O tym, jak zewnętrzne wydarzenia mogą wtargnąć do naszego życia, mimowolnie kształtując ludzką osobowość i pozostawiając trwałe zmiany, opowiedział Tarjei Vesaas w dwóch powieściach – “Wiosenna noc” i “Zamek z lodu”, które ukazały się w jednym tomie i w nowym tłumaczeniu nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.


Norweski pisarz Tarjei Vesaas, choć w swojej ojczyźnie powszechnie znany i wyróżniony Nagrodą Literacką Rady Nordyckiej, wielokrotnie wymieniany także jako kandydat do literackiej Nagrody Nobla, dla polskich czytelników może być obco brzmiąca postacią z literackiego świata. Choć jego książki ukazywały się już w naszym kraju, to nie zyskały takiego zainteresowania, na jakie bez wątpienia zasługują.

Dwie z jego powieści “Wiosenna noc” i “Zamek z lodu” należą do utworów tak ponadczasowych, że z opisanymi w nich doświadczeniami utożsamić się może czytelnik z każdego pokolenia. Choć ich bohaterami są osoby młode, przeżywające właśnie okres dojrzewania, to zdarzenia, których doświadczają są na wskroś uniwersalne. Polegają one na konieczności skonfrontowania się z traumatycznym zdarzeniem, które nadchodzi niespodziewanie i wyrywa bohaterów ze znanego im porządku rzeczy.

Hallstein i jego starsza siostra Sissel, bohaterowie “wiosennej nocy”, pozostawieni przez rodziców na krótki czas sami w domu, muszą zmierzyć się z wtargnięciem do niego grupy obcych ludzi potrzebujących natychmiastowej pomocy. W konsekwencji tego zdarzenia nic już nie będzie dla nich takie samo, chociaż ta dwójka w żaden sposób nie wywołała zaistniałej sytuacji i na pewno by jej sobie nie życzyła, to zmuszona została do przyjęcia jej jako niezbywalnego elementu dalszego życia. Podobne konsekwencje spotkały jedenastoletnią Siss, bohaterkę powieści “Zamek z lodu”, która zyskawszy nową przyjaciółkę także nie miała wpływu na zaistnienie tejże relacji ani na to, że przyniesie ona ból związany z nagłą stratą.

O “Wiosennej nocy” jeden z krytyków Rolv Thesen napisał: “W tej powieści w każdym dialogu jest psychologia. Ale trzeba się w to wsłuchać. Wtedy znajdzie się bogactwo nastrojów i życiowej mądrości.” Słowa te z całą pewnością można również odnieść do “Zamku z lodu”, gdyż w obu tych utworach udało się autorowi uchwycić proces kształtowania osobowości ludzkiej przez to, co nadchodzi z zewnątrz i z czym człowiek musi sobie poradzić, tak jak potrafi, tak jak pozwala mu na to jego dojrzałość i doświadczenie życiowe.

Zaletą pisarstwa Vesaasa jest niepospolita oniryczna atmosfera, gęsta od znaczeń i niedopowiedzeń, pozwalająca czytelnikowi wczuć się w emocje bohaterów, podkreślane przez pisarza z użyciem wysublimowanych środków stylistycznych. Jego utwory, symboliczne na wielu poziomach, w sposób przejmujący docierają do umysłu czytelnika, wywołując w nim burzliwe emocje i refleksje zależne od tego, co sam zdążył w życiu przeżyć. Na pewno można powiedzieć, iż jest to pisarstwo możliwe do odczytania w odmienny sposób na różnych etapach życia.Nikodem Maraszkiewicz

Tarjei Vesaas, Wiosenna noc / Zamek z lodu, Przekład: Maria Gołębiewska-Bijak, Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich, Wydawnictwo Poznańskie, Premiera: 8 marca 2023
 
 

Tarjei Vesaas
Wiosenna noc / Zamek z lodu
Przekład: Maria Gołębiewska-Bijak
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 8 marca 2023
 
 

