„Wspomnienia i dezinformacja” to stworzona przez Jima Carreya i Danę Vachona niesamowita opowieść o aktorstwie, Hollywood, agentach, celebrytach, zaszczytach, przyjaźni, romansach, uzależnieniu od własnego znaczenia, lęku przed byciem zapomnianym, o wielkości naszej duszy, Kanadzie i katastroficznym końcu świata – jednym słowem o wewnętrznych i zewnętrznych apokalipsach.


“Nic tu nie jest prawdą i wszystko tu jest prawdą” – Jim Carrey

Poznajcie Jima Carreya. Jasne, jest odnoszącym niesamowite sukcesy i uwielbianym gwiazdorem kina opływającym w dostatki i zaszczyty – ale jest też samotny. Może jego najlepszy czas już minął. Może nawet…

Jim się roztył?

Próbuje różnych diet, słucha rozmaitych guru i bawi się ze swoimi wojskowymi psami obronnymi wyszkolonymi zgodnie ze standardami Mosadu, ale wygląda na to, że nic nie jest w stanie rozwiać nudy i poczucia pustki. Nawet mądre rady jego najlepszego przyjaciela, aktora i kolekcjonera czaszek dinozaurów, Nicolasa Cage’a, nie wystarczają, by wyciągnąć Carreya z dołka.

Ale potem Jim poznaje bezwzględną i pomysłową Georgie, miłość życia. I dzięki scenarzyście Charliemu Kaufmanowi dostaje rolę w przełomowym filmie, który może mu pomóc odkryć zupełnie nowe możliwości – to coś, co wreszcie da mu Oscara! Wszystko zaczyna się układać!

Ale wszechświat ma inne plany…

To odważna, na wpół autobiograficzna powieść z bezpardonową dekonstrukcją występujących w niej słynnych postaci i hollywoodzka parodia – tak śmieszna, że aż parzy.

***

Zaskakująca i zarazem fascynująca analiza psyche Jima Carreya. Zupełnie nowe podejście do tradycyjnych hollywoodzkich biografii
– Thomas Floyd, „Washington Post”

Dana Vachon, Jim Carrey
Wspomnienia i dezinformacja
Przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wydawnictwo Insignis
Premiera: 22 marca 2023
 
 

PROLOG

Znali go jako Jima Carreya.

