Kobieta – żywioł. Ikona. Sprawcza, bezkompromisowa, waleczna. Brała z życia, co chciała – pożerała słabych mężczyzn, podziwiała mocne kobiety. Na strachu i samotności zbudowała niewiarygodną siłę.


Ola. Olga. Kora.

Katarzyna Kubisiowska jako jedyna miała dostęp do niepublikowanego archiwum Kory: fotografii, zapisków, nagrań.

Tylko z nią zgodzili się porozmawiać najbliżsi charyzmatycznej liderki zespołu Maanam i opowiedzieli jej historie, które do tej pory nie wyszły poza prywatne kręgi. Autorka, czerpiąc z tych niedostępnych dotychczas źródeł, snuje wciągającą, pełną nieoczekiwanych emocji opowieść pulsującą muzyką i rytmem zmieniających się czasów.

Nie ma jednej Kory. Każdy z jej bliskich, przyjaciół, znajomych, kto kiedykolwiek z nią się zetknął, mówi o innej osobie.

Kobieta – żywioł. Ikona. Sprawcza, bezkompromisowa, waleczna. Brała z życia, co chciała – pożerała słabych mężczyzn, podziwiała mocne kobiety. Na strachu i samotności zbudowała niewiarygodną siłę.

Jedyna taka biografia.

Katarzyna Kubisiowska – dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem • Głos i zbioru rozmów z ludźmi kultury • Blisko, bliżej.

Katarzyna Kubisiowska
Się żyje. Kora. Biografia
Wydawnictwo Znak
Premiera: 31 maja 2023
 
 

KORA PŁONIE!

– Kora płonie! – niesie się przeraźliwy krzyk.
Zamieszanie, poruszenie. Coraz więcej gapiów.
Rok 1968. Kraków, Planty, trawnik koło Bunkra Sztuki. Jęzory ognia – żółto-czerwono-pomarańczowe – coraz wyższe, większe, nie do poskromienia. Wiją się, syczą. Łapczywie liżą ramiona, szyję, włosy.
Za drzewem stoi Kora. Siedemnastoletnia, chuda, wycieńczona. Patrzy, jak płonie.
Nie czuje nic.

ALE CO?

„Z ulicy cię wziąłem i kiedy odejdziesz, na ulicę wrócisz” – powiedział jej Marek dwa dni wcześniej, a ona myśli o tym nieustannie.
Stoi na przystanku pod Bagatelą, czeka na czwórkę. Wietrznie, deszczowo. Rozkłada parasol, zapala papierosa.
Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, Kraków sprany z kolorów. Tramwaje spóźnione, ludzie bez uśmiechu.
Boi się, że zostanie samotną kobietą? Samotną matką? Co z czułością? Co z pieniędzmi?
Boi się jednak także rutyny, tego, że przyćmi każdą radość. List do starszej siostry Ani, w domu zwanej Hanią, kończy życzeniem skierowanym trochę też do siebie: „Abyś się nigdy nie nudziła”. W tym samym liście są akapity poświęcone życiu wewnętrznemu: „Różne układy sprawiają, że co sekunda to w dół, to w górę, huśtawka uczuciowa, a co za tym idzie – rozkład psychiczny i fizyczny. Tęsknię bardzo za moim ukochanym, który od pół roku jest na stypendium w NRF i nie mogę sobie z tym poradzić. (…) Dzieci rosną, są śliczne, mądre i prawie grzeczne, ale i to mnie nie cieszy. Taką mam francowatą naturę. (…) Ale co? Maanam jako grupa rozwija się wspaniale, wszędzie, gdzie jesteśmy, entuzjazm. Ale bez prawdziwej miłości nie ma szczęścia”[1].
Tłuste lata jeszcze nie wychudły. Trasa za trasą, koncert za koncertem. Płyty, radio, telewizja. Polska i zagranica. Kalejdoskop miejsc, tysiące twarzy. Scena, bisy, fani. Noce poza domem. Przed Korą odsłania się rewers sukcesu: egzystencjalna pustka. Chroniczny brak czasu, nadmiar wrażeń. Rozlatujące się małżeństwo, romanse bez perspektyw. Bezsenność, zmęczenie. Jest skołowana. Ma niewiele ponad trzydzieści lat. Na scenie czuje się mocna, poza nią – słaba.
Boi się także i tego, że podzieli los rodziców i braci. Że zostanie z niczym.