WIO­SENNA NOC

1

Cały dom wy­da­wał się inny, bo i oj­ciec, i matka tym ra­zem wy­je­chali. Wy­ru­szyli w drogę dziś rano, za­brali ze sobą cię­żar swo­jej obec­no­ści. Do­brze ich było mieć, lecz mimo wszystko: ode­tchnęło się z ulgą i zo­stało sa­memu. Tak my­ślał czter­na­sto­la­tek Hal­l­stein, wcho­dząc do środka. Na­zy­wał to sa­mot­no­ścią – obec­no­ści sio­stry Sis­sel sie­dzą­cej w tym mo­men­cie w po­koju nie trak­to­wał jako cię­żaru, wprost prze­ciw­nie.
A te­raz mógł ro­bić, co ze­chce.
Po­zwolę so­bie na to.
Sta­nął w sieni, by wy­krzy­czeć, aż się za­trzę­sie stary żółty dom:
Ile jest tego, czego czło­wiek nie wie!
I za­raz po­tem:
Choć wiem wię­cej, niż się ko­muś zdaje!
Tak po­winno się za­wo­łać, gdy się robi, co się ze­chce. Ale nic z tego nie wy­szło, nie wy­do­był głosu. Mimo że miał pełną swo­bodę, by krzyk­nąć na całe gar­dło, aż Sis­sel usły­szy. Przez chwilę dał temu swo­jemu nie­memu wo­ła­niu dzia­łać na sie­bie i całe oto­cze­nie. W grun­cie rze­czy były to słowa, od któ­rych ciarki cho­dzą po ple­cach.
Pa­no­wał pra­wie upał. Przy­szła fala go­rąca i trwała już cztery dni. W su­mie za­le­d­wie wio­sna, ale późna, u progu lata – to­też no­cami było tu ja­sno. Po skwar­nym dniu wła­śnie zmierz­chało. Hal­l­stein miał na so­bie je­dy­nie sprane szorty i zno­szone płó­cienne buty. Jego kroki w sieni nie ro­biły ha­łasu. Za­mie­rzał wejść do Sis­sel, która słu­chała kon­certu ży­czeń – przez pół­otwarte drzwi sły­szał pa­pla­ninę w ra­diu.

 
Hal­l­stein zo­stał w sieni. Chyba Sis­sel nie była tak cał­kiem sama, jak za­kła­dał: od­wie­dził ją Tore. Miesz­kał nie­da­leko i przy­cze­pił się do Sis­sel, nic no­wego. Znowu przy­szedł, oboje sie­dzieli przed od­bior­ni­kiem ple­cami do drzwi, więc nie wi­dzieli Hal­l­ste­ina. Tore był wy­soki, miał twarz nieco wy­chu­dzoną od na­uki i osiem­na­ście lat. Wła­śnie wró­cił do domu na wa­ka­cje. Sis­sel też miała osiem­na­ście lat, a na so­bie – jak brat – szorty. Wy­cią­gnęła przed sie­bie opa­lone nogi i pół­le­żąc le­ni­wie w fo­telu, zda­wała się mó­wić: Taka jest Sis­sel.
Hal­l­stein to wi­dział.
Na co zwra­cała uwagę? Nie na To­rego. Jemu wolno tu było tylko sie­dzieć. Sis­sel je­dy­nie spra­wiała wra­że­nie roz­le­ni­wio­nej, ale chyba ra­czej na­słu­chi­wała kro­ków. Hal­l­stein miał pew­ność, że ona wciąż na­słu­chuje kro­ków. Chodź, chodź, wejdź do sieni! – ta­kie spra­wiała wra­że­nie.
Kroki Hal­l­ste­ina stały się bez­gło­śne. Za­trzy­mał się. Gdyby wszedł, Tore za­wsty­dziłby się i był nie­za­do­wo­lony – zresztą Hal­l­stein ra­czej nie miał ochoty wcho­dzić, kiedy był tam Tore. Może i Sis­sel by­łaby nie­za­do­wo­lona? Z nią ni­gdy nic nie wia­domo. Pójdę so­bie, po­my­ślał. Ale nie po­szedł.
Zie­lone oko od­bior­nika mi­go­tało ku niemu zimno, od­le­gle i obco. Jak zo­rza po­larna. Cza­ro­dziej­sko, choć to w grun­cie rze­czy była tylko bez­wolna ma­szy­ne­ria. Z gło­śnika do­cho­dziły wszel­kiego ro­dzaju ży­cze­nia lu­dzi.
Poza tym pa­no­wała tu ci­sza. Sis­sel i Tore nie roz­ma­wiali. Na ze­wnątrz także ani wia­tru, ani in­nego dźwięku. Je­dy­nie dom miał w so­bie ukryty po­szum opusz­cze­nia przez uciąż­li­wych do­ro­słych.
Te­raz im to wy­krzy­czę: Wiem dużo wię­cej, niż ko­muś przy­cho­dzi do głowy! To nimi nie­źle wstrzą­śnie.
Nie ru­szył się.
Mogę też wyjść i wró­cić do swo­ich spraw. Na swój dzię­gie­lowy stok. Mogę wyjść, za­stu­kać w ścianę i po­ga­dać z Gu­drun.
Nic z tego nie zro­bił. Oparł się tylko o schody w sieni, cze­ka­jąc nie wia­domo na co, i za­glą­dał do tych dwojga przy ra­diu. Tore mu­siał przyjść dość nie­dawno, bo spy­tał obo­jęt­nie:
– Dużo ład­nych pio­se­nek w kon­cer­cie?
– Uhm – od­po­wie­działa Sis­sel, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji.
– E tam, lu­dzie cią­gle so­bie ży­czą tego sa­mego.
– Pew­nie dla­tego tylu słu­cha – skwi­to­wała Sis­sel.
Chyba my­śleli w tym mo­men­cie o czymś in­nym. Tore za­py­tał, nie spusz­cza­jąc z niej oczu:
– Nie zimno tak sie­dzieć?
– Tak są­dzisz?
– Nic nie są­dzę, ale mi się po­doba.
– Do­bra, do­bra, bądź ci­cho – od­parła, ma­cha­jąc nogą. – Bo chyba przy­sze­dłeś słu­chać kon­certu?
– Tak – po­wie­dział Tore.
Hal­l­stein oszu­ki­wał sam sie­bie, że naj­chęt­niej by się te­raz wy­mknął. Nie chciał tak stać i ich pod­glą­dać. Jed­nak gdyby się po­ru­szył, za­uwa­ży­liby to i rów­no­cze­śnie się zo­rien­to­wali, że pod­słu­chi­wał. Więc le­piej da­lej po­stoję, stwier­dził i pil­no­wał ich z lek­kim bó­lem, bo ko­chał Sis­sel.
Kon­cert na­dal mru­czał w tle.
Sis­sel ode­zwała się znowu:
– Przy­suń fo­tel, bę­dziesz le­piej sły­szał.
– Tylko dzieci w to wie­rzą – za­czął Tore, lecz przy­su­nął fo­tel bli­ziutko Sis­sel. Hal­l­ste­inowi rzu­ciło się w oczy, jak szybko to zro­bił. Rów­no­cze­śnie w ra­diu nadali ży­cze­nie od dziecka. Sis­sel po­wie­działa ner­wowo:
– Po­słu­chaj.
– Czego?
– Tego dziecka. To jego ży­cze­nie. Te­raz sie­dzi z głową w gło­śniku.
Sami sie­dzieli przed od­bior­ni­kiem jak dzieci. Nie­dawno przy­su­wali się po­dob­nie do ra­dia w cza­sie pro­gramu dla dzieci. Za­częli się w to ba­wić. Hal­l­stein do­strzegł, że ich to wcią­gnęło.
– W ten spo­sób – rzu­ciło jedno.
– Tak, w ten – pa­dło nie­wy­raźne po­twier­dze­nie.
Spo­tkali się lekko i nie­zręcz­nie mło­dzień­czo gład­kimi czo­łami tuż przy od­bior­niku i na oczach Hal­l­ste­ina. On zaś pa­trzył i czuł, że ten wi­dok jest chyba godny uwagi i do­bry. To spo­tka­nie gład­kich czół i ta ci­sza. Tylko dziw­nie się je ogląda. I jakby mam­ro­ta­nie w du­szy:
Co z tego bę­dzie?
Bo to po­czą­tek.
To gład­kie czoło…
Puls mu przy­spie­szył. Tamci dwoje w fo­te­lach mil­czeli czoło w czoło. Z ra­dia pły­nęła pio­senka na ży­cze­nie dziecka jak pro­ste, czy­ste dzwo­neczki – i do­bie­gła końca.