I do połowy grudnia tamtego roku jego trawnik zmienił się w wypaloną bursztynową szczecinę. A nocą, po dziesięciu minutach podlewania przez zraszacze, źdźbła trawy unosiły się w kałużach, wiotkie i mizerne niczym przepocone po morfinie włosy jego umęczonej matki.
Los Angeles od kwietnia przeżywało piekło, zbiorniki wyschły do cna, a upalne dni następowały jeden po drugim. Prognozy pogody przypominały bransoletkę sadysty z wisiorkami: 36, 37, 40 i 39 stopni. Tydzień temu F-16 przeciął spopielałe niebo jak nóż sprężynowy dokładnie w chwili, gdy jeden z ogrodników w posiadłości przy Hummingbird Road dostał drgawek z powodu udaru słonecznego. Mężczyzna bronił się, gdy niesiono go do domu, i opowiadał, że Matka Boska obiecała mu wolny taniec za trzy dolary w chłodnym cieniu wąwozu. Nocą zaczęły wiać Santa Any, te piekielne wiatry, które wysysają dusze i sprawiają, że policyjne syreny wyją o zachodzie słońca, gdy napalmowy pomarańcz przechodzi w spłowiały fiolet. Potem co rano od kanionów nadciągał powiew smogu, który wpadał do wielkiego domu, przechodząc przez filtry powietrza niedawno wyposażone w czujniki wykrywające próby zamachów z użyciem gazu paraliżującego.
Po kilku miesiącach załamania i katastrof był zarośnięty i miał zapuchnięte oczy. Leżał nagi na łóżku, tak daleki od szczytowej formy, że gdyby w tamtej chwili ktoś obserwował go przez zhakowaną kamerę, mógłby go nie skojarzyć i stwierdzić, że to libański zakładnik. I wtedy, rozpoznając go nagle, ktoś taki by pomyślał: „To nie żaden chory, unieruchomiony facet, który samotnie ogląda telewizję na gigantycznym łóżku”, a gdy na niewidocznym ekranie telewizora rozbłysłoby czerwone jak krew logo Netflixa, powiedziałby: „Znam tego człowieka, widziałem go wszędzie, od billboardów aż po opakowania płatków śniadaniowych. To ten gwiazdor filmowy, Jim Carrey”.
Zaledwie kilka tygodni temu trzydzieści sekund nagrania z domowego monitoringu przeciekło do „The Hollywood Reporter” za sprawą jakiegoś zdrajcy z rozbudowanej struktury ochrony osobistej. Na tym nagraniu Carrey kołysał się w swoim basenie twarzą w dół w pozycji embrionalnej i kwilił pod wodą jak schwytana orka. Sissy Bosch, jego agentka do spraw wizerunku, powiedziała „Variety”, że przygotowywał się do roli Jana Chrzciciela ze scenariusza Terrence’a Malicka, który – na szczęście – odmówił komentarza. Filmik sprzedał się za pięćdziesiąt tysięcy dolarów, sumę na tyle wysoką, by inspirować najbardziej uświęcone ze zwierzęcych zachowań – spontaniczną reakcję rynku. Po tym, jak piąty paparazzi przeskoczył ogrodzenie na tyłach posiadłości Jima, ochrona podwyższyła je do wysokości czterech i pół metra, podłączyła pod prąd i wyposażyła w drut kolczasty – robota warta osiemdziesiąt tysięcy dolarów, wliczając łapówkę dla rady miejskiej. Od tego czasu Jim zaczął regularnie słyszeć skwierczenie i piski porażonych prądem zwierząt – smutna konieczność, krwawa ofiara oddawana bóstwu. I choć niektórzy uwierzyli w historię Sissy Bosch o Janie Chrzcicielu, większość zauważyła, że nie wyjaśnia ona, dlaczego Carrey przybrał na wadze ani dlaczego w jego jękach było wyraźnie słychać chiński akcent.
Teraz była 2.58 w nocy.
Od siedmiu godzin oglądał telewizję.