PO MIECZU

Kresy, Podole. Miasto Buczacz położone siedemdziesiąt kilometrów w linii prostej od Tarnopola, w dolinie rzeki Strypy, otoczone Górą Zamkową, Targowicą i górą Fedor.
Tygiel narodowościowy: mieszkają tu Żydzi, Polacy, Ukraińcy. Żyją blisko, choć jakby osobno. Akceptują się, lecz bez serdeczności. Dzieci chodzą do jednej szkoły powszechnej. Każde uczy się swojej religii. Ukraińcy – przez Polaków nazywani Ruskami – mają lekcje swojej religii i swojego języka.
W Buczaczu 15 sierpnia 1897 roku na świat przychodzi Marcin Ostrowski jako jedno z jedenaściorga dzieci. Sama Kora jest zdziwiona faktem, że jej ojciec urodził się jeszcze w XIX wieku[2].
Nie wiadomo, gdzie i w jakiej szkole uczy się Marcin, ale skoro w Buczaczu sprawuje funkcję komendanta policji, to na pewno ma co najmniej dużą maturę. I jest Polakiem.
Wielonarodowa i wielowyznaniowa struktura Rzeczypospolitej nie ma odzwierciedlenia w policji. Ponad dziewięćdziesiąt pięć procent członków jej kadry, zarówno szczebla wyższego, jak i niższego, to Polacy wyznania rzymskokatolickiego. Sporadycznie na komisariacie spotka się Białorusina na Polesiu czy Ukraińca w Tarnopolu albo Stanisławowie. Deklaracje dotyczące narodowości i wyznania składa się niekiedy w obecności przełożonego. Jest to o tyle istotne, że w razie konfliktów na tle religijnym czy narodowościowym od policjanta oczekuje się bezstronności.
W 1924 roku Marcin żeni się z dwudziestoletnią Eugenią, z domu Turczańską, córką właścicieli buczackiej rzeźni. W posagu Eugenia wnosi dom. Jest pracowita i zaradna – umie obrobić mięso oraz pomaga rodzinie w prowadzeniu interesu. Zdjęcie ślubne, na którym w oczach młodej pary maluje się popłoch, zrobiono w atelier fotograficznym Ignacego Niemanda mieszczącym się przy ulicy Słowackiego.
Marcin, by się ożenić, potrzebuje zgody przełożonego. Ten ocenia, czy wybranka jest godna zostania żoną policjanta.
Rodzą im się córki: Zdzisława (nazywana Julką) w 1925 roku, Zofia (nazywana Danutą) w 1927, Krystyna (po prostu Krysia) w 1930.
Krysia zapamięta ojca w mundurze, jakby go nigdy nie ściągał. Wracając z podróży służbowych, przynosi dzieciom z cukierni ciastka zapakowane do pudełka – policjant w mundurze ma obowiązek wyglądać dostojnie, dźwiganie siatek jest zabronione.
Marcin lubi towarzystwo, zabawę, kobiety. I coraz częściej zagląda do kieliszka. Żona ma o to pretensje – upomina, prosi, błaga. Jak grochem o ścianę. Któregoś wieczoru pijany Marcin wyciąga broń i oddaje kilka strzałów w powietrze. Takie ekscesy w policji nie uchodzą na sucho. Marcin zostaje odwołany z funkcji komendanta, dyscyplinarnie przeniesiony gdzieś pod Buczacz.
Początkiem końca jest 17 września 1939 roku, gdy Armia Czerwona przekracza wschodnią granicę II RP.
Pięć tygodni później odbywają się wybory do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy. Wybory są farsą – wszyscy kandydaci należą do partii komunistycznej, głosowanie nadzoruje NKWD, a wyniki zostają sfałszowane. Wybrane w ten sposób zgromadzenie występuje do Rady Najwyższej ZSRR z prośbą o przyłączenie Ukrainy Zachodniej do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Prośba zostaje błyskawicznie spełniona i już 29 listopada wszyscy mieszkańcy tych ziem – obywatele polscy – dostają obywatelstwo radzieckie.
Buczacz staje się siedzibą rejonu w obwodzie tarnopolskim Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
Rubel idzie w górę, złoty leci w dół, przedsiębiorcy bankrutują z dnia na dzień. NKWD pozbywa się „wrogów klasowych”, w pierwszej kolejności wyższych urzędników, społeczników, nauczycieli.
10 lutego 1940 roku władze sowieckie z Kresów Wschodnich deportują do ZSRR tysiące Polaków. Kolejne deportacje są prowadzone w kwietniu i czerwcu 1940 roku oraz na przełomie maja i czerwca 1941 roku.
Eugenia z córkami dostaną dwa, może trzy kwadranse, by się spakować i opuścić dom. Zostają przetransportowane na stację kolejową i wepchnięte do bydlęcych wagonów kolbami eskortujących je enkawudzistów.
Kilkutygodniowa podróż. Za posłanie służą piętrowe prycze. Tłok uniemożliwia wygodne siedzenie, ludzie leżą pokotem, walczą o dostęp do maciupkiego okna – jedynego źródła światła. Za toaletę służy dziura w podłodze w środku wagonu.
Ostrowskie trafią do sowchozu „Krasnyj Kazachstan” w Burkotowie, u podnóża gór Ałtaj. W ziemiance zamieszkają z rosyjską rodziną, która na wstępie da Eugenii ważną wskazówkę: kiedy ta chce czerstwy kawałek bułki dać kurom, usłyszy, by ten rarytas zachowała dla rodziny, bo nada się na kolację.
Brak jedzenia jest od teraz powszedni. Permanentne uczucie głodu, uporczywe ssanie żołądka. Na zesłańca przypada trzydzieści dekagramów chleba, litr rozrzedzonego jogurtu, tak zwanego ajranu, rano kipiatok (wrzątek) zabielony mlekiem, w południe cienka zupa. Za kubki służą puszki po konserwach.
Do tego chroniczny lęk o najbliższych. Eugenia sądzi, że Marcin nie żyje. Jeszcze przed deportacją na jej oczach z domu wyprowadzili go enkawudziści.
Marcin, z resztą buczackiej inteligencji, czeka w forcie na wyrok śmierci. Sprawy zmieniają bieg, kiedy ktoś podpala fort. Rozpoczyna się ostrzał, ludzie padają skoszeni kulami. Rosjanie i Ukraińcy dobijają rannych. Ostrowski wpełza pod stertę trupów, przeczekuje najgorsze. Gdy strzelanina cichnie, wyczołguje się i rzuca do ucieczki.
Do Krakowa dociera przez Rumunię.
Skutkiem po tej galopadzie nieszczęść jest siwizna – pod martwymi ciałami w kilka godzin jego głowę oprószył szron. Skutkiem jest też urwany kontakt z Eugenią i córkami. Skutkiem jest wygnanie – odcięcie od majątku, krajobrazów, znajomych.
Nowe (sądzi, że tymczasowe) miejsce życia Marcina w październiku 1939 roku ogłoszono stolicą Generalnego Gubernatorstwa. Krakau – bo przez prawie sześć lat Kraków będzie nosił taką nazwę – jest przekształcany w rasowo czystą metropolię niemieckiego wschodu. Nasycają go okupacyjne urzędy, wojsko i granatowa policja, Niemcy krok po kroku likwidują symbole polskości, w pierwszej kolejności pomnik Grunwaldzki na placu Matejki, potem pomnik Kościuszki na Wawelu i Mickiewicza na Rynku. Na znaczkach pocztowych widnieją krakowskie zabytki z nazistowskimi symbolami w tle. Z bibliotek są wywożone najcenniejsze woluminy, z muzeów – rzeźby i obrazy, w tym Dama z gronostajem Leonarda da Vinci i Portret młodzieńca Rafaela. Rozebrany na części ołtarz Wita Stwosza zostaje przetransportowany w głąb Rzeszy. W budynku Collegium Maius działa instytut pracujący nad stworzeniem naukowych dowodów na praniemieckość polskich ziem.
Naziści wkładają wiele starań w to, by zohydzić Żydów w oczach Polaków, rozpętują antysemicką propagandę. Na ulicach pojawiają się plakaty z obelżywymi hasłami, takimi jak: „Żydzi – wszy – tyfus plamisty”. W Podgórzu, po prawej stronie Wisły, w marcu 1941 roku powstaje getto. Piętnaście ulic ogrodzonych murem z czterema bramami. Za dwa lata nastąpi jego likwidacja – Niemcy będą mordować Żydów na miejscu, głównie na placu Zgody (dziś plac Bohaterów Getta), lub wywiozą ich do obozu pracy w Płaszowie albo do obozów zagłady w Auschwitz i w Bełżcu.
Buduje się niemiecka dzielnica mieszkaniowa. Przy ulicy Reichstrasse (przed wojną Wybickiego, dziś Królewskiej) wyrastają kamienice liczące od trzech do pięciu kondygnacji. Piwnice z betonowymi stropami mają pełnić funkcję schronów przeciwlotniczych. W budynku Domu Śląskiego przy ulicy Schlesienstrasse 2 (Pomorskiej) ma siedzibę Komenda Policji i Służby Bezpieczeństwa w dystrykcie Kraków, z IV wydziałem, czyli Gestapo.
Jednocześnie toczy się życie kulturalne: działa Teatr Nasz, z czasem przekształcony w Teatr Rapsodyczny. Jest kinoteatr Scala (dziś Teatr Bagatela) dostępny nur für Deutsche, otwarte są kawiarnie, między innymi Literarisches Kaffehaus (dziś Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”). Ukazuje się gadzinówka „Goniec Krakowski”. Wysoki poziom artystyczny prezentuje Filharmonia Generalnego Gubernatorstwa – krążą plotki, że jej pierwszy dyrygent Hans Rohr został otruty za zbyt życzliwy stosunek do Polaków.
W tym samym czasie Buczacz przechodzi z rąk do rąk.
O możliwości wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej mówi się już wczesną wiosną 1941 roku. 22 czerwca mieszkańców budzi warkot samolotów. Kilkanaście godzin później przez miasto przetaczają się oddziały Wehrmachtu. Potem pojawia się ukraińska milicja z żółto-niebieskimi opaskami na rękawach.
Podczas drugiej, czyli niemieckiej okupacji obowiązuje godzina policyjna: dla Polaków i Żydów rozpoczyna się o osiemnastej, dla Ukraińców trzy godziny później.
Rozkręca się spirala nienawiści ukraińskich nacjonalistów sterowanych przez Stepana Banderę, przywódcę Ukraińskiej Powstańczej Armii, działającego w przekonaniu, że droga do uzyskania przez Ukrainę niepodległości prowadzi przez czystkę etniczną – unicestwienie wszystkich Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich, bez względu na wiek i płeć. W Buczaczu z rąk banderowców ginie trzydzieści osób.
W 1944 roku Buczacz ponownie zostanie zajęty przez Armię Czerwoną i włączony do Ukraińskiej SRR. Władze zamkną kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, zrobią w nim magazyn artykułów żelaznych, potem zboża. Z krypty wyrzucą kości Potockich.
Pod koniec sierpnia 1991 roku Buczacz znajdzie się na terenie niepodległej Ukrainy. Marcjan Trofimiak, lwowski biskup pomocniczy, ponownie poświęci miejscowy kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