Po­tem do­bie­gło końca także tamto dru­gie.
– Sis­sel…? – Tore wy­po­wie­dział jej imię z py­ta­niem w gło­sie.
Wy­pro­sto­wała się. Hal­l­stein był go­tów do ucieczki, ale sio­stra nie po­ru­szyła się, więc się uspo­koił, po­chło­nięty tą grą, która, jak wy­czu­wał, za ja­kiś czas rów­nie do­brze sta­nie się jego wła­sną.
Tore za­py­tał ci­cho:
– O co cho­dzi, Sis­sel?
– Nic nie mó­wi­łam – od­parła in­nym to­nem niż po­przed­nio.
Coś się tro­chę po­psuło. Co to mo­gło być? Hal­l­stein nie poj­mo­wał co. Wi­dział, że Tore kła­dzie rękę na Sis­sel. Na gładką, cie­płą skórę. Po­my­ślał w du­chu: gdy­bym to ja zro­bił, po­ło­żył­bym rękę tak lekko jak liść, kiedy spada. Tore za­pewne tak nie zro­bił. W każ­dym ra­zie Sis­sel po­wie­działa:
– Zo­staw.
Tore nie cof­nął ręki tak, jakby się spa­rzył, jed­nak ją cof­nął. Co ta­kiego się na wszyst­kie świę­to­ści po­psuło? I to bez przy­czyny?
– Sis­sel?
– Słu­chaj kon­certu.
– Nie przy­sze­dłem tu dla kon­certu!
– Może i nie, ale skoro już tu wsze­dłeś, po­wi­nie­neś chyba słu­chać.
Wy­da­wało się, że Tore miał prawo się roz­gnie­wać, bo po­wie­dział ostro:
– Więc po co przy­sła­łaś mi tę kartkę? A może i z tego się wy­co­fu­jesz?
Po­trzą­snęła głową.
– Nie chcę być dla cie­bie za­bawką – po­wie­dział groź­nie Tore.
Hal­l­stein po­czuł żar pod sto­pami. Wci­snął się głę­biej w kąt sieni.
– Du­reń – skwi­to­wała Sis­sel.
– Tak mó­wisz?
– Tak, bo gdzieś to prze­czy­ta­łeś, tak się mówi w książ­kach.
– Tak twier­dzisz. Opa­nuj się, Sis­sel. Mam w kie­szeni kartkę od cie­bie – rzu­cił w kie­runku jej wa­bią­cego karku.
– Opa­no­wuję się ze wszyst­kich sił – od­po­wie­działa Sis­sel.
Tore za­drżał tak, że Hal­l­stein to zo­ba­czył. Ręka To­rego opa­dła na nowo.
– Zo­staw, po­wie­dzia­łam!
– Dla­czego? – Głos To­rego po­gru­biał.
– Jesz­cze py­tasz dla­czego?
– Mogę też so­bie pójść – po­wie­dział Tore. – Ale mógł­bym ci naj­pierw spoj­rzeć w twarz?
– Nie za­mie­rza­łeś wyjść?
Tore miał te­raz oka­zję się roz­zło­ścić, jak tego po­trze­bo­wał. Miał też więc prawo szarp­nąć ją za na­gie ra­miona i od­wró­cić ku so­bie.
– Za­cho­wuj się jak czło­wiek!
– Sam się tak za­cho­wuj!
Hal­l­ste­inowi się wy­da­wało, że oni na­prawdę się szar­pią. Nie­mniej przy tej szar­pa­ni­nie wy­glą­dali na szczę­śli­wych. Mię­śnie się na­pi­nały i za­okrą­glały. Mięk­kie łuki i skręty. Wza­jemne przy­cią­ga­nie. Dla Hal­l­ste­ina był to dziwny, nieco cza­ro­dziej­ski wi­dok. Znowu za­po­mniał, że nie ma prawa tu być. Wi­dzieć ich… Ra­dio grało i wtrą­ciło się ele­gancką arią. Po­tem ich usta się spo­tkały, prze­lot­nie.
– Sis­sel.
– Tak?
Tore wy­ją­kał:
– Nie, nic ta­kiego. Ko­cham cię, Sis­sel.
Wzdry­gnęła się. Hal­l­stein też się wzdry­gnął w głębi cie­nia.
– Nie! – rzu­ciła, nie do To­rego, lecz po pro­stu przed sie­bie. – Nie! – po­wtó­rzyła. – Nie mo­żesz. Nie po­wi­nie­neś.
– Czego nie mogę?! – za­wo­łał ob­ru­szony Tore.
– Nie umiem tego po­wie­dzieć. Nie wiem…
– Wi­dzę, że nie znam się na dziew­czy­nach – rzu­cił zgryź­li­wie Tore.
Sis­sel od­parła szybko:
– My­śla­łeś, że się znasz?
– Tak czy owak, pro­si­łaś, że­bym przy­szedł.
– O, wcale nie. Po pro­stu od­czy­ta­łeś to tak, jak na siłę chcia­łeś od­czy­tać – od­pa­ro­wała Sis­sel.
Hal­l­stein pa­trzył na nią z boku. Wi­dział, jak mó­wiąc to, wy­dyma usta. Tore był te­raz na­prawdę zły. Za­py­tał:
– Uwa­żasz, że so­bie nie ra­dzę?
– Nie ra­dzisz z czym?
– Pew­nie z dziew­czy­nami.
– Och nie, ależ skąd! – rzu­ciła Sis­sel. – Ni­gdy mi to nie przy­szło do głowy. No skąd, ty?! – po­wtó­rzyła.
Tore wy­glą­dał na prze­ra­żo­nego. Wpa­trzył się w te wy­dęte, draż­niące usta Sis­sel i wy­krzyk­nął:
– Co się z tobą dzieje?!
Od­po­wie­dzi nie do­stał, więc gwał­tow­nym ru­chem od­wró­cił się do drzwi. Hal­l­stein za­uwa­żył to w porę i wy­biegł bez­gło­śnie na dwór w tych swo­ich płó­cien­nych bu­tach. W biegu usły­szał, jak Sis­sel woła z po­koju:
– Pa­mię­taj, żeby trza­snąć drzwiami, Tore!
– Z tym so­bie po­ra­dzę. Chęt­nie, je­śli chcesz.
Trza­śnię­cie drzwiami za­brzmiało jak strzał – da­leko za Hal­l­ste­inem, który zdą­żył się ukryć za krza­kami w po­bliżu ganku. Przez ga­łę­zie mi­gnął mu Tore scho­dzący szybko po zbo­czu ku szo­sie.

