“Dekadencja” to opowieść o dwóch tysiącleciach istnienia chrześcijaństwa, czasach inkwizycji, procesach wytaczanych zwierzętom, krwawych dyktaturach i rodzących się ekstremizmach.


Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwaEgipskie piramidy, greckie świątynie, Forum Romanum… Ślady dawnych kultur niezbicie dowodzą, że nawet najwspanialsze cywilizacje przemijają.

Temu prawu podlega również licząca dwa tysiące lat cywilizacja judeochrześcijańska. Michel Onfray opisuje jej powolny zmierzch, jednocześnie odmalowując bogactwo idei, które leżą u jej podstaw.

„Dekadencja” to opowieść o dwóch tysiącleciach istnienia chrześcijaństwa, czasach inkwizycji, procesach wytaczanych zwierzętom, krwawych dyktaturach i rodzących się ekstremizmach. Francuski filozof odważnie zestawia fakty i wysuwa niepokojące wnioski.

Czy to możliwe, że żyjemy u kolejnego kresu wielkiej cywilizacji?

Michel Onfray – autor ponad osiemdziesięciu książek, dekonstruuje mity religijne, filozoficzne, społeczne i polityczne, leżące u podstaw wielu powszechnych iluzji. “Dekadencja” jest drugim tomem w serii “Krótka historia świata”. Nakładem Wydawnictwa Czarna Owca ukazały się jeszcze: “Antypodręcznik filozofii”, “Zmierzch bożyszcza” oraz “Manifest hedonisty”.

Michel Onfray
Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa
Przekład: Elżbieta i Adam Aduszkiewiczowie
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 18 września 2019
 
 

Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa


“Dekadencja” jest drugim tomem trylogii zatytułowanej Krótka encyklopedia świata. Przedstawia filozofię historii. Tom pierwszy, Cosmos (Kosmos), jest poświęcony filozofii przyrody. Trzeci, zatytułowany Sagesse (Mądrość), będzie dotyczył filozofii praktycznej.

„Wody religii opadły i pozostawiły po sobie bagna albo kałuże; narody rozdzieliły się w najbardziej wrogi sposób i pałają chęcią wzajemnego rozszarpywania się. Nauki, uprawiane bez miary, w zaślepionym laisser faire, rozszczepiają i rozkładają wszystko, w co niezłomnie wierzono; wykształcone stany i państwa dały się porwać pomiatającej wszystkim ekonomii pieniądza. Nigdy świat nie był bardziej światem, nigdy nie był uboższy w miłość i dobro. Stany uczone nie są już latarniami, wskazującymi drogę, ni azylami, oferującymi schronienie pośród chaosu zeświecczenia; same stają się z każdym dniem bardziej niespokojne, bezmyślne i oschłe. Wszystko służy nadciągającemu barbarzyństwu, łącznie z dzisiejszą sztuką i nauką”.
 
Friedrich Nietzsche, Niewczesne rozważania
(2012, s. 335–336)1

PRZEDMOWA

METAFIZYKA RUIN NAWET ŚMIERĆ UMIERA

Kartagina (Tunis), piątek, 29 kwietnia 2016 roku, późny ranek.

