Pierwszy wywiad rzeka z prezydentem, który przeprowadził Polskę przez największe przełomy ostatnich 40 lat.


Gdy wybrano go w 1995 roku, Polska przecierała oczy ze zdumienia. Drugą kadencję kończył jako jeden z najbardziej cenionych i lubianych polityków w kraju. W międzyczasie współtworzył Konstytucję oraz wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej. Dziś jest bardziej dyplomatą niż politykiem, co pozwala mu spojrzeć z dystansem i głębią nie tylko na własną drogę, ale też na zmiany, przez które przeszły zarówno Polska, jak i cały świat.

Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z biografem Aleksandrem Kaczorowskim po raz pierwszy tak otwarcie mówi o prezydenturze, rodzinie i samym sobie.

Opowiada o początkach w polityce i o wstrząsającym wydarzeniu, przez które prawie wystąpił z PZPR.

Przybliża kulisy przemian po 1989 roku oraz wyjaśnia zawiłości przyjaźni łączącej go z Leszkiem Millerem, Józefem Oleksym i Adamem Michnikiem.

Zdradza, jak to jest być jednocześnie prezydentem i ojcem nastolatki, oraz jaki ma przepis na udane małżeństwo.

Wspomina swoje rozmowy z Putinem o Ukrainie, a także dzieli się znaną dotąd nielicznym wiedzą, jak kształtował się obecny układ sił na polskiej i globalnej scenie politycznej.

Aleksander Kwaśniewski, Aleksander Kaczorowski
Prezydent. Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z Aleksandrem Kaczorowskim
Wydawnictwo Znak
Premiera: 17 maja 2023
 
 


PROLOG

(lipiec 2022 roku)

Panie prezydencie, spodziewał się pan, że Putin wywoła wojnę z Ukrainą?
Nigdy nie miałem wątpliwości co do jego polityki względem Ukrainy. Podczas spotkania w Moskwie w 2002 roku powiedział mi parę rzeczy, które wyjaśniają jego obecną postawę.
Wracałem z mundialu w Korei, Polska zagrała tam inauguracyjny mecz z drużyną gospodarzy w Pusanie. Z tego przegranego meczu najbardziej zapamiętano nasz hymn w wykonaniu Edyty Górniak. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Omsku, gdzie gubernatorem był Leonid Draczewski, olimpijczyk, wioślarz, a przy okazji były ambasador Rosji w Warszawie*. Mile nas przyjęto i umówiono spotkanie z Putinem w Moskwie.

Tak po drodze?
Putin był wtedy na takim etapie, że podobne spotkania były możliwe. A ja miałem z nim dobre kontakty.

Nie spóźnił się?
Nie, ta cecha rozwinęła się u niego później. Mało tego – choć wizyta była nieoficjalna, przyjął mnie na Kremlu. Pokazał mi swoje prywatne apartamenty, zajmowały całe piętro.
Największe wrażenie zrobiła na mnie kaplica. Czuć było zapach świec i kadzideł. Powiedział, że jego ówczesna żona Ludmiła, bardzo zaangażowana w działania Cerkwi, często z niej korzysta.
Rozmawialiśmy w cztery oczy po rosyjsku, więc czuł się swobodnie. Zapytałem: „Jakie są twoje cele?”.

Byliście na ty?
Przeszliśmy na ty już przy naszym pierwszym spotkaniu. Putin jest tylko dwa lata starszy ode mnie. Można powiedzieć, że reprezentujemy to samo pokolenie, choć mamy zupełnie inne doświadczenie formacyjne.
Odpowiedział: „Moim celem jest odbudowa Wielkiej Rosji”.

I co pan wtedy pomyślał?
Potraktowałem jego słowa jako wyraz ambicji czy marzenie stosunkowo młodego polityka – miał wtedy pięćdziesiąt lat – nie zaś plan działania czy obsesję. Tym bardziej, że mówił o odbudowaniu Wielkiej Rosji metodami pokojowymi, przez takie koncepcje jak Unia Euroazjatycka.
Był w tym także element humorystyczny. Gdy zapytałem, którzy przywódcy w dziejach Rosji najbardziej mu imponują, odpowiedział: „Jest ich troje: Piotr Wielki, Katarzyna Wielka i Józef Wissarionowicz”.
Nie powiedział Stalin, tylko Józef Wissarionowicz. To jest ciepłe określenie, otczestwo. Słowo Stalin źle się kojarzy.
„Rozumiem, że chciałbyś być czwarty na tej liście?” – zażartowałem. „Ale jakkolwiek by patrzeć, byłbyś dopiero drugim Rosjaninem w tym gronie”. Bo Katarzyna była ze Szczecina, a Stalin z Gori w Gruzji.
To było trochę złośliwe, ale wtedy mogliśmy jeszcze tak rozmawiać. On od niedawna był prezydentem, a ja zostałem wybrany na drugą kadencję, więc w gronie głów państw mogłem uchodzić za seniora.

Jakie zrobił na panu wrażenie?
Nie było po nim znać tej wielkorosyjskiej buty, która wcześniej pojawiała się na przykład podczas współpracy z Jelcynem. Uważam Jelcyna za postać pozytywną – w końcu zgodził się na wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski i zaakceptował, chociaż bardzo niechętnie, nasze wejście do NATO. Nie był demokratą, ale jak miał na stole rozwiązanie bardziej lub mniej demokratyczne, to skłaniał się ku temu pierwszemu. Cokolwiek by jednak powiedzieć, był bardzo „wielkorosyjski”, choćby ze względu na swoją posturę, tubalny głos, sposób zachowania.
Putin wtedy taki nie był. Sprawiał wrażenie wycofanego. Wydawał się zainteresowany rozmową, zadawał ciekawe pytania, ale głównie słuchał. Myślę, że to wynikało z jego charakteru, ale i z ukształtowania – najpierw rozpoznać teren, a potem decydować.
Mimo to powiedział mi, choć nie wprost, że upadek komunizmu to największa geopolityczna katastrofa XX wieku. Nie zostawił suchej nitki na Gorbaczowie; w stosunku do Jelcyna był ostrożniejszy, w końcu to z jego ręki dostał władzę. Stwierdził też, że Rosja znowu musi się znaleźć pośród wielkich graczy polityki międzynarodowej, nie może być dłużej marginalizowana.
Co do tej ostatniej kwestii – każdy na jego miejscu chciałby tak zrobić. Ale odbudowa Wielkiej Rosji, zwłaszcza z naszego punktu widzenia, stanowiła problem. Było przecież jasne, że to musi dotyczyć krajów byłego bloku wschodniego, a już na pewno byłego Związku Radzieckiego. Kwestionowałoby to ich świeżą niepodleg­łość i suwerennie uprawianą politykę.
Obserwowałem potem jego przemianę od marzenia przez plan aż do obsesji. Plan zaczął się krystalizować w 2004 roku.

Pomarańczowa rewolucja w Ukrainie?
Bardzo ją przeżył. Raz, że kompletnie jej nie rozumiał, a dwa – uważał, że to jest dla niego śmiertelne zagrożenie. Okazało się, że ulica, społeczeństwo, mogą nie tylko protestować przeciw sfałszowanym wyborom, lecz także wymuszać decyzje polityczne. To był dla niego szok. Wtedy nasze drogi się rozeszły. Normalne, otwarte kontakty stały się nienaturalne.

Ale spotykaliście się jeszcze?
W styczniu 2005 w Oświęcimiu i 9 maja w Moskwie, w sześćdziesiątą rocznicę zwycięstwa, dokąd pojechałem mimo protestów w Polsce. Uważałem, że trzeba wykonać jakiś gest, by nie zamrozić stosunków polsko-rosyjskich. Ale od czasu pomarańczowej rewolucji z Putinem wyłącznie się kłóciliśmy, nie potrafiliśmy już znaleźć wspólnego języka. Od 2014 roku, czyli od drugiego Majdanu, to już była jego obsesja.
Pojawiły się też sygnały, których wagi nie doceniłem. W 2021 ro­ku Kreml opublikował jego esej dotyczący Ukrainy – propagandowy tekst, którego sens sprowadza się do tego, że Ukraina nie jest państwem, Ukraińcy nie są narodem, a większość terytorium zawdzięczają głupim gestom ze strony Rosji, takim jak przekazanie Krymu w rocznicę ugody perejasławskiej z 1654 roku. A skoro tak, to trzeba zbudować Wielką Rosję, bo Rosjan i Ukraińców więcej łączy, niż dzieli.
To był nie tylko program agresywnych działań wobec Ukrainy, lecz także ich usprawiedliwienie. Putin mógł później powiedzieć każdemu przywódcy: „Czemu się dziwisz, przecież o tym pisałem. Twoja wina, że jesteś nieoczytany”.
Jeśli zaś chodzi o sam wybuch wojny, to mieliśmy informacje od Amerykanów. Przez kilka miesięcy byliśmy bombardowani wiadomościami, że będzie wojna.

Ma pan na myśli informacje dostępne w mediach?
Amerykanie mają bardzo dobry wywiad i pierwszy raz użyli go w ten sposób, publicznie. Tak więc właściwie nikt na świecie nie powinien być zaskoczony, że wojna wybuchła. A jednak większość z nas ona zaskoczyła.
Ja także miałem nadzieję, że w Putinie przeważy pragmatyk. Idee ideami, pomysły pomysłami, ale przecież trzeba skalkulować, czy opłaca się rozpoczynać coś, co może się niedobrze skończyć. Myślałem, że on tylko straszy, że chce uzyskać koncesje, zwłaszcza ze strony Zachodu, stąd ta akcja z gromadzeniem wojsk przy granicach. Równolegle Siergiej Ławrow przekazał Zachodowi swoiste ultimatum. Miał to być pomysł na bezpieczeństwo światowe – chodziło o to, żeby strefa wokół Rosji była neutralna, żeby żaden sąsiad nie był członkiem NATO, żeby doprowadzić do demilitaryzacji Ukrainy i tak dalej. Mało tego – w tych dokumentach strategicznych oni pisali o powrocie do stanu sprzed 1991 roku, a to by znaczyło, że i dla Polski nie ma miejsca w NATO. Ale ja to potraktowałem jako próbę zmiękczenia niektórych krajów Zachodu, uzyskania jakichkolwiek ustępstw.