PO KĄDZIELI

Ród Bilińskich, z którego wywodzi się matka Kory, zamieszkiwał Ruś Czerwoną, okolice województwa stanisławowskiego i przemyskiego.
Karolina Bilińska, babka Kory, rodzi się w 1888 roku. Kończy seminarium nauczycielskie we Lwowie. Spełnia się zawodowo: kieruje pensją dla dziewcząt w Stanisławowie. To złoty czas dla miasta – w XIX wieku rozkwita, wydobywa się z cienia prowincjonalności.
Życie osobiste Karoliny jest skomplikowane – zachodzi w ciążę z mężczyzną, na którego temat pozostała garstka wiadomości: jest Żydem, adwokatem i nosi nazwisko Monastyrski.
26 sierpnia 1908 roku we Lwowie rodzi się ich córka, która na chrzcie dostaje imię Emilia.
Dla pana Monastyrskiego ojcostwo jest tylko życiową komplikacją – zapewne ma już rodzinę, nie chce skandalu ani odpowiedzialności za dziecko z nieprawego łoża.
Znakiem czasów jest te pięć lat Emilii z panieńskim nazwiskiem matki. Na początku XX wieku panna winna trzymać się zasad, obyczaju i Bóg wie czego jeszcze, co w oczach ogółu czyni kobietę godną szacunku. Kolejność w każdym razie ma być niezmienna niczym w tablicy Mendelejewa: najpierw zamążpójście, potem macierzyństwo.
Anna Kubczak, starsza siostra Kory, nie jest pewna, czy babcia Karolina oddała córkę na wychowanie rodzinie.
Kora nie ma wątpliwości co do losów Emilii: „Nieślubne dziecko w owych czasach (…) musiało zostać ukryte na wsi. Przez to moja przyszła mamusia kilka lat spędziła u obcych ludzi”[3].
Życie osobiste Karoliny wywróci się do góry nogami po raz drugi, kiedy pozna Stanisława Siarkiewicza, komornika sądowego ze Stanisławowa. Zaiskrzy, zakochają się, zdecydują na wspólne życie. Ślub, wesele, ciąża – teraz układa się to po bożemu.
W 1913 roku urodzi im się Irenka. A Stanisław adoptuje pięcioletnią Emilię i da jej swoje nazwisko. Od tej chwili ma dwie córki i żonę. Rodzina w komplecie.
We czworo wiodą spokojne życie. Największe zmartwienie to biodra Irenki – rodzi się z ich dysplazją. Utyka. Wada nie zostanie skorygowana chirurgicznie, kaczy chód towarzyszy jej całe życie.
Emilia, wzorem mamy, kształci się na nauczycielkę. Pięć lat pobiera nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu, miejscu akcji ostatniego tomu Przygód dobrego wojaka Szwejka. Miasto przypomina koszary – pomyślane jest jako twierdza mająca zagrodzić Rosjanom drogę na zachód. Pierścień zewnętrzny liczący czterdzieści pięć kilometrów obwodu składa się z siedemnastu fortów głównych, stacjonuje tam sto dwadzieścia osiem tysięcy żołnierzy, którzy są wyposażeni w czternaście tysięcy koni, tysiąc dwadzieścia dwa działa oraz cztery tysiące wozów.
Do Stanisławowa Emilia wróci w 1926 roku.
Rok 1928 jest rokiem żałoby: czterdziestoletnia Karolina umiera na zapalenie płuc.
Po śmierci matki dwudziestoletnia Emilia opuszcza Stanisławów. Jest pełnoletnią panienką z dobrego domu, z fachem w ręku. Zachowane zdjęcia z uczniem wskazują, że pracuje jako guwernantka, lecz gdzie, u kogo – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że w 1934 roku Emilia przebywa już w Krakowie, gdzie zapisuje się na kurs gotowania. Dwa zeszyty z przepisami zanotowanymi pochyłym pismem Emilii dziś są w posiadaniu Anny Kubczak, która wiele lat po śmierci mamy według tych przepisów przyrządza między innymi pischinger i strudel z jabłkami.
Anna przechowuje też trzeci zeszyt, w którym mama zapisywała refleksje na temat przeczytanych książek. Prawdopodobnie służył jej za nauczycielski pomocnik, wiele miejsca zajmują tu ustępy poświęcone pisarstwu Sienkiewicza, Prusa, Dygasińskiego. Pojawiają się też czytadła pod postacią romansideł Rodziewiczówny. Oraz klasyka: Dickens i Goethe. Są wyimki z Kazimierza Brodzińskiego, poety doby sentymentalizmu: „Życie – to pragnienie czego, czego niema” (pisownia oryginalna). „Jedyna morfina na ból życia to namiętności”, „Kochać, to znaczy nie znać”.
Anna, żarliwa czytelniczka, trzyma dziś ten zeszyt przy łóżku, podczytuje przed zaśnięciem. Kora namawiała siostrę, by – jak mama i jak ona sama – prowadziła zapiski z lektur.
Emilia w Krakowie korzysta z kin, teatrów, kawiarń – chłonie miejskość w różnych jej wariantach i wymiarach. Jednocześnie zderza się z konserwatyzmem środowiska: autochtoni są mieszczanami zasiedziałymi i niechętnymi napływowym. To Emilię alienuje, przysparza jej stresów.
Wieści ze Stanisławowa mało optymistyczne. Gdy w drugiej połowie września 1939 roku wkraczają Sowieci, z automatu wprowadzają terror polityczny. Rozgrywają się sceny identyczne jak w Buczaczu: aresztowania, grabież majątku, mordowanie na miejscu lub prolongowane i na raty, czyli po deportacji w głąb Azji.
Ojczym Emilii, Stanisław Siarkiewicz, trafi nad Bajkał – on, komornik sądowy, wykonuje morderczą pracę przy wyrębie lasu.
Po wojnie Stanisławów zostaje po stronie ZSRR. Emilia nigdy tam nie pojedzie. Nie ma możliwości, nie ma do kogo.

