze­ciw­sło­neczne spa­dły na zie­mię, gdy zdjęła ocie­placz na szyję. W kąciku jej ust nagro­ma­dziła się krwi­sta ślina. Cho­roba wyso­ko­ściowa, to dla­tego musiała zawró­cić przed osią­gnię­ciem szczytu.
Męż­czy­zna zdej­muje na chwilę z oczu oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Dotyka lekko szyi klę­czą­cej, wydaje mu się zimna. Wtedy kobieta robi zamach. Może to reak­cja obronna spo­wo­do­wana oszo­ło­mie­niem albo bez­wolny odruch. Ude­rze­nie nie jest mocne, jeśli w ogóle można je nazwać ude­rze­niem. Ręka po pro­stu opada, ale cze­kan robi długą ranę na twa­rzy męż­czy­zny.
Ten prze­klina w swoim języku: „Cho­lera!”.
Instynk­tow­nie chwyta kobietę za szyję.
Ści­ska ją przez chwilę obu­rącz ogar­nięty furią.
Trójka jego towa­rzy­szy, dwóch męż­czyzn i kobieta, pró­bują go powstrzy­mać. Łapią go za ręce i barki, ale nie mogą go od niej ode­rwać. Wszy­scy czworo widzą swoje odbi­cia w oku umie­ra­ją­cej kobiety, brą­zową tęczówkę ota­cza czer­wony krąg wybro­czyn. Wygląda niczym korona pod­czas cał­ko­wi­tego zaćmie­nia słońca.
W końcu furia opusz­cza ran­nego męż­czy­znę, który poluź­nia uścisk. Kana­dyjka w czer­wo­nej kurtce pada czo­łem na śnieg i zostaje w pozy­cji modli­tew­nej, kła­nia­jąc się okrut­nemu bogu Kara­ko­rum.
Piąty czło­nek grupy, obser­wu­jący sytu­ację z boku Ame­ry­ka­nin, wyciąga pod­ręczną apteczkę.
Razem z kobietą nale­żącą do ich grupy ogląda ranę na twa­rzy męż­czy­zny.

– It’s not so bad –stwier­dza i nakleja pla­ster na roz­cięte miej­sce.
Przy­po­mina towa­rzy­szom, że i tak nic nie mogliby zro­bić dla Kana­dyjki. Musie­liby ją pozo­sta­wić na śmierć.
– Wiem – odpo­wiada po angiel­sku ranny męż­czy­zna.
– Chyba stało się lepiej – mówi Ame­ry­ka­nin.
– Zapo­mnijmy o tym – radzi kobieta ran­nemu męż­czyź­nie. – Nie mówmy o tym wię­cej.
– Ni­gdy – szep­cze ten po fiń­sku.
Zakłada z powro­tem podane mu przez kobietę oku­lary.
Ostatni z grupy męż­czy­zna na­dal stoi przy pochy­lo­nej jak do modli­twy mar­twej Kana­dyjce. Pod­nosi ją na chwilę do pozy­cji klę­czą­cej, zasuwa zamek kurtki, tak aby nie było widać śla­dów na szyi.
W otwarte oczy kobiety wta­pia się pustka gór­skich szczy­tów.
Męż­czy­zna opusz­cza ciało do pozy­cji modli­tew­nej, zakłada tro­skli­wie oko­lony futrem kap­tur na głowę. Usta­wia cze­kan przed zmarłą niczym dar ofiarny.
Kobieta zostaje tak, może na wieczne czasy. Kana­dyj­czycy nie zabiorą towa­rzyszki ze sobą pod­czas scho­dze­nia. Będzie dobrze, jeżeli dotrą na dół żywi.
Pię­cio­oso­bowa grupa kon­ty­nu­uje wspi­naczkę. Po godzi­nie docie­rają do strefy śmierci, która tam­tego dnia kąpie się w ostrym słońcu.
Wresz­cie stają na szczy­cie. Ranny wyciąga apa­rat foto­gra­ficzny i robi Ame­ry­ka­ni­nowi zdję­cie z gwiaź­dzi­stą flagą, ten następ­nie przej­muje apa­rat, a pozo­stali usta­wiają się do foto­gra­fii, począt­kowo w parach. Trzy­mają mię­dzy sobą flagę w bar­wach kra­jo­brazu roz­cią­ga­ją­cego się ze szczytu góry. Ciem­no­nie­bie­ski jak niebo krzyż na śnież­no­bia­łym tle. Te kolory na dachu świata są kolo­rami ich rodzin­nego kraju, cho­ciaż tam góry przy­po­mi­nają marne wypustki i wła­ści­wie nie są górami.
Zaraz zacznie się naj­trud­niej­sza i naj­nie­bez­piecz­niej­sza część podróży, wędrówka w dół. Jesz­cze raz wodzą wzro­kiem po szczy­tach Kara­ko­rum.
Jedno z nich nie może prze­stać myśleć o szkla­nych oczach, o odbi­ja­ją­cej się w nich wszech­moc­nej pustce.
Ukry­tym we wzroku cie­niu, który zaćmił słońce.
Nad­cho­dzi czas, by wyru­szyć na dół, w ponure cie­nie gór.

KWIECIEŃ

1

Paula leżała na pod­ło­dze w kuchni na brzu­chu z nosem przy­tknię­tym do baweł­nia­nego dywanu w nie­bie­sko-czarne pasy, z któ­rego uno­siła się woń kurzu i brudu.
Dostała go w pre­zen­cie od babci, gdy po skoń­cze­niu liceum wypro­wa­dziła się z domu. Towa­rzy­szył jej przez dwa­dzie­ścia lat w kolejno wynaj­mo­wa­nych pomiesz­cze­niach. Okry­wał pod­łogę w aka­de­mi­kach, kawa­ler­kach śród­mie­ścia, w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu sze­re­gowca we wschod­niej dziel­nicy Hel­si­nek i długo w pew­nym nowym trzy­po­ko­jo­wym lokalu na przy­jem­nym i spo­koj­nym osie­dlu w tych cza­sach, kiedy wyobra­żała sobie, że może żyć z kimś w związku i zało­żyć rodzinę.
Gdy wyjeż­dżała stam­tąd, jej rze­czy zmie­ściły się tylko do jed­nej cię­ża­rówki.
Już raz odwró­ciła dywan na drugą stronę. Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio go prała. Obie­cała sobie, że zrobi to natych­miast, gdy tylko pogoda się poprawi i otwo­rzą pomo­sty do pra­nia. Albo nie, zawie­zie go do pralni. Od razu, jutro.