Ten maraton zaczął się od odcinka Pradawnych drapieżców poświęconego megalodonowi, superrekinowi siejącemu postrach w pradawnych morzach. Potem był Człowiek z Cro-Magnon vs. neandertalczyk, opowieść o tym, jak ci wcześni przedstawiciele gatunku ludzkiego wyodrębnili się na afrykańskich równinach jako kuzyni, a następnie, już jako obcy sobie, spotkali się ponownie w Europie tylko po to, by prześcigać się w ludobójstwie. Kromaniończycy zabijali bez litości, pozostawiając samym sobie wygłodzone neandertalskie sieroty wyglądające z francuskich jaskiń w śnieżną zamieć, której krzycząca biel – Jim to wiedział – wyrażała całkowite unicestwienie. W połowie był francuskim Kanadyjczykiem i usłyszał od narratora, że ma w sobie DNA neandertalczyków; pochodził od tych sierot. Odczuwając ich zagładę jako swoją własną, zaczął żałośnie płakać, a potem nie mogąc tego znieść, brudnym kciukiem wcisnął pauzę. Na ekranie zastygł kadr z drobnymi twarzyczkami neandertalczyków. Przez dziesięć minut leżał, drżał i mruczał pod nosem: „O Boże…”, dopóki Netflix, oszczędzając na szerokości pasma, nie przełączył go do głównego menu i rzucił czerwoną poświatę na niego i jego psy obronne – bliźniaczo do siebie podobne rottweilery o stalowych zębach, oba reagujące na imię Jophiel. Nazwano je tak samo na wypadek zagrożenia: gdyby któryś z licznych wrogów Jima Carreya włamał się do jego domu, a ten miałby tylko kilka sekund na reakcję, mógłby w mgnieniu oka przywołać oba.
W obawie, że to właśnie moment, w którym odkryje swoje długotrwałe nieistnienie, i kwestionując wartość egzystencji jako przedstawiciel gatunku na zawsze uwięzionego w pętli grozy i cierpienia, zaczął się zastanawiać, czy ostatni wiral spędzający sen powiek jego ludziom od wizerunku nie był prawdą. Czy w rzeczywistości nie zginął, uprawiając snowboarding w Zermatt? Oglądał kiedyś na YouTubie film o tym, że w chwili śmierci czas zaczyna dziwnie płynąć, a ostatnie sekundy się rozciągają, zalewając umierającego bogactwem doświadczeń. A co, jeśli w ostatnich dniach umarł i trafił nie do piekła czy nieba, ale do czyśćca, gdzie jest przykuty do łóżka?
Słyszał różne historie o kostnicach w Los Angeles. O znudzonych pracownikach, którzy robią wstrętne zdjęcia słynnym zmarłym i wysyłają je do TMZ, żeby zapłacić kolejną ratę za dom w Dolinie. Przełączył się na YouTube’a, którego algorytmy, jakby czytając mu w myślach, podsunęły kompilację pośmiertnych zdjęć celebrytów. Zdjęcie Johna Lennona. Rozmazana twarz człowieka leżącego na wózku. Obraz rzucony tłumom. Jeśli mogli zrobić coś takiego Lennonowi…
W jego głowie pojawił się obraz swojego pozbawionego życia ciała, napuchniętego i paskudnego. A nad nim matoły z kostnicy i rozbłyski fleszy.
– Kurwa… – szepnął, nie do końca pewien, czy powiedział to na głos.
Poszedł do łazienki i spróbował odzyskać egzystencjalną pewność, wyczuwając ciepły mocz przepływający przez jego leciwą cewkę moczową. Serce biło mu jak szalone. Co by było, gdyby przestało pracować podczas snu i gdyby rano znaleziono go oblepionego własnymi ekskrementami? A co, jeśli ów atak paranoi, który doprowadził do tej chwili lęku przed śmiercią, był przeczuciem śmierci w przyszłości, a wypadek na snowboardzie w Zermatt pozostawał jedynie zręczną sztuczką losu? Nie, jeśli ma umrzeć, będzie świetnie się prezentował, z czyściutkim odbytem.