TO NIE KONIEC, ANI NAWET POCZĄTEK

Okupanci traktują Kraków jak niemieckie miasto: domy przystrojone flagami hitlerowskimi, dekoracje na urodziny Führera.
Istnieje problem mieszkaniowy, wśród Polaków toczy się walka o dach nad głową. Wskutek tworzenia dzielnicy żydowskiej i niemieckiej dużo osób zostaje przymusowo usuniętych ze swoich domostw i zakwaterowanych w gorszych warunkach.
Brakuje podstawowych produktów: przydziały dla Polaków, nie mówiąc o tych dla Żydów, są kilkakrotnie mniejsze niż dla Niemców otrzymujących jednocześnie wielokrotnie wyższe pensje umożliwiające zakupy na wolnym rynku. Okupanci zachęcają Polaków do zastępowania wieprzowiny koniną lub drobiem, a najlepiej mięsem z gołębi, których liczba w czasie wojny znacznie się zmniejszy. Jada się chleb czarny i razowy (zwany smutniakiem) smarowany marmoladą z buraków i owocowych odpadów, pije się kawę zbożową uzyskiwaną z palonego jęczmienia z domieszką cykorii.
Kwitnie czarny rynek – część towarów pochodzi z paczek zagranicznych wysyłanych do rodzin w kraju. Głównym dostawcą lewych produktów jest Wehrmacht – wojsko sprzedaje wszystko: lekarstwa, broń, konserwy, wagony węgla. Największym targowiskiem Generalnej Guberni jest tak zwana tandeta zlokalizowana na placu Żydowskim (dziś i przed wojną plac Nowy). Największy ruch panuje tam we wtorki i w piątki, na targowisko przychodzi wówczas ponad dwadzieścia tysięcy osób. Tandeta jest też miejscem wymiany informacji – spotykają się tam konspiratorzy, a obok nich niemieccy agenci.
Zakazane jest posiadanie radioodbiorników, by zapobiec przedostawaniu się informacji z zagranicy. Niemcy starają się utrzymać posłuszeństwo drogą terroru. Ustawiczne represje i szykany sprawiają, że życie toczy się w trwodze i strachu o siebie i najbliższych. Najcięższe kary: uwięzienie, zesłanie do obozu koncentracyjnego, powieszenie, rozstrzelanie, wymierzane są nie tylko za działalność polityczną, lecz także za czytanie bibuły, pomoc Żydom, naruszenie godziny policyjnej. Można stać się ofiarą łapanki, jak nazywa się obławy uliczne, z których ludzie trafiają do obozu przejściowego przy ulicy Wąskiej (dziś budynek VI LO), a stamtąd ruszają na roboty przymusowe w Niemczech. Odbywają się publiczne egzekucje zakładników pojmanych w akcjach odwetowych. W lipcu 1943 roku naziści dokonują krwawej pacyfikacji Woli Justowskiej.
W ten sposób urządzony świat wydaje się nie mieć końca. Łatwiej go znosić, będąc w związku, dzieląc z kimś codzienność.
Poznają się w starostwie, gdzie w latach czterdziestych zatrudnieni są jako urzędnicy biegle władający niemieckim.
Marcin najpierw usłyszy melodyjny język Emilii – dłuższe brzmienie samogłosek, jakby z nostalgią nieustannie kogoś nawoływała. Wschodni zaśpiew. I to charakterystyczne: „ta weź”, „ta chodź”, „ta jedz”. Tknie go, miło uszczypnie w duszę. Zaczną się sobie bacznie przyglądać – dwoje samotników poturbowanych przeszłością.
Marcin wygląda na starszego, siwizna dodaje mu jedną dekadę, drugą – wieczny smutek. Czy zwleka z tym, by Emilii powiedzieć o żonie i córkach na zesłaniu? Że się o nie boi, że nie wie, czy żyją, że poszukuje ich przez Czerwony Krzyż?
Emilia przekroczyła trzydziestkę, myśli o macierzyństwie.
Oboje dość mają życia w poniewierce, w kłopotach. Potrzebują stałości – nie tracenia, lecz tworzenia.
Są czuli: on zwraca się do niej „Milu”, ona do niego „Marcysiu”.
Ich pierworodny, Andrzej, urodzi się w czerwcu 1943 roku, Anna jest na świecie już w lipcu 1944. Jerzy dołączy do rodzeństwa w kwietniu 1947 roku, Tadeusz – w styczniu 1949.
Ola będzie piąta.
Ślub, tylko cywilny, wezmą w lutym 1946 roku. Na zdjęciu z uroczystości oboje, pani młoda i pan młody, są pod krawatem.
Emilia powiela los mamy, zmieniając porządek obyczaju – najpierw zostaje matką, potem żoną. Marcin nie popełni bigamii – tuż przed zawarciem drugiego małżeństwa Polski Czerwony Krzyż potwierdzi śmierć Eugenii. O losach córek nadal nic nie wie.
Między przyjściem na świat Anny i Jerzego zdarzy się moment euforyczny: w styczniu 1945 roku Kraków wyzwolą czerwonoarmiści.
Józef Wissarionowicz Stalin swoim zwyczajem ubija na tym interes, kreując się na sprzymierzeńca Polaków i ich wybawcę.
Najpierw odbywa się militarny show: w Moskwie na cześć radzieckich bohaterów oddano po dwadzieścia cztery salwy z trzystu dwudziestu czterech dział, a w uznaniu zasług bojowych 135 Dywizji 59 Armii rozkazem Słońca Narodów nadano miano „Krakowska”. W dniu zajęcia miasta opublikowano rozkaz Stalina, w którym komunikuje on, że Kraków został uratowany dzięki manewrowi okrążającemu Armii Czerwonej. W prasie krakowskiej manewr ten nazywa się „mistrzowskim”, „szybkim”, „genialnym”, „słynnym”, a plan okrążenia – „znakomitym”. Wersja oficjalna jest taka, że dzięki „niezwykłemu” manewrowi Kraków w ogóle nie ucierpiał. Po wojnie przy każdej rocznicy wyzwolenia miasta podaje się informację, że Armia Czerwona w walce o Kraków nie użyła ani artylerii, ani lotnictwa. I przytacza się wypowiedź marszałka Koniewa: „Poszliśmy do szturmu bez przygotowania artyleryjskiego i bez bombardowania lotniczego”.
To nie jest prawda. Armia Czerwona w bitwie o Kraków, podobnie jak w bitwach o inne miasta, użyje zarówno artylerii, jak i lotnictwa.
Prawdą natomiast jest, że nie zbombardowała Wawelu ani Rynku Głównego z okolicami. Prawdą jest również i to, że straty Krakowa w porównaniu z wieloma innymi miastami są minimalne.