2

Gdy tylko Tore znik­nął, na po­dwórku po­ka­zał się Hal­l­stein. Jed­nak nie ru­szył do Sis­sel. Był pod­mi­no­wany, w gar­dle mu za­schło i czuł w nim pa­lący ból. Sis­sel pew­nie sie­dzi tam w domu i jest jej przy­kro. Nie miał siły do niej iść.
Sta­rym zwy­cza­jem przy­sta­nął przy żół­tej ścia­nie domu. Spoj­rzał w górę – czy może Gu­drun z jego bajki jesz­cze raz się po­każe.
Dom stał sa­mot­nie po­wy­żej drogi. Pól upraw­nych tu nie było, je­dy­nie bu­dy­nek z ogro­dem oto­czony nie­wiel­kim tra­wia­stym zbo­czem. Z tyłu te­ren lekko opa­dał w stronę za­gaj­nika – to­też dom był ład­nie po­ło­żony na szczy­cie. Do­okoła rósł przy­ja­zny las li­ścia­sty. Wi­dok stąd roz­cią­gał się na po­bli­ską do­linkę i na prze­ciw­le­głe zbo­cze. To ostat­nie za­bu­do­wa­nia przy dro­dze, która da­lej pro­wa­dziła przez roz­le­gły pu­sty pła­sko­wyż – lub pierw­sze dla tych, któ­rzy przy­by­wali z tam­tej strony. Nie­mniej do lu­dzi nie było da­leko: za­raz za za­gaj­ni­kiem znaj­do­wała się duża wieś.
Ścianę po­ma­lo­wano kie­dyś, dawno temu, na żółto, lecz farba tu i tam się złusz­czyła, a po­nie­waż ma­lo­wa­nia nie po­no­wiono, gdzie­nie­gdzie po­ja­wił się sre­brzy­sty na­lot. Hal­l­stein pod­szedł bli­żej i za­pu­kał zgię­tym pal­cem w ścianę.
Wie­dział, że to z wy­my­śloną Gu­drun jest śmieszne, i za nic nie zro­biłby tego przy świad­kach – ale za­pu­kał po­woli w ścianę i spoj­rzał w górę na otwarte okienko stry­chu, mó­wiąc w du­chu:
Je­steś tam, Gu­drun?
Udało się, od­po­wiedź na­pły­nęła gdzieś z wy­soka i brzmiała szcze­gól­nie zde­cy­do­wa­nie:
Ja­sne…
Wyj­rzyj, bo nie będę wie­dział, czy je­steś taka jak daw­niej, Gu­drun.
I pro­szę, w okienku po­ja­wiła się zna­joma grzywka. Pod nią błysz­czały oczy.
Wej­dziesz na górę i po­wiesz mi do­bra­noc?
Słusz­nie i ład­nie z jej strony – i tak, jak ocze­ki­wał. Szkoda, że nie dało się tego wziąć do­słow­nie. To było po pro­stu coś do­brego, co ist­niało w ustach Gu­drun. Przez cały czas trzy­mała czoło z grzywką i oczy nad pa­ra­pe­tem i nie przy­po­mi­nała żad­nej in­nej dziew­czynki, którą znał. Tak do­kład­nie śle­dziła wszystko, co do­ty­czyło jego, Hal­l­ste­ina: to, co go ra­do­wało, i to, co go zło­ściło. Choćby te­raz. Wy­star­czyło, że po­wie­dział: Tore…
A na gó­rze roz­legł się krótki, zimny śmiech – i to było do­bre.
Ty lu­bisz To­rego? – za­py­tał już pew­nie.
Nie, no Tore…! – od­parła.
Ty też ani tro­chę nie lu­bisz To­rego? – Po­czuł, że mu ulżyło.
On to ta­kie nic – pa­dła od­po­wiedź z okienka. – My­ślę, że to tylko taki na­dęty gów­niarz.
Hal­l­ste­inowi co­raz bar­dziej po­pra­wiał się hu­mor. Ale prze­cież można się było roz­pra­wić z To­rem jesz­cze grun­tow­niej:
A wiesz, Gu­drun, co mu się do­stało?
Nie, co?
Zie­lone ra­diowe oko na karku!… Ale nic nim nie wi­dzi.
Gu­drun śmiała się tak, że pra­wie nie mo­gła prze­stać, i mru­żyła oczy, aż zo­stały z nich tylko wą­ski szparki – do­kład­nie tak jak u Sis­sel, kiedy ta się śmiała.
Po­tem się wy­co­fała. Przez ja­kiś czas już nie była po­trzebna.

