Sześć rozmów o pisaniu i miłości, poczuciu winy i innych rozkoszach. “Z czego powstaje jabłko?” to zbiór rozmów Amosa Oza i Sziry Chadad, redaktorki hebrajskich wydań dwóch ostatnich książek pisarza.


Z czego powstaje jabłkoWspólna praca stała się dla nich okazją do długich, szczerych rozmów o życiu, literaturze i polityce.

To dialog między mężczyzną i kobietą, przedstawicielami różnych pokoleń, którzy rozmawiają o snuciu opowieści i procesie tworzenia, o dojrzewaniu i rodzicielstwie, o relacjach między płciami, o seksie i erotyce, o przemianach społecznych, których świadkiem był Oz w ciągu swojego życia.

W tych swobodnych, przyjacielskich rozmowach Chadad i Oz nieraz wspólnie się śmieją, kiedy indziej zaś zdecydowanie z sobą polemizują.

Amos Oz (1939-2018) najpoczytniejszy na świecie pisarz izraelski, był prozaikiem, eseistą i publicystą. Walczył w wojnie sześciodniowej i Jom Kipur, działał na rzecz pokoju między Izraelem a Palestyńczykami. Laureat wielu międzynarodowych nagród literackich, jego książki przełożono na 37 języków. Wymieniano go także jako kandydata do literackiego Nobla. Spośród bogatego dorobku Oza DW REBIS wydał m.in. Rymy życia i śmierci, Wśród swoich, Judasza oraz autobiograficzną Opowieść o miłości i mroku, którą w 2015 roku zekranizowała Natalie Portman.

Szira Chadad jest absolwentką Columbia University i doktorem literaturoznawstwa oraz redaktorką książek i scenariuszy. Oprócz ostatnich powieści Amosa Oza redagowała m.in. książki Zeruyi Shalev, Savyon Liebrecht czy Drora Mishaniego. We współpracy z tym ostatnim stworzyła scenariusz serialu Wisdom of the Crowd, do którego prawa zakupiły NBS i Universal Studios.

Amos Oz, Szira Chadad
Z czego powstaje jabłko?
Przekład: Leszek Kwiatkowski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 5 listopada 2019
 
 

Z czego powstaje jabłko


Spis treści

SERCE PRZEBITE STRZAŁĄ
CZASAMI
WŁASNY POKÓJ
KIEDY BIJĄ TWOJE DZIECKO
CZEGO NIE MOŻE ZROBIĆ ŻADEN PISARZ
ŚWIATŁA OD DAWNA SIĘ ZMIENIAJĄ BEZ NASZEGO UDZIAŁU

Wstęp

Wiosną 2014 roku, kiedy redagowałam powieść Amosa Oza Judasz, zaczęliśmy rozmawiać. Po ukazaniu się książki, latem tamtego roku, stwierdziliśmy, że nasza rozmowa nie jest dokończona. Spotykaliśmy się więc nadal u niego w domu, rozmawialiśmy o książkach i pisarzach, o inspiracjach i wpływach, o nawykach pisarskich i poczuciu winy, o małżeństwie i rodzicielstwie. Po kilku tygodniach przenieśliśmy się z salonu do pracowni, a między sobą na biurku położyliśmy dyktafon.
Uzbierało nam się kilkadziesiąt godzin nagrań, z których powstała ta książka. Zawarte tu rozmowy nie są prezentowane w kolejności, w jakiej je przeprowadziliśmy, i nie każdy rozdział jest dosłownym zapisem jednego spotkania, rozpoczętego i zakończonego w danym dniu. Powracaliśmy do tematów, które wciąż nas zajmowały, rozbudowywaliśmy, skracaliśmy, łączyliśmy zbieżne części rozmów. W toku wspólnej pracy zostaliśmy przyjaciółmi. Rozdziały tej książki nie są dziennikarskimi wywiadami, lecz owocem długiego dialogu, wyrazem przyjaźni i bliskości, jakie rodziły się przez dłuższy czas.
Wielu tematów w ogóle nie dotknęliśmy. Żadne z nas nie uważało, by książka miała być „wyczerpująca”. Latem 2017 roku ukazał się zbiór esejów Do fanatyków. Jego trzy rozdziały pokrywały się częściowo z naszymi rozmowami o odcieniu politycznym, dlatego postanowiliśmy wyłączyć je z tej książki. Inne części, o bardziej eseistycznym charakterze niż prezentowane tutaj, wejdą do kolejnej, która ma się ukazać w przyszłym roku. W ten sposób książka Z czego powstaje jabłko? przyjęła kształt tekstu osobistego i biograficznego: to jeden z możliwych portretów Amosa Oza, jaki ukazał się moim oczom w ostatnich latach.
 
Szira Chadad
maj 2018

SERCE PRZEBITE STRZAŁĄ

Co porusza twoją ręką, kiedy piszesz?