Dla rodziny Ostrowskich wojna jednak się nie kończy. Ma trzy epilogi.
Epilog pierwszy.
Marcin i Emilia mieszkają z Andrzejem i Anną przy ulicy Łobzowskiej. Którejś zimowej nocy 1945 roku ze snu wyrwie ich łomot w drzwi. Po Marcina przyjdzie UB próbujące dokończyć dzieło NKWD rozpoczęte w Buczaczu w drugiej połowie września 1939 roku.
Ostrowski w narzuconej w pośpiechu marynarce wieziony jest na przesłuchanie. Wraca po kilku dniach zgnębiony, wie, że z rodziną muszą opuścić mieszkanie, a bezpiece, która wie, że był przed wojną policjantem, natychmiast zejść z oczu. Teraz pomoże Ostrowskim kolega ze starostwa. Wskaże mu coś na kształt kryjówki przy ulicy Grottgera 2.
Epilog drugi.
W sierpniu 1946 roku z zesłania wrócą córki Marcina. Przyjadą do Krakowa, odnajdą ojca, staną w drzwiach przy Grottgera 2.
Zdzisława, Zofia i Krystyna widzą, że Marcin zaczął nowy rozdział życia. Córki opowiadają o Kazachstanie, o wiecznym głodzie, o pracy przy wypasaniu świń. O matce zamartwiającej się ich losem, o jej psychicznej kruchości. O jej śmierci w 1946 roku, kilka miesięcy po zakończeniu wojennej gehenny. Zdzisława wiezie do szpitala mleko, które ma przyspieszyć zdrowienie czterdziestodwuletniej Eugenii. Łóżko matki zobaczy puste. Pielęgniarka rzuci przez ramię, by ciała szukała w kostnicy. Zdzisława z trupem matki na saniach wraca do Burkotowa.
Pochówek jest nędzny jak całe zesłanie: brakuje desek na trumnę. Wieczna zmarzlina pozwala kopać tylko płytki grób, a ten błyskawicznie rozgrzebują wygłodniałe zwierzęta.
Ciało Eugenii się nie zachowa. Symboliczny grób ma dziś w Łodzi na cmentarzu na Zarzewie.
Z Marcinem i jego nową rodziną zostanie Krystyna. W Krakowie ukończy ostatnią klasę szkoły średniej. Mieszka przy Grottgera, kontakt z Emilią ma dobry, lubią się, chętnie rozmawiają.
Po roku wspólnego życia Krysia ucieknie. W tej sprawie kluczową rolę odegra ojciec. Chce wydać córkę za kumpla, z zawodu szewca. Według niego małżeństwo z mężczyzną z fachem w ręku to najlepszy sposób na życie. Targu o rękę młodej kobiety dobijają przy pół litra.
Krysią kieruje instynkt samozachowawczy po wielekroć sprawdzony na zesłaniu. Spakuje walizkę, zniknie bez słowa.
Zatrzyma się w Bielawie. Pracuje w zaopatrzeniu w jednej z dwóch fabryk włókienniczych. Sama zdecyduje, z kim będzie układać sobie życie: w 1953 roku wyjdzie za Józefa Grzegorzewicza. Dwa lata później urodzi Bożenkę.
Zofia osiądzie w Łodzi. Pracuje w spółdzielni wielobranżowej jako chałupniczka – szyje męskie piżamy i rękawiczki. Przyjmie nazwisko męża, Ryszarda Antczaka. Wychowują córkę Krysię.
Zdzisława młodszym siostrom matkuje. Silna, zaradna, mądra. Pracuje jako główna księgowa w zakładach włókienniczych w Łodzi. Założy rodzinę, urodzi Mirosławę. Do końca życia podpora sióstr.
Marcin z córkami kontakty ma okazjonalne, pojawia się na ich ślubach. Listów nie pisze. Kiedyś w prezencie przywiezie jednej z nich siatki wyplecione przez Emilię.
W latach dziewięćdziesiątych Anna Kubczak odnowi kontakt ze Zdzisławą i Krystyną. (Zofia umiera przedwcześnie, w 1972 roku).
Kora nie wykazuje zainteresowania spotkaniem z przyrodnimi siostrami.
Epilog trzeci.
Z zesłania wraca ojczym Emilii, Stanisław Siarkiewicz. Osiedli się w Świnoujściu. Ożeni się po raz drugi, z tego związku rodzi się Krystyna.
W odróżnieniu od Ireny Emilia nie utrzymuje kontaktów z ojczymem. Dla Anny Kubczak długo jest to niezrozumiałe. Irena dopiero po osiemdziesiątce, na kilka lat przed śmiercią, wyjawi siostrzenicy sekret: z Emilią są siostrami tylko przyrodnimi, mają innych ojców. Naciska z impetem Dulskiej: „Olusi tego absolutnie nie powtarzaj”. Kora wtedy jest już sławna, ciotka się obawia, że chlapnie coś o tym ze sceny lub w prasie i prawda ujrzy światło dzienne.
Annę Kubczak irytuje jej hipokryzja. Czasy się zmieniły, kobiecie więcej wolno, a mentalność ciotki nadal jest rodem z XIX wieku.
Obie siostry, Anna i Kora, nie mogą pogodzić się też z tym, że ich matka, osoba o szerokich horyzontach, słowem nie piśnie o ojczymie, w ogóle o rodzinnej przeszłości. Ubolewają nad tym, jak mało wiedzą o przodkach. Anna Kubczak mówi, że przychodzi moment w życiu, kiedy człowiek chce poznać korzenie. Chce wiedzieć, skąd się wziął, jakie są jego początki, kim byli przodkowie, do kogo jest podobny.
Samą Irenę trudno lubić. Infantylna, powierzchowna, oderwana od rzeczywistości. (W liście pyta Korę, dlaczego w latach osiemdziesiątych nie wystąpiła na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Kora potem napisze do Ani, „że cioci chyba umknęło to, co ogłosił 13 grudnia 1981 roku generał Jaruzelski”[4]). Skupiona na mężu, bezdzietna, z cechami starej panny. Dzieli włos na czworo, przywiązuje wagę do spraw nieznaczących. Małostkowa, drobnomieszczańska. Z zawodu, jak matka i siostra, nauczycielka. Mieszka w Bytomiu. Kora rzadko ją tam odwiedza, Ania częściej.
Anna Kubczak pamięta dzień, w którym z zesłania wraca Stanisław Siarkiewicz. Przyjedzie do Krakowa, odszuka pasierbicę. W scenie spotkania po wieloletniej rozłące brakuje entuzjazmu, nikt nikomu nie padnie w ramiona i łzami szczęścia się nie zaleje. Emilia ojczymowi okaże wyłącznie chłód, Anna Kubczak nadal tego nie pojmuje. Stawia hipotezę, że być może Siarkiewicz przekraczał fizyczne granice jej mamy.

PIĄTE DZIECKO

Pochylona Emilia obiera ziemniaki, siedząc na niskim taborecie. W tym samym czasie Ania przez okno obserwuje liście drzewa migoczące od podmuchów wiatru. W pewnym momencie spojrzy na mamę, dostrzeże na jej spódnicy czerwoną plamę. Przestraszy się, pomyśli, że mama jest chora. Gdy ma się siedem lat, nie przywiązuje się wagi do tego, że mama przytyła, ubiera poszerzane sukienki, szybciej się męczy.
Pani Kowalowa, anioł stróż z drugiego piętra, wezwie pogotowie.
Emilia ze szpitala wróci po kilku dniach, lecz nie sama, tylko z towarzystwem: w ramionach tuli dziewczynkę.
Urodzi ją w piątek, 8 czerwca 1951 roku. Księżyc w kształcie sierpa rośnie w stronę pierwszej kwadry.
Dziewczynka jest ciemna: czarnowłosa i czarnooka. Ania się boi, że Cyganie pomyślą, że to ich dziecko, porwą je i wywiozą hen z taborem.
Mama powie Ani, że to jej siostra.
Emilia ma czterdzieści trzy lata, Marcin – pięćdziesiąt cztery. Ich piąte dziecko (jego ósme) nie jest planowane. Nikt go nie wyczekuje. Podobno Irena namawia siostrę, by poddała się aborcji. Dla Emilii przerywanie ciąży jest wbrew jej wartościom.
Wiklinowe łóżeczko stanie pod oknem. Ania dla siostry wymyśli imię: Aleksandra.
Tata do urzędu stanu cywilnego pójdzie na rauszu. Promile zamącą świadomość, córkę zarejestruje jako Olgę, nie Aleksandrę. Potem Kora będzie używać dwóch imion: Olga Aleksandra. W przeglądanych przeze mnie dokumentach w kwestii imion panuje pełna dowolność, raz jest napisane Olga, innym razem Aleksandra.
Olga Aleksandra Ostrowska – brzmi dostojnie. Imię daje sporo możliwości zdrobnień: Ola, Olcia, Olusia, Oleńka. Mama i tata mówią: Ciucia – to stare słowo oznaczające szczenię albo prosiątko.
Korą zostanie, gdy będzie mieć szesnaście lat.

GRANICA

Na administracyjnych dokumentach kamienicy przy ulicy Grottgera numer 2, w dzielnicy V, Krowodrzy, jest napisane drukowanymi czerwonymi literami, że mieszkanie 11 to pomieszczenie przeznaczone na suszarnię. Przed wojną służące wieszają tu spódnice, koszule, bieliznę państwa, u których są zatrudnione, po wojnie to centrum świata Ostrowskich.
Trzydzieści metrów kwadratowych z trzema oknami. Łazienki brak, toaleta i składzik na węgiel w korytarzu. W kuchni koza i zlew. Wejście z podwórka.
Miejsce życia siedmiu osób – na każdego przypada niewiele ponad cztery metry kwadratowe.
Lokalizacja znakomita: po jednej stronie (pięć minut piechotą) park Krakowski z sadzawką, po drugiej, na ukos (dziesięć minut piechotą), Nowy Kleparz z targowiskiem. Przy placu Axentowicza (minuta piechotą) modernistyczny, jak większość budynków w tej okolicy, kościół Świętego Szczepana, z którego słychać dzwon wzywający na mszę.
W XIX wieku jest tu jeszcze wieś, dzięki czarnoziemom raj dla upraw. Hoduje się tu karczochy i jarmuż oraz głąbiki krakowskie – łodygową sałatę, którą kisi się jak ogórki.
Kora pamięta Młynówkę Królewską – z mamą przechodzą nad nią kładką w drodze do ogrodników, by kupić jarzyny i owoce.
Młynówka, sztuczna rzeczka, czerpie wody z Rudawy. Sto metrów od mieszkania Ostrowskich kończy swój bieg w wybetonowanym zbiorniku retencyjnym przypominającym mały basen, z odpływem do miejskiego kanału. Andrzej czasami bierze Olę na barana i skaczą oboje do wody. Jest radość. Kiedyś sąsiadka z czwartego piętra dostrzeże topiącą się najmłodszą Ostrowską – zbiegnie, uratuje dziecko.
W 1964 roku Młynówka zostaje zasypana – stanie się deptakiem.
Kora: „To był stary, piękny Kraków, nietknięty jeszcze (…) koszmarną socjalistyczną zabudową. A z czasem zaczęły powstawać bloki, tu jakiś koszmar, tam jakiś koszmar”[5].
Na ulicę, przy której mieszkali Ostrowscy, nadal mówi się „alejki Grottgera”.
W międzywojniu plan urbanistyczny zakłada przemienienie tej części Krakowa w dzielnicę willową dla profesorów.
Dom przy Grottgera 2 powstaje w 1927 roku według projektu Wacława Krzyżanowskiego, architekta kilku sąsiednich kamienic.
W lipcu 1946 roku właścicielami domu są Józefa i Michał Pędraccy.
– Nie ukrywam, że moi dziadkowie, zwłaszcza babcia, zakazywali mi się bawić z Olą. Pamiętam strzępy rozmów, że w rodzinie Ostrowskich jest trudna sytuacja, nie tylko materialna – mówi Ewa Pędracka-Kwaskowska, wnuczka Józefy i Michała, dziś pracowniczka Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Dorosłych nie słuchałam, z Olą się bawiłam.
Z panią Ewą spotykam się w jej mieszkaniu przy Grottgera 2. Pierwsze piętro, przestronnie, jasno, solidne meble, obrazy na ścianach, bibeloty w gablotach. Siedzimy przy okrągłym stoliczku, są ciastka z pobliskiej cukierni, jest herbata w porcelanowych filiżankach. Moją uwagę przykuwa imponująca kolekcja waz ułożonych w równy szereg na długich półkach.
Pani Ewa poprawia mnie z uśmiechem. Wyjaśnia, że to nocniki – zwozi je z zagranicznych podróży, kupuje w antykwariatach, wyszukuje na giełdach staroci, licytuje na Allegro.
W trakcie naszej rozmowy nie mogę opędzić się od myśli, że kamienica przy Grottgera 2 jest lustrzanym odbiciem kamienicy przy ulicy Staszica 20, miejsca akcji Granicy Zofii Nałkowskiej, gdzie spotykają się prawie wszystkie klasy społeczne, a ich podział znaczy się piętrami: bogaci egzystują na górze, biedni wegetują na dole w piwnicach zamienionych na nędzne mieszkania.
AD 2021 pod jedenastkę prowadzi wejście od ulicy Kościelnej. Moim przewodnikiem jest administrator tłumaczący, że to efekt remontu. Mieszkanie po Ostrowskich również po zmianach: dobudowano łazienkę, okna wymieniono na plastikowe. Stare, drewniane, okratowane, pod którymi stało wiklinowe łóżeczko Oli, dziś są częścią budynku stajni w Będkowicach. Wyposażenie nowoczesne. Obecnie to przestrzeń, z której korzysta jedna osoba.
Za czasów Ostrowskich wszyscy ściśnięci jak śledzie w beczce. W łożu małżeńskim Emilia kładzie się z córkami. Obok stoją dwa mniejsze łóżka dla chłopców. Kotara w funkcji ściany wyznacza granicę z kuchnią, w której sypia Marcin. W niej dębowy stół, lampowe radio Nokturn, lustro w drewnianej ramie (latami nad umywalką w łazience w mieszkaniu Kory przy ulicy Płatniczej w Warszawie).
Po domu kręci się też czarna jak smoła Mućka, ukochany kot Emilii.
Wiosną, latem i wczesną jesienią życie toczy się na podwórku. Jego centralnym punktem jest drzewo z ziemią naokoło traktowaną przez Olę i Tadzia jak piaskownica. Między drzewem a okratowaniem oddzielającym teren od sąsiedniej willi zawieszony jest hamak – tu można drzemać, czytać, gapić się w niebo.
Mieszkanie jest czyściutkie, przeniknięte zapachem szarego mydła wyszorowanych do białości desek podłogowych. Pachnie też jedzenie. Emilia sięga po przepisy z domu rodzinnego i kursu gotowania.
Na co dzień królują pierogi, gołąbki, kotlety mielone, galaretka (po lwowsku „studzienina”), sok z bzu, placuszki smażone z jajek, cebuli i ugotowanych ziemniaków. W święta torty z maślanym kremem i strudel – jabłkowe nadzienie w cieście cieniutkim i przezroczystym jak pergamin. Masło pojawia się rzadko, zamiast niego jest smalec ze skwarkami. Dla zdrowia kiszony barszcz i wino z drożdży. Na podwieczorek chleb posmarowany gęstą śmietaną i posolony.
Ola, wpadając zziajana z podwórka, krzyczy od progu, że chce jej się pić, a mama niezmiennie powtarza: „Barszczyk stoi na kuchence”.
Emilia, wołając na obiad Olę, dorzuca, by przyszła z Ewą.
– Pani Emilka częstowała mnie pyszną, gorącą, parującą zupą. Mimo niedostatku dzieliła się tym, co miała – wspomina Ewa Pędracka-Kwaskowska.
Cały dom na głowie Emilii. Marcin ma dwie lewe ręce – przywykł do tego, że obsługują go kobiety: gosposia, żona, córki. Nie ma pojęcia, co to obowiązki, takie jak gotowanie, zmywanie, słanie.
Ania cały czas ceruje skarpetki ojca i braci.
Marcin nie godzi się na to, że przed wojną był kimś, a teraz jest nikim. Choruje: zawał za zawałem. Fizycznie jest zrujnowany, ucieka w alkohol. Fantazjuje: komuna rozsypie się w czerwony pył, jałtańskie ustanowienia przestaną obowiązywać, Polska wróci do starych granic, on odzyska buczackie życie w każdej jego postaci, włącznie z majątkiem. Anię, która jest jego ukochanym dzieckiem, sadza na kolanach, powtarzając z nutą rozpaczy: „To wszystko się skończy, będzie jak dawniej”.
Sam w to nie wierzy. Brak perspektywy pchnie go w ślepy zaułek bezczynności – na niczym mu nie zależy, niczego nie próbuje zmienić. Biernie poddaje się wypadkom. Dziś lekarz pierwszego kontaktu odesłałby go do psychiatry, który bez trudu postawiłby diagnozę: przewlekły stan depresyjny. Wtedy jednak mało kto zajmował się zdrowiem psychicznym obywateli PRL-u. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych według propagandy Polak był radosny, energiczny i gotowy wypruć sobie żyły dla klasy robotniczej.
Kora: „Ojciec wykonywał jakąś bezsensowną urzędniczą pracę za symboliczne socjalistyczne wynagrodzenie. (…) Czuł się stary i uważał, że jego życie się skończyło. Wstydził się, że jest takim starym ojcem, i prosił mnie, bym w towarzystwie nieznajomych mówiła do niego dziadku”[6].
11 sierpnia 1960 roku Mućka zachowuje się jak nigdy dotąd: przeraźliwie miauczy, biega po mieszkaniu, strąca z półek przedmioty. Potem zniknie, wszyscy jej szukają.
Dzień później wypadają sześćdziesiąte trzecie urodziny Marcina. Dziewięcioletnia Ola zrywa się wcześniej niż zwykle, chce obudzić ojca śpiącego na łóżku w kuchni, podarować mu laurkę, zaśpiewać Sto lat. Ojciec nie reaguje ani na słowa, ani na szturchnięcia. „Może zemdlał” – przytomnie oceni sytuację. Wodą z kubka poleje twarz ojca. Ten nawet nie drgnie. Ola zawoła mamę.
Emilia jest wstrząśnięta, przykryje męża prześcieradłem, odgrodzi od dzieci parawanem.
Serce Ostrowskiego zatrzymał zawał.
Według Kory „mistyczka” Mućka przewidziała jego śmierć.
Do Ani, która jest na obozie, z tragicznymi wieściami dzwoni mama. Szok – starsza córka długo nie może się pogodzić ze stratą ojca.
– Czułam się przez niego bardzo kochana – mówi mi Anna Kubczak.
Kora jako dorosła kobieta twierdzi, że ojca właściwie nie znała, słabo go pamięta. Zamazana postać.
Trzy córki Ostrowskiego z pierwszego małżeństwa przyjadą na pogrzeb. Potem rok w rok przysyłają Emilii pieniądze na zakup zniczy i kwiatów.