Głos Renka docho­dził głu­chym dźwię­kiem z tele­fonu, który wypadł jej z ręki pod stół. Kolega widocz­nie coś powta­rzał, nawo­ły­wał: „Hu, hu, sły­szysz? Hu, hu, sły­szysz?”. W każ­dym razie tak to brzmiało, a ona wyobra­ziła sobie, jak on głu­pio musi teraz wyglą­dać, ukła­da­jąc wargi do pohu­ki­wa­nia. Mil­czała i poru­szała pal­cami pra­wej nogi. Potem odwró­ciła ostroż­nie głowę. Z tele­fonu pod sto­łem na­dal roz­cho­dziły się dźwięki.
Cho­lera, Renko, daj sobie spo­kój, pomy­ślała. Zamru­gała oczami, żeby zebrana w nich wil­goć znik­nęła, zanim zamieni się w łzy. Płacz nie był jej teraz wcale potrzebny. Unio­sła się do pozy­cji na czwo­ra­kach. Nogi znów wyda­wały się cał­kiem zwy­czajne, zna­jome, wła­sne, takie, do któ­rych można mieć zaufa­nie. Chwy­ciła tele­fon. Usły­szała ponow­nie przy­tłu­miony głos Renka, jakby roz­ma­wiał z kimś z oży­wie­niem i trzy­mał komórkę przy uchu, na wypa­dek gdyby się ode­zwała. Paula roz­łą­czyła się, wyłą­czyła apa­rat i wresz­cie odwa­żyła się ode­tchnąć głę­boko i gło­śno.
Zaraz musi oddzwo­nić. Renko nie prze­szka­dzałby jej w wolny dzień z powodu bła­hostki.
Dołą­czył do jej zespołu jesie­nią zeszłego roku. Paula popro­siła o to szefa, który na jej życze­nie zacho­wał do wła­snej wia­do­mo­ści fakt, że to ona wystą­piła o prze­nie­sie­nie Renka. Śled­czy nie potrze­bo­wał dodat­ko­wego powodu do dumy, żeby wzmoc­nić poczu­cie wła­snej war­to­ści. Wprost prze­ciw­nie. Facet taki jak on zaczy­nał popeł­niać błędy, jeżeli był za bar­dzo zadu­fany. Latem ubie­głego roku tak się wła­śnie stało. Led­wie ura­to­wał się przed uto­nię­ciem, kiedy przez wła­sną głu­potę został zamknięty w kon­te­ne­rze.
Wstała i nalała wody do szklanki. Od dziecka tak reago­wała na wszel­kie nie­przy­jemne sprawy. Przy­czyną tego był ojciec, który pro­po­no­wał wodę jako lekar­stwo na wszyst­kie moż­liwe pro­blemy. Brzuch cię boli? Napij się wody. Boli cię głowa? Napij się wody. Mar­twisz się? Napij się wody. Wyni­kało to praw­do­po­dob­nie z jego bez­rad­no­ści. Po śmierci żony został sam z dwoj­giem małych dzieci i był cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany do zadań wycho­waw­czych. Dokład­nie tych słów uży­wał póź­niej w prze­pra­sza­ją­cym kon­tek­ście po kilku szkla­necz­kach whi­sky: „cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany do zadań wycho­waw­czych”.
To nic, powie­działa wtedy Paula, cho­ciaż myślała ina­czej. Ow­szem, to było coś, i to jesz­cze jak.
Wypiła połowę zawar­to­ści szklanki, prze­cią­gnęła się i unio­sła ramiona. Mię­dzy czub­kami pal­ców a sufi­tem pozo­stało dzie­sięć cen­ty­me­trów. Opu­ściła powoli ręce i zła­pała się za kostki. Mię­śnie wyda­wały się sztywne, czuła napię­cie, zwłasz­cza w pra­wej sto­pie, i przez chwilę oba­wiała się, że znów upad­nie.
Atak, czy cokol­wiek to było, jed­nak minął. Tym razem.
Włą­czyła tele­fon i wybrała ostatni przy­cho­dzący numer.
– Cześć – powi­tał ją Renko. – Masz zepsutą komórkę?
– A ty? – spy­tała szybko. – Sły­sza­łam, że coś mówisz, ale chyba mnie nie sły­sza­łeś.
– Doszedł do mnie jakiś dziwny stu­kot, a potem już nic. Przed chwilą pró­bo­wa­łem znów zadzwo­nić, ale włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka.
Paula, odbie­ra­jąc wcze­śniej tele­fon, wstała od stołu i nagle zna­la­zła się na pod­ło­dze. Stu­kot spo­wo­do­wało na pewno krze­sło, które się przy tym wywró­ciło.
– Może na liniach są jakieś zakłó­ce­nia – powie­działa i przy­po­mniała sobie, że prze­cież nie ma żad­nych linii tele­fo­nicz­nych, tylko sygnały bie­gnące w powie­trzu. Renko nie zwró­cił jed­nak na to uwagi, tylko na szczę­ście prze­szedł do sprawy.
– Mamy tutaj podej­rzane zwłoki, to zna­czy zgon. Pomy­śla­łem, że chcesz je obej­rzeć na świeżo. Cho­ciaż w zasa­dzie nie są świeże, bo wisiały w lesie co naj­mniej przez noc. Tak bym powie­dział, ale oczy­wi­ście nie jestem pato­lo­giem. On jesz­cze nie przy­je­chał na miej­sce, a my jeste­śmy tu z Karhu pra­wie godzinę. Jesz­cze nie zostały ścią­gnięte.
– Co?
– Tak, sto­imy co naj­mniej od pół godziny i jest dość zimno, wieje od morza. W powie­trzu nie czuć za bar­dzo wio­sny. Widzia­łem po dro­dze dwie przy­laszczki, i nie mam na myśli tych poli­cjan­tów, któ­rzy poja­wili się jako pierwsi na m…
– Co nie zostało ścią­gnięte? – prze­rwała mu Paula.
– Co? No oczy­wi­ście zwłoki. Na ratu­nek było za późno. Ratow­nicy przy­je­chali i stwier­dzili, że nic nie da się zro­bić. Pomy­śla­łem, że zechcesz je obej­rzeć tu, na miej­scu.
– Ktoś się powie­sił w lesie. To prze­cież samo­bój­stwo – powie­działa tro­chę poiry­to­wana. Czy Renko naprawdę dzwo­nił tylko z powodu samo­bój­stwa?
– Pozor­nie tak to wygląda. Jest w tym jed­nak coś dziw­nego – oświad­czył poli­cjant.
– Instynkt ci to pod­po­wiada?
