Jakub Małecki wraca w swojej kolejnej powieści do korzeni – wyrusza na prowincję i do rodzinnego miasta Koła, by tam dotknąć tego, co w nas najbardziej kruche.


Lato 1926 roku.

Stolarz Krystian Dzierzba rozpoczyna pracę nad trumną dla kobiety, która rzekomo umarła z tęsknoty.

Szalona Leokadia jak co wieczór czeka ze strzelbą na znienawidzonego kormorana.

Nękany wspomnieniami syn miejscowego lekarza stoi na moście i rozważa skok.

Ich losy nieoczekiwanie się przetną, kiedy po podsłuchaniu przypadkowej rozmowy córka Krystiana postanowi wyruszyć do lasu w poszukiwaniu Diabła. Wkrótce wszyscy staną przed decyzjami, które zmienią ich życie.

„Sąsiednie kolory” to sugestywnie napisana proza o tęsknocie i odwadze, niemożliwej miłości i słowach, które przetrwają po śmierci. O tym, jak można tworzyć prawdę i leczyć tańcem.

Jakub Małecki (ur. 1982 w Kole) – pisarz, autor m.in. • Dygotu, • Rdzy i • Święta ognia. Jest laureatem Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida, stypendium „Młoda Polska” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz polsko-niemieckiego stypendium im. Albrechta Lemppa. Był również nominowany m.in. do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” i nagrody im. Stanisława Barańczaka. Magazyn Literacki KSIĄŻKI uznał Horyzont Książką Roku 2019.
Jego powieści ukazały się w przekładzie na języki: niemiecki, rosyjski, niderlandzki, fiński, słoweński i macedoński. Jesienią 2023 roku ukaże się ekranizacja „Święta ognia” w reżyserii Kingi Dębskiej, którą wyprodukowała wytwórnia Opus Film (Ida, Zimna wojna).

Jakub Małecki
Sąsiednie kolory
Wydawnictwo SQN
Premiera: 26 kwietnia 2023
 
 

I

Siedziała w starym brązowym fotelu i przyglądała się swojej prawej dłoni, przekonana, że w tym domu powinno być więcej osób. Ta myśl czasem ją nachodziła. Później znikała, wypchnięta przez jakąś inną – na przykład że trzeba zjeść śniadanie. Bywało też, i to zdarzało się częściej, że w jej głowie rozciągała się tylko znajoma łąka, płaska i nieskończona, na której nie było przeszłości ani przyszłości, nie było zdarzeń ani ludzi, tylko ona, bez imienia, bez wieku, siedząca pośrodku.

Każdego dnia miała dwie lub trzy godziny, kiedy wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Zwykle od południa do obiadu, i czasami jeszcze po obiedzie. Pamiętała wtedy wszystko i wszystkich, wiedziała, ile osób mieszka w tym domu i ile mieszkało w nim wcześniej.

Krystian, myślała na przykład. Mój syn ma na imię Krystian. Zapisywała to na papierze pakowym, na pierwszej stronie książki zdjętej z regału, czasami na stole, byle później nie musieć zadawać pytań. Ale kiedy to Później nadchodziło, a wraz z nim jej gorsze godziny, nie rozumiała swoich gryzmołów, nic dla niej nie znaczyły. Czekała wtedy, aż znowu przyjdzie lepszy czas, aż znowu ona będzie Anielą, a nie tylko tym tępym, milczącym bezruchem.

Jej mąż miał na imię Iwo i przez większość dnia patrzył w to samo okno co ona. Niski, pulchny, wygodnie dopasowany do swojego fotela, przedzierał się u jej boku przez kolejne minuty. Oddychali. Chrząkali. On wzdychał, nieznacznie zmieniając pozycję, ona co jakiś czas podnosiła się, podchodziła do szafy, poprawiała w niej coś, przesuwała o centymetr w jedną albo w drugą stronę, po czym wracała na miejsce. Pocięty gałęziami pasek słońca sunął po ich nogach od prawej do lewej, jak coś żywego. Schodzili na posiłki, które przygotowywała ich synowa, a Iwo za każdym razem, wstając od stołu, wypowiadał cztery słowa:

– Ogromnie smaczne, Regina. Dziękujemy.

Wracali na górę, do dwóch przestronnych pomieszczeń na zaadaptowanym strychu, siadali w fotelach i podejmowali przerwaną walkę z czasem. Niekiedy wieczorem on nalewał po kieliszku koniaku, a ona ze śmiechem machała ręką, jakby nigdy w życiu nie widziała, by ktoś zrobił coś tak zwariowanego. Komentowali zmiany pogody i dzielili się gniewem, kiedy pory posiłków przesuwały się bez uprzedzenia w jedną lub drugą stronę po powierzchni czasu.