Czarne niebo, jakby przesycone popiołami z nieistniejącego wulkanu, rozerwane w dwóch miejscach zimnym światłem, które z trudem przebija mrok. Miasto poniżej lada moment może runąć na odsłoniętą przez wodę plażę, na której, niedaleko porzuconej łodzi, stoi pogrążony w zadumie biskup w infule i z pastorałem. Paleta barw Monsù Desiderio, bo tak podpisano płótno, jest oszczędna: asfaltowa czerń nocy i brązowe złoto zimnego słońca. Miasto było wspaniałe, wręcz cudowne, o czym świadczą ruiny dostojnych w swej wielkości, potędze i solidności budowli. Olbrzymia kolumna, rotunda zwieńczona masywnym łukiem, bogato zdobiona dzwonnica, imponujące wielopiętrowe budynki, wszystko to zrujnowane, zniszczone, powalone przez nieznaną siłę. Wojnę? Musiałaby dysponować współczesnymi środkami militarnymi. Dżumę, która wyludniła miasto i pozwoliła, żeby czas dopełnił dzieła? Możliwe. Trzęsienie ziemi, które tłumaczyłoby, dlaczego po wstrząsie morze cofnęło się z plaży, pozostawiając na brzegu łódź? To rzeczywiście bardziej prawdopodobne.
Obraz Legenda świętego Augustyna. Ruiny i porzucona łódź został namalowany w XVII wieku przez dwóch Francuzów, naturalizowanych Neapolitańczyków, Didiera Barrę i François de Nomé. Istnieje też drugi obraz w podobnym duchu, lecz bez łodzi na lądzie i z morzem o mocno wzburzonych, niebieskich falach, spośród których wyłaniają się ruiny. Jest to Legenda świętego Augustyna. Wyobrażone ruiny nad brzegiem morza. Pierwszy znajduje się w Galerii Narodowej w Londynie, drugi u prywatnego kolekcjonera. Oba zawdzięczają swą nazwę Félixowi Sluys’owi, który poświęcił tym dwóm malarzom monografię, przy czym używał i nadużywał magicznej freudowskiej myśli psychologicznej, gdzie wieża jest fallusem, a ruina – waginą… O samych malarzach wiemy niewiele; tym mniej, gdy odkrywamy, że tytuły płócien wymyślił krytyk sztuki i nie ma żadnych podstaw, które uprawomocniłyby ten chrzest.
O ile bowiem infuła i pastorał wskazują na biskupa, nie musi to być święty Augustyn. Święty Augustyn jest kluczem do obrazu, ponieważ jako biskup miał niemało powodów, żeby znaleźć się nad brzegiem morza. Był tam, gdy nauczał w Kartaginie, ale również w innych okresach życia, bowiem przyjeżdżał nad morze trzydzieści trzy razy w ciągu trzydziestu lat: do Ostii, rzymskiego portu, gdzie doświadczył uniesienia duchowego i gdzie zmarła jego matka, do Hippony, gdzie otrzymał godność biskupią i gdzie oddał ducha w oblężonym od trzech miesięcy mieście. Hippona to wszak ten brzeg, na którym podczas medytacji nad Trójcą Świętą zobaczył dziecko, chodzące od morza do wykopanego dołka i przelewające wodę muszlą. Święty Augustyn rzekł do dziecka, że to, co robi, skazane jest na porażkę; dziecko odpowiedziało mu, że tak naprawdę jest aniołem i że prędzej jemu uda się przelać morze do dołka, niż on, filozof, zrozumie tajemnicę Trójcy Świętej.
Biskupie atrybuty, infuła i pastorał, świadczą na rzecz Hippony, w której w 396 roku Augustyn objął urząd biskupa. Sprawował go aż do swojej śmierci 28 sierpnia 430 roku. Gdy oddawał ostatnie tchnienie, miasto było od wielu tygodni oblężone przez Wandalów, plemię liczące 12 tysięcy ludzi, których wraz ze sprzymierzonymi Alanami i Gotami prowadził król Genzeryk. Dodajmy, że ci barbarzyńcy [od których wziął nazwę wandalizm – przyp. red.] byli… chrześcijanami. Byli to bowiem arianie, co znaczy, że wierzyli, iż Bóg ma naturę boską, a Jego Syn – ludzką, ale także częściowo boską. Augustyn miał dość czasu, żeby zobaczyć spustoszenie. Morze opanowane zostało przez tych, których od tej pory nazywać się będzie barbarzyńcami. Zamęczyli na śmierć dwóch biskupów; zniszczyli miasta, zrównali z ziemią wiejskie posiadłości, pomordowali ich właścicieli, a tych, którzy im się wymknęli, zmusili do ucieczki; zgwałcili konsekrowane dziewice; zabronili katolickiego kultu; spustoszyli kościoły i spalili je – robili to samo, co robili chrześcijanie tam, gdzie mieli władzę, odkąd rzymski cesarz nawrócił cesarstwo…
Obrazy Monsù Desiderio mogą więc faktycznie przedstawiać świętego Augustyna na plaży. Najpewniej jest to Hippona, dzisiejsza Annaba w Algierii. Jednak trop historyczny nie jest tak istotny, jak trop alegoryczny, metaforyczny i filozoficzny. Otóż tym, co pokazują nam owi dwaj lotaryńscy, zamieszkali w Neapolu malarze, jest martwa natura. Przeznaczeniem tego, co osiągnęło wielkość, jest obrócić się w proch, czy jest to człowiek, czy cywilizacja. Nawet jeśli Augustyn był wielkim ojcem Kościoła, wielkim doktorem Kościoła, znakomitym teologiem, filozofem chrześcijańskim, świętym Kościoła katolickiego, zachorował, następnie umierał, zmarł, stał się trupem, wreszcie bodlerowską padliną, szkieletem, popiołami, prochem, a ostatecznie prochem zmieszanym z pyłem.
Zatem to miasto, uwznioślone przez malarzy, opowiada o wielkości cywilizacji, którą samo ucieleśnia: cywilizacji Cesarstwa Rzymskiego, pogańskiego Cezara, stoickich filozofów, majestatycznych budowli, geniuszu inżynierów i architektów, militarnych zwycięstw na licznych polach bitew, immanentnej myśli, Wergiliusza i Cycerona, epikurejskich myślicieli i elegijnych poetów z Kampanii. Augustyn tego nie odrzuca. Możemy nawet wyobrazić sobie, o czym rozmyśla na tej plaży bez morza, ponieważ pisał na ten temat: „Wszystko, co o tym opowiadano, jest potworne; sterta ruin, pożary, grabieże, zabójstwa i bestialstwo. Wszystko to prawda; biadaliśmy, płakaliśmy, nie mogąc się pocieszyć; nie zaprzeczam więc temu, zgadzam się z tym, ta historia jest smutna, a miasto okrutnie cierpiało… Dziwicie się, że świat ginie; jakbyście się oburzali na to, że świat się starzeje! Świat jest jak człowiek; rodzi się, rośnie i umiera. Nie bądźmy wstrząśnięci na widok cierpienia sprawiedliwych! Ich cierpienie jest doświadczeniem; to nie potępienie” (Kazania, LXXXI, 8).
Napisał również: „Bardzo wiele zależy od tego, jak używamy zarówno tych rzeczy, które zwą się pomyślnymi, jak i tych, które określane są jako niepomyślne…Wiele zależy nie od tego, co się cierpi, lecz od tego, kto cierpień doznaje” (św. Augustyn, 1977, I, 8). W myśl założeń wielkiej tradycji teokratycznej, Augustyn widział w biegu historii rękę Boga. Jeśli On chciał końca Imperium Rzymskiego, to miał swoje racje i były one słuszne. Jeśli Rzym ma zginąć, niech zginie, podobnie jak pod rzymskim jarzmem zginęła punicka Kartagina – najpierw od miecza, a potem od ucisku.
Święty Augustyn nie wiedział natomiast, że upadek rzymskiej cywilizacji, którego był świadkiem na brzegu w Hipponie, umożliwił nadejście cywilizacji judeochrześcijańskiej, której był jednym z najwybitniejszych myślicieli. Przed Augustynem Hippona była fenicka, punicka, numidyjska i rzymska; za jego kadencji stała się chrześcijańska, następnie – wandalska, potem bizantyjska, aż w końcu, w 705 roku, stała się muzułmańska – i taka jest do dzisiaj. Śmierć Hippony rzymskiej umożliwiła nastanie Hippony chrześcijańskiej, Augustyn żył na przełomie tych dwóch światów. My żyjemy, ja żyję, wy żyjecie na przełomie dwóch światów, końca judeochrześcijaństwa i nadejścia tego, co nadal skrywa mgła. Śmierć tego, co było, jest pewna; epifania tego, co nadejdzie, pozostaje niepewna, nawet jeśli widać już zarys przyszłego dzieła.