Renko się roze­śmiał. Znał Paulę na tyle dobrze, żeby wyło­wić iro­nię w jej gło­sie. Odchrząk­nął i zro­bił małą prze­rwę, a ona w ocze­ki­wa­niu na jej zakoń­cze­nie pode­szła przed lustro w przed­po­koju, żeby spraw­dzić, czy upa­dek zosta­wił na niej jakieś ślady.
– To stara kobieta – poin­for­mo­wał w końcu kolega.
Paula ujrzała w lustrze swoje nagłe zdzi­wie­nie.
– Jak stara? – spy­tała z zain­te­re­so­wa­niem.
– Na pewno powy­żej sie­dem­dzie­siątki. Gdy­bym ją spo­tkał na ulicy, powie­dział­bym, że to bab­cia.
Stare kobiety nie wie­szają się w lesie, pomy­ślała śled­cza. Przy­trzy­mała ramie­niem komórkę i zaczęła wkła­dać krót­kie kalo­sze. Tele­fon wyśli­zgnął się i spadł na pod­łogę przez kratkę sto­jaka na obu­wie. Zaklęła i znów usły­szała, jak Renko nawo­łuje ją głu­cho:
– Hu, hu, sły­szysz?
– Sły­szę! – krzyk­nęła, pró­bu­jąc wydo­być apa­rat spod sto­jaka. – Gdzie jeste­ście?
– W Meri-Rastili! – odkrzyk­nął w tej samej chwili, w któ­rej przy­ło­żyła tele­fon do ucha.
– Nie musisz wrzesz­czeć, teraz sły­chać dobrze. Zaraz wyjeż­dżam.
– Zadzwoń, jak będziesz w pobliżu. I ubierz się cie­pło.
Paula spoj­rzała bez­wied­nie na wiszącą obok wybla­kłą kurtkę.
Nie miała pew­no­ści, czy w gło­sie kolegi nie sły­chać było iro­nii.

2

Renko mylił się, jeżeli cho­dziło o wio­snę. Wpraw­dzie w powie­trzu jej się nie czuło, ale na obrze­żach tras spa­ce­ro­wych poja­wiały się tu i ówdzie nie­bie­skie i białe punkty, pierw­sze uparte przy­laszczki o tej porze roku.
Leśna ścieżka wio­dła przez wpy­cha­jący się w morze cypel poro­śnięty sta­rymi drze­wami. Zosta­wiła samo­chód tam, gdzie pora­dził jej kolega, na bocz­nej dróżce zamknię­tej szla­ba­nem.
Z naprze­ciwka nade­szło star­sze mał­żeń­stwo. Męż­czy­zna o poważ­nym wyra­zie twa­rzy zatrzy­mał się na jej widok, a kobieta obej­rzała się za sie­bie prze­stra­szona.
– Nie warto iść dalej, trasa jest zamknięta – powie­dział męż­czy­zna.
– To nic, jestem poli­cjantką – oświad­czyła Paula i od razu poża­ło­wała swo­ich słów.
– Czy coś się stało? – spy­tała zacie­ka­wiona kobieta. Oboje nawet nie drgnęli, żeby ją prze­pu­ścić, więc musiała zejść w las.
– Sytu­acja jest pod kon­trolą poli­cji – oznaj­miła uspo­ka­ja­jąco i zmu­siła się do uśmie­chu, zanim prze­ci­snęła się hała­śli­wie przez małe krzaki, aby omi­nąć mał­żeń­stwo.
Wybo­ista ścieżka pro­wa­dziła pod górę na nie­wiel­kie wznie­sie­nie, a następ­nie skrę­cała w stronę morza prze­świ­tu­ją­cego przez gołe drzewa. Mię­dzy dwiema nie­wiel­kimi jarzę­bi­nami prze­cią­gnięto kawa­łek taśmy poli­cyj­nej. Gdy Paula schy­liła się, żeby przejść pod nią, usły­szała, jak wzywa ją Renko. W lesie w odle­gło­ści około pięć­dzie­się­ciu metrów od ścieżki ujrzała dwa białe kap­tury.
Wycią­gnęła z ple­caka kom­bi­ne­zon ochronny i ręka­wiczki i je wło­żyła, a potem zeszła z drogi i skie­ro­wała się ku poli­cjan­tom. Jej kalo­sze zapa­dały się w mokrych kępach mchu. Tej zimy było wyjąt­kowo dużo śniegu. Ponadto w nocy padał tak obfity deszcz, że jego szum ją obu­dził na chwilę. Jeżeli znaj­duje się na miej­scu zbrodni, to trudno im będzie zna­leźć dowody. W każ­dym razie wła­śnie je zbie­rano: dwóch ubra­nych na biało kry­mi­na­li­sty­ków przy­kuc­nęło koło wiel­kiej sta­rej brzozy. Nagle Paula dostrze­gła ciało i się zatrzy­mała.
Ten obraz cią­gle powo­do­wał u niej skurcz żołądka, cho­ciaż wie­lo­krot­nie widziała mar­twych ludzi. Jed­nak od ostat­niego razu, kiedy ujrzała wisielca, upły­nęły lata, ponie­waż komi­sa­rza wydziału zabójstw nie wzy­wano, gdy w grę wcho­dziło samo­bój­stwo. Ale powie­szony czło­wiek wyglą­dał zawsze tak samo roz­pacz­li­wie; przy­wo­dził na myśl ode­rwaną nitkę, któ­rej bli­scy na ogół nie mogli z niczym powią­zać.
Zwłoki wisiały na cien­kim, poma­rań­czo­wym, nylo­no­wym sznu­rze, zawią­za­nym kil­ka­krot­nie wokół gałęzi brzozy. Drugi jego koniec cho­wał się gdzieś za drze­wem.
Drob­nej postury kobieta miała na sobie czer­woną kurtkę wia­trówkę, ale ze ścieżki nie można jej było zauwa­żyć, bo zasła­niały ją drzewa i wzno­szący się teren. Zmarła nosiła czarne obu­wie spor­towe Nike, popu­larne kilka lat temu wśród nasto­lat­ków.
– I co powiesz? – zaczął Renko, lecz Paula uci­szyła go, uno­sząc dłoń. Zbli­żała się do ciała powoli, zatrzy­mu­jąc się co krok, żeby obej­rzeć oto­cze­nie. Gdy zna­la­zła się tuż obok mar­twej kobiety, zro­zu­miała, dla­czego kolega ją wezwał.
Kępy mchu pod zwło­kami wyda­wały się nie­tknięte i nieco dalej też nie zauwa­żyła niczego, na czym sta­ruszka mogłaby sta­nąć, żeby zawią­zać sznur na gałęzi. Oprócz tego ciało wisiało za wysoko. Kobieta musia­łaby przy­nieść do lasu co naj­mniej tabo­ret kuchenny albo dra­binę, żeby zre­ali­zo­wać swój zamiar, ponie­waż odle­głość mię­dzy jej sto­pami a zie­mią wyno­siła około metra. Praw­do­po­dob­nie dla­tego ci, któ­rzy pierwsi przy­byli na miej­sce, nie ścią­gnęli jej z drzewa.