W niedzielę wybierali się w podróż do kościoła. Szli powoli, kłaniali się ludziom, z nikim nie rozmawiali. Po powrocie ona opowiadała mu, kogo widziała, kto kupił nowy płaszcz, a kogo brakowało na mszy, zupełnie jakby Iwo nie towarzyszył jej w tym wyjściu, jakby tego wszystkiego nie widział. Kiedy zapadał w drzemkę, budziła go niecierpliwie i opowiadała dalej: Waleszka chyba jeszcze przytył, Droszczowa bez męża przyszła, może pijany, a chłopiec Klimaszewskich znowu tak głośno kasłał.

Byli do siebie podobni. Jakby wiele lat temu odlano ich z tej samej formy i jakby od tego czasu gromadzili indywidualne cechy, zmarszczki, rysy oraz tiki, które jednak nie zdołały przykryć tego, co wspólne. Okrągłe twarze, wysokie czoła. Wąskie usta i ta szczególna miękkość wokół nich, jakby to właśnie tam starzeli się najprędzej.

Iwo nie odzywał się często. Spokojny, cierpliwy. W kontakcie z drugim człowiekiem uśmiechał się uprzejmie i z zakłopotaniem, jakby próbował w ten sposób za coś przeprosić. Z uwagą patrzył na gałęzie bzu, na pola, na codzienne niestrudzone narodziny i śmierci słońca, którym towarzyszył od siedemdziesięciu lat. Czasami przysypiał. Miał wielki nos, rozlewający się szeroko na twarzy, jak nos byłego pięściarza. Lubił jeść, lubił spać po południu. Poruszając się na chudych nogach, nosił przed sobą brzuch jako dowód dobrego życia, wieloletniej bezczynności.

Kiedyś był stolarzem i lubił ludzi, głośno się śmiał, wiecznie miał coś do zrobienia. Aniela nie rozpoznawała już w nim tamtego energicznego, ciemnowłosego mężczyzny, miała wrażenie, że urodził się właśnie taki, w tym fotelu, ze stopami opartymi równo na dywanie, z nią obok.

Spoglądała przez okno z nadzieją, że w jej życiu jeszcze się coś zmieni, że będzie mogła być Anielą od rana do wieczora, a nie tylko przez kilka godzin dziennie. Znała dobrze rozkład gałęzi za szybą, położenie gniazd kosów, kształty dachów i granice pól.

Zobaczyła, jak Krystian wychodzi z zakładu: włosy sterczące w różne strony, szare spodnie, podwinięte rękawy koszuli. Miał wyraz twarzy inny niż zazwyczaj, bardziej ożywiony. Musiał zobaczyć kogoś w bramie, bo podniósł rękę i ruszył w tamtą stronę.

***

Przywieźli ją przed południem. Najpierw rozejrzeli się oboje, a potem mężczyzna zszedł z wozu i otrzepał spodnie z czegoś, czego na nich nie było. Wydawał się znajomy.

W rozmowie konkretny, pełen mądrych słów, którymi potrząsał i świecił – jeden z takich. Mówił o szczegółach, tak jakby wiedział, że trzeba o czymś porozmawiać przed załatwieniem sprawy, żeby nie wyglądało, że nie ma serca we właściwym miejscu. Weszli we troje do zakładu, w zapach i pył, gdzie rosły pod sufit bloki desek. Sosna, buk, jesion, mężczyźnie było wszystko jedno. Kiedy w końcu uzgodnili, co trzeba, Krystian zadał pytanie, które zadawał każdemu klientowi.

– To chyba nie powinno… – odezwała się dziewczyna. Miała owalną twarz i wyglądała jak ukryta pod cienką warstwą siebie, jakby trzeba było ją lekko zheblować po wierzchu, żeby się przekonać, jak wygląda naprawdę. Jej ojciec drgnął.

– Płuca – powiedział powoli, w jego ustach każde słowo było ciężkie, dojrzałe. – To były płuca.

Uśmiechnął się na pożegnanie i ruszył w stronę wozu, ciągnąc za sobą szeroki cień. Słońce wymieszane z chmurami wisiało tuż nad Kołem, aż chciałoby się je na chwilę nakryć mokrą szmatą. Za bramą, po Toruńskiej, wałęsał się pies. Wróble rozrabiały w krzakach.

Krystian był przekonany, że kobieta, o której mówił klient, leży na tym wozie, że gdyby tam podszedł i stanął na palcach, zobaczyłby jej sylwetkę, ubranie i wyraz twarzy, z którym się stała zupełna. Miał chęć zapytać o jej nazwisko, to zawsze ładniej wyglądało w zeszycie, ale mężczyzna nie wyglądał, jakby życzył sobie, by go w tej chwili niepokoić.

Szli tak powoli w upale, aż w końcu dziewczyna, nie odwracając się, chwyciła Krystiana za rękę mocnymi, cienkimi palcami.

– Proszę mu nie wierzyć. Moja matka umarła z tęsknoty.

***

Jeśli to prawda, byłby to pierwszy taki przypadek w jego dużym zielonym zeszycie o okładce lekko pofałdowanej z wilgoci. W środku kłębiły się tłumy zupełnych: młodych i starych, kobiet i mężczyzn, dzieci, Żydów, Polaków i Niemców. Byli ci, którzy się skończyli od kuli i od choroby, od upadku z drzewa i od utopienia, byli żołnierze, chłopi, nauczyciele, bohaterowie, tchórze, ofiary i samobójcy, był nawet jeden morderca, uduszony przez współwięźniów w małym kolskim więzieniu. Wielu dokończyła starość. Wydawało się, jakby ostatnimi czasy nabierała sił: wszechobecna i nieprzejednana, siała wśród ludzi prawdziwe spustoszenie.

Ale na tęsknotę nie miał jeszcze nikogo.

Wszedł z powrotem do zakładu, pomiędzy słupy słońca, w których pływał kurz, i popatrzył na sterty desek. Wszystkie ułożone były w taki sposób, by rdzeń, pęczniejący i pękający najszybciej, znajdował się możliwie daleko od okna. Krystian podszedł do najstarszej sterty, tej najbliżej ściany, i sunął wzrokiem po jasnych krawędziach, a myśli uciekały mu wzdłuż drewnianych włókien, kapały na podłogę i podrywane wiatrem frunęły ulicą Toruńską, w stronę, gdzie zniknął wóz, a z tym wozem historia tęskniącej kobiety.

Wspiął się na taboret, chwycił dębową deskę, pierwszą z góry, i pociągnął, czując, jak drewno nagle wchodzi mu w ciało u nasady kciuka. Cofnął dłoń, podniósł palec na wysokość twarzy i patrzył z bliska, jak na skórze wykwita czerwona, lśniąca kopuła. Jak wschód czegoś.

Zza ściany dobiegały głosy dziewczynek biegających w ogrodzie. Krystian przyłożył wargi do powiększającego się wzgórka krwi, a potem podważył paznokciem drzazgę i wyjął ją z siebie. Całą? nie całą? – trudno było ocenić w tym świetle.

Tak, skądś znał tego człowieka. Miał go na końcu języka: za chwilę sobie przypomni, będzie wiedział, a może wtedy dowie się też, kim była kobieta przywieziona na wozie.

Wyprostowany, ze smakiem krwi w ustach i z trocinami błyszczącymi w mankietach spodni, chwycił deskę raz jeszcze i przeniósł ją na warsztat. Gładko-chropowata powierzchnia wzbudzała w nim czasem uczucie podobne do tego, które się pojawia wraz z zapachem obiadu, jakiś rodzaj gwałtownego wyczekiwania. Zamykał wtedy oczy i widział wszystkie przedmioty, które mógł zbudować z drewna: komody, szafy, krzesła, drzwi, dyszle, nadproża, wozy, łodzie, kołyski i szubienice.

Choć na dobrą sprawę robił głównie trumny. Mieszkańcy Koła potrzebowali ich coraz więcej, niekiedy można było odnieść wrażenie, że obsłużył już wszystkich i zaczął nową kolejkę, całkiem od początku.

– To nigdy nie przestanie być ludziom potrzebne – powiedział mu kiedyś ojciec. – Nie to, co dla przykładu szafa. Bez szafy można przeżyć życie.

Trumny. Już w samym słowie było coś niezwykłego, jakaś dźwięczność: kiedy wypowiedzieć je głośno, na podniebieniu rozlegał się brzdęk. Krystian myślał o nich jak o pojazdach, musiały być solidne i wygodne, musiały wiele wytrzymać, bo przecież na drodze na pewno sporo było dziur i nierówności.

Przyszło mu do głowy, że dla tej kobiety powinien się postarać szczególnie, że jej droga może być bardziej wyboista niż inne, a pewnie też i dłuższa. Śmierć z tęsknoty to przecież nie byle jaka…

Głos Reginy zza okna. Tupot stóp dziewczynek.

Krystian otrzepał dłonie i wyszedł na podwórko, gdzie stał przez chwilę, ślepy od słońca, wyobrażając sobie, jak daleko znajduje się teraz tamten wóz. W końcu ruszył w stronę domu, ale zamiast do kuchni, gdzie wszyscy już zasiadali do obiadu, udał się do pokoju z oknem wychodzącym na ogród, usiadł przy biurku i otworzył zielony zeszyt z zupełnymi. Nawet tutaj, za zamkniętymi drzwiami, kręciły się zapachy: zupa kartoflana i coś smażonego. Wątróbka. Potarł nos, ostrożnie przewrócił strony i na tej z białą dolną połową dopisał:

„Nieznana – z tęsknoty”.

 
Wesprzyj nas