Kiedy zmienił pan zdanie?
Zrozumiałem, że dojdzie do wojny, gdy Putin uznał niepodległość tak zwanych Republik Ludowych – Donieckiej i Ługańskiej. Posłużył się wtedy językiem pełnym agresji: werbalnej, emocjonalnej, intelektualnej… każdej. To był język przemocy, od którego nie ma odwrotu.
To było kilka dni przed wybuchem wojny.
Dzwoniłem wtedy do różnych zagranicznych przyjaciół i mówiłem: „Słuchajcie, będzie wojna”. Oni wciąż nie wierzyli. Więc jeśli pan pyta, czy myślałem, że dojdzie do wojny, to powiem, że po części tak, a po części nie. To, że Putin chce mieć w swoich rękach Ukrainę, było oczywiste, ale myślałem, że spróbuje to zrobić w sposób inteligentniejszy, politycznie, przez nacisk ekonomiczny, oddziaływanie międzynarodowe, destabilizowanie Kijowa, różne działania hybrydowe.
Z jego perspektywy wygląda to pewnie tak, że on już tego wszystkiego próbował. Bezskutecznie.
Przerobienie Ukrainy na Rosję było niemożliwe co najmniej od 1991 roku. Putin nie docenił tego, że nostalgia za dawnym, za pozycją mniejszego partnera Rosji słabła tam z roku na rok. To był nieodwracalny proces, który wzmocniła pomarańczowa rewolucja. To, że nie zostali wtedy rozpędzeni, rozstrzelani, posadzeni do więzień czy wywiezieni do łagrów, przekonało Ukraińców, że mogą mówić własnym głosem. Kolejni prezydenci, włącznie z Wiktorem Janukowyczem, zdawali sobie z tego sprawę.

A kiedy pan to zrozumiał?
Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zacząłem podróżować do Ukrainy jako poseł. Zauważyłem wtedy niezwykłą wolę bycia niepodległym, suwerennym państwem. W kraju, który wydawał się zniewolony i mocno zrusyfikowany – bo przecież słowo „Ukraina” znaczy tyle, co prowincja, kraj na uboczu. Poznałem wtedy mnóstwo ludzi, w których była wielka duma i przywiązanie do kultury ukraińskiej.
Oni to odkrywali krok po kroku. Trzeba pamiętać, że przez całe lata droga awansu mieszkańców Ukrainy prowadziła przez Moskwę. Jeżeli ktoś chciał być dyplomatą, uczonym czy sportowcem, to zazwyczaj musiał trafić do Moskwy, bo tam się robiło karierę. W Kijowie zostawali ci mniej ambitni, mówiąc delikatnie.
Niedawno były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma zadzwonił do mnie i poprosił, żebym przysłał mu kilka egzemplarzy jego wydanej przed laty w Polsce książki Ukraina to nie Rosja.
Symboliczny tytuł.
Krytykowano go za to w Rosji. Ale dla niego było to oczywiste, choć sam stanowił wytwór Związku Radzieckiego. Miał poczucie wdzięczności wobec ZSRR, bo zdobył w tym systemie wykształ­cenie i zawód, i to nie byle jaki – konstruktora rakiet. Mimo to zachował ukraińską tożsamość. Mówił po ukraińsku, śpiewał ukraińskie piosenki.

Dobrze zna pan Kuczmę?
Miałem z nim znakomite relacje, odwiedzaliśmy się co roku. Jego ojciec Danił zginął podczas wojny. Jednostka, w której służył, sami Ukraińcy, szła z odsieczą do oblężonego Leningradu. Część utopiła się w błotach jeziora Ładoga, część zginęła, część zachorowała na malarię. Kuczma poznał okoliczności śmierci ojca dopiero dzięki Jelcynowi.
To bardzo miły człowiek, technokrata, inżynier. Wiele lat spędził w odizolowanych miejscach, więc ma dwa rodzaje hobby, które mog­ły się rozwinąć tylko w radzieckich miastach zamkniętych: bardzo lubi śpiewać i świetnie gra w bilard – bo co mieli robić dyrektorzy czy inżynierowie po pracy?

Podobno był też znany z tego, że nie można go przepić.
Nie. Bardzo na to uważał. Ci inżynierowie jak pili, to pili, ale przede wszystkim posyłali rakiety w kosmos.
Jako prezydent prowadził politykę balansu między Rosją a Zachodem. Ktoś powiedział, że to była najlepsza polityka, jaką Ukraina powinna prowadzić do dzisiaj. A jednocześnie od końca lat dziewięćdziesiątych szedł ostrożnie w stronę Zachodu. To był czas poważnej destabilizacji Rosji, nikt nie wiedział, że po Jelcynie przyjdzie Putin, który był wtedy jeszcze zupełnie nieznany. Gdzieś warto było mieć oparcie, a USA wydawały się pewniejsze niż Rosja. Wtedy pojawiły się pierwsze projekty zakładające, że Ukraina wejdzie do NATO, a równocześnie działania służb rosyjskich, które miały to uniemożliwić.
Takie jak śmierć dziennikarza Georgija Gongadzego, którego zabójstwo miał zlecić Kuczma? Tak przynajmniej wynikało z taśm ujawnionych przez członka jego ochrony. Do dziś nie wiadomo, kto zlecił zabójstwo ani z czyjej inicjatywy ta sprawa wyszła na jaw. To była rosyjska prowokacja?
Zabójstwo Gongadzego może nie, ale za to sprawa Kolczugi… Pamięta pan? Kolczuga to był system antyrakietowy, który rzekomo Ukraina przekazała Irakowi pomimo obowiązującego embarga. Po latach okazało się, że to była prowokacja. Chodziło o to, żeby NATO uznało Ukrainę za niepewnego partnera, z którym nie warto rozmawiać. I tak się stało. Moim zdaniem to było działanie rosyjskie.
Jesienią 2002 roku, w samym środku tej afery, w Pradze odbywał się szczyt NATO. Jego część stanowiło spotkanie członków sojuszu z krajami Partnership for Peace, takimi jak Ukraina czy Kazachstan. Przed kolacją na Hradczanach Havel wziął mnie na stronę i mówi: „Słuchaj, czy mógłbyś się zająć Kuczmą, żeby nie czuł się osamotniony i żeby nie kłuł w oczy Amerykanów?”. Zgodziłem się, to zresztą dotyczyło też prezydenta Kazachstanu Nazarbajewa i innych rosyjskojęzycznych przywódców. Salka mała, siedzimy. Wtedy Bush junior, który pewnie nie został poinformowany o tych zabiegach, wchodzi z Havlem i wita się z pierwszym z brzegu Nazarbajewem, z kimś jeszcze, wreszcie z Kuczmą. Jeden z europejskich premierów mówi: „Cholera, to Kuczma miał być na cenzurowanym i on się z nim wita, a z nami już nie?”. Bo szefowie państw NATO siedzieli dalej. Często tak właśnie się kończą różne dyplomatyczne intrygi. Życie pisze lepsze scenariusze.
Starałem się wspierać Kuczmę na arenie międzynarodowej.

Dlaczego?
Dla nas niepodległa Ukraina to zawsze plus. To przesuwa nasze granice bezpieczeństwa o tysiąc kilometrów na wschód. Pozyskujemy partnera, wielki kraj. Jednocześnie tworzy się przestrzeń do zażegnania historycznych sporów i uprzedzeń. Gdy w 1995 roku zostałem prezydentem, uznałem, że sprawa ukraińska powinna być jedną z najważniejszych, którymi się zajmę. Niepodległa i dobrze prosperująca Ukraina była zawsze jednym z moich najistotniejszych celów politycznych.
Kuczma od momentu uzyskania niepodległości w 1991 roku był – i mówię to z pełnym przekonaniem – ukraiński. Całą jego stawką była niepodległa Ukraina. Oczywiście lawirował, musiał szukać różnych rozwiązań, o bardzo wielu możliwościach nie wiedział, ale co do jego patriotyzmu i ukraińskiej tożsamości nie miałem i nie mam żadnych wątpliwości.

W czasach pańskiej prezydentury coraz większą rolę w stosunkach polsko-ukraińskich odgrywała kwestia zbrodni UPA na Wołyniu. Jaki Kuczma miał do niej stosunek?
Z początku nie był zaangażowany emocjonalnie w żaden sposób. Nic o tym nie widział, w Związku Radzieckim o tym nie mówiono. I w jakimś sensie dobrze się stało, bo miał czystą kartę. To było bardzo ważne. Uważam, że udało się nam bardzo wiele osiągnąć.
O wiele trudniej rozmawiało się później na ten temat z Wiktorem Juszczenką, który był znacznie bardziej ukształtowany narodowo. To on nadał pośmiertne tytuły Bohaterów Ukrainy Banderze i innym. Miałem kłopot z Juszczenką, gdy robiliśmy rekonstrukcję cmentarza Orląt we Lwowie i chcieliśmy umieścić tam lwy. Dopiero teraz się to udało. Mer Lwowa Sadowy zrobił to z wdzięczności za pomoc, jakiej udzielamy Ukrainie.

Obawiał się pan, że debata historyczna na temat Wołynia, którą prowadzono od początku lat dziewięćdziesiątych nie tylko w polskich i ukraińskich środowiskach naukowych, lecz także w mediach, może zaważyć negatywnie na naszych przyszłych stosunkach, jeśli zostanie zaniedbana albo źle poprowadzona?
Ależ oczywiście. Kiedy zostałem prezydentem, od wydarzeń wołyńskich minęło tylko nieco ponad pięćdziesiąt lat. Żyli jeszcze świadkowie czy niedoszłe ofiary masakry, dzieci, które ocalały. To byli znani ludzie, jak Mirosław Hermaszewski czy senator z Wrocławia Maria Berny. Miałem zresztą przykład o wiele bardziej osobisty.
Mój teść Julian Konty urodził się w Borszczówce niedaleko Równego. Jego rodzice mieli tam gospodarstwo. On doskonale pamiętał normalne relacje z Ukraińcami, piosenki ukraińskie, w dzieciństwie mówił trochę po ukraińsku. I pamiętał również to, co wydarzyło się później. W marcu 1943 roku Niemcy z pomocą ukraińskiej policji wymordowali niemal całą wieś, około dwustu pięćdziesięciu osób. Teść z bratem i siostrami zdążyli zabrać z wioski chorą matkę, wynieśli ją do lasu na łóżku. Widział z ukrycia, jak Niemcy i Ukraińcy zabijali Polaków. W tej masakrze zginęli jego siostra Zofia, jej mąż i dziecko.
Teść już w latach siedemdziesiątych uznał, że musi upamiętnić pomordowanych. Był pułkownikiem Ludowego Wojska Polskiego i zaczął zabiegać różnymi kanałami, żeby w Borszczówce zamontowano tablicę „Ku pamięci ofiar”. I tak się stało, choć oczywiście nie można było napisać, kto był sprawcą. Napisano, że faszyści.
Dyskusje z teściem były dla mnie niezwykle ważne i pouczające. Rozmawiałem z nim na ten temat wielokrotnie. Byłem wtedy mocno zainspirowany pojednaniem francusko-niemieckim, zaangażowałem się w pojednanie polsko-żydowskie i uznałem, że z Ukraińcami też musimy to zrobić.
Teść początkowo był bardzo nastroszony: „Nie, to mordercy, nie da się”. Ja mówiłem: „Słuchaj, zdarzyły się straszne rzeczy, ale przyjdą nowe pokolenia. Jesteśmy sąsiadami, musimy się ze sobą jakoś kontaktować”. Krok po kroku go przekonywałem, ale on cały czas podkreślał, z czym ja się absolutnie zgadzam, że pojednanie musi być zbudowane na prawdzie. Żadnych kłamstw. On wie, co się wyda­rzyło w Borszczówce. Wie, kto zabijał, może podać nazwiska.
To nie były łatwe rozmowy, więc żeby dać mu satysfakcję, ale też zobaczyć jego reakcję, zaprosiłem go na uroczystości obchodów sześćdziesięciolecia masakry w Pawliwce, które zorganizowali Ukraińcy z udziałem Kuczmy. Wystąpił tam człowiek w wieku mojego teścia, który miał podobną historię. Widział ludzi spędzonych w niedzielę do kościoła, kościół był otoczony drutem kolczastym, drzwi zablokowane, snopy siana, benzyna. Jak dzieci próbowały uciekać przez okna, to do nich strzelano. On się uratował.
Ten pan Julian z Pawliwki opowiadał o tym bez jakiejkolwiek emfazy. To jest ważne: mówił prosto, zdanie po zdaniu, z przerwą na tłumaczenie. Była niedziela. Tłumaczenie. Poszliśmy wszyscy do kościoła. Tłumaczenie. Kościół otoczyły grupy UPA. Tłumaczenie. Zablokowali wejście. Tłumaczenie. Wrzucili palące się snopy. Tłumaczenie. I dzieci uciekały, strzelali. Tłumaczenie.
Siedziałem obok Kuczmy, w pierwszym rzędzie. I słyszałem, jak Kuczma z coraz większym trudem łapał oddech, bo każde z tych słów, każde z tych zdań, te frazy i tłumaczenie były jak uderzenia, ciosy w serce. Albo obuchem w łeb. Widziałem, że mocno to przeżył.
Kuczma wygłosił wcześniej przemówienie, w którym przyznał, że zginęło dwieście tysięcy ludzi. Ale to jest abstrakcja. To tak, jakby nikt nie zginął, tego się nie da pojąć. Za to jak widzisz cudem uratowanego człowieka, który wtedy miał sześć czy osiem lat, który uciekł i opowiada o tym, co się wydarzyło, to nagle masz przed oczami całą tę tragedię. Uświadamiasz sobie, że sam mógłbyś tam być.
Później zaproszono nas na poczęstunek do monastyru. Teść podszedł do mnie ze łzami w oczach i powiedział: „Miałeś rację, Olek. To trzeba było zrobić”.

* Mając na uwadze mnogość wymienionych w rozmowie nazwisk oraz to, że dla wielu czytelników wspomniane postaci i wydarzenia mogą być już częścią zamierzchłej historii, wydawca zamieścił na końcu książki spis osób wraz z ich krótkimi biogramami. Dociekliwym polecamy ich lekturę.

ROZDZIAŁ 1

Kilka lat temu rosyjski pisarz Wiktor Jerofiejew został zaproszony do Gdańska na międzynarodową konferencję o Partnerstwie Wschodnim. Siedział i słuchał, aż wreszcie powiedział: „Wy ­wszyscy jesteście teoretycy, a ja jestem praktykiem, bo moja pierwsza żona była Polką, druga – Ukrainką, a trzecia jest Rosjanką. Wniosek? Ja – nastajaszczij wostocznyj partnior”. To ja jestem prawdziwym partnerem wschodnim.

Pan jest jednym z największych znawców obszaru postsowieckiego wśród polskich polityków. Biegle włada pan językiem rosyjskim. Jakie były początki pańskiego zainteresowania Wschodem?
W jakimś sensie jest to rodzinne. Moja mama pochodzi z Wilna, tam się urodziła. Cała jej rodzina pochodzi z Wilna i okolic. Tam mieszkała babcia, która należała do pokolenia chyba najmocniej doświadczonego w historii. Przeżyła wszystkie możliwe wojny: wojnę japońską, I wojnę światową, rewolucję październikową, wojnę polsko-­ -bolszewicką, II wojnę światową.
Jak tylko zostałem prezydentem w 1995 roku, postanowiłem złożyć oficjalną wizytę w Wilnie, żeby podkreślić związki naszych krajów. Prezydentem był wtedy Algirdas Brazauskas. Znałem go wcześniej, bo był – jak się to teraz mówi – postkomunistą, przekształcał Komunistyczną Partię Litwy w socjaldemokrację. Niedźwiedź – wysoki, potężnie zbudowany – sympatyczny, nieźle mówił po polsku. W czasie mojej wizyty wykonał dwa nadzwyczajne gesty. Po pierwsze, znalazł dom moich dziadków. I powiedział, że gdybym chciał go odzyskać, to oni mogą mi to ułatwić.

I co pan zrobił?
Zwyciężył we mnie pragmatyzm. Pamiętałem ten dom, bo w latach sześćdziesiątych z mamą i babcią byliśmy w Wilnie na wycieczce orbisowskiej i poszliśmy na Antokol, żeby go zobaczyć. Byłem dzieciakiem, ale zapamiętałem spory drewniany dom, ogród. Drzewa były tak wielkie, że budynku prawie nie było widać. Oczywiście nie weszliśmy do środka.
Babcia była emocjonalnie bardzo związana z tym miejscem. Ja oczywiście nie. I kiedy Brazauskas złożył mi tę propozycję, odpowiedziałem: „Dziękuję, ale powiedz mi, co tam się teraz dzieje”. On na to: „Nie wiem, ale sprawdzę”. Następnego dnia stwierdził: „Tam mieszka pięć rodzin”.
Wyobraziłem sobie, że w wyniku gestu władz litewskich otrzymuję ten dom i muszę załatwić mieszkania dla pięciu rodzin. I co tam zrobię – muzeum? Przecież jestem początkującym prezydentem. Więc podziękowałem i więcej o tym nie myślałem.

Ale zobaczył pan ten dom po latach?
Nie. Nie chciałem. Wizyta urzędującego prezydenta od razu wywołałaby jakąś awanturę. Nie chciałem ludziom burzyć spokoju ani tym bardziej dawać płonnych nadziei.

A ten drugi gest Brazauskasa?
Był równie mocny. Pokazał mi dokument potwierdzający wywózkę mojej rodziny z Wilna, znaleźli go w archiwach. Dokument NKWD. Składał się z rubryk: nazwiska ludzi, maszyny, dalej łoszadi, czyli konie, i tak dalej. Pięć osób, chociaż rodzina składała się z sześciu. Brat mamy, Michał – dziś bardzo znany w Białymstoku architekt, który projektuje świątynie, ekumenicznie i sprawiedliwie: zarówno cerkwie, jak i kościoły – otóż wujek Michał przebywał wtedy w radzieckim obozie jenieckim za przynależność do Armii Krajowej. W tej piątce byli dziadek, babcia i troje dzieci, w tym moja mama – najmłodsza. I przy tych wszystkich rubrykach, łoszadi, maszyny, jest klamra i napisane po rosyjsku: odin czemodan. Jedna walizka. Oni z tego domu wyszli z jedną walizką.
To było w 1945 roku. W ramach repatriacji znaleźli się na terenach zachodniej Polski, w Sulęcinie, a później rozjechali się po kraju. Młodzież pojechała na studia: wuj Aleksander do Krakowa, wuj Michał do Poznania. Moja mama i jej siostra też pojechały do Poznania. A dziadek nie mógł się z tym pogodzić, uważał, że kiedyś Wilno wróci do Polski. A gdzie najlepiej na to czekać? W Białymstoku, bo najbliżej. I tam do końca życia czekał na powrót do Wilna. Syn architekt zbudował mu nieduży dom na Dojlidach. Przy czym dziadek okazał się mistrzem sadownictwa. Śmialiśmy się, że z niego taki nasz Miczurin, bo różne gatunki śliwek, czereśni, wiśni łączył ze sobą.