W ruinach Kartaginy, gdzie odbyło się tyle synodów pierwotnego Kościoła, kroczę w świetle współczesnym Augustynowi, widzę Morze Śródziemne i niebo, dokładnie te same, jak w czasach chrześcijańskiego filozofa. Śpiewają ptaki, są to te same zięby, te same pleszki, te same piegże. Wyglądające jak purpurowa piana kwiaty bugenwilli sączą światło, to są te same kwiaty. Słońce rozgrzewa duszę, to samo słońce. A jednak to wszystko to nie jest to samo, ponieważ To Samo jest Czymś Innym aż do wyczerpania Tego Samego i Innego.
Monsù Desiderio to malarze pychy, martwej natury i historii, co stanowi jedno. Wieża Babel jako wyraz niemożności dokończenia całej budowy wobec upływu czasu i jako wyznanie, że już zanim budowla stanie, skończy jako ruina. Fantastyczne ruiny ze wspomnieniami Egiptu i jego piramidami, reminiscencje z Aten i ich korynckich kolumn, pamięć Rzymu i jego kolumn wotywnych oraz łuków ku czci; zwalone budowle z mitologicznymi, starotestamentowymi, a następnie – nowotestamentowymi scenami. Za każdym razem – w palecie złota i nocy, ambry i sadzy – postaci wypełniają swoje przeznaczenie w historii, która jest większa od nich, wchłania je i porywa.
Dziurawe domy, zwalone mury, leżący na ziemi kapitel ogołoconej kolumny, rozbity łuk, przebita kopuła, rozerwany kościół, otwarte groby, ulice zasypane gruzem, pod nogami roztrzaskane płyty z frontów domów, zatopiony w morzu port, wszystko ukazuje obraz tego, co czeka oglądającego te ruiny: Memento mori, „pamiętaj, że ty też umrzesz”, mówią cicho te sterty kamieni, zupełnie jak niewolnik, który szeptał te słowa do ucha rzymskiego cesarza, stojąc za nim na tryumfalnym rydwanie w dniu koronacji. Skoro nawet tak wielkie miasto pewnego dnia mogło przestać istnieć, to cóż powiedzieć o człowieku, który również podlega uniwersalnemu prawu entropii?
Patrząc na ruiny Kartaginy z punktu górującego nad miastem, przekonujemy się, że istotnie ruina jest prawem, które rządzi całym istnieniem: od najskromniejszego z ludzi po najwspanialsze cywilizacje. Judeochrześcijaństwo tworzyło ruiny, już zanim się rozpękło i zanim samo stało się ruiną podobną do Stonehenge i Carnac, Babilonu i piramidy Cheopsa, Palmiry i Leptis Magna, Aten i Rzymu. Święty Augustyn patrzy na ruiny Rzymu i sam przyczyni się do budowy tego, co nadejdzie po imperialnym Rzymie; a gdy dziś my patrzymy na świętego Augustyna medytującego nad ruinami, wiemy, że również jego chrześcijańskie dzieło właśnie staje się częścią ruin pozostawionych przez Wandalów i ich sprzymierzeńców. To, co było, umiera i daje życie temu, co jest, zanim samo z kolei umrze.
Historia judeochrześcijaństwa pełna jest ruin, można wręcz ją naszkicować, odnosząc się tylko do ruin: ruiny rozebranych i zburzonych świątyń pogańskich, spustoszonych przez pierwszych chrześcijan w czasach, gdy z łaski cesarza Konstantyna ich sekta osiągnęła status religii państwowej. Pomyślmy o łuku Konstantyna, wzniesionym dla uczczenia zwycięstwa chrześcijańskiego cesarza nad Maksencjuszem na moście Mulwijskim i o pierwszych dziesięciu latach jego panowania: łuk wzniesiony został między końcem roku 313 a latem 315 roku, czyli w dwadzieścia miesięcy, przy użyciu materiałów pozyskanych ze zniszczonych pogańskich budynków. Pierwsza rzymska bazylika i zabytki Konstantynopola również wzniesione zostały z pogańskich kamieni. Chrześcijaństwo dokonało recyklingu pogaństwa zarówno w swojej architekturze, jak i w preparowaniu swojej legendy.
Antyczne ruiny, które później odkrywa renesans: przez tysiąc lat cała prawda rzekomo zawiera się w Biblii wyznaczającej nieprzekraczalny horyzont dla każdej ontologii, każdej filozofii, każdej nauki, każdej metafizyki, każdej historii, każdej polityki, każdej astronomii, każdej geologii, każdej moralności… Kamień, który wyziera spod gruntu i ukazuje rzymskie inskrypcje, odnajdywane i otwierane grobowce, które w pełnym świetle ukazują perły i biżuterię, zapinki i tkaniny, bransolety i kamienie szlachetne, trzony kolumn i belkowanie, tryglify i metopy zmieszane z brunatną ziemią, wszystko to dało początek archeologii dopuszczającej do głosu historię ludów, które nie znały jeszcze pisma, a więc ludów niepiśmiennych.
Ruina tego pogrzebanego świata okazuje się skarbem, ponieważ teraz, szukając odpowiedzi na pytania, można się uwolnić od Biblii, czytać epigrafy, poszukiwać tekstów dawnych autorów należących do tamtego świata, który na nowo wyłania się spod gruntu – choćby Lukrecjusza, który działa niby duchowa i intelektualna dźwignia dla nowego świata. Antyczne ruiny rujnują chrześcijańską wizję świata. Dzięki temu, co stare, archeolodzy tworzą to, co nowe; za sprawą tego, co nowe, chrześcijaństwo staje się stare. Ożywiona rzymska ruina sprawia, że chrześcijańskie życie zaczyna umierać i powoli zamienia się w ruinę.
Te pęknięcia w chrześcijańskim gmachu poważnie go nadwątlają. Gdy malarze Monsù Desiderio tworzyli Eksplozję w kościele, pokazywali w przenośni, jak pogański renesans, a następnie protestantyzm, wrogi pogańskim pozostałościom w chrześcijaństwie, niszczą budynek. Ci dwaj autorzy namalowali scenę, w której po prawej stronie wali się katedra, podczas gdy po lewej ludzie niszczą posągi i bożki. Monsù Desiderio zarejestrowali pewien model upadku chrześcijaństwa. Ich malarstwo mogłoby być ilustracją barokowej kontrreformacji katolickiej. Odtwarza proces rozpadu świata, idący dalej niż zakładano a priori.
W kolejnym bowiem stuleciu, 14 lipca 1789 roku, Bastylia została najpierw zdobyta, następnie zniszczona i sprzedana w częściach przez jakobina Pierre’a-François Palloya, przedsiębiorcę budowlanego, który do jej rozbiórki wysłał 800 robotników. Z fragmentów jej kamieni produkował pierścionki. Pani de Genlis nosiła zawieszkę zrobioną z kamiennego wspornika z Bastylli z inkrustowanym diamentami słowem Liberté! Więzienne łańcuchy stały się patriotycznymi medalionami. Stolarka, wyroby metalowe, kamienie poddane zostały recyklingowi. Materiał z fortecy wbudowano w most de la Concorde. Sam Palloy czerpał zyski z budowania makiet zniszczonego więzienia i sprzedawania ich w stolicach departamentów. Ten biznesmen, który wymyślił coś w rodzaju przedmiotów pochodnych sprzedawanych dzisiaj w muzeach, upamiętniał każdego roku śmierć Ludwika XVI bankietem, gdzie podawano faszerowany świński łeb. Nosił przydomek „Patriota”. Za Restauracji stał się rojalistą i w 1814 roku otrzymał Odznakę Lilii z rąk przyszłego Karola X. Sic transit… Niektórzy ludzie również są ruinami.