Trzy­ma­nie zmar­łej na sznu­rze dłu­żej niż to konieczne ozna­czało brak sza­cunku dla ofiary. Nie odcięto jej jed­nak od razu i Paula uznała, że poczeka z tym na pato­loga.
– No i jak? Czy bab­cia mogła sama się wdra­pać na drzewo? – spy­tał Renko.
Karhu obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem i zaci­snął wargi, ale Paula popa­trzyła na niego uspo­ka­ja­jąco.
– Dla­czego jej nie ścią­gnęli? – spy­tała.
– Zwłoki były sztywne jak kamień, gdy przy­je­chało pogo­to­wie. Lekarz z karetki powie­dział, że nie chce robić więk­szego bała­ganu na miej­scu. Sam też uwa­żał, że to podej­rzana sprawa.
– A więc to nie było twoje celne spo­strze­że­nie – stwier­dziła uszczy­pli­wie Paula. – Kto tu jesz­cze przy­je­chał oprócz pogo­to­wia i was?
Renko oświad­czył, że zwłoki zna­lazł o siód­mej rano prze­cho­dzień, kiedy jego pies odbiegł na bok i zaczął szcze­kać. Ten czło­wiek wró­cił na ścieżkę, gdy tylko zauwa­żył ciało. Dro­gówka ogro­dziła teren i pil­no­wała go do czasu, aż przy­je­chali tech­nicy.
– My też przy­je­cha­li­śmy jak naj­szyb­ciej. Nawet nie dopi­li­śmy kawy – wyja­śniał.
– A żeby cię pokrę­ciło – mruk­nął Karhu.
– Co o tym myślisz? – zagad­nęła go Paula.
– Jesz­cze nic. To może być rów­nie dobrze samo­bój­stwo, dziw­niej­sze rze­czy się widziało.
– Na przy­kład co? – spy­tał Renko.
– Sądząc po ubra­niu, zmarła mogła tutaj zwy­czaj­nie spa­ce­ro­wać – kon­ty­nu­ował Karhu, nie zwa­ża­jąc na kolegę. – Chyba że…
– Chyba że ktoś ją zaata­ko­wał – uzu­peł­niła Paula i poki­wała głową. – Czy w oko­licy zna­le­ziono jakieś ślady?
– Sta­ra­li­śmy się omi­jać to miej­sce, aby nie wdep­tać mate­riału dowo­do­wego w trawę – oznaj­mił Renko. – Zauwa­ży­łem tu jesz­cze jedną dziwną rzecz. Albo drugą oprócz tej, że ona nie mogła wejść tam o wła­snych siłach. Cho­ciaż sam już nie wiem, może nie doce­niam fizycz­nych umie­jęt­no­ści star­szych kobiet. Moja bab­cia…
Paula prze­stała słu­chać i spoj­rzała w kie­runku, na który wska­zy­wał Karhu. W odle­gło­ści około pię­ciu metrów od drzewa znaj­do­wał się mały jasny kop­czyk cze­goś, co przy­po­mi­nało pia­sek.
– …i w obu rękach nio­sła wia­dra pełne boró­wek – dokoń­czył Renko.
– Kto? – spy­tała.
– Moja bab­cia – odparł.
Paula nie zadała sobie nawet trudu, żeby prych­nąć. Zamiast tego zbli­żyła się na kilka kro­ków do kop­czyka, patrząc uważ­nie pod nogi.
Nie był duży, przy­po­mi­nał raczej nie­wielką kupkę. W cza­sie desz­czu chyba się tro­chę obni­żył, cho­ciaż miała wra­że­nie, że ktoś go roz­rzu­cił. Na wierz­chu zdą­żył już wyschnąć. Poli­cjantka przy­kuc­nęła i wzięła na dłoń z kop­czyka tro­chę pia­sku. Był drobny, jasny i gładki, zupeł­nie nie przy­po­mi­nał świeżo wyko­pa­nego z ziemi, tylko ten, który spo­tyka się na pla­żach w połu­dnio­wych kra­jach.
– To pia­sek do spoin – oświad­czył Renko. – Przy­naj­mniej na taki wygląda.
– Skąd wiesz? – spy­tała ze zdzi­wie­niem Paula.
– Żona chciała wymie­nić kafelki zeszłego lata. Straszna robota. W domu został nam worek wła­śnie takiego pia­sku.
On chyba miał rację. W samym środku nęka­nego zimą, mokrego i pozba­wio­nego liści lasu deli­katny pia­sek wyko­rzy­sty­wany do robie­nia spoin wyda­wał się czymś nie­na­tu­ral­nym. Nawet jeśli nie ist­niał powód, by przy­pusz­czać, że miał jaki­kol­wiek zwią­zek z kobietą powie­szoną na drze­wie.
Jed­nak zarówno zmarła, jak i pia­sek nie byli czę­ścią lasu.

3

Paula roz­glą­dała się zacie­ka­wiona po skrom­nym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w bloku sto­ją­cym zale­d­wie w odle­gło­ści pół kilo­me­tra od cypla, gdzie zna­le­ziono ciało.
Salon miał cha­rak­te­ry­styczny dla star­szych ludzi wystrój: znisz­czona, ale ładna sofa obita welu­rem, przed nią goły stół, na któ­rym leżał pilot do tele­wi­zora. Na pod­ło­dze nie było dywanu, praw­do­po­dob­nie dla­tego, żeby wła­ści­cielce łatwiej się sprzą­tało. Do sypialni poli­cjantka zaj­rzała wcze­śniej, pomiesz­cze­nie wyglą­dało tak samo: łóżko, sto­lik nocny i fotel, brak dywanu na pod­ło­dze.
Toż­sa­mość kobiety wyja­śniła się szybko, gdy przy­je­chał pato­log i zwłoki opusz­czono na zie­mię. W kie­szeni czer­wo­nej wia­trówki zna­le­ziono klu­cze do miesz­ka­nia i kartę pasa­żera przed­się­bior­stwa komu­ni­ka­cyj­nego HSL. Renko spraw­dził, gdzie prze­by­wają aku­rat naj­bliżsi kon­tro­le­rzy bile­tów, i pod­rzu­cił im kartę do wery­fi­ka­cji. Dzięki temu dowie­dzieli się, jaki jest oso­bowy numer iden­ty­fi­ka­cyjny użyt­kow­nika. Dane paso­wały do wieku i płci zmar­łej.
Z infor­ma­cji pobra­nych z ewi­den­cji lud­no­ści wyni­kało, że osiem­dzie­się­cio­let­nia Kaarina Alanne miesz­kała w tym lokalu ponad dwa­dzie­ścia lat i nie miała żad­nych bli­skich.
Ani jed­nego krew­nego, któ­rego można by powia­do­mić o jej śmierci.
W Fin­lan­dii nie było to takie nie­spo­ty­kane. Ten kraj jest pełen samot­nych sta­rych ludzi, pomy­ślała Paula. Jed­nak sprawa nie sta­wała się przez to ani tro­chę mniej smutna.
Renko prze­su­wał coś z brzę­kiem w kuchni, otwie­rał i zamy­kał drzwiczki sza­fek. Nato­miast ona sku­piła się na regale. Mebel był wyko­nany w stylu, który wła­ści­wie nie paso­wał na książki, zapeł­niało się go zdję­ciami z wesela, szkol­nymi foto­gra­fiami wnu­ków i tanimi bibe­lo­tami przy­wie­zio­nymi z przy­pad­ko­wych wycie­czek zagra­nicz­nych. Te ostat­nie też tutaj stały: przy­po­mi­na­jący grec­kie wyroby talerz, czer­wona maska oraz wachlarz z tan­cerką fla­menco. W szkla­nej witry­nie usta­wiono luźno wazony i mały ser­wis do kawy. Na kilku zare­zer­wo­wa­nych dla ksią­żek pół­kach znaj­do­wał się zbiór róż­nych dzieł, w więk­szo­ści bez obwo­luty, oraz tania seria jakie­goś klubu czy­tel­ni­ków. Pew­nie zostały przy­nie­sione z wyprze­daży na pchlim targu, skąd można je brać za darmo.
Wyglą­dało na to, że Kaarina Alanne żyła przez swoje ostat­nie lata skrom­nie i spo­koj­nie. Nie byłoby więc niczym nie­zwy­kłym, gdyby się oka­zało, że chciała odejść z tego świata i unik­nąć ewen­tu­al­nych cier­pień: bole­snej i samot­nej wege­ta­cji w jakimś szpi­talu na oddziale dla prze­wle­kle cho­rych lub w domu opieki dotknięta demen­cją.
– Czy ty myjesz kubki po jogur­cie? – spy­tał Renko, zer­ka­jąc zza rogu połą­czo­nej z salo­nem kuchni.
– Nie jadam jogurtu – odparła Paula.
– Kaarina Alanne jadała. I myła kubki. Tutaj jest ich chyba ze sto.
Śled­cza poczuła wzru­sze­nie na myśl, że sta­ruszka zawsze po opróż­nie­niu pojem­nika myła go i wkła­dała do szafki, gdzie cze­kał na ponowne wyko­rzy­sta­nie, co mogło ni­gdy nie nastą­pić, o czym kobieta zapewne wie­działa. Praw­do­po­dob­nie robiła tak zawsze i nie potra­fiła zre­zy­gno­wać z tego zwy­czaju, który na początku wziął się na pewno z jakie­goś sen­sow­nego powodu.
– Co jesz­cze zna­la­złeś?
Na stole leżała brą­zo­wawa cerata, a na niej gazeta z krzy­żów­kami otwarta na wypeł­nio­nym w poło­wie zada­niu. Było łatwe, można nim było zabić czas, nie wysi­la­jąc się spe­cjal­nie. Kaarina Alanne zdą­żyła roz­wią­zać dwa kla­syczne hasła w lewym dol­nym rogu: poziomo CHA­PLIN, pio­nowo LADD. Słowa OONA i ALAN krzy­żo­wały się na „n”. Wsta­wione pisa­kiem przez kobietę litery były okrą­głe i równe.
– Tutaj nie ma nic takiego, co by wyja­śniało, dla­czego sta­ruszka powie­siła się na drze­wie – stwier­dził. – Tylko naczy­nia, rachunki ze sklepu spo­żyw­czego, lekar­stwa.
– Jakie lekar­stwa?
– Jesz­cze ich nie przej­rza­łem – odparł, poka­zu­jąc na fiolki i pudełka sto­jące na bla­cie kuchen­nym obok eks­presu do kawy. Paula wzięła jedno z opa­ko­wań.
– Bupre­nor­fina – prze­czy­tała napis na ety­kie­cie. – To silny lek prze­ciw­bó­lowy.
– Prze­cież tym można się zabić łatwiej niż za pomocą sznura w lesie – powie­dział zdzi­wiony Renko.
Cho­ciaż poli­cjantka nie znała zbyt dobrze dzia­ła­nia tego pre­pa­ratu, pomy­ślała o tym samym. Popa­trzyła na drugą fiolkę: Eks­e­me­stan. Zdjęła latek­sową ręka­wiczkę i wpi­sała nazwę leku do wyszu­ki­warki w tele­fo­nie.
– Eks­e­me­stan sto­suje się w lecze­niu zaawan­so­wa­nego hor­mo­no­za­leż­nego raka piersi – prze­czy­tała na głos frag­ment ulotki zna­le­zio­nej w inter­ne­cie.
– Kaarina była więc poważ­nie chora – doszedł do wnio­sku Renko.
– Jest to jakiś powód do popeł­nie­nia samo­bój­stwa – stwier­dziła Paula.
Ale nie w taki spo­sób, dodała w myślach.

4

Hej, Paula, zauwa­ży­łem, że od two­jego ostat­niego spraw­dzianu na kon­dy­cję minęło tro­chę ponad trzy lata. Załatw tę sprawę, gdy będziesz miała czas.
Pena

Gapiła się przez chwilę na wia­do­mość mej­lową, zanim wyrzu­ciła ją do kosza. Po chwili odzy­skała ją stam­tąd i odpo­wie­działa sze­fowi, że przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji zare­zer­wuje ter­min na spraw­dzian.
Nie zamie­rzała go jed­nak infor­mo­wać, że wcze­śniej pojawi się nie­ocze­ki­wana prze­szkoda, z powodu któ­rej trzeba będzie prze­su­nąć test. Jed­nak zawsze otrzy­my­wała bar­dzo dobre wyniki, więc pew­nie szef nie będzie się jej cze­piał.
Ile razy można prze­su­wać spraw­dzian bez kon­se­kwen­cji?
Dotknęła bez­wied­nie pra­wej łydki. Wyda­wała się nor­malna. Nato­miast w pal­cach dłoni poczuła dziwne mro­wie­nie. A może sobie to tylko wyobra­żała? Popa­trzyła na swoją rękę jak na ewen­tu­al­nego wroga.