Pański dziadek zobaczył jeszcze Wilno?
Nie, nigdy, choć go namawialiśmy. Mówił: „Dopóki Wilno nie będzie polskie, to ja tam nie pojadę”. Odwiedzaliśmy go w czasie wakacji. Dziadek miał brodę i gęste włosy, więc to pewnie jego zasługa, że i ja mam w tym wieku włosy, bo ojciec był łysy. Dziadek śpiewał w chórze cerkiewnym w Białymstoku. Miał piękny głos, baryton.

Dziadek i babcia byli prawosławni, prawda? Czy mama także? Na ile prawosławie było obecne w pańskim dzieciństwie, w pańskiej rodzinie?
Było obecne, kiedy jeździliśmy do dziadka. Te jego wystąpienia chóralne przy okazji różnych wydarzeń kościelnych zazwyczaj kończyły się spotkaniami w jego pięknym sadzie na Dojlidach, gdzie oczywiście na stole pojawiało się całe mnóstwo nalewek owocowych. To była, jak podejrzewam, jedna z przyczyn, dla których babcia w pewnym momencie postanowiła zająć się wnuczką w odleg­łym o kilkaset kilometrów Białogardzie, zamiast być z dziadkiem. Przyjechała do nas i nie chciała wracać do męża. O to były bardzo poważne awantury.
Spośród rodzeństwa mojej matki najbardziej zaangażowany w prawosławie był wujek Aleksander, wybitny lekarz mieszkający w Krakowie. On i jego żona do końca życia byli związani z tym środowiskiem, byli w nim aktywni. Moja mama była natomiast najmłodszym dzieckiem. Jak skończyła się wojna, miała czternaście lat, więc jej związki z prawosławiem były o wiele luźniejsze, także ze względu na katolickie środowisko koleżeńskie. Przez całe życie udzielała się w instytucjach pomocy społecznej, pomagała ludziom, organizowała różne akcje, ale nie była zaangażowana religijnie. To przyszło z wiekiem, kiedy już wyprowadziłem się z domu. Pod koniec życia była bardzo religijna i aktywna w Kościele katolickim.

Byliście z siostrą ochrzczeni?
Byliśmy.

W Kościele katolickim?
Tak.

A co na to ojciec?
Ojciec był ateistą, ale miał szacunek dla Kościoła. W domu było zawsze bardzo dużo książek i jedną z lektur, jak je nazywałem, obowiązkowych, stanowiły Opowieści biblijne Kosidowskiego. Musieliśmy je czytać z siostrą, a jak nie chcieliśmy, to ojciec wołał nas i czytał nam na głos. Porównując wiedzę swoją i rówieśników, mogę powiedzieć, że nasza edukacja była chyba bardziej pogłębiona od tej, którą oni zdobywali na lekcjach religii.

Pańska siostra jest od pana młodsza?
O półtora roku.

Jak ma na imię?
Sylwia Małgorzata. Dla nas Małgosia, ale oficjalnie Sylwia – i tego imienia używa w Szwajcarii, gdzie mieszka od 1981 roku. Siostra jest lekarzem, doktorem okulistyki.

Babcia się wami zajmowała?
Pomagała w domu. Babcia była wybitną kucharką. W końcu mieszkała przez lata w Wilnie, które było tyglem narodowościowym.

I kulinarnym.
I kulinarnym. Została z dwójką dzieci, jak dziadek poszedł na wojnę japońską, a wrócił dopiero po wojnie polsko-bolszewickiej, czyli przez kilkanaście lat nie było go w domu. To się chyba nie przysłużyło ich małżeństwu. Musiała radzić sobie sama. Pomagała w różnych domach i tak poznała tę wileńską kuchnię.
Przy niej rozkwitły moje talenty kulinarne. Ojciec miał dwie lewe ręce do gotowania, dla niego ugotowanie jajek to już był poważny wyczyn, więc bardzo się zdziwił, jak kiedyś przyjechał do nas do Warszawy i ja przygotowałem coś nieco wykwintniejszego, ale nie żadne szaleństwo, nie pamiętam nawet co. Skąd ja to umiem, jak się tego nauczyłem? Wytłumaczyłem mu, że kiedy on wiecznie pracował, to ja podglądałem, jak babcia gotuje.
Przejąłem od niej wiele przepisów wschodnich, na przykład babka czy kiszka ziemniaczana do dzisiaj świetnie się sprawdzają w moim repertuarze, szczególnie jesienią. W chłodne dni taka babka ziemniaczana z kiszoną kapustą, marynowanymi grzybkami i kieliszeczkiem dobrej wódki to jest po prostu poezja. O, widzę, że i pan się rozmarzył.
Babcia robiła też genialny chłodnik litewski. Ale jeszcze lepszy od babcinego robi moja żona. Ja go nazywam śmieciówą. Chodzi o to, by wszystkie warzywa czuło się na zębach, żeby było słychać, jak chrupią ogórki, rzodkiewki.
Babcia do końca życia była niezwykle pracowita i dobrze zorganizowana. Stała się dla nas opoką, mieszkała z nami. Nie była politycznie zaangażowana, ale dzięki niej Wilno, wschód, pozostawały obecne w naszej świadomości, w rozmowach czy wspomnieniach. Przy tym moja mama jako dziecko mówiła bardzo dobrze po rosyjsku, miała świetny akcent. Rosjanie w 1940 roku zajęli Litwę, więc musiała chodzić do rosyjskich szkół. Miała wtedy dziesięć lat. Mówię o tym, bo rosyjskiego nauczyłem się w szkole – rosyjski był obowiązkowy od V klasy podstawówki – ale i dzięki mamie, która śpiewała mi rosyjskie piosenki. Moi krewni ze strony matki byli ludźmi Kresów Wschodnich.

A jaki mieli stosunek do Rosji?
Typowy dla pokolenia, które przeżyło wschód. Z jednej strony to był wielki szacunek dla rosyjskiej kultury i prostego człowieka, który przeżywał te same nieszczęścia i te same tragedie, co ci wszyscy Polacy, zesłańcy. A z drugiej niezwykle krytyczny stosunek do systemu politycznego, do państwa zbudowanego na strachu i przemocy. Trudno było się od tego strachu wyzwolić. Nawet po 1989 roku, gdy mówili bardzo krytycznie o Rosji, wciąż ściszali głos. To było jak odruch Pawłowa.

A co pan wie o rodzinie ojca?
Niewiele. Ojciec mało mówił na ten temat. Nie poznałem nikogo z jego krewnych. Jego rodzice zginęli na początku wojny w Warszawie. On urodził się w stolicy w 1921 roku. Po maturze w 1939 roku pojechał na wakacje na wschód, spędził trochę czasu u stryja. Jesienią miał rozpocząć studia medyczne.

W Warszawie?
Tak. Ale zaczął je w Wilnie. Wtedy nie było egzaminów na uczelnię, miał zdaną maturę, więc zaczął studia na Uniwersytecie Stefana Batorego. Skończył tylko pierwszy rok, bo po Litwinach przyszli Rosjanie, a później Niemcy. Po latach otrzymałem jego dokumenty. W czasie wojny był nauczycielem w podwileńskich szkołach. Tak naprawdę to była niekończąca się ucieczka, walka o przeżycie. Bardzo niewiele o tym mówił. Nie chciał.

W latach dziewięćdziesiątych budowano przeciwko panu kampanię antysemicką, sugerowano, że pańscy przodkowie ze strony ojca mieli żydowskie pochodzenie.
Ja miałem być Stolzman.

Jaki miał pan do tego stosunek?
Można było skwitować to uśmiechem, ale w Polsce tak się nie da, bo to rezonuje i nie jest tak, że nie ma znaczenia. Tak na marginesie: do tych ataków włączył się w pewnym momencie Lech Wałęsa, co nie było ani ładne, ani przyjemne.
Mam na to dwie odpowiedzi. Jedna jest żartobliwa. Kiedyś Tadeusz Mazowiecki, którego również atakowano w ten sposób, spotkał się ze mną i powiedział: „Czy pan wie, że mnie atakują, że ja jestem Żydem?”. „Panie premierze, pan się tym w ogóle nie przejmuje” – odparłem. „Jak mam się nie przejmować?” – zapytał. „Bo pan jest Żydem nominowanym. Pana uznano za Żyda, bo pan jest inteligentny, zdolny, dużo pan osiągnął. Nie dlatego, że mają na to papiery. To w sumie komplement”.
A druga odpowiedź jest formalna. Otóż jak toczyły się rozprawy lustracyjne przed sądem i w IPN, to doktor Gontarczyk, który był wtedy jednym z głównych lustratorów, zbadał wszystkie dokumenty i napisał, że Kwaśniewski, a właściwie ojciec Kwaśniewskiego, nie nazywał się Stolzman. To jest bzdura, nieprawda. I temat ucichł.

Gontarczyk zajmował się tym z racji swoich zainteresowań badawczych?
Oni się mną zajmowali, bo koniecznie chcieli udowodnić, że ja i agent „Alek” to ta sama osoba. To był pomysł na wyeliminowanie mnie z wyborów prezydenckich w 2000 roku.