Z tym postanowieniem usiadł na japońskiej muszli klozetowej i się wypróżnił. Podtarł się i wskoczył pod prysznic, dokładnie umył otwór gąbką, a następnie się wytarł i użył talku. Podszedł do lustra i zabrał się do dzieła: przyciął krzaczaste brwi, wyrwał sobie włosy z uszu, wtarł samoopalacz w czoło, kark i obojczyki. W efekcie wyglądał jak greckie popiersie.
Teraz był gotowy na chłopaków z kostnicy.
„Był wielką gwiazdą” – powiedzieliby. „Bożyszczem kina, jakich dziś już nie ma”.
Bał się teraz nieco mniej.
Ułożył się z powrotem na łóżku i zaczął oglądać pierwsze, co podsunął mu Netflix: Rekonstrukcja Pompejów: Odliczanie do katastrofy.
„To Hamptons albo Riwiera starożytnego świata” – mówił prowadzący, Ted Berman, tania podróbka Indiany Jonesa w fedorze z second handu. Jim znów poczuł, jak rzeczywistość zaciera się i miesza z fikcją, gdy z Wezuwiusza buchnęła cyfrowo animowana chmura płonących popiołów, a komputerowa kamera POV wzniosła się razem z nią wysoko nad miasto, a następnie znieruchomiała i skierowała się na krater wulkanu, który nagle wydał się tak bezkresny i pochłaniający wszystko, że Carrey aż zawołał:
– Podaj stan zabezpieczeń!
– W strefie wewnętrznej czysto – odpowiedział dom głosem singapurskiej dziedziczki opiumowego imperium, spędzającej lato w Prowansji. – Jesteś bezpieczny, Jimie Carreyu.
– Status bariery ochronnej?
– W całości pod napięciem.
– Zwiększmy je na chwilę, tak na wszelki wypadek.
Telewizor trochę przygasł i Carrey usłyszał dźwięk, jakby wokół posiadłości ktoś zapinał ogromny zamek błyskawiczny. Dwadzieścia tysięcy woltów szalejących w zwojach drutu kolczastego.
– Powiedz mi, że znów jestem bezpieczny – poprosił. – I kochany.
– Jesteś bezpieczny. I kochany.
– Powiedz o mnie coś miłego.
– Twoje miesięczne zużycie wody spadło o trzy procent.
– Lizuska.
Jasność telewizora wróciła do normy. Program trwał dalej.
W Pompejach doszło właśnie do trzęsienia ziemi, naturalnego zjawiska nieznanego dotąd Rzymianom. Niektórzy uznali, że był to pierwszy akt cudu, i zostali, chcąc zobaczyć, co będzie dalej. Inni, nie mając co do tego pewności, uciekali przez bramy miasta.
„Nikt nie mógł przypuszczać – mówił Ted Berman – że wszyscy ci, którzy zostaną, zginą”.
Seria pełnych rozpaczy chwil z głównymi bohaterami filmu dokumentalnego: bogaty kupiec i jego ciężarna żona; młode siostry urodzone w burdelu; wpływowy sędzia, jego rodzina i ich afrykański niewolnik.
Jim zastanawiał się ze łzami w oczach: czy to mądre, żeby dalej oglądać film o Pompejach, gdy wciąż ma się w pamięci megalodony? I zastygły obraz neandertalskich sierot w jaskini we Francji? Charlie Kaufman powiedział mu kiedyś, że najważniejsza iluzja kina – pojedyncze kadry tworzące płynną ciągłość – to ta sama sztuczka, która w umyśle wywołuje wrażenie upływu czasu; że przeszłość i teraźniejszość są wymyślonymi koncepcjami, konieczną fikcją. Czy on i mieszkańcy Pompejów to tylko różne kwadraty celuloidowej taśmy? Czy czuli, jak zapada się jego świat, tak jak on odczuwał destrukcję ich świata? Czy istniał tylko jeden ból? Jeśli była to prawda, musiała dotyczyć nie tylko prawdziwych mieszkańców Pompejów, ale też grających ich aktorów, ludzi walczących o to, by dostać kolejną rolę.
By być dostrzeganymi. By coś znaczyć.
Teraz rządziły pieniądze. Pieniądze czyniły z nich wszystkich marzycieli związanych kontraktem.
„Nie muszę taki być…”
„Mógłbym teraz odejść i po prostu być szczęśliwy…”
Ale jak wyglądałoby to szczęście? W tej chwili nie potrafił sobie przypomnieć.
Potworny smutek wcisnął go głęboko w łóżko, tysiąckrotnie pomnażając każdy kilogram jego ciała. Zebrał w sobie siły, by poruszyć kciukami i napisać SMS-a do Nicolasa Cage’a, człowieka, którego artystyczna odwaga zawsze dodawała mu otuchy: „Nic? Kiedy mówiłeś, że duchy zmarłych zawsze nas otaczają, to było to tylko poetyckie wyrażenie, czy naprawdę tak myślisz?”.
Ale jego wspaniały przyjaciel nie odpisał.
Jeszcze raz: „Nic?”.
I tym razem odpowiedź nie nadeszła.
Sekundy zdawały się przywalać go niczym bryły granitu.
Zaczął się zastanawiać, czy nie dać sobie spokoju z Netflixem.
Zjadłby sałatkę nicejską, którą miał w lodówce, a potem wyszedłby z domu i może by poudawał, że topi się w basenie. Uniósł głowę z poduszki, gotów rzucić się do działania, ale zatrzymał się z nagłym przekonaniem, że musi w całości obejrzeć ten dokument o Pompejach. Był to winien ich nieżyjącym mieszkańcom.
Wcisnął przycisk odtwarzania.
Archeolodzy z Frankfurtu cyfrowo odtwarzali odkopane szczątki. Jim Carrey zastanawiał się, jakie postępy poczyni ta technologia, kiedy to jego odkopią? Do jakich wniosków na jego temat doszliby ludzie w przyszłości? Czy mogliby się domyślić, co się działo w jego głowie? Odkryć myśli o udręczonym ojcu? O tak słodko cierpiącej matce? Czy pewnego dnia byliby w stanie zrekonstruować nie tylko ruiny jego ciała, ale i umysłu?
Szkielety dwóch sióstr znalezionych w burdelu w Pompejach wykazywały deformacje uzębienia i badacze doszli do wniosku, że jest to efekt kiły wrodzonej.
„Zupełnie nie z własnej winy urodziły się z tą wstydliwą chorobą” – mówił Ted Berman. „Całkowicie niewinne musiały nieustannie cierpieć”.
Teraz nastąpiła dramatyczna retrospekcja ze zbliżeniami dziewcząt; ich powieki pokrywały lateksowe krosty, a one patrzyły w stronę Wezuwiusza. W 1993 roku guru Viswanathan opisał aurę Carreya jako „cudowną, świetliście różanozłotą” i nauczył go wyczuwać jej zmiany w swojej doczesnej powłoce. Teraz Carrey poczuł, jak ta aura sięga łukiem w stronę telewizora, gdy chore na syfilis bliźniaczki kuliły się w deszczu wyrzucanego przez wulkan pyłu i kamieni. Wystraszył się, że to mu odbiera duszę, albo – co gorsza – że jego dusza ucieka.
„Jophiel, czułość!” – spróbował zawołać, ale tylko głośno wciągnął powietrze. Na ekranie telewizora chmura wulkanicznych popiołów przysłoniła słońce. Pogrążony w ciemności, z nowym uznaniem dla niemożliwości tego słowa, Carrey wreszcie zdołał warknąć: „Czułość!”. Rottweilery natychmiast wgramoliły się na łóżko, położyły po obu stronach swojego pana i zaczęły zlizywać łzy z jego brody.
– Więcej czułości! – zawołał Carrey, a psy (które wyszkolono, by traktowały każdego, kto wypowie te słowa, jakby były jego karmiącą matką i jednocześnie sześciotygodniowymi szczeniakami) przestały lizać go po twarzy i wtuliły się w jego szyję. Miały tak ciepłe pyski, że Carrey mógłby pomylić odruch warunkowy z prawdziwą troską… Gdyby nie stalowe zęby muskające żyłę na jego szyi.
Znów spojrzał w telewizor: ujęcie ludzkich kości na stalowym stole.