3

Hal­l­stein się uspo­koił. Przez chwilę wę­szył w po­wie­trzu. Pach­niało desz­czem. Jesz­cze nie spadł, lecz wcze­śniej tego dnia prze­szło kilka cie­płych ulew z grzmo­tami – choć nie przy­nio­sły od­świe­że­nia. Naj­wy­raź­niej miało spaść go wię­cej.
Chmury wi­siały ni­sko, było bez­wietrz­nie i na­dal go­rąco. Wciąż le­piej nie mieć na so­bie za wiele ubra­nia.
Aku­rat taki wie­czór, by pójść na dzię­gie­lowy stok, przy­pa­try­wać się i wą­chać.
Jego wła­sny stok.
Od razu ru­szył w drogę. Jak zresztą cał­kiem czę­sto. Wiele ze swo­ich naj­lep­szych chwil spę­dził wła­śnie tam da­leko.

 
Na dole przy szo­sie spo­tkał To­rego, który wi­docz­nie zro­bił so­bie po­stój. Czyżby za­my­ślał wró­cić na górę do Sis­sel?
Hal­l­stein za­trzy­mał się nie­chęt­nie, nieco spe­szony, bo dla niego było to tak ży­wio­łowe i na­tu­ralne, gdy przed chwilą wy­kpi­wał To­rego, przy­da­jąc mu na karku zie­lone ra­diowe oko.
– Co tu ro­bisz? – za­py­tał Tore, któ­remu nie przy­szło na myśl, że w jego ustach brzmi to tro­chę dziw­nie.
– Miesz­kam – od­parł Hal­l­stein, jakby się zwra­cał do ob­cego. – Coś się dzieje z Sis­sel? – ce­lowo za­py­tał To­rego, pa­trząc mu pro­sto w oczy.
Tore wy­glą­dał na za­że­no­wa­nego i gniew­nego.
– Sis­sel so­bie po­ra­dzi – po­wie­dział krótko. – Nie mu­sisz się w to mie­szać.
– Więc dla­czego nie wra­casz do domu?
– Nie wci­naj się, po­wie­dzia­łem. Po co tak ła­zisz i na­pa­dasz lu­dzi jak plaga?
Hal­l­stein do­brze wie­dział, jaki ma po temu po­wód, lecz nie dało się go ująć w słowa.
– Zejdź ze mną na Mo­kry Stok – ode­zwał się znie­nacka.
– Po co?
– No… tam jest dużo cie­ka­wych rze­czy.
– My­ślę, że nie dla mnie.
Na­dęty gów­niarz, po­wie­działa Gu­drun. Czy nie pa­so­wało?!
– Nie to nie, jak chcesz… Ale Sis­sel wcale nie jest w to­bie za­ko­chana, nie myśl so­bie! – za­wo­łał Hal­l­stein z od­wagą, ja­kiej w grun­cie rze­czy nie czuł. To było po pro­stu coś, czym na­le­żało ci­snąć w To­rego.
Też się za­wsty­dził, bo Tore od­po­wie­dział nie­ocze­ki­wa­nie po­waż­nie:
– Chyba jed­nak jest.
– Tylko dla­tego, że ona…! – za­czął Hal­l­stein, lecz prze­rwał. Nie mógł po­wie­dzieć, że stał tam i ich pod­glą­dał. Od­wró­cił się i po­szedł. Może Tore bę­dzie się tu krę­cił po krza­kach? Niech mu tam.
Wie­czór ro­bił się co­raz póź­niej­szy, świad­czyły o tym drobne i ra­czej nie­zau­wa­żalne oznaki. Na gra­nicy wio­sny i lata. To miała być cie­pła noc bez ciem­no­ści.

 
Mo­kry Stok, tak na­zy­wało się to miej­sce.
Hal­l­stein za­trzy­mał się w po­ło­wie.
Po tej stro­miź­nie cie­kła w ukry­ciu woda. Czarna zie­mia utrzy­my­wała wil­goć, nie­które ga­tunki ro­ślin ro­sły na niej jak sza­lone. Ich nie­opa­no­wana plen­ność spra­wiała, że pach­niało tu od­mien­nie niż na in­nych zbo­czach. Trawa i drzewa li­ścia­ste, w tra­wie pełno od­pry­sków ka­mieni po za­po­mnia­nych nie­wiel­kich la­wi­nach. Na sa­mej gó­rze znaj­do­wał się zwie­trzały na­wis skalny. Na tra­wia­stych prze­świ­tach wzno­siły się ogromne dzię­gle – i to one naj­prę­dzej skła­niały Hal­l­ste­ina do prze­by­wa­nia tu­taj tak czę­sto w dzie­cię­cych la­tach. Co go łą­czyło z dzię­gie­lo­wym sto­kiem, nie po­tra­fiłby po­wie­dzieć, po pro­stu uwa­żał te ro­śliny za wspa­niałe, bo jak obce rzu­cają się w oczy ku­li­stymi bal­da­chami na­stro­szo­nych kwia­tów.
Pły­ną­cej wody nie dało się do­strzec, choć ka­mie­nie pra­wie za­wsze były mo­kre. Wil­goć cią­gnęła, ciur­ka­jąc, pro­sto z ziemi i cie­nia.