Chodziło o pańską domniemaną współpracę ze Służbą Bez­pieczeństwa?
Tak. Cała historia zaczęła się od tego, że w spisie dziennikarzy wyjeżdżających na festiwal młodzieży do Moskwy w 1986 roku przy moim nazwisku jest odesłanie do pseudonimu „Alek”. Ten „Alek” miał pracować w „Życiu Warszawy” i stamtąd donosić. Absolutna bzdura, ja nigdy nie pracowałem w „Życiu Warszawy”. Już nie mówiąc o tym, że Służba Bezpieczeństwa nie nadawała kryptonimów czy pseudonimów od imion ani nazwisk, jak „Alek” czy „Kwach” w moim przypadku albo „Kaczor” w pańskim. Po prostu nie. Ja oczywiście nawet wiem, kto jest „Alkiem”. Ten człowiek pracował wcześniej w „Sztandarze Młodych”, a później w „Życiu Warszawy”.

Ale nie wykorzystał pan tej wiedzy?
Nie wykorzystałem i nigdy nie wykorzystam, i panu też tego nie powiem. Ja nie jestem od lustracji. Jeżeli ktoś chce się przyznać, to niech sam się przyznaje.
Sąd oczywiście uznał, że mam rację i w związku z tym wystartowałem w wyborach w 2000 roku. Ujęło mnie to, że gdy po rozprawie wyszedłem z sądu, to było w dawnym budynku Komitetu Warszawskiego PZPR przy ulicy Chopina, i w wiadomościach radiowych pojawiła się informacja, że sąd lustracyjny uznał moje oświadczenie za prawdziwe, to nagle na ulicy rozległy się klaksony. Na znak aprobaty. To przełożyło się na głosy, bo wygrałem w pierwszej turze.

A rodzice poznali się…
Poznali się w zabawnych okolicznościach. Ojciec po wojnie trafił na studia do Poznania, bo część kadry profesorskiej z Wilna – ci, którzy przeżyli – tam się znalazła. Nielicznym studentom, którzy przetrwali wojnę, zależało na tym, żeby mieć zaliczony pierwszy rok studiów. Ojciec zaczął więc od drugiego roku medycyny w Poznaniu.
Mama w tym czasie także uczyła się w Poznaniu w szkole pielęg­niarskiej, ale poznali się dopiero w Białogardzie, gdzie ojciec po studiach dostał nakaz pracy. Jak przyjechał tam w 1953 roku, to był drugim lekarzem w dwudziestotysięcznym mieście. Byli w tym samym czasie w Wilnie, później w Poznaniu, ale spotkali się dopiero w Białogardzie – i tam się urodziłem 15 listopada 1954 roku.

Pański ojciec był dyrektorem szpitala?
Tak, dyrektorem szpitala powiatowego. Poza tym prowadził prywatną praktykę. Mama po urodzeniu dzieci pomagała ojcu.
Tata należał do tego pokolenia lekarzy, których można było spotkać jeszcze dwadzieścia lat temu. Oni nie mieli wąskich specjalizacji, tylko niesamowitą wiedzę ogólną. Wiedzieli, co komu dolega, bez USG, bez tych wszystkich rezonansów magnetycznych, cudów-niewidów. Wyłącznie na podstawie doświadczenia, setek tysięcy przypadków. Jak ojciec zaczął praktykę i jeździł na wieś, to musiał leczyć, czym się dało, a w razie potrzeby wiózł pacjenta samochodem na poważniejszy zabieg do szpitala. Jak ktoś przyszedł z bólem zębów, to musiał mu zajrzeć w zęby – nie mógł powiedzieć, że się na tym nie zna, bo co to za doktor? Na koniec, żeby dobić tego młodego lekarza, ludzie wołali go do krowy, bo też miała jakąś dolegliwość. Tu już jego wiedza była wyłącznie intuicyjna.
Pamiętam, że ojciec trzymał sprzęt w skórzanej torbie, którą bardzo lubiłem, bo wyglądała jak te z filmów kowbojskich. Torba była mocno zużyta, zawsze miał ją na wyciągnięcie ręki, stała w korytarzu. Przed wyjściem zakładał skórzane buty i fartuch. Karetka czy inny samochód czekały przed domem.

Mieszkaliście w poniemieckim domu?
Najpierw mieszkaliśmy w szpitalu. Przed wojną prowadziły go zakonnice. Tam się urodziłem i mieszkałem jako małe dziecko. Później ojciec dostał mieszkanie przy ulicy Bohaterów Stalingradu 10, dzisiaj ta ulica nazywa się Dworcowa, za Niemców Bahnhofstrasse. Dawna reprezentacyjna ulica z domami z przełomu XIX i XX wieku.
Mieszkanie było bardzo ładne, oczywiście poniemieckie, wysokie sufity, drugie piętro. Ponad sto metrów kwadratowych, trzy pokoje, kuchnia, siedmiometrowy korytarz i co najważniejsze, dawna mała służbówka zaraz przy wejściu, która stała się gabinetem. Później tata zrobił takie przeszklone drzwi, żeby oddzielić gabinet od reszty mieszkania. Poziom wykonania stolarki, armatury łazienkowej był niezwykły. Proszę sobie wyobrazić, że na przykład drzwi przesuwne między pokojami działały jeszcze, gdy opuszczaliśmy mieszkanie po śmierci mamy w 1995 roku. Nawet dziś ten dom dobrze wygląda z zewnątrz. Ale już nigdy potem nie wszedłem do środka. Nie chciałem psuć sobie wspomnień.

Pańscy rodzice mieszkali tam przez całe życie?
Tak. Ojciec miał absolutne poczucie tymczasowości i pełną świadomość tego, że nasze ślady historyczne na tych terenach, na Ziemiach Odzyskanych – jak wtedy mawiano – są znikome.
„Stare piastowskie ziemie”.
To poczucie tymczasowości było wtedy powszechne, zwłaszcza w tych pokoleniach, które przeżyły wojnę, wywózki, śmierć najbliższych. Zmieniło się to dopiero po wielu latach. Dlatego ojciec nigdy niczego w Białogardzie nie kupił, choć ludzie nabywali działki, budowali domy. Jego to nie interesowało.
Ja także nie przywiązywałem się do miejsc, do majątku. Mam to po ojcu. Jak ojciec wyjeżdżał na studia do Wilna, to w pasek spodni miał wszyte dwie złote monety. Na przetrwanie. Te spodnie przeżyły wojnę. I te monety jakoś ocalały, ojciec nie musiał ich użyć. To pokazuje, ile zostaje z tego całego dorobku. Dużo bardziej liczy się to, co masz w głowie, czy jesteś zaradny.
Ojciec chciał, żebyśmy z siostrą zostali lekarzami. Mówił, że ustroje się zmieniają, więc trzeba mieć zawód, który zawsze się przyda. Trzeba też znać języki. Powtarzał nam, że ponieważ żyjemy w kraju, który ma dwóch silnych i agresywnych sąsiadów, Niemcy i Rosję, to trzeba znać ich języki, żeby dać sobie radę w trudnych sytuacjach. To może pomóc w przeżyciu.

Pański ojciec znał te języki?
Tak, bardzo dobrze. Mówił po rosyjsku, przed wojną zdał w Warszawie maturę z niemieckiego. Kiedy rozmawiał z Niemcami, zawsze byli zaskoczeni, że mówi w pełni poprawnie gramatycznie.

To mu pomogło podczas wojny?
Tak. Dzięki temu mógł się wykpić z różnych sytuacji. Pamiętam, jak opowiadał, że podczas łapanki jego znajomość niemieckiego przydała się nie tylko jemu, lecz także kilku znajomym, za którymi mógł się wstawić. W twardych warunkach okupacyjnych tłumacz był bardzo cenny. Jego się nie zabijało w pierwszej kolejności.

Lekarza też nie.
Ojciec bardzo nas namawiał, żebyśmy zostali lekarzami. A ja absolutnie nie mogłem się do tego przekonać. Ktoś mógłby powiedzieć złośliwie, że to dlatego, że to trudne studia, całe sześć lat trzeba się uczyć. Wcale nie dlatego.
Powód odkryłem po latach. Już jako prezydent zostałem zaproszony na otwarcie nowego oddziału Centrum Onkologicznego w Gliwicach. Szefem był tam profesor Maciejewski. Świetny oddział, najnowocześniejszy sprzęt. Wszystko ładne, kolorowe, psychicznie podbudowujące ciężko chorych pacjentów. Później zaproszono mnie do starej części, do takiej auli, gdzie miałem coś powiedzieć. I nagle poczułem, że nie jestem w stanie mówić, dosłownie mnie zatkało. Dopiero wtedy skojarzyłem, że to, co zapamiętałem z tego szpitala w Białogardzie, to był straszliwie intensywny zapach lizolu, środka dezynfekującego. Myślę, pół żartem, pół serio, że mam na niego jakiś rodzaj alergii. I dlatego nie zostałem lekarzem.

Ale pańską siostrę udało się do tego przekonać?
Tak, Małgosia skończyła medycynę w Warszawie. Ojciec miał argument, który robił na nas kolosalne wrażenie: Komu ja to wszystko zostawię? Mówił o swoim gabinecie i sprzęcie. Tylko że siostra jest okulistką, więc nic jej z tych sprzętów nie przyszło. Wzięła tylko stetoskop i ciśnieniomierz z bakelitu, taki na pompkę.
Po śmierci rodziców musieliśmy z żoną zlikwidować gabinet ojca. Okazało się, że wszystkie sprzęty nadają się do muzeum, tylko nie ma takiego muzeum, które mogłoby je przyjąć. A dane osobowe trzeba utylizować. Cięcie, zniszczenie tej nieskończonej liczby skrupulatnie prowadzonych kartotek pacjentów to był zupełny koszmar. Okazało się więc, że to, co stanowiło największą wartość, którą chciał przekazać nam ojciec, było w jakimś sensie przekleństwem – co z tym fantem zrobić?
A mówię to ku przestrodze. Wielu z nas myśli: o, taki wspaniały księgozbiór komuś zostawię. A później to dziecko czy wnuk ma problem, bo nikt już takich książek nie czyta. Wszystko jest w formie cyfrowej. Ojciec miał piękny zbiór książek medycznych. Jak likwidowaliśmy mieszkanie rodziców, przeniosłem te książki do Pałacu. A z Pałacu do magazynów Kancelarii Prezydenta przy ulicy Augustówka. Tam leżały przez długie lata, dopóki nie wybudowałem na Mazurach, jak ja to nazywam, archiwum, czyli magazynów, gdzie mogę różne rzeczy zgromadzić. Ale książki medyczne – co ja z nimi będę robił? Poprosiłem więc swoją asystentkę, żeby podzwoniła po bibliotekach medycznych, może one to wezmą, ja chętnie przywiozę. I okazuje się, nie ma ani jednej biblioteki w Polsce, która chciałaby przejąć ten księgozbiór. Na szczęście znalazłem bibliotekę za granicą, która jest gotowa go przyjąć. Niech pan zgadnie gdzie.

Nie mam pojęcia.
W Kijowie. Mają już dużo polskich książek i chętnie wezmą kolejne. Przekażę je po wojnie i nie oczekuję z tego tytułu żadnych gratyfikacji.
Tak więc lekarzem nie zostałem. Śmieję się, że w mojej rodzinie jest tylu lekarzy i ludzi związanych z ochroną zdrowia, że jedna czarna owca musiała się znaleźć. Ja jestem tylko byłym prezydentem.

Jak pan wspomina dzieciństwo w Białogardzie?
To było bardzo ładne miasto, za czasów niemieckich garnizonowe, niezniszczone w czasie wojny. Niemcy mieli tam potężne koszary przy drogach na Koszalin, Połczyn-Zdrój i Kołobrzeg. Za moich czasów koszary były zajęte przez Armię Czerwoną. Wokół były bardzo ładne domy dla oficerów, typowa architektura niemiecka pierwszej połowy XX wieku. Czyli wille z ogrodami, dobra stolarka, duże metraże. Wszystko trochę przyciężkie, ale solidne. Do tego kasyno oficerskie, dawniej niemieckie, później radzieckie. Wejście z kolumnami.

Polacy mogli tam wejść?
Tak, aż do 1968 roku. Często tam chodziliśmy, ponieważ mieli dobre cukierki, słynne kanfiety Miszka Kosolapyj. Kupiłem takie ostatnio na Ukrainie, były prezydent Petro Poroszenko je produkuje. Trochę jak prince polo, tylko mniejsze.
Część wojskowa, radziecka zamknęła się po inwazji na Czecho­słowację w 1968 roku. Oficerowie unikali chodzenia po mieście. Co oczywiście nie oznacza, że zaprzestano handlu. Podejrzewam, że do czasu wyjścia Armii Czerwonej z Białogardu wielu okolicznych chłopów nie wiedziało, że paliwo można kupować na stacji CPN. Stosunkowo łatwo można było kupić także poszukiwane wtedy aparaty fotograficzne Zorka 4, Smiena i tym podobne. Takie sprzęty, które w ZSRR były dostępne, a w Polsce nie.
Miasto tonęło w zieleni. W latach sześćdziesiątych cała infrastruktura była jeszcze stosunkowo świeża. Białogard pozostawał dużym węzłem kolejowym, ważniejszym od Kołobrzegu. To był łącznik między Gdańskiem, Szczecinem a Poznaniem, duża lokomotywownia, elegancki dworzec. Co drugi człowiek w Białogardzie pracował na kolei: czy to przy trakcji, czy przy obsłudze, na stacji, w kasach albo w dworcowej restauracji.
W Parsęcie, która płynie przez Białogard, pływały jesiotry.

Naprawdę?
Tak. I co dla nas, młodych, było bardzo ważne – mieliśmy piękny kompleks sportowy. Przed olimpiadą w Berlinie w 1936 roku Biało­gard był miejscem aklimatyzacji ekipy japońskiej. A że Japonia była sojusznikiem Niemiec, przygotowano piękny stadion lekkoatletyczny, który służy do dzisiaj, odbywają się tam zawody. Sam byłem lekkoatletą, biegałem w klubie Iskra Białogard. Wiele lat później pomogłem im zdobyć tartan i oświetlenie.
Do klubu trafiłem w liceum. Naszym wychowawcą był pan Henryk Młynarczyk. Gdy zmarł, napisałem list pożegnalny na jego pogrzeb. Bardzo ciekawa postać, niełatwy człowiek, dość apodyktyczny, fan sportu. Rzucał oszczepem, później został trenerem, nauczycielem WF-u, a wreszcie dyrektorem liceum. Dwa razy w roku odbywały się biegi przełajowe na czas, wiosenne i jesienne, w których wszyscy musieli wziąć udział. Nie można było powiedzieć: źle się czuję, to nie wchodziło w grę. Wszyscy biegali i oczywiście od razu było widać, kto ma do tego predyspozycje. Jak ktoś zdobył nagrodę, to był z tego bardzo dumny. Taka szkolna tradycja, trochę w amerykańskim stylu. A profesor przy okazji wyławiał tych, którzy jego zdaniem nadawali się na trening sportowy. Okazało się, że mam talent sprinterski, biegałem na sto i dwieście metrów.
Mieliśmy też kompleks pływacki: pływalnia olimpijska, pięćdziesiąt metrów, odkryta, pływalnia do skoków z wieży i z trampoliny, czyli bardzo głęboka, i pływalnia do piłki wodnej. Trzy baseny, z których można było korzystać. Później obiekt popadł w ruinę i tylko częściowo udało się go odbudować.

Szkoły także mieściły się w poniemieckich budynkach?
Szkoły średnie tak, na przykład mój ogólniak. Z podstawówkami było różnie, ja chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 5, która była tysiąclatką, więc budynek był całkiem nowy, świeży.
Szkoły wspominam znakomicie. Miałem wspaniałych nauczycieli. Szczęśliwie trafiłem do liceum im. Bogusława X, gdzie pracowała jeszcze stara przedwojenna kadra, więc młodzi nauczyciele mieli się na kim wzorować. W klasie matematyczno-fizycznej było dwudziestu trzech uczniów i wszyscy poza jedną osobą dostali się na studia. Z prowincjonalnego Białogardu!

Pan się uczył w mat.-fizie? Myślałem, że miał pan humanistyczne zacięcie.
Byłem bardzo dobry z matematyki i fizyki. Wtedy jeszcze chodziło się do szkoły w soboty i nauczyciele na ogół starali się, żebyśmy mieli tego dnia nie więcej niż cztery – pięć lekcji. Tylko że mieliśmy jeszcze tak zwane kółko matematyczne, które oczywiście nie było żadnym kółkiem – pani profesor Buchowska, bardzo wymagająca, przepytywała nas i stawiała stopnie. I trwało to kolejne trzy lekcje. Męka – słyszymy, że na boisku chłopaki grają w piłkę, dziewczyny rozmawiają pod oknem, a my siedzimy w szkole. Silna tresura, ale bardzo mi się to przydało, gdy studiowałem handel zagraniczny.

Statystyka?
Tak, zero problemów. Matematyka na uniwersytecie była na niższym poziomie niż to, co robiliśmy w szkole średniej, te wszystkie całki, różniczki.
Chemia szła mi gorzej. Chemia to jest powód, dla którego noszę zegarek na prawej ręce. Mieliśmy takiego profesora Nowaka, który widział oznaki mojego zniecierpliwienia i za każdym razem, gdy spojrzałem na zegarek, wywoływał mnie do tablicy. Raz udało mi się go zaskoczyć, bo mnie wezwał i kazał mi napisać wzór na tlenek osmu. Napisałem ten wzór i on mnie spytał: „Skąd ty wiesz, Kwaś­niewski, że osm jest ośmiowartościowy?”. No jak osm, to logiczne, że ośmiowartościowy, pomyślałem.
To był czysty przypadek. Ale nie mógł mi postawić złej oceny. Potem doszedłem do wniosku, że zamiast tak cierpieć, mogę przełożyć zegarek na prawą rękę. On się nie zorientuje, a ja będę miał kontrolę czasu, który akurat na chemii bardzo wolno płynął.
Ale żeby skończyć wątek Białogardu: tamten okres w moim życiu był niedługi. Zaczyna się coś pamiętać w wieku czterech–pięciu lat, a ja wyjechałem z miasta jako osiemnastolatek. Czyli mamy trzynaście lat żywego kontaktu z miastem.
Później Białogard przeżywał ciężkie chwile. Najtrudniejszy był 1975 rok, czyli reforma gierkowska i odebranie statusu miasta powiatowego. Wiele miast wtedy podupadło, bo kadry przesunęły się do nowych ośrodków wojewódzkich, w naszym przypadku do Koszalina. Zaczęło brakować środków. Szpital powiatowy stracił status powiatowego. Poza tym zaczęło być już widoczne, że czas robi swoje. Niemiecka infrastruktura, która była dobra jeszcze piętnaście lat wcześniej, zaczęła się rozsypywać. A pieniędzy na remonty nie było.
Przełom lat 1989/1990 też nie przyniósł miastu niczego dobrego. Ruskich zabrano, czyli skończył się czarny rynek. PGR zlikwidowano, całe otoczenie zaczęło mieć kolosalne problemy. Nowe inwestycje szły jak krew z nosa. Bezrobocie niezwykle wysokie. Białogard przestał być ważnym węzłem komunikacyjnym. Kolej nie zatrudniała już tylu ludzi.
Mówiąc szczerze, powrót do normy to dopiero wejście do Unii Europejskiej, czyli możliwość skorzystania ze środków unijnych. Dzisiaj rynek w Białogardzie jest odremontowany, zrewitalizowany, znalazły się środki na obiekty sportowe. Powstało regionalne centrum rehabilitacyjne, o które walczył mój ojciec. W tym kompleksie wojskowym, niedaleko stadionu, był wielki szpital wojskowy. Rosjanie wykorzystywali go może w jednej czwartej. Niemcy wybudowali go w latach trzydziestych w związku z planowanym atakiem na ZSRR. Ojciec negocjował z Rosjanami, żeby zamienić szpitale: mniejszy, po zakonnicach, czyli szpital powiatowy, oddać armii, a szpital wojskowy przejąć na potrzeby powiatu. Oczywiście to nie wchodziło w grę. Ale jak wojska radzieckie się wyprowadziły, to w końcu się udało.
Dziś główny problem to demografia. Młody człowiek nie ma zbyt wielu powodów, żeby tam zostać. Białogard nie ma atutów Kołobrzegu, w końcu to prawie trzydzieści kilometrów od morza. Ale wokół miasta są piękne lasy, można przyjechać na polowanie. Moja kolekcja odznaczeń, wcale niemała, jest od wielu lat wystawiana w Izbie Tradycji Regionalnej przy Placu Wolności 4. To taka maleńka atrakcja turystyczna.

Odwiedza pan czasem Białogard?

Byłem w Białogardzie na uroczystościach jubileuszowych mojego liceum im. Bogusława X, spotkałem trochę koleżanek i kolegów. Oczywiście im było łatwiej, bo przez te lata często widzieli mnie w telewizji, widzieli, jak się zmieniam, a ja niektórych nie mogłem rozpoznać. Uśmiechałem się i mówiłem: „Pomóż mi, przypomnij, jak się nazywasz”. Ale najbliższych kolegów oczywiście zawsze się rozpoznaje, nawet jak wyłysieli albo przybyło im kilogramów.

Po maturze w 1973 roku wyjechał pan na studia do Gdańska. Dlaczego akurat tam, a nie do Krakowa czy Warszawy?
To mógł być tylko Poznań albo Gdańsk, bo była rejonizacja. Tamta władza pilnowała, żeby za dużo chętnych nie jechało do Warszawy. Kiedy moja siostra koniecznie chciała studiować w Warszawie, tata musiał znaleźć jakichś znajomych, bodajże w Piastowie, i zameldować ją u nich. Dopiero wtedy mogła zdawać na Akademię Medyczną. A przy tym ona wcześniej wygrała olimpiadę polonistyczną, kochała teatr – to też mamy po ojcu – i chciała studiować teatrologię, co było możliwe tylko w stolicy. Ojciec jednak namawiał ją na medycynę i akurat w jej przypadku miał rację, bo to dało jej porządny zawód. Z całym szacunkiem dla teatrologii.
Ja wybrałem Gdańsk, bo marzyłem o podróżach. Wydawało mi się, że jak skończę handel zagraniczny, to będę jeździł po świecie. Dość naiwne podejście. Ale studiów nie żałuję, bo nauczyłem się języków obcych.
Zainteresowanie światem zawdzięczam rodzicom. Chcieli nam pokazać świat i sami też bardzo chcieli go zobaczyć. W połowie lat sześćdziesiątych popłynęli statkiem „Transylwania” z Konstancy przez Morze Śródziemne. Chyba z półtora miesiąca ich nie było. Oczywiście Turcja, Grecja, Włochy, Algieria, Maroko, Liban. Płynęli i płynęli. Przeżyliśmy to strasznie, choć oczywiście pod opieką babci żadna krzywda nam się nie działa. Nie było telefonów komórkowych, pocztówki przychodziły z ogromnym opóźnieniem. A co było najwspanialsze, kiedy wrócili? Nie wiem, jak tata to zorganizował, ale przywieźli ogromny kosz owoców znad Morza Śródziemnego. Pomarańcze, cytryny, mandarynki – wtedy to było coś. Mogliśmy zaprosić na ucztę najbliższych kolegów i koleżanki.
Wakacje letnie spędzaliśmy zazwyczaj w Bułgarii czy Rumunii. Orbisowskie wyjazdy. W Bułgarii – Słoneczny Brzeg, w Rumu­nii  Mamaja. Tak poznaliśmy Konstancę, Warnę. Innym razem zrobili nam wycieczkę pociągiem, pamiętam ją do dziś, bo zrobiła na nas wielkie wrażenie. To były trzy stolice: Berlin, Praga, Budapeszt. W Czechosłowacji byliśmy kilka razy.
Myślę, że w ten sposób chcieli uleczyć nas z kompleksów. Człowiek, który w wieku kilku lat był w dobrym hotelu, już się tego hotelu nie boi. Musi też zacząć rozmawiać w języku obcym. To była ważna lekcja.

Pański ojciec był chyba silną osobowością?
Obydwoje byli silnymi osobowościami. Ojciec był marzycielem z pomysłami. Mama je realizowała. Robiła to metodą, którą w jakimś sensie później stosowałem w polityce. To jest demokracja perswazyjna, która polega na tym, że masz tak długo rozmawiać, przekonywać, aż w pewnym momencie ten, który na początku nie zgadzał się z twoją ideą, przyjmie ją za swoją i zacznie cię do niej przekonywać. Ona to robiła niezwykle umiejętnie.
Miałem zawsze bardzo dobre relacje z rodzicami. Muszę jednak podkreślić, że wyjechałem z domu na studia w wieku osiemnastu lat i od tej pory zaczęło się moje samodzielne życie. Bardzo dużo zawdzięczam rodzicom, ale moje wybory polityczne ich zaskakiwały. Do tego stopnia, że kiedy w 1985 roku zostałem ministrem do spraw młodzieży, nie uprzedziłem ich o tym. Wiedziałem, że to będzie dla nich szok, ale w ten sposób spowodowałem szok podwójny, bo dowiedzieli się z telewizji. Mieli do mnie o to pretensje.

O to, że pan im nie powiedział, czy o pańskie zaangażowanie w politykę?
O wszystko. To pokolenie wyszło z wojny mocno przetrącone. Z wielkim dystansem do polityki. Rodzicom się marzyło, żebym miał porządny zawód. Żebym był lekarzem czy kimś, kto niezależnie od warunków politycznych mógłby z tego fachu wyżyć.
Ojciec był bezpartyjny, choć wielokrotnie go namawiano, żeby wstąpił do partii. Był dyrektorem szpitala, potem kierownikiem przychodni kolejowej w Białogardzie – to była duża rzecz, bo jak mówiłem, kolejarzy było tam mnóstwo. Angażował się w różne działania społeczne, żeby nie mówili, że jest całkowicie obojętny. Ale do partii się nie zapisał. Ani do Solidarności. Patrzył na nią z dużym dystansem, obawiał się takich konsekwencji jak stan wojenny. Kiedyś zażartowałem przy Janie Nowaku-Jeziorańskim – ale on chyba dobrze tego żartu nie przyjął – że za moje zaangażowanie lewicowe odpowiada Radio Wolna Europa. Rodzice go słuchali, a my z siostrą chcieliśmy słuchać Radia Luxembourg albo naszych płyt. Spieraliśmy się o to.
Ojciec zaraz po wojnie mocno popierał Mikołajczyka i PSL. Dorabiał wtedy jako student medycyny w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym. Ale przygoda z Mikołajczykiem wiadomo, jak się skończyła, i to też było dodatkowym ciosem, wstrząsem, to odpychało od polityki. Miał jednak dobre rozeznanie nastrojów społecznych. Gdy w 1989 roku kandydowałem do Senatu w tych naszych rodzinnych stronach, to od początku był bardzo sceptyczny i uważał, że tego nie da się wygrać. Lekarze dobrze wyczuwają nastroje, bo cały czas spotykają się z ludźmi. Ale nie protestował, ucałował mnie po ojcowsku. Zresztą dostałem prawie czterdzieści procent głosów, miałem najlepszy wynik spośród niesolidarnościowych kandydatów. Byłem sto pierwszy, a do Senatu wchodziło stu. Byłem blisko.
Muszę powiedzieć, że w jakimś sensie rodzice byli moimi mentorami – nauczyli mnie być otwartym na świat. Nie nadużywając słowa mentor, ich musiałbym wymienić w pierwszej kolejności.

W Gdańsku zamieszkał pan w akademiku?
Zamieszkałem w Sopocie u państwa Lechów. Ze względu na status rodziców nie mogłem mieszkać w akademiku.

Dlaczego?
Wtedy były takie ograniczenia – nie mogłem dostać miejsca w akademiku, bo ojciec za dużo zarabiał. Musiałem płacić za stancję. To znaczy: tata płacił. Poza tym dostawałem od niego „prywatne stypendium”, czyli kieszonkowe.
To było bardzo pouczające. Wszystkim znajomym zawsze mówiłem, że osiemnastolatek, a na pewno chłopak, musi wyjść z domu, przekonać się, co to jest odpowiedzialność, samodzielność. Musi wiedzieć, że jak chce mieć czyste ubranie, to najpierw trzeba zrobić pranie, a potem prasowanie.
Trzeba też pilnować pieniędzy. Wydział Ekonomiczny Uniwersytetu Gdańskiego mieścił się w Sopocie. Z kolegą, który również był z rodziny medyków, czyli nie najgorzej sytuowany, poczuliśmy się panami sytuacji i zaczęliśmy zapraszać koleżanki do kawiarni w Grand Hotelu. Zaprosiliśmy je dwa czy trzy razy i szybko się okazało, że nie mamy pieniędzy. Na szczęście koleżanki zapraszały nas później do stołówki studenckiej, gdzie w tamtych czasach zupę i chleb można było dostać za darmo. Końcówkę miesiąca spędziliśmy na chlebie i zupie z akademika. Trzeba było zacząć gdzieś dorabiać, z początku w Studenckiej Spółdzielni Pracy „Techno-Service”. To była szkoła życia. ­Robisz głupstwo, płacisz rachunek.

Na studiach nadal uprawiał pan sport?
Kontynuowałem treningi w tamtejszym AZS-ie. Ale moja przygoda ze sportem zakończyła się zgodnie z przestrogami profesora Młynarczyka, który nie znosił, jak po treningach graliśmy w piłkę nożną. Musieliśmy czekać, aż sobie pójdzie, i dopiero wtedy zaczynaliśmy grać. Ja, ponieważ byłem szybki, a do tego uderzałem także z lewej nogi, grałem na lewym skrzydle.
Któregoś dnia w Gdańsku ktoś zdecydował się ukrócić te moje rajdy lewą stroną. Wszedł mi w nogę tak, że mi ją złamał. Ledwo doszedłem na stancję. Pojechałem na pogotowie, tam włożyli mi nogę w gips. W nocy myślałem, że skonam, noga zaczęła potwornie puchnąć i boleć. Więc zadzwoniłem do ojca, któremu wcześniej nic nie powiedziałem. Tata, mądry lekarz, chirurg, zarządził: „Słuchaj, bierz nóż i wycinaj ten gips, ja przyjeżdżam”. Zrobiłem, co kazał, ból zelżał, ale miałem opuchnięte ścięgna, zatrzymany obieg krwi. Czyli bardzo niebezpieczny moment. Rekonwalescencja trwała tygodniami. I tak się skończyła moja kariera sportowa.

Studiował pan w Gdańsku w najlepszych latach Gierka.
Gdańsk – czego z perspektywy warszawskiej się nie doceniało – był miastem naprawdę otwartym na świat. Mój gospodarz, pan Franciszek Lech, był emerytowanym kapitanem żeglugi wielkiej, ukończył tczewską szkołę marynarki handlowej. Wojnę spędził w Anglii, pływał w konwojach brytyjskich. Elegancki, szczupły, wysoki, ubierał się jak Anglosas. Brytyjczyk w każdym calu, robił wrażenie. Znał świat. Rozmowy z nim to była zupełnie inna bajka. Mnóstwo takich ludzi było wtedy w Gdańsku.
W naszym barku studenckim można było kupować papierosy. Studenci nie mieli pieniędzy, więc sprzedawano je na sztuki. W Katowicach dostałby pan carmeny, może caro. A w Gdańsku? Carmeny, caro, dunhille, marlboro, camele.

Szmugiel?
Oczywiście. W Gdyni czy Gdańsku w halach można było kupić praktycznie wszystko, kawior nie kawior.
Za Gierka Polska ewidentnie się zmieniała, nieważne, czy to było za kredyty, czy nie. Zmieniło się podejście władz: rozwijamy konsumpcję, troszczymy się o ludzi, coś im oferujemy, otwieramy granice. Granica z NRD została otwarta i jeździło się tam bez paszportu, na dowód osobisty. Teraz można się z tego śmiać, ale to za Gierka wprowadzono zasadę, że raz na dwa lata mógł się pan starać o promesę dewizową, która wynosiła bodajże sto trzydzieści dolarów. Pan tego nie pamięta.

Nie, w ogóle… Co to było?
Mógł pan kupić dolary po oficjalnej cenie, czyli za dwadzieścia złotych. Na tym polegała sztuka. Te sto trzydzieści dolarów dawało jakiś komfort na początku drogi na Zachód.
Latem 1974 roku pierwszy raz pojechałem do Wielkiej Brytanii. Ojciec miał tam znajomych, mieszkałem w Londynie i trochę nielegalnie pomagałem w pubie niedaleko stadionu Arsenalu – sympatia do tego klubu została mi do dzisiaj. Przywiozłem sobie stamtąd japoński kalkulatorek. Niedużo kosztował, miał tylko kilka funkcji: dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie i pierwiastkowanie, ale w Polsce nikt jeszcze tego nie znał. Zacząłem z nim chodzić na ćwiczenia ze statystyki. Za pierwszym razem oddaję pracę, a adiunkt mówi: „Pan musiał ściągać”. Ja na to: „Nie, mam kalkulatorek i dlatego tak szybko obliczyłem”.
Nawet na niego nie spojrzał. Dostałem dwóję. Za drugim razem postawił mi trójkę, bo zamiast przecinków po liczbach stawiałem kropki, tak jak było w kalkulatorze. Bezwiednie to robiłem. Ale już się nim zainteresował: „Co to jest, jak to działa?”. Za trzecim razem postawił właściwą ocenę, czyli piątkę. A na koniec semestru dostałem piątkę, choć miałem dwóję, tróję i piątkę, bo pan doktor wiedział, że umiem, tylko zazdrość go zżerała z powodu kalkulatora. To był mój pierwszy kontakt z nowoczesną techniką.

A baterie do niego można było kupić w Polsce?
Kalkulator był na zwykłe paluszki.
W 1975 pojechałem na praktykę do Szwecji. Byłem w Kirunie, za kręgiem polarnym, pracowałem w firmie wydobywającej rudy żelaza. Po trzech miesiącach mówiłem po szwedzku jak analfabeta – to znaczy nie wiedziałem, jak się co pisze – ale mówiłem na tyle dobrze, że podjąłem się wytłumaczyć Marksa, którego przerabiałem na studiach, grupie robotników socjaldemokratów z wydziału elektrycznego. Akurat męczyli się nad Kapitałem. Jak ja to zrobiłem? Nie wiem. Oczywiście pomagałem sobie niemieckim. W każdym razie powiedzieli, że rozumieją. Może przez grzeczność.
Wyjazd do Szwecji i zetknięcie się z socjalizmem skandynawskim, z welfare state, z robotnikami, którzy rzeczywiście czytali Kapitał, podczas gdy u nas wysocy dygnitarze partyjni często go nie znali – to było niezwykle cenne doświadczenie. W dodatku za kręgiem polarnym przez prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę było jasno. To jest czas – ja tego nie wiedziałem – który mieszkający tam Szwedzi wykorzystują na niekończącą się balangę, ponieważ później przez wiele miesięcy żyją w ciemności. Więc poznałem trochę ich mentalność i to, że można i balangować, i ciężko pracować. Bardzo wartościowe doświadczenie.
A w 1976 roku z kolegą zdecydowaliśmy się na szaleńczy wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy tam ponad trzy miesiące. To było moje najważniejsze doświadczenie wyjazdowe. A dlaczego w ogóle mogłem o tym myśleć? Bo miałem trochę dolarów oficjalnie zarobionych w Szwecji. To była podkładka, że nie jedziemy z kolegą goli i weseli.
W konsulacie patrzyli na nas jak na tych, którzy chcą tam pracować na czarno czy wyjechać na stałe. Myśmy takich planów nie mieli. Pamiętam, że rozbroiłem konsula, gdy na pytanie, dlaczego chcę pojechać do USA, odpowiedziałem: „Chcę uczestniczyć w uroczystościach dwusetlecia Stanów Zjednoczonych”.
Miałem rachunek bankowy i dolary, więc co miał powiedzieć? Zgodził się, ale dał mi wizę tylko na miesiąc, co okazało się potem źródłem kłopotów. Kolega też miał pieniądze, bo jego tata był dowódcą jednego z polskich kontyngentów ONZ na Synaju. Zarobił trochę dolarów i dał je synowi. Zabawne, że wtedy można było uwierzyć, że dwieście czy trzysta dolarów wystarczy w Ameryce na miesiąc.

W Polsce to chyba na rok?
Zgodnie z kursem po sto złotych to na długo. W każdym razie pojechaliśmy do Ameryki i to był mój uniwersytet. To było zderzenie wyobrażeń i książkowej wiedzy z rzeczywistością na wszystkich możliwych płaszczyznach.
Inspirację stanowiła dla nas książka Hobo Krzysztofa Baranowskiego, znanego żeglarza, który przejechał Stany Zjednoczone autostopem i to opisał. Zobaczyliśmy Greenpoint, gdzie Polacy, ciężko pracujący ludzie, często z wyższym wykształceniem, nieraz żyli w gorszych warunkach niż w kraju. Nie tylko wykorzenieni, ale i pozbawieni szacunku, godności. Po latach obejrzałem film Janusza Zaorskiego Szczęśliwego Nowego Jorku z Januszem Gajosem, Katarzyną Figurą – i to był prawdziwy obraz. Mieszkaliśmy u mamy naszej koleżanki ze studiów. Koleżanka nie mogła dostać wizy do Ameryki właśnie ze względu na mamę, która tam została. W Polsce była dyrektorką finansową czy główną księgową w różnych dużych firmach. Wysyłała córce pieniądze i pisała, że wszystko jest wspaniale, znakomicie daje sobie radę. A tak naprawdę sprzątała, opiekowała się starszymi ludźmi. Miała skromne mieszkanie na Greenpoincie: ściany tekturowe, karaluchów mnóstwo. I to poczucie oderwania, wyobcowania, w gruncie rzeczy poniżenia.
Greenpoint zrobił na nas takie wrażenie, że postanowiliśmy się stamtąd wyrwać. Trafiliśmy na panią, która powiedziała nam, że jest taka organizacja Servant, do której zgłaszają się Amerykanie chcący udzielić gościny studentom. I że agencje ubezpieczeniowe poszukują kierowców, którzy poprowadzą samochody na długie dystanse. Nieodpłatnie, trzeba było też samemu zapłacić za paliwo.

 
Wesprzyj nas