„Szczątki kobiety” – stwierdził jeden z niemieckich naukowców. Zbliżenie, kamera ukazała niebieską laserową siatkę urządzenia kończącego skanowanie. „Zamożnej kobiety. Około osiemnastoletniej”.
Znów retrospekcja: kobieta w swojej willi je obiad na jedwabnym łożu. Delikatna piękność ociera usta męża z czułością, która – Jim to wiedział – odzwierciedlała czułość grającej ją aktorki.
Jedynej prawdziwie altruistycznej miłości, dawania bez myśli o braniu, zaznał z Lindą Ronstadt. Deszczowy lipiec 1982 roku. Była od niego o szesnaście lat starsza i śpiewała mu meksykańską piosenkę o miłości, Volver, Volver, tęskną kołysankę, która podobała mu się tak bardzo, gdy Linda przytulała go do opalonych piersi i głaskała po włosach. „Volver, volver, volver…”
Słowa podróżujące w czasie, by dotrzeć do tej chwili. „Wróć, wróć, wróć…”
Ale jak miałby to zrobić?
Nie był już tym bystrookim chłopcem, którego trzymała w ramionach. Czy zabił tego niewinnego dzieciaka, a potem rozpuścił jego zwłoki w kwasie zepsucia? Zazdrościł mieszkańcowi Pompejów i jego czułej żonie, których czekała śmierć. Tu, na łóżku, czuł się nieskończenie samotny i słyszał cichy głos Lindy: „Volver, volver, volver…”.
Laserowa siatka przesunęła się po kobiecym szkielecie, zatrzymując się nad kilkoma kośćmi poniżej klatki piersiowej, a jeden z niemieckich naukowców wpisał komendy do komputera. Na monitorze pojawił się cyfrowy obraz macicy z maleńkim szkieletem w środku. Jeszcze kilka stuknięć w klawiaturę i ukazała się jednolita różowa skóra, oczy jak u kijanki i na wpół ukształtowana rączka. Maleńki paluszek trzymany w buzi…
„Była w ciąży” – powiedział Niemiec. „To byłby chłopiec”.
Teraz do łez samotności dołączyły łzy porzuconej nadziei.
„Chmura rozgrzanego do czerwoności popiołu zapada się pod własnym ciężarem” – wyjaśnił Ted Berman. „I choć we wnętrzu willi tej kobiecie i jej mężowi nie zagrażał spadający pumeks, miał ich spotkać jeszcze gorszy los: szok termiczny. Gdy temperatura powietrza sięgnie pięciuset stopni, tkanki miękkie kobiety dosłownie wybuchną, jej mózg rozsadzi czaszkę”.
– Nie… – szepnął Jim Carrey.
„Czaszka dziecka również eksploduje. Być może ułamek sekundy po tym, jak jelita matki rozsadzą jej tors”.
– Proszę, nie – błagał.
A potem na ekranie jego gigantycznego telewizora chmura wulkanicznych pyłów zapadła się pod własnym ciężarem i runęła na zbocza cyfrowego Wezuwiusza. Dziewczyny chore na kiłę, sędzia, młodzi kochankowie i ich dziecko, wszyscy spaleni na popiół wraz ze swoimi marzeniami – błyskawicznie pochłonięci przez chmurę śmierci, której czarny cień padł na sypialnię przy Hummingbird Road, gdy przetaczała się nad cyfrową Zatoką Neapolitańską. Carrey jęknął smutno i zamknął oczy, jakby był małym chłopcem.
Gdy znów je otworzył, Ted Berman przechadzał się po odkopanych ulicach Pompejów. Pojawiło się panoramiczne ujęcie szeregów gipsowych odlewów, ciał zastygłych w chwili śmierci. Twarze niektórych ukazywały niewyobrażalne przerażenie, inni z bronią w rękach pilnowali stosów skarbów, jeszcze inni byli spokojni i zrezygnowani. I wreszcie leżący obok siebie mąż i żona; jego dłoń spoczywająca na jej brzemiennym brzuchu. A Jim Carrey, słynący z dzikich wygłupów i radosnego szaleństwa, zwinął się w kłębek i zaczął płakać. O tak, naprawdę było z nim kiepsko. A przecież kiedyś świecił takim blaskiem. Och, to był dopiero widok!

ROZDZIAŁ 1

Całe wieki temu zagrał w wielkim przeboju lata, filmie, który z łatwością przyniósł 220 milionów dolarów zysku z biletów na całym świecie. Trzydzieści pięć procent tej fortuny było przeznaczone dla samego Carreya i pieniądze te zasiliły jego finanse, spływając z obszarów dystrybucji sięgających – jak mawiano – „od Tuscaloosy do Timbuktu”. Fakt, że film nawet w ocenie Jima nie był najwyższych lotów, tylko osłodził jego sukces: im większa bezkarność, tym bliżej mu było do Boga.
Upajał się miłością tłumów, podczas gdy przebój przetaczał się przez cały świat, wchodząc do kin w Londynie, Moskwie, Berlinie. Jim wkroczył do Rzymu niczym slapstickowy Cezar. Idąc po stumetrowym czerwonym dywanie, zobaczył dziennikarza kucającego na jego drodze i – wyczuwając właściwy moment, jak nurek skaczący z wysokich skał do morza i czekający na falę – potknął się o niego, wywinął orła i tak mocno walnął głową i ramionami o dywan, że wszyscy obecni byli przekonani, że się zabił. Leżąc tam, Carrey myślał o swoim wuju Desmondzie, którego zastrzelono w kostiumie Wielkiej Stopy, kiedy wybierał się na imprezę, gdzie atrakcją miała być gotowana kukurydza. Niektórzy rzucili się wielkiemu gwiazdorowi na pomoc. Inni tylko westchnęli z przejęcia. Carrey pozwolił im się chwilę pomartwić, a potem zerwał się jak na sprężynach i udzielał wszystkich wywiadów, zezując jednym okiem.
Później odbyła się uroczysta kolacja na jego cześć w pałacu Kwirynalskim. Prezydent Włoch wydał bankiet dla stu osób. Wszyscy zjawili się po to, by spotkać genialnego aktora, i z zachwytem obserwowali, jak siedzący u szczytu stołu Carrey pyta sommeliera nalewającego im wina do kieliszków, czy mógłby przyjrzeć się butelce. Mężczyzna podał mu ją. Jim powąchał korek i dokładnie obejrzał etykietkę – wszystko tylko po to, by później przytknąć flaszkę do ust, pociągnąć spory łyk i oświadczyć z miną prawdziwego konesera: „Wyśmienite. Będą zachwyceni”. I byli. Wszyscy ryknęli śmiechem: szwajcarski handlarz dziełami sztuki, Trzech Facetów z Merck i kelnerzy obserwujący całe to zajście z kuchni. Kucharze też pękali ze śmiechu. I jeszcze płatny zabójca kamorry, który w tym tygodniu wrzucił dwa ciała do Tybru. I mąż pani ambasador Szwecji. Śmiali się, bo nagle nie przytłaczał ich już ciężar dobrych manier, i ten śmiech pozwolił im przełamać bariery językowe, gdy tak jedli i pili na marmurowym tarasie w rzymską noc.
Dwunastoosobowa orkiestra grała tango, muzykę, która do tego stopnia wzruszyła właścicielkę sieci pralni chemicznych, okrąglutką, samotną kobietę pod sześćdziesiątkę, że po trzech prosecco doszła do wniosku – już po tym, jak dała pięć tysięcy dolarów łapówki skorumpowanemu sekretarzowi jeszcze bardziej skorumpowanego senatora, by móc tu być – że nie ma żadnego powodu, by nie zaprosić Carreya do tańca. Ruszyła ku niemu niczym napalona bufetowa i coś w jej śmiałości sprawiło, że go przekonała. Machnął na ochroniarzy, by nie reagowali, wziął ją za rękę i wyprowadził na środek kolumnady. Z pasją tańczyli tango. Okazała się zaskakująco zwinna i reagowała na każdy jego ruch, choć jej tłuste od grillowanego okonia palce wciąż wyślizgiwały mu się z rąk. Zrobił z tego całe przedstawienie: udawał frustrację kochanka, a potem ujął jej dłoń, oparł ją na swoim ramieniu i przyciągnął ją do siebie, patrząc na nią oczyma, które mówiły: „Już nigdy nie wypuszczę cię z rąk”. Od tak dawna nikt nie trzymał jej w ramionach. Wirowali niczym zderzające się galaktyki, orkiestra wznosiła się na wyżyny, a fałszywy tłum domagał się crescendo. I doczekał się, gdy Carrey przechylił kobietę w swoich ramionach i widząc, jak układa usta do pocałunku, polizał jej spoconą twarz od podbródka aż do samego czoła, a potem gapił się na nią jak szczęśliwy szczeniak. Wszyscy zerwali się na nogi, karykatura miłości wzbudziła w ich sercach tęsknotę za jej prawdziwą formą – w jego sercu także.
Wkrótce znów był w swoim domu w Brentwood i na jego twarzy nie widać było radosnego szaleństwa; tam, gdzie niedawno biła powalająca charyzma, teraz zagościła jedynie tęsknota.
O filmie powoli zapominano.
Czuł, jak równocześnie za sprawą jakichś nieznanych, uzależniających praw tej branży mija jego uniesienie. Był samotny. I tęsknił, prawdziwie i absurdalnie, za autentyczną wersją tego, co parodiował z duchessą pralni chemicznych. Dała mu voucher na dziesięć darmowych prasowań koszul i gdy wyjmował go z portfela, masochistycznie zadręczał się myślami o Wszystkim, Co Mogło Się Wydarzyć z Renée Zellweger, jego ostatnią wielką miłością. Rzuciła go dla torreadora Morantego de la Puebli. Teraz, leżąc samotnie w łóżku w swoim domu w Brentwood i otępiając się oglądaniem telewizji, uświadomił sobie, że rany w jego sercu nigdy się do końca nie zagoiły. Klikał w tę i z powrotem między Inżynierią III Rzeszy, gdzie Wernher von Braun wysyłał ludzi, by pokonywali barierę dźwięku w ramach przygotowań do programu Apollo, a Wietnamskimi spotkaniami po latach w HD, gdzie Amerykanin bez nóg przytulał bezzębnego Wietnamczyka na porośniętym dżunglą wzgórzu, na którym obaj stracili młodość.
I gdy Carrey przełączał się między programami, wpadła mu w oko Oksana na TNT, a jedna z biliona synaps w jego mózgu rozbłysła jaśniej niż pozostałe, domagając się, by zatrzymał się na tym kanale. Zobaczył tam aktorkę kategorii C, a może nawet D, Georgie DeBusschere, usiłującą na miarę swego skromnego talentu wcielić się w postać rosyjskiej zabójczyni. Torturowała kirgiskiego handlarza bronią, którego zwabiła do swojej kryjówki w Bukareszcie obietnicami egzotycznego seksu. Odurzyła go i związała, a potem, gdy się ocknął, zażądała antidotum na pożerającego ciała wirusa, właśnie udaremniającego sens wątku z jej postacią. Mężczyzna odparł, że nie jest w stanie jej pomóc ze względu na „szybkie tempo mutacji” wirusa. Z wiertarką w dłoni zabrała się do jego kości udowej, a potem zabiła go ciosem karate w nos.
Kiedy Jim obserwował Georgie w tej scenie przemocy, jego podświadomość postrzegała jej oczy jako oczy jego matki, jej skórę jako skórę jego matki, a jej nos jako nos jego matki – błąd ten wypełnił jego świadomość najprawdziwszym polukrowanym zachwytem.
Dzieciństwo Carreya było naznaczone problemami finansowymi ukochanego ojca Percy’ego, który im byli biedniejsi, tym szerzej się uśmiechał. Matka Jima, Kathleen, radziła sobie z tym okropnym upadkiem, fantazjując, że jest śmiertelnie chora.
– Lekarze mówią, że stan mojego mózgu pogarsza się w zastraszającym tempie! – informowała rodzinę przy kolacji, a jej słowa napawały młodego Jima grozą.
Bał się, że pewnego dnia, po powrocie ze szkoły, zastanie matkę bez mózgu, leżącą na podłodze. Lekarze przepisywali jej kodeinę i pentobarbital. Jak wielu innych, uzależniła się od leków przeciwbólowych. Jim wykonywał pierwsze w życiu komediowe gagi, próbując sprawić, by poczuła się lepiej – chudy jak szczapa siedmiolatek, który w samych majtkach wchodził do jej pokoju i udawał, że jest atakującą modliszką. Przekrzywiał głowę i wymachiwał rękoma jak szczypcami, a ona śmiała się mimo cierpienia, które z czasem się pogłębiało.
Wiele lat stosowania środków przeciwbólowych zrobiło jednak swoje. Ciągle leżała na sofie, obolała z powodu artretyzmu, paląc jednego papierosa za drugim, w mieszkaniu w North Hollywood, do którego Carrey zaprosił rodziców, by zamieszkali z nim na starość, gdy skończyły im się pieniądze. Kiedy wracał z pracy nad jednym ze swoich pierwszych seriali telewizyjnych, The Duck Factory kręconym przez NBC, zastawał matkę śpiącą na sofie, a zapomniane papierosy wypalały dziury w poduszkach.
Potem sieć zrezygnowała z kręcenia serialu i gdy pieniądze skończyły się także jemu, z żalem powiedział rodzicom, że muszą wracać do Kanady, gdzie przynajmniej będzie ich stać na opiekę medyczną, jeśli któreś z nich zachoruje. Obiecał, że będzie im przysyłać środki do życia.
– Nigdy niczego nie doprowadzasz do końca, Jim – powiedziała mu. – Po prostu nigdy niczego nie doprowadzasz do końca.
To był druzgocący cios. Czasem śniło mu się, że ją dusi, a potem budził się zlany zimnym potem i czuł się winny wyimaginowanego matkobójstwa. Przepełniała go tęsknota za utraconą opiekuńczością; teraz to uczucie powróciło, gdy oglądał Georgie w telewizji. Kim była ta aktorka, której widok tak bardzo go poruszył? I co to za serial? Za pomocą pilota wybrał z menu informację o filmie: „Oksana. Uczestnicy przerwanego eksperymentu z czasów zimnej wojny wreszcie próbują odkryć prawdę o sobie”.
Dołączył do nich na dwadzieścia ogłupiających godzin. Patrzył, jak Georgie DeBusschere i jej siostry włamują się do moskiewskiego laboratorium, gdzie dowiadują się, że wszystkie są zaprogramowanymi zabójczyniami pochodzącymi z komórek jajowych radzieckich gimnastyczek zapłodnionych zamrożoną spermą niejakiego Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, lepiej znanego jako Józef Stalin, i wychowanymi przez superkomputery na niezaznaczonej na mapach wyspie na Aleutach. Oszołomiony jej urodą wyobraził sobie, że jest z Kennedych – jedyna dziewczyna w rodzinie samych braci. „Na pewno urządzali sobie pikniki na plaży, jedli owoce morza i grali w piłkę” – pomyślał, obserwując, jak załatwia jakiegoś gościa kopniakiem z pełnego obrotu.
Nie mógł się bardziej mylić.

 
Wesprzyj nas