– No tak – powie­dział sto­jący za nią Har­ti­ka­inen niczym stary gospo­darz pod­czas przy­ję­cia w domu. – Tu by były te wia­do­mo­ści, jeżeli cię one inte­re­sują.
Nie cze­ka­jąc, zebrał wszel­kie dostępne infor­ma­cje na temat Kaariny Alanne. Nie było ich dużo.
Kobieta uro­dziła się w Hel­sin­kach i tydzień przed śmier­cią zdą­żyła ukoń­czyć osiem­dzie­siątkę. Jed­nak w jej miesz­ka­niu Paula nie zauwa­żyła żad­nych kart z życze­niami ani kwia­tów. Zmarła nie miała bli­skich, ale co ze zna­jo­mymi, któ­rzy powinni o niej pamię­tać? Może z powodu cho­roby nie chciała obcho­dzić rocz­nicy, więc nie wspo­mniała o niej nikomu?
Alanne ni­gdy nie wyszła za mąż ani nie uro­dziła dzieci. Jej jedyny, star­szy o pięć lat brat umarł kil­ka­na­ście lat temu. Naj­bliż­szymi żyją­cymi krew­nymi byli dwaj kuzyni. Pra­co­wała w sek­to­rze socjal­nym, ostat­nio w domu opieki dla star­szych ludzi, po czym prze­szła na eme­ry­turę. W ciągu całego swo­jego życia miesz­kała pod pię­cioma adre­sami w Hel­sin­kach – zawsze samot­nie, z wyjąt­kiem domu rodzin­nego.
– Takie to życie. Nie ma dużo do opo­wia­da­nia – pod­su­mo­wał Har­ti­ka­inen.
– Skon­tak­tuj się z tymi kuzy­nami – popro­siła Paula.
– Już to zro­bi­łem – odparł z zado­wo­le­niem. – Nie sły­szeli o niej nic przez co naj­mniej dzie­sięć ostat­nich lat.
– Co ci powie­dzieli?
– Nic wię­cej ponad te infor­ma­cje, które mamy. Zacho­wy­wała pry­wat­ność, nie odzy­wała się do nich, od wielu lat miesz­kała sama.
– Ktoś musiał ją znać. Może Renko coś znaj­dzie.
Śled­czy został w bloku i dzwo­nił do sąsia­dów, gdy ona poje­chała do komi­sa­riatu. Miesz­kańcy domu byli w więk­szo­ści star­szymi ludźmi. Praw­do­po­dob­nie opije się po uszy kawy, roz­ma­wia­jąc z róż­nymi bab­ciami. Paula wie­działa, że uprzejmy i roz­mowny młody męż­czy­zna spro­wo­kuje star­sze panie do zwie­rzeń o wiele łatwiej niż ona.
– I co sły­chać w Tal­li­nie? – spy­tał Har­ti­ka­inen.
Zasko­czyła ją jego bez­po­śred­niość. Sądziła, że nie opo­wia­dała nikomu o swo­jej ostat­niej podróży na prze­ciwny brzeg zatoki. Czyżby ktoś roz­sie­wał plotki o jej wyjaz­dach?
– Nic takiego, piękne mia­sto – odparła, sta­ra­jąc się mówić lek­kim tonem.
– Chyba masz dobry powód, żeby się tam wałę­sać – kon­ty­nu­ował kolega.
– Skąd wiesz, że się tam wałę­sam? – zapy­tała ostro.
– Zapo­mi­nasz, że jestem poli­cjan­tem – oznaj­mił roz­ba­wiony Har­ti­ka­inen. – Nie trzeba było zosta­wiać w kuchni estoń­skiej cze­ko­lady ani nosić spor­to­wych ciu­chów w rekla­mówce domu towa­ro­wego Kau­ba­maja, jeśli chcia­łaś trzy­mać wycieczkę w tajem­nicy.
Paula miała ochotę ugryźć się w język. Spraw­nie wyja­śniała popeł­nione prze­stęp­stwa, ale nawet nie pomy­ślała o tym, że ktoś zwraca uwagę na jej rekla­mówki – sama nie inte­re­so­wała się życiem swo­ich kole­gów, jeżeli tylko robili, co do nich należy.
– No, nie złość się. Umiem dotrzy­mać tajem­nicy. Pod warun­kiem że mnie pierw­szemu przed­sta­wisz tajem­ni­czego pana Tal­lina.
Paula potrze­bo­wała tro­chę czasu, żeby się zorien­to­wać, co on ma na myśli. Potem roze­śmiała się z ulgą i pró­bo­wała przy­brać tro­chę spe­szoną, ale jed­no­cze­śnie chy­trą minę.
– Auć, przy­ła­pa­łeś mnie.
– Przede mną nic się nie ukryje – stwier­dził Har­ti­ka­inen niczym dobry wujek. – Nie martw się, ta wia­do­mość się nie rozej­dzie. Wiem, jacy oni mogą być.
Przez „onych” miał zapewne na myśli innych poli­cjan­tów, któ­rzy mogli się naigry­wać z estoń­skiego chło­paka swo­jej sze­fo­wej. Cho­ciaż z doświad­cze­nia wie­działa, że to on pierw­szy zaczy­nał szy­dzić z prze­żyć miło­snych kole­gów.
– No ale mogła­byś coś zdra­dzić – kon­ty­nu­ował. – Stary roz­wod­nik tęskni za ero­tycz­nymi tema­tami.
Paula par­sk­nęła śmie­chem i rozej­rzała się wokoło. Otwarte pomiesz­cze­nie biu­rowe było puste. Karhu pew­nie na­dal prze­by­wał na miej­scu zda­rze­nia, gdzie tech­nicy prze­pro­wa­dzali oglę­dziny, podob­nie jak w miesz­ka­niu Kaariny Alanne.
– O czym chcesz wie­dzieć? – spy­tała Paula uszczy­pli­wie, w spo­sób nie­po­dobny do sie­bie.
Dzi­wiła się, że Har­ti­ka­inen wdaje się w taką roz­mowę, któ­rej nie pro­wa­dziłby wcale, gdyby naprawdę była mowa o jej part­ne­rze. Kolega spra­wiał jed­nak wra­że­nie bar­dzo zado­wo­lo­nego z wyni­ków swo­jej detek­ty­wi­stycz­nej pracy i nawet nie zauwa­żył, że sze­fowa zacho­wuje się zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle.
– Daj, niech pomy­ślę – powie­dział. – Bru­net czy blon­dyn?