 
No i był tu wąż.
Od wielu lat nikt tego węża nie wi­dział. Nie­mniej kie­dyś ktoś go zo­ba­czył i nie za­bił. Te­raz to wąż naj­bar­dziej tu przy­cią­gał i stra­szył. Z każ­dym ro­kiem do­ra­sta­nia Hal­l­stein krą­żył wo­kół tego z wciąż no­wymi po­my­słami.
Gdy się tu przy­cho­dziło, za­wsze miało się w my­ślach węża. O czym­kol­wiek by się poza tym my­ślało, pod spodem ma­ja­czyło coś mrocz­nego i lo­do­wa­tego. Tu­tej­sze mo­kre, czarne ka­mie­nie były ta­kie, bo li­zał je wąż – mo­gło ko­muś przyjść do głowy. Wąż le­żał tu w nocy i je li­zał.
Może się ni­gdy wię­cej nie po­każe, bę­dzie po pro­stu tkwił w jed­nej z wielu ist­nie­ją­cych tu kry­jó­wek i roz­glą­dał się wo­kół przez mi­kro­sko­pijne dziurki.
Do­brze by było prze­stać o nim my­śleć.
Jed­nak Hal­l­stein wła­śnie po­my­ślał:
Je­śli wąż zo­ba­czy mnie teraz…
To co? Nic nie ro­bił. Stał bez ru­chu. Je­śli się po­ru­szał, to ci­cho i ostroż­nie. I znowu sta­wał. Miał gołe kostki i łydki.
Je­śli wąż mnie zo­ba­czy?
Wąż pa­trzy i wi­dzi.
Cały las dzię­gli wy­ra­stał na skło­nie. Słońce oświe­tlało stok z boku, lecz się­ga­jące głę­boko w dół wie­czorne pro­mie­nie i wil­gotny grunt spra­wiały, że ro­śliny do­brze się tu czuły. Cho­ciaż lato było jesz­cze wcze­sne, dzię­gle za­częły przy­bie­rać strojne kształty, pełne sztyw­nego wdzięku w swej tęt­nią­cej ży­wot­no­ści. I wszyst­kie na­le­żały do Hal­l­ste­ina, bo sam strzą­sał na­siona, za­ko­py­wał je bu­tem i udep­ty­wał zie­mię. Dwa lata temu. Te ubie­gło­roczne miały w tym roku je­dy­nie kilka mocno roz­ga­łę­zio­nych li­ści.
Wąż za­legł i ob­ser­wo­wał wszystko, co wzra­stało i na po­wrót wię­dło. Mnie też wi­dział, z cza­sem nie­zli­czone razy. Ale co ja o nim wiem?