GWIAZDECZKA

Jeszcze przed śmiercią Marcina rodzina Ostrowskich rozpada się – jej fundamenty kruszeją stopniowo.
Zacznie się od choroby. Jest 1955 rok. Emilia pokasłuje, lekarz rozpoznaje gruźlicę, wówczas numer jeden wśród problemów zdrowotnych Polaków. Wojenna i powojenna poniewierka – wilgoć, niedożywienie, nędzne warunki mieszkaniowe – zbiera żniwo. Rentgen nie kłamie: w płucu Emilii zrobiła się dziura rozmiarów guzika od płaszcza.
Emilia prątkuje, zaraża. Konieczna jest izolacja. Dostaje skierowanie do sanatorium w Zakopanem – pomóc ma rozrzedzone powietrze, leżakowanie, wysokokaloryczna dieta.
Spędzi tam rok. Regeneruje się, ciało nabiera krągłości.
W mieszkaniu przy Grottgera Marcin zostaje tylko z dwunastoletnim Andrzejem. Pozostała czwórka wiosną 1955 roku trafia do domu dziecka – Jerzy z Tadeuszem do państwowego pod Pilicą, Ania z Olą do kościelnego w Jordanowie.
Jordanów, miasteczko u podnóży Beskidu Makowskiego. W latach pięćdziesiątych poprzecinane wąskimi kamienistymi uliczkami. Przy nich stare domy o wilgotnych wspólnych sieniach dla dwóch budynków. Pochylona karczma, łąki nad Skawą.
Sierociniec pod patronatem Caritasu mieści się w kamienicy przy rynku. Nosi nazwę „Nasz Dom” i prowadzą go siostry prezentki. Latem noszą habity szare, zimą czarne, głowę nakrywają kornetem.
Za czasów Ani i Oli dzieci są podzielone na dwie grupy: starszą, dziesięcioosobową, oraz młodszą, liczniejszą. Na parterze biuro szefowej, Józefy Szypuły, nazywanej Mateczką Przełożoną. Na pierwszym piętrze, po lewej, sypialnia starszaków z oknami na ogród, po prawej pokój maluchów, z oknami na miasto. Łazienka i toaleta na końcu holu. Na drugim piętrze kaplica oraz klauzura z zawsze zamkniętymi drzwiami. Na poddaszu sala do odrabiania lekcji, w piwnicach – kuchnia i jadalnia. Na tyłach domu ogród kwietny przechodzi w warzywny, ciągnący się w dół aż do strumyka i łąk z widokiem na zalesiony szczyt – Przykiec.
Wykręcam numer do Domu Pomocy Społecznej w Jordanowie, w który z czasem zostaje przekształcony „Nasz Dom”. Przedstawiam się, mówię, że piszę książkę o Korze i szukam każdego tropu zbliżającego mnie do mojej bohaterki.
W słuchawce najpierw zapada cisza. Siostra podejmie rozmowę, choć ostrożnie, nawet się nie przedstawi. Wie, o kogo pytam. Udręczonym głosem informuje, że nie zachowały się żadne dokumenty, w tym wypadku cezurą jest 1960 rok, kiedy kościelne placówki wychowawcze przechodzą pod kuratelę państwa. Wtedy wszystkie dzieci, w tym Kora, musiały opuścić to miejsce. Dodaje, że nie rozumie, dlaczego Kora tyle złego opowiedziała publicznie o „Naszym Domu”. Może dlatego – odpowiada sama sobie – że oddali ją tam rodzice, że nie była sierotą jak większość dzieci. I złość na rodziców przeniosła na zakonnice. Na koniec dorzuci, że siostry znające Korę mówiły, że była ich ulubienicą, że ją rozpieszczały, nosiły na rękach. Nazywały ją Gwiazdeczką.
Gwiazdeczkę wymyśli Mateczka Przełożona. Ola dostaje też numerek: ósemkę. W rodzinie Ola jest piątym dzieckiem, w sierocińcu – ósmym.
Pobyt w sierocińcu Kora opisze w Podwójnej linii życia w 1992 roku, ponad trzy dekady od dnia, w którym opuści Jordanów. Z akapitu na akapit autobiograficznego wyznania coraz śmielej odsłania sekrety życia z dala od domu, w obcym miejscu, wśród kobiet deklinujących od świtu do zmroku rzeczowniki: „Bóg”, „Jezus”, „miłosierdzie”, „zbawienie”, „piekło”, „niebo”, „czyściec”, „grzech”.
Udręczy Korę w sierocińcu coś, czego w dorosłości sama stanie się orędowniczką: pruski dryl, zamiłowanie – na granicy obsesji – do porządku. Zakonnice są pierwszorzędnie zorganizowane, dzielą się zadaniami, jedna urzęduje w kuchni, druga w maglu, trzecia w pralni, czwarta w ogrodzie, szósta w stajni. Samowystarczalna kobieca społeczność, w której każda zna swoje miejsce w szeregu.
Wkoło czystość: lśnią podłogi i wypucowane blaty stołów. I w tej sterylności raz na jakiś czas pojawia się plaga wszawicy. Choć w kranach ciepła woda, dziewczynki myją się tylko w soboty – wystarczy, że jedna ma gnidy we włosach, i w kilkanaście minut zaraża się reszta.
Siostry szyją dla dziewczynek ładne sukienki. Do tego są rajstopy – obowiązkiem ich właścicielek jest dbanie o to, by zachowały nieskazitelną biel, wyglądały jak nowe, bez plamki, dziurki, zażółcenia na piętach. Dziewczynki rajtki piorą, wieszają, suszą. Raz w tygodniu odbywa się ich publiczna demonstracja. Jury w habitach ocenia osiągnięcia kilkulatek. Jeśli rajtki nie są w stanie zadowalającym, członkini jury, w imię boskiej sprawiedliwości, wymierza karę: klęczenie na grochu, wykręcanie ucha, bicie po rękach. Istnieje też kara najokrutniejsza, kiedy członkini jury deleguje starsze i silniejsze dziecko, by uderzyło dziecko młodsze i słabsze. Ulubioną koleżankę, współtowarzyszkę niedoli Olci z łóżka obok.
Msze, litanie, pieśni, pacierze poranne i wieczorne. Katecheza. W maju nabożeństwa majowe, w Wielki Post inscenizacja scen drogi krzyżowej, w Wielkanoc rezurekcja. W Boże Ciało koszyczek i sypanie kwiatków. W Wigilię ubieranie choinki, w Boże Narodzenie kolędowanie i jasełka. Święty Mikołaj, wielki pan z doklejoną brodą, w Oli budzi strach.
Kawałek prywatnej przestrzeni Oli to łóżko i szafeczka na kilkunastoosobowej sali. W nocy, jak sowa w dziupli, czuwa siostra zakonna. Nie chce, by dziewczynki miały intymny kontakt z własnym ciałem, a broń Boże, by się masturbowały. Z tego powodu ręce mają być wyłożone na wierzch kołdry lub złożone pod policzkiem. Kiedy zmienią pozycję, siostra ma obowiązek obudzić dziecko, bez względu na godzinę.
Łóżko w ogóle jest dla Oli źródłem frustracji. Nie trzyma moczu, we śnie zdarza jej się zsiusiać. Dla siostry to zachowanie naganne – fanaberie nieposłusznej dziewczynki. To również pretekst do wyznaczenia kolejnej kary: Ola zasikane prześcieradło trzyma na widoku, dopóki nie wyschnie – dla reszty dzieci ma to stanowić przestrogę, a dla właścicielki upokorzenie.
Sytuacja się powtarza. Ola żyje w zapętleniu, wyjście nocą do toalety to dla niej droga przez mękę. Gęsta ciemność, ogień pod stopami, gorąca krew w żyłach. W zarodku chce zdusić strach, wie, czym grozi zsikanie się do pościeli. Serce bije jak oszalałe. Kiedyś Ola w toalecie usłyszy jęk przechodzący w szept: „Uciekaj, uciekaj”.
Stołówka zawsze pełna dzieci zachłannych na jedzenie. Byle szybciej, bo to oznacza więcej. Pazerność maluchów i wieczny krzyk przy stole.
Tak Jordanów zapamięta Ola.

 
Wesprzyj nas