– Ogni­sty bru­net – odparła Paula i pomy­ślała o leka­rzu w tal­liń­skiej pry­wat­nej kli­nice, jasno­wło­sym, chu­dym i spo­koj­nym męż­czyź­nie, który za każ­dym razem patrzył na nią z powagą swo­imi wil­got­nymi, smut­nymi oczami.
– Aha! – zakrzyk­nął poli­cjant. – A ty jesteś chłodną blon­dynką. To jest match made in heaven.
– No dobra, wystar­czy – skwi­to­wała, uda­jąc zakło­po­taną. Znów poczuła mro­wie­nie w pal­cach. Na szczę­ście zadźwię­czał tele­fon i prze­szko­dził Har­ti­ka­ine­nowi w wycią­ga­niu dodat­ko­wych infor­ma­cji na temat jej wyima­gi­no­wa­nego chło­paka. Dzwo­nił Renko i pro­sił, żeby przy­je­chała z powro­tem do wschod­niej dziel­nicy Hel­si­nek.
Wła­śnie odna­lazł rze­czy Kaariny Alanne.

5

Pchli targ Miły Skle­pik znaj­do­wał się w odle­gło­ści około kilo­me­tra od domu kobiety, na par­te­rze sta­rego domu pię­tro­wego. W oknie wysta­wo­wym umiesz­czono na sto­sie ksią­żek wie­kową maszynę do pisa­nia, a wokół nie­zdar­nie wyko­nane szma­ciane lalki.
Renko usiadł na znisz­czo­nym fotelu przy słu­żą­cym za ladę stole i pił nie wia­domo którą z kolei kawę. Wcze­śniej roz­ma­wiał z naj­bliż­szymi sąsia­dami Alanne, któ­rych zastał w domu: trzema star­szymi kobie­tami i mał­żeń­stwem. Znali oni zmarłą tylko ze spo­tkań na kory­ta­rzu, gdzie mówili sobie dzień dobry. Jedna z sąsia­dek zauwa­żyła, że kilka dni temu z jej miesz­ka­nia wyno­szono jakieś rze­czy. Zapy­tała sto­jącą w progu Kaarinę, czy się wypro­wa­dza, a ona odpo­wie­działa, że po pro­stu prze­ka­zuje swoje rucho­mo­ści na szczytny cel.
Sto­jąca za ladą kobieta nie wyglą­dała wcale mło­dziej od Alanne. Praw­do­po­dob­nie była na eme­ry­tu­rze i pro­wa­dziła pchli targ dla wła­snej przy­jem­no­ści.
– Zysk prze­zna­czamy w cało­ści na pomoc psy­chia­tryczną dla dzieci i mło­dzieży – poin­for­mo­wała od razu Paulę, gdy tylko się przed­sta­wiła, i pod­kre­śliła, że nie pobiera za pracę wyna­gro­dze­nia.
– Wspa­niała robota, wspa­niała robota – powta­rzał Renko jak papuga.
– Wspa­niała – dodała poli­cjantka uprzej­mie. – Gdzie one są?
– Cho­dzi pani o rze­czy Kaariny – domy­śliła się sprze­daw­czyni. – Na zaple­czu, jesz­cze cze­kają na wycenę.
Paula roz­glą­dała się po cichym skle­piku, zdzi­wiona tym, że kobieta nie wysta­wiła ich na sprze­daż już w zeszłym tygo­dniu. Sprze­daw­czyni zauwa­żyła to i pośpie­szyła z wyja­śnie­niami – bała się sza­co­wać war­to­ści nie­któ­rych towa­rów samo­dziel­nie, więc popro­siła o pomoc członka sto­wa­rzy­sze­nia pro­wa­dzą­cego pchli targ.
– One wydają mi się bar­dzo cenne – powie­działa.
– Tak? – zdzi­wiła się Paula, przy­po­mi­na­jąc sobie ogo­ło­cone dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w bloku, w któ­rym nie było nawet dywa­nów. – Dobrze znała pani Kaarinę Alanne?
– Nie­spe­cjal­nie. Wpa­dała tutaj od czasu do czasu, żeby poroz­ma­wiać. Kie­dyś pra­co­wała z dziećmi i dla­tego inte­re­so­wała ją nasza dzia­łal­ność. Ale wie­dzia­łam, że jest chora.
Poli­cjantka spoj­rzała na Renka i unio­sła brwi. Ten pokrę­cił głową na znak, że nie zdra­dził kobie­cie prawdy o śmierci Alanne.
– Kaarina sama o tym powie­działa?
– Tak, wtedy, gdy widzia­łam ją ostatni raz.
– Czyli kiedy?
– W zeszłym tygo­dniu. Zadzwo­niła i zapro­siła mnie do sie­bie, abym wybrała rze­czy, które się nadają do sprze­da­nia na pchlim targu. Nor­mal­nie tego nie robię, ale stwier­dziła, że jestem jedyną osobą, która może jej pomóc. Tak powie­działa.
Sprze­daw­czyni wyja­śniła, że obej­rzała z Kaariną całe miesz­ka­nie i ozna­czyła prze­zna­czone na sprze­daż rze­czy żół­tymi nalep­kami. Robiła to przez wiele godzin, Alanne zamó­wiła dla obu pizzę, ale nie tknęła swo­jej.
– Te leki powo­dują nud­no­ści. Znam się na tym, bo pie­lę­gno­wa­łam mojego nie­ży­ją­cego już męża, zanim tra­fił do hospi­cjum – oświad­czyła. – Kaarina nie miała sił, żeby cokol­wiek pod­nieść. To ja zebra­łam książki i inne ruchome rze­czy do pudeł.
Jeżeli Alanne nie była nawet w sta­nie pod­nieść ksią­żek, to jak udało się jej wdra­pać na wysoką gałąź i się powie­sić?
Paula spoj­rzała na Renka, który sie­dział dziw­nie mil­czący i wyglą­dał na zmor­do­wa­nego. Może zmę­czyły go te wszyst­kie bab­cie sąsiadki i sprze­daw­czyni na pchlim targu.
– Obej­rzyjmy te rze­czy – zapro­po­no­wała.
Kobieta odchy­liła zawie­szoną w drzwiach zasłonę i zapro­wa­dziła ich na zaple­cze, które oka­zało się zaska­ku­jąco duże, więk­sze niż pomiesz­cze­nie z rze­czami prze­zna­czo­nymi do sprze­daży. Było tam pełno róż­nych towa­rów: wyroby tek­stylne w wor­kach na śmieci, buty w rekla­mów­kach, pudła z książ­kami i naczy­niami. Paula rozu­miała, dla­czego nie zdą­żono jesz­cze wyce­nić rze­czy nale­żą­cych do Alanne.
– Cza­sami bli­scy przy­no­szą wszyst­kie przed­mioty, jakie miał zmarły, a my nie mamy odwagi odmó­wić. Część z tego też wylą­duje na śmiet­niku – stwier­dziła kobieta i prze­su­nęła sto­jaki z ubra­niami na bok, aby poli­cjanci mogli wejść dalej do środka. – Pod tym wzglę­dem Kaarina postą­piła mądrze. – Dwóch wolon­ta­riu­szy z towa­rzy­stwa pro­wa­dzą­cego pchli targ zabrało te rze­czy, które sprze­daw­czyni ozna­czyła z bło­go­sła­wień­stwem Alanne. Kobieta chciała zatrzy­mać tylko nie­zbędne meble, potrzebne jej ubra­nia i naczy­nia, a także nie­które pamiątki i tele­wi­zor.
– Podobno można je wywieźć na wysy­pi­sko śmieci, gdy jej już nie będzie, tak powie­działa. To było przed­śmiertne sprzą­ta­nie – stwier­dziła cicho sprze­daw­czyni.
– Takich słów użyła? – spy­tała Paula.
– Tak. Zna­cie dziełko Eevy Kilpi Przed­śmiertne sprzą­ta­nie? Kaarina mi o nim powie­działa. Jest tutaj – poin­for­mo­wała kobieta i poka­zała na sto­jącą w kącie, się­ga­jącą do połowy ściany półkę wypeł­nioną książ­kami.
Pytała sta­ruszkę, czy nie chcia­łaby go zatrzy­mać, skoro jest dla niej ważne. Ale Alanne odparła, że zna je na pamięć i cie­szy się na myśl, że ktoś jesz­cze będzie miał z niego radość. A potem cyto­wała z pamięci obszerne frag­menty książki.
– Sta­rość to aler­gia, na którą cierpi życie – oświad­czyła sprze­daw­czyni. – To zda­nie zapa­dło mi w pamięć.
Alanne była więc oczy­tana, a na pół­kach w miesz­ka­niu pozo­stały te książki, któ­rych nie dałoby się sprze­dać nawet za pół­darmo.
– Tego na razie nie wolno doty­kać. Mówię to poważ­nie. Czy na zaple­cze przy­cho­dzą jacyś inni ludzie poza panią? – spy­tała Paula.
Sprze­daw­czyni pokrę­ciła głową i obie­cała zadbać o to, żeby przed­mioty nale­żące do Alanne stały osobno.
Poli­cjantka pode­szła do regału i przyj­rzała się grzbie­tom ksią­żek. Pra­wie bez wyjątku były to kla­syki lite­ra­tury fiń­skiej i zagra­nicz­nej, w więk­szo­ści stare dzieła, ale znaj­do­wało się tam także kilka nowych.
– Psy­cho­lo­gia mas wobec faszy­zmu – powie­dział sto­jący za jej ple­cami Renko z podzi­wem. – Mocna rzecz, mocna rzecz. Prze­ra­bia­łem tę książkę kie­dyś na kur­sie. Autor twier­dzi, że ludzie stają się faszy­stami, jeśli nie mogą uze­wnętrz­nić swo­jej praw­dzi­wej sek­su­al­no­ści. Hitler rów­nież ukry­wał się ze swoim homo­sek­su­ali­zmem. To fascy­nu­jąca teo­ria, teraz też różni dyk­ta­to­rzy są bar­dzo zain­te­re­so­wani, co ludzie robią w sypial­niach, czy poszcze­gólne urzą­dze­nia pasują do sie­bie, czy…
– Naprawdę? Za moich cza­sów w szkole poli­cyj­nej nie zda­wa­li­śmy z tego egza­minu – rze­kła Paula z lek­kim uśmie­chem, cho­ciaż wie­działa, że kolega nawią­zuje do prze­rwa­nych stu­diów na uni­wer­sy­te­cie.
– Może powin­ni­ście – odparł z wes­tchnie­niem Renko, zda­jąc sobie sprawę, że ona kpi z niego, ale nie mógł się powstrzy­mać i kon­ty­nu­ował: – Ja prze­cież stu­dio­wa­łem dodat­kowo psy­cho­lo­gię i pra­wie ją zali­czy­łem. Główny kie­ru­nek to była filo­zo­fia, podo­bał mi się Nie­tz­sche, on prze­cież prze­ma­wia do mło­dych, ci nad­lu­dzie i tym podobne. Ale na stu­diach naj­bar­dziej lubi­łem Scho­pen­hau­era, jest jesz­cze moc­niej­szy niż Nie­tz­sche.
Sprze­daw­czyni pchlego targu dostała sztucz­nie brzmią­cego ataku kaszlu, a gdy jej prze­szedł, oświad­czyła, że musi iść do pomiesz­cze­nia z kasą. Oni zaś mogą sobie spo­koj­nie oglą­dać rze­czy Alanne.
– Naprawdę tak to było? – spy­tała Paula, gdy kobieta znik­nęła za zasłoną.
– Co?
– To z faszy­zmem.
– Może tro­chę upro­ści­łem sprawę.
Uśmiech­nęła się pod nosem i powio­dła wzro­kiem po przed­mio­tach nale­żą­cych do Kaariny. Teraz wygląd miesz­ka­nia sta­ruszki stał się o wiele bar­dziej zro­zu­miały. W kącie na zaple­czu pchlego targu znaj­do­wało się wszystko, co w jakiś spo­sób świad­czyło o jej oso­bo­wo­ści: stara piękna komoda z ozdob­nymi uchwy­tami, koron­kowe obrusy, obrazy i gra­fika, sta­ro­dawny ręcz­nie usta­wiany zegar ścienny, dwie małe rzeźby, duże lustro w drew­nia­nej ramie. Zwi­nięty w rulon ogromny dywan ze wschod­nim wzo­rem stał oparty o ścianę.
Alanne chciała odrzeć miesz­ka­nie ze wszyst­kich pięk­nych ele­men­tów. Na tydzień przed śmier­cią usu­nęła z niego swoje życie i nie przy­po­mi­nało ono już domu, lecz pozba­wiony wyrazu lokal w bloku.
Lekar­stwa na raka, przed­śmiertne sprzą­ta­nie.
Paula nabrała pew­no­ści, że kobieta wie­działa, iż wkrótce umrze, i nie było to tylko prze­czu­cie. Ale czy zda­wała sobie po pro­stu sprawę, że cho­roba jest zaawan­so­wana, czy zagra­żało jej jesz­cze coś innego?
– Odszu­kaj leka­rza, który zaj­mo­wał się sta­ruszką – popro­siła Renka wer­tu­ją­cego swoją dawną lek­turę.
– Tak jest, mein Führer – odparł poli­cjant.

 
Wesprzyj nas