Na podwórku gimnazjum Rechawia w Jerozolimie rósł eukaliptus, na którym ktoś wyciął serce przebite strzałą. Na sercu, po bokach strzały, napisano: Gadi — Ruti. Pamiętam, że już wtedy, mając ze trzynaście lat, pomyślałem: „To pewnie robota tego Gadiego, nie Ruti. Po co to zrobił? Czy sam nie wiedział, że ją kocha? Ona o tym nie wiedziała?”. I wydaje mi się, że już wtedy powiedziałem sobie: „Może coś w nim wiedziało, że to minie, że wszystko mija, że ta miłość się skończy”. Chciał coś pozostawić. Chciał, żeby po tej miłości, kiedy już przeminie, zostało wspomnienie. I to jest bardzo podobne do impulsu, który każe opowiadać historie, pisać opowiadania: ocalić coś od szponów czasu i zapomnienia. To oraz pragnienie, by dać drugą szansę czemuś, co już nigdy nie będzie jej miało. To też. Do sił, które poruszają tą piszącą ręką, należy też pragnienie, by coś nie zostało wymazane bez śladu — niekoniecznie osobiste sprawy. Mnie, na przykład, nigdy nie wynajęto, abym zamieszkał na poddaszu starego domu i godzinami rozmawiał, odpłatnie, z jakimś starszym niepełnosprawnym człowiekiem, jak to się zdarzyło Szmuelowi z Judasza. Mnie się coś takiego nie przytrafiło. Ale byli w Jerozolimie ludzie, którzy mówili trochę jak Gerszom Wald. Byli, a teraz ich nie ma. Chciałem między innymi, aby to nie poszło w niepamięć. Tamta Jerozolima gorącogłowych intelektualistów, stojących jedną nogą w Brennerze, drugą w Biblii, inną na dworze Ben Guriona, jeszcze inną u Nietzschego, kolejną u Dostojewskiego albo Żabotyńskiego1.

A masz poczucie, że twoje motywacje do pisania zmieniają się z biegiem lat, czy pozostają zasadniczo podobne?

Nie wiem, Sziro, myślę, że są takie same, ale nie jestem tego pewien. Prawie nigdy nie zadaję sobie pytania o motywację do pisania. Kiedy tutaj siadam przed piątą rano z pierwszym kubkiem kawy, po spacerze pustymi ulicami, nigdy nie zadaję sobie pytania o motywację. Po prostu piszę.

Ale zadajesz pytanie, skąd się bierze opowieść?

Tak, tak. Czasami je zadaję i nie zawsze znajduję odpowiedź. Opowiem ci coś, co się wiąże z tym, o co pytasz. Przetłumaczyłem kiedyś rosyjski wiersz Anny Achmatowej, ale z angielskiego, z wersji Stephena Berga, bo nie znam rosyjskiego. I właśnie on dokładnie, ale to dokładnie dotyczy twojego pytania. Przepisałem to na maszynie w czasach, kiedy nie było jeszcze komputerów. Tak się ten wiersz kończy:

Czasami tylko tu siedzę. Wichry od zamarzniętego morza
wlatują do mnie przez otwarte okno. Nie wstaję,
nie zamykam go. Pozwalam, by powietrze mnie dotykało. Zaczynam marznąć.
Czy świt, czy zmrok, te same różowe smugi chmur.
 
Gołąb wydziobuje mi ziarenko pszenicy z wyciągniętej dłoni,
te bezkresne przestrzenie pustych kart na moim biurku…
jakiś samotny impuls unosi moją prawą rękę, prowadzi mnie.
Dużo, dużo starszy niż ja, opada,
lekko jak powieka, bezbożnie, i zaczynam pisać2.
 

To piękne.

Nie jestem tłumaczem, ale postanowiłem przełożyć ten wiersz z angielskiego. Może po rosyjsku jest jeszcze piękniejszy, nie wiem.
Czasami zadaję sobie pytanie, skąd biorą się opowieści, i nie za bardzo umiem odpowiedzieć. Widzisz, z jednej strony wiem, bo od zawsze wiodę żywot szpiega. Pisałem o tym w Opowieści o miłości i mroku. Przysłuchuję się cudzym rozmowom, przyglądam obcym ludziom, a stojąc w kolejce w przychodni albo na dworcu czy lotnisku — nigdy nie czytam gazety. Zamiast czytać, słucham, co mówią ludzie, podkradam strzępki rozmów i je sobie dopowiadam.
Albo przyglądam się ubraniom, butom — buty zawsze wiele mi mówią. Patrzę na ludzi. Słucham.
Mój sąsiad w Chuldzie, Meir Sibahi, mawiał: „Jak tylko przechodzę pod oknem pokoju, w którym pisze Amos, to przystaję na chwilę, sięgam po grzebień i się czeszę. Bo w razie gdybym miał wejść do jakiejś jego historii, to lepiej z uładzoną fryzurą”. Bardzo logiczne, ale u mnie to tak nie działa. Weźmy jabłko: z czego ono powstaje? Z wody, ziemi, słońca, jabłoni, odrobiny nawozu. Ale nie przypomina żadnego z nich. Powstało z nich, ale nie jest do nich podobne. Tak samo z opowieścią. Na pewno jest utkana z sumy wszystkich spotkań, doświadczeń, wysłuchanych słów.
Moim pierwotnym impulsem jest chęć odgadnięcia, co bym czuł na jego albo na jej miejscu: co bym pomyślał? Czego chciał? Czego bym się wstydziła? Na czym, na przykład, zależałoby mi, żeby nikt na świecie się o mnie nie dowiedział? Co miałbym na sobie? Co bym jadła? Towarzyszyło mi to od zawsze, zanim zacząłem pisać opowiadania, od dzieciństwa. Byłem jedynakiem i nie miałem przyjaciół. Rodzice zabierali mnie do kawiarni przy ulicy Ben Jehudy w Jerozolimie i obiecywali lody, jeżeli będę siedział spokojnie, kiedy oni będą rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi. A lody były wówczas w Jerozolimie rzadkością. Nie dlatego, że były drogie, ale dlatego, że wszystkie nasze matki bez wyjątku, religijne i nie, sefardyjskie i aszkenazyjskie, wierzyły ponad wszelką wątpliwość, że lody oznaczają zaczerwienione gardło, zaczerwienienie to infekcja, infekcja to grypa, grypa to angina, angina to zapalenie oskrzeli, zapalenie oskrzeli to zapalenie płuc, a zapalenie płuc to gruźlica. Słowem — albo lody, albo dziecko. Mimo wszystko jednak obiecywali jednorazowo, że kupią mi lody, jeżeli ani razu im nie przeszkodzę w rozmowie. A rozmawiali tam z przyjaciółmi co najmniej siedemdziesiąt siedem godzin bez przerwy. Żeby nie oszaleć z samotności, po prostu zaczynałem wtedy szpiegować ludzi przy sąsiednich stolikach. Wykradałem urywki rozmów, obserwowałem, kto co zamawia. Kto płaci. Próbowałem zgadnąć, co łączy te osoby, a nawet wyobrazić sobie, na podstawie ich wyglądu i języka ciała, skąd pochodzą, jak wygląda ich dom. Robię tak do dzisiaj. Ale nie jest tak, że pstrykam zdjęcie, wracam do domu, wywołuję je i opowieść gotowa. Po drodze zdarza się mnóstwo perypetii. Na przykład pewien chłopak w Czarnej skrzynce ma zwyczaj drapać się w prawe ucho lewą ręką, którą następnie przesuwa z tyłu głowy. Jakaś kobieta spytała mnie, skąd to wziąłem. Bo ona też zna kogoś, kto drapie się po prawym uchu lewą ręką za głową. Odpowiedziałem, że prawie na pewno to gdzieś widziałem i wryło mi się w pamięć. Ale gdzie to widziałem? Niech mnie pani zastrzeli, nie wiem. To pochodzi z jakiegoś zatartego wspomnienia, nie z powietrza, ale nie mam pojęcia skąd.
Wiesz co? Powiem tak. Kiedy piszę artykuł, zwykle robię to ze złości. Główną siłą napędową jest to, że jestem na coś zły. Ale kiedy piszę opowiadanie, jedną z rzeczy, które poruszają tą ręką, jest ciekawość. Taka, której nie mogę zaspokoić. Strasznie mnie ciekawi wchodzenie w cudzą skórę. I myślę, że ciekawość jest nie tylko koniecznym warunkiem wszelkiej pracy intelektualnej, ale też cnotą moralną. Na tym chyba polega również etyczny wymiar literatury.
Spieramy się o to z A.B. Jehoszuą, który kwestię moralną wysuwa na pierwszy plan w twórczości literackiej: zbrodnia i kara. Moim zdaniem wymiar etyczny polega na czymś innym: na umieszczeniu siebie na parę godzin w skórze innej osoby czy też wejściu w jej buty. Ma to w sobie pewną wagę moralną, nie wprost, niezbyt wielką, bez przesady. Ale naprawdę uważam, że człowiek mający w sobie ciekawość jest trochę lepszym partnerem życiowym niż ktoś, kto jej nie ma. I również trochę lepszym rodzicem. Tylko się ze mnie nie śmiej, ale uważam, że ktoś taki jest nawet lepszym kierowcą niż człowiek pozbawiony ciekawości, bo zadaje sobie pytanie, co tamta osoba, prowadząca samochód na sąsiednim pasie, może nagle zrobić. Wydaje mi się, że człowiek obdarzony ciekawością jest też dużo lepszym kochankiem niż ktoś jej pozbawiony.