Hubert Robert, sztandarowy malarz ruin, namalował tę dewastację i zatytułował Bastylia w pierwszych dniach burzenia, a następnie wystawił w salonie w 1789 roku. Jako światowiec, hedonista, epikurejczyk, mason unoszony antyklerykalną namiętnością, przedstawiał również burzenie budynków o przeznaczeniu religijnym: Zburzenie kościoła Saint-Jean-en-Grève oraz Opactwo Longchamp. Nie uchroniło go to przed dziewięciomiesięcznym uwięzieniem w czasach Wielkiego Terroru. Namalował swoje więzienie na dwóch talerzach. Uwolniony po thermidorze, został konserwatorem muzeum Luwru. Pozostał niepoprawny, gdyż w 1795 roku namalował… Widok Wielkiej Galerii Luwru w ruinie.
Wszyscy znają akty wandalizmu, które towarzyszyły rewolucji francuskiej. Poza Bastylią na liście można jeszcze umieścić: rozgrabienie licznych zamków należących do arystokracji; a także fortec i innych umocnionych budynków; niszczenie kościołów z ich rzeźbami, witrażami, posągami, obrazami; przetapianie relikwiarzy; burzenie budynków noszących insygnia królewskie; otwieranie i profanowanie królewskich grobów; ustawienie piramidy ku czci Marata z kawałków królewskich sarkofagów; zniszczenie Galerii Królów w Notre-Dame; hekatombę posągów przedstawiających monarchów; rozbijanie młotem królewskich symboli, takich jak herby, tarcze herbowe, kwiaty lilii; dekapitację posągów. Tak jak za wszystkich totalitarnych rządów, próżno szukać wielkich dzieł sztuki, w tym architektury, stworzonych przez jakobinizm zawłaszczający rewolucję francuską! Panteon, kościół, przeznaczono wyłącznie do użytku pogańskiego i świeckiego, podobnie świątynie rozumu wykorzystywały miejsca kultu chrześcijańskiego. Wielkie megalomańskie i rewolucyjne projekty architektoniczne Lequeu, Boullée i Ledoux pozostały w obszarze utopii – podobnie jak wprowadzenie wolności dla wszystkich…
Ruiny pogańskie, ruiny rzymskie, ruiny rewolucyjne – historia judeochrześcijaństwa podąża historią ruin, które jej towarzyszą. Wyczerpywanie się cywilizacji mnoży ruiny. Wielki czas nihilizmu ucieleśnił się w obu wojnach światowych. Pustoszyły Europę i zabijały ludzi, niszcząc niezliczone miasta i wioski. Na przykład Reims w latach 1914–1918 było bombardowane przez Niemców od 3 września 1914 roku do 5 października 1918 roku. Na 14 tysięcy domów tylko 2000 ocalało z masakry. Katedra spłonęła i straciła nawę, potem chór: w jej kierunku wystrzelono 350 pocisków. Ogromne zniszczenia w latach 1939–1945 były skutkiem najpierw odwrotu, a następnie wyzwolenia. Normandia została spustoszona po desancie 6 czerwca 1944 roku. Był to region najbogatszy w średniowieczne i renesansowe zabytki. Bombardowanie Caen trwało sześćdziesiąt pięć dni bez przerwy.
10 czerwca 1944 roku, w Oradour-sur-Glane, dywizjon Das Reich zgromadził na placu miasteczka 642 mieszkańców i ich wymordował. W kościele zamknięto i spalono dzieci, kobiety, starców, mężczyzn – niektórych oderwano od pracy w polu. Pięć osób zginęło w piecu piekarza. Ciała znajdowano w studniach. Miasteczko zostało zachowane tak jak było, ze spalonymi samochodami, wypalonymi domami, stopionym dzwonem kościelnym, torami tramwajowymi. Ruina jest utrzymywana w niezmienionym stanie. Nie ma mowy, żeby natura odzyskała swoje prawa i żeby trawa, bluszcz i chaszcze pokryły wszystko. Jest to prawdziwa sztuczna ruina, pozostawiona dla upamiętnienia faktu, że ludzie chcieli zrujnować tę cywilizację.
Do tych ruin wojennych dodajmy ruiny ustroju totalitarnego, który ich pragnął. Hitler – niedoszły architekt, któremu zawdzięczamy być może najwięcej zniszczeń architektonicznych na świecie – chciał zbudować tysiącletnią Rzeszę. Swojego architekta Alberta Speera prosił, żeby ten, wymyślając nowe budowle, brał pod uwagę ruiny, jakie z nich powstaną. Współczesny Neron, nazistowski dyktator, życzył sobie, żeby przypominały rzymskie ruiny! Ten projekt narodowo-socjalistycznej cywilizacji był barbarzyństwem, które trwało od 30 stycznia 1933 roku do maja 1945 roku: tysiąclecie trwało dwanaście lat – dwanaście lat niewyobrażanej morderczej furii.
Pomiędzy lądowaniem aliantów a dotarciem oddziałów wyzwoleńczych do Berlina naziści mieli czas, by zatrzeć wiele śladów swoich zbrodni. Wysadzili w powietrze komory gazowe, a obozy koncentracyjne stały się ruinami, w których Claude Lanzmann nakręcił swoje arcydzieło, Shoah. Jakąś część budynków, w tym Auschwitz, pozostawiono w niezmienionym stanie i później zamieniono na muzea, miejsca pamięci. W tym czasie alianckie bombardowania niszczyły niemieckie miasta. Między 13 a 15 lutego 1945 roku, kilka dni po zakończeniu konferencji w Jałcie, jakby dla pokazania Stalinowi amerykańskiej determinacji, Drezno zostało wymazane z mapy. Podczas trzech rajdów, 1300 bombowców zrzuciło około 7 tysięcy ton bomb. Blisko 40 tysięcy ludzi zginęło w ogniu i gruzach.
ZSRR również ma swoje ruiny: ruiny Stalingradu, rzecz jasna, męczeńskiego miasta. Ale też te w całym kraju, który zapłacił wysoką cenę w czasie drugiej wojny światowej. Rosja radziecka poświęciła potem swoją energię głównie na doskonalenie ustroju totalitarnego i na budowanie żelaznej kurtyny, żeby odizolować wolną Europę od jej marksistowsko-leninowskiej części, muru berlińskiego, żeby podzielić miasto na dwie części, i na szeroki program budowy tysięcy obozów pracy przymusowej, gułagów, w całym kraju. Podobnie jak Trzecia Rzesza, która chciała ustanowić nową cywilizację, bolszewickie państwo nie przeżyło: dzisiaj pozostałości po gułagach zniknęły wśród zarośli, zmiecione lodowatym wiatrem i zasypane śniegiem, czasami niewidoczne dla tych, którzy nie wiedzą.
Berliński mur został zburzony. Nie zabrakło kupców świątynnych, którzy poddali beton recyklingowi, jak niegdyś jakobiński obywatel kamienie z Bastylii. Dawny robotnik z NRD, Volker Pawlowski, pozyskał gruz z rozbiórki. Sprzedawał go na sztuki lub hurtowo w sklepach z berlińskimi pamiątkami. Przemalowywał go lub przerabiał, w zależności od potrzeb rynku. Wkładał małe kawałeczki do kapsułek i wmontowywał je do kartek pocztowych opatrzonych certyfikatem własnego autorstwa z godłem dawnych Niemiec Wschodnich. CIA kupiło jeden z tych kawałków muru, żeby wmurować w ścianę swojej nowej siedziby. Z 302 wież strażniczych przetrwało pięć, z czego jedna w muzeum.
Te europejskie ruiny, ruiny nazistowskie, ruiny bolszewickie wydłużają listę ruin pogańskich, ruin rzymskich i ruin rewolucyjnych. Judeochrześcijaństwo ma również swoje ruiny technologiczne, jak ruiny Czarnobyla, efekt działania nie tyle samej energii nuklearnej, ile marksistowsko-leninowskiej ignorancji, która w postaci biurokracji, biurokratyzacji i – powiedzmy – zachowawczości, umożliwiła wybuch reaktora nuklearnego, który zdewastował miasto i skaził duży rejon Europy. Ukraińskie miasto można dzisiaj zwiedzać w autokarze… Tę ruinę można by uznać za zapowiedź ostatecznej ruiny, cywilizacji końca wszystkich cywilizacji, ku czemu zdaje się prowadzić obarczona winą ludzka niewinność.