 
Mimo wszystko o czym to się też wie!, po­my­ślał jed­nak i po­zwo­lił, by przed oczami mi­gnęło mu to czy tamto. Z dru­giej strony cza­iło się kłu­cie w sercu: od tego wszyst­kiego, czego się nie wie, a czego dzia­ła­nie tylko się czuje.
Co to ta­kiego?
Nic.
Usiadł na ka­mie­niu. Mo­kry Stok z gę­stwiną traw po­grą­żył się tego po­chmur­nego wie­czoru w mar­twej ci­szy. Liczne zioła od­da­wały swój za­pach wie­czor­nemu po­wie­trzu i tym sa­mym ci­cho od­dy­chały.
Da­leko w dole od czasu do czasu prze­jeż­dżały drogą sa­mo­chody, tylko że ci, któ­rzy w nich byli, nie do­strze­gali Hal­l­ste­ina. Sie­dział wy­soko wśród za­ro­śli i drzew, dźwięk sil­ni­ków szybko za­ni­kał na za­krę­tach. Sa­mo­chody po­ru­szały się przez mo­rze woni i zda się, na­wet tego nie za­uwa­żały.
Czyżby wąż mi się przy­glą­dał?, po­my­ślał Hal­l­stein.
Dzia­łało, jakby mro­wiła skóra. Wy­daje mi się, że mnie ob­ser­wuje przez ma­leńką dziurkę. Tylko pa­trzy.
Za chwilę ode­zwał się do sie­bie:
To pew­nie dla­tego, że mi się przy­gląda.
Za­raz po­tem stwier­dził:
Ob­ser­wuje mnie…
Jak szybko to po­szło. Na­ro­sło do pew­no­ści. Wąż le­żał pod któ­rymś sze­ro­kim li­ściem. Jesz­cze za­nim ten ob­raz się ufor­mo­wał, za­częło się przy­cią­ga­nie.
Chcę stąd iść!
Nie to miał na my­śli, nie chciał od­cho­dzić, chciał czuć to przy­cią­ga­nie, co­raz bar­dziej pra­gnął po­czuć ten dziwny urok, który, jak mu się zda­wało, rzu­cał się na niego z kry­jówki pod li­śćmi.
Spró­buj wstać i od­wró­cić się ple­cami, po­wie­dział do sie­bie i się prze­mógł.
Czy on sam to wy­my­ślił? Już w to wąt­pił. Nic też na to nie wska­zy­wało – czuł się spę­tany i nie były to bo­le­sne pęta. Poza tym za­częło się tu ko­ły­sać i dzwo­nić. Bez­dź­więcz­nie. Mimo to były to dzwo­nie­nie i ko­ły­sa­nie, i za­cza­ro­wana pieśń. Na jego wła­snym stoku.
Zro­biło się jesz­cze dziw­niej. Hal­l­stein do­strzegł dzię­giel, który za­czął krę­cić się w kółko, aż roz­wi­chrzyły się bal­da­chy kwia­tów – i rap­tem zdo­był pew­ność, gdzie leży wąż. Tam w gó­rze. Wła­śnie tam. Nie spusz­czał oczu z tego miej­sca. Kilka kę­pek trawy. Tam w środku był wąż i tam na­le­żało pójść…
Hal­l­stein drżał i z ra­do­ści, i ze stra­chu. Uwię­ziony.
Wsta­waj! Te­raz!
Tak…
Pod­niósł się sztywno z ka­mie­nia. Sta­wiał krót­kie, chwiejne kroki. Uda­jesz!, sta­rał się so­bie wmó­wić. Nie, nie, nie udaję. Wpa­trzył się w kępkę trawy. To było prze­śliczne – bal­da­chy dzię­gli krę­ciły się jak koła, jak suk­nie w tańcu.
Pod­szedł bli­żej.
Te­raz moje oczy za­czy­nają pa­lić, wmó­wił so­bie.
W tej sa­mej chwili oczy za­pło­nęły. Za­pie­kły. A więc chyba sta­nie się to wkrótce. Oczy ro­biły się co­raz bar­dziej nie­ustę­pliwe, co­raz go­ręt­sze – jakby z ła­two­ścią po­tra­fiły znisz­czyć i po­chło­nąć to, na co pad­nie wzrok. Był tuż nad kępą trawy i jakby za­mie­rzał w nią wejść – ale nie, kępa pę­kła i się roz­pa­dła.
Ja­kiś ruch w tra­wie? Jak by chciał, żeby tak było. Miał wra­że­nie, że kilka źdźbeł się chwieje i znowu za­miera w bez­ru­chu. Wszystko znik­nęło. Bal­da­chy nie krę­ciły się w kółko. Nic nie śpie­wało ani się nie ko­ły­sało. Nic też nie było prze­śliczne. Po­czuł się wy­mę­czony i pu­sty. Spo­cił się, co spraw­dził, do­tknąw­szy twa­rzy.
Tup­nął nogą w zie­mię i tro­chę się za­to­czył. Nikt nie był tego świad­kiem. A cze­goś ta­kiego nie można ni­komu opo­wie­dzieć. Na­wet Sis­sel.
Nie, to wszystko, co ja…
O Sis­sel też, do­dał, chcąc skie­ro­wać my­śli na inny tor.

W głębi do­liny pod zbo­czem ja­śniało od in­ten­syw­nie zie­lo­nej trawy. Piękna mała rów­nina usiana za­gaj­ni­kami brzo­zo­wymi i chru­śnia­kami. Tam w dole wy­le­gły wiel­kie czarne śli­maki, skoro tu pach­niało desz­czem.
W nie­ru­cho­mym jak ta­fla stawu po­wie­trzu za­no­siło się na deszcz. Tu wo­kół roz­pie­rał się dzię­giel. Co kryło się w kę­pach pod jego li­śćmi? Dziw­nie było tkwić w cen­trum tego.
Hal­l­stein wy­pu­ścił z ręki to, co w niej trzy­mał, za­giął palce za ple­cami i w swym baj­ko­wym świe­cie czy­nił drobne ta­jem­ni­cze znaki.
– Za dzię­giel, śli­maki i deszcz – rzu­cił bez­gło­śnie.
Mu­siał wra­cać do Sis­sel, która pła­kała w domu.

 
Wesprzyj nas