Fabuła „Mary”, najnowszej powieści Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, skupia się na winach i ich odkupieniu, radzeniu sobie ze zmianami, jakie przynosi czas i budowaniu na zgliszczach. To najbardziej refleksyjny tom z kryminalnej serii autorstwa tego duetu pisarskiego.


Małgorzata i Michał Kuźmińscy książką „Mara” po raz czwarty zaprosili czytelników do powieściowego świata antropolożki Anny Serafin i dziennikarza Sebastiana Strzygonia, którzy wspólnie zabrali się za rozwiązanie kolejnej kryminalnej zagadki głęboko osadzonej w realiach najnowszej historii Polski.

To tradycja tej serii – przypomnijmy: tematem „Ślebody”, pierwszego z tomów były sięgające dzisiejszych czasów echa Goralenvolk i nazistowskich pozostałości na Podhalu, w „Pionku” autorzy inspirowali się niedawnymi zbrodniami na Śląsku, a w „Kamieniu” odmalowali zawiłości polsko-romskiego sąsiedztwa i napięcia z nich wynikające. Wplatając fakty w fikcyjne historie kryminalne za każdym razem zachęcali czytelników do refleksji nad istotnymi dla Polski sprawami, nie tracąc z oczu faktu, że zawsze są one wielowymiarowe. Nie inaczej jest w powieści „Mara”, która odsłania wojenne karty z historii Dąbrowy Tarnowskiej, gdy eksterminowano niemal wszystkich żydowskich mieszkańców tego miasta.

Pisząc o zbrodni z przeszłości Kuźmińscy podejmują kwestię osobliwych kłopotów z pamięcią o tym, co działo się przed laty. Dojmująca okazuje się konkluzja, że wystarczą trzy pokolenia, by nad tym, co się zdarzyło, zapadł mrok dziejów, w szczególności jeśli cała rodzina albo wręcz cała społeczność ma interes w tym, by nie pamiętać. A niekiedy nie potrzeba nawet trzech pokoleń: wystarczy skuteczna zmowa.

 

 

Przodkowie Sebastiana Strzygonia mieli coś do ukrycia – konkretnie zwłoki zakopane w sadzie. Lecz przez kogo? I dlaczego? To pozostaje zagadką, tajemnicą, którą dziennikarz będzie próbował rozwikłać wspomagając się naukową wiedzą Anny Serafin i tupetem Wiolki, pracownicy jego portalu. Szkielet przypadkowo wykopany podczas prac budowlanych przy domu dziadka Sebastiana uruchomi lawinę zdarzeń, a bohaterowie będą próbowali znaleźć powiązanie pomiędzy nim a inną zbrodnią, dokonaną na mieszkańcu Dąbrowy tuż po wstrząsającym odkryciu na posesji siostry Sebastiana. Przy okazji będą zmagać się ze skutkami pytań niezadanych przez całe dziesięciolecia, z wagą wspomnień ludzi, którzy pamiętają, ale nigdy nie mówili co, bo nikt ich nie pytał – ze strachu przed tym, że usłyszy odpowiedź.

Zagadka i jej rozwiązanie, jak zwykle w twórczości Kuźmińskich dopracowane z jubilerską precyzją, imponująco spójne i logiczne, tym razem spowite są atmosferą dusznej melancholii. Postać Bastiana, swoim komizmem stanowiącego w poprzednich tomach rodzaj przeciwwagi dla grozy wynikającej z realizmu tematów podejmowanych przez autorów, tym razem została potraktowana przez nich zupełnie inaczej. Dziennikarz sportretowany został przez nich w momencie osobistej transformacji, zmagań z demonami rodzinnej przeszłości, o których nie miał pojęcia i konfrontowania się z rezultatami własnych zaniechań wobec członków familii.

Zagadka i jej rozwiązanie, jak zwykle w twórczości Kuźmińskich dopracowane z jubilerską precyzją, imponująco spójne i logiczne, tym razem spowite są atmosferą dusznej melancholii.

Humoru próżno tu szukać, Strzygoń, na własne życzenie obcy wśród swoich, pali, pije i cierpi przytłoczony atmosferą panującą w domu niegdyś należącym do jego dziadków. Złożony niemocą dotarcia do prawdy staje się człowiekiem nie do wytrzymania. W pewnym sensie kradnie show sprawie, którą ma do rozwiązania, przez większą część książki skupiając na sobie uwagę należną ofierze współczesnej zbrodni – niewydarzonemu biznesmenowi, którego zagadkowa śmierć: zabójstwo upozorowane na wypadek, stanowi główną siłę napędową dla kryminalnej intrygi. Od podwójnego pytania kto zabił, bardziej frapujące staje się pytanie czy Strzygoń się jakoś pozbiera.

Elementy psychologiczne uwypuklone są także w wątku relacji Gerarda i jego ojca oraz Anki i jej taty. Dominujące postaci rodziców, w istotny sposób wpływające na decyzje dorosłych już dzieci, pomimo swojej epizodyczności przyciągają uwagę czytelnika, składając się na to, że „Mara” jest powieścią refleksyjną w odbiorze, najpoważniejszą z serii. Czytając ją można się zadumać i nad tym, dlaczego we współczesnych mediach brakuje miejsca na pogłębioną refleksję i dopracowane artykuły, a czytelnicy bardziej skłonni są poszukiwać błahych i pobieżnych ciekawostek niż dających do myślenia, dopracowanych reportaży. Mało jest w tych przemyśleniach powieściowej fikcji, dlatego, w połączeniu ze wzruszającym finałem, „Mara” nieprędko da się przepędzić z myśli czytelnika, który po nią sięgnie. Agnieszka Kantaruk

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Mara, Wydawnictwo Dolnośląskie, Premiera: 18 września 2019
 
 

Mara

Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Mara
Wydawnictwo Dolnośląskie
Premiera: 18 września 2019
 
 

Dąbrowa nie jest innym, lepszym miastem od innych!
Są w niej tak samo różni ludzie jak wszędzie, tak samo dobrzy i niedobrzy,
zazdrośni i litościwi, biedni i zamożniejsi, szczęśliwi i nieszczęśliwi.
Więc po cóż sobie wmawiać, że zanim zdążą coś złego zrobić, cud się stanie.

 
(Z pamiętnika dwunastoletniej Melanii Weissenberg,
Dąbrowa Tarnowska, 16 sierpnia 1942 roku)

I

Dąbrowa Tarnowska-Ruda,
sierpień 1943 roku

Coś nie dawało mu spać. Dziecko też poruszyło się na posłaniu, zakwiliło niespokojnie. Wojenne dziecko, czujne jak ptak na gałęzi. Tylko ona się nie obudziła, spała ciężkim snem z koszulą nocną pozwijaną wokół kolan, z zaciśniętymi udami, pięściami kurczowo zasłaniając piersi. Światło księżyca sączyło się przez okno. Maryja ze świętego obrazu patrzyła poważnie, z izby obok dochodziło chrapanie matki. Strach przegnał sen, szarpnął skurczem za żołądek. To mogło być wszystko. Bandyci. Pożar. Oni.
Bezgłośnie usiadł na posłaniu, wstał, naciągnął koszulę i portki. Spojrzał na żonę, zamarł w pół gestu, jakby chciał jej dotknąć, ale cofnął rękę. Niech śpi. Może to tylko wiatr. Straż nocna na patrolu. Skradający się do kurnika lis.
Przemknął przez sień, sięgnął po siekierę. Możliwe, że to lis, ale nie ufał już nawet swoim zmysłom.
Wyszedł na podwórze i nasłuchiwał. Samotna kępa drzew kołysała się na horyzoncie, odcinając się od nieba rozjaśnionego zimnym światłem księżyca. Chłód przyniósł ulgę po gorącym dniu. Było cicho. Bardzo cicho. Może mu się wydawało. A może znowu przyśnił mu się ten krzyk, który niósł się wtedy po polach jak pogłos burzy. Rozkazy w języku ostrym jak smagnięcie bykowcem i skargi w języku tak podobnym, a tak różnym. Ludzie chodzili patrzeć, jak klęczą do wysiedlenia. On też poszedł i chyba na zawsze ten jęk zostanie mu w uszach.
Puszczyk. Przytłumiony kwik z chlewika, gdzie spał ich największy skarb i źródło zagrożenia – maciora żywicielka. Wiedzieli, co grozi za nielegalny ubój, ale grzecznie oddawali kontyngent i żaden żandarm nigdy nie pofatygował się do nich, by liczyć prosiaki. Żyli z tego, co wyrosło, do tego wygłodniałe miasto ściągało na wieś, płacąc za każde pęto kiełbasy i worek kaszy żywą gotówką. Dziecko chowało się dobrze. Tylko on w nocy nie mógł spać.
Czy mu się wydawało, czy wrota do stodoły były uchylone? Dałby sobie rękę uciąć, że zamykał je na łańcuch, który teraz zwisał smętnie. Zdało mu się, że jeszcze się kołysał.
Lis by sam sobie nie otworzył. Mocniej ścisnął trzonek siekiery.
Na sztywnych nogach zbliżył się do stodoły, zajrzał. Chwilę trwało, zanim wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zanim w sączącym się między deskami świetle księżyca zaczął rozpoznawać kształty. Nic się nie poruszyło. Chwycił grabie, szturchnął siano. Nic. Tylko mysz śmignęła mu między nogami.
„Duchy”, sapnął. Przemykają cienie po miedzach. Czasem coś z pola ginie: główka kapusty, parę marchewek, kalarepa. Czasem kura. W lesie ktoś widział dym. Lisy raczej nie palą ognisk.
Zamknął ostrożnie wrota stodoły. Stanął na środku podwórza, próbując dostrzec ruch. Wychwycić dźwięk. Coś ucięło go w szyję, klepnął się w kark, poczuł na dłoni coś ciepłego. Zaklął, podniósł rękę do oczu, wytarł w spodnie.
„Sen mara, Bóg wiara”, mruknął do siebie.
Skrzypnięcie drzwi zabrzmiało w ciszy jak wybuch. Nalał do miski mleka, sięgnął po kromkę chleba. Duchy, cienie, lisy, myszy. Wszystko to boże stworzenia. Zostawił miskę za wrotami stodoły, tym razem ich nie zamykając.
Siekierę odłożył w sieni i wrócił do łóżka. Gdy zasypiał, miał wrażenie, że Maryja z obrazu uśmiechnęła się do niego smutno.
W blasku księżyca zalśnił miecz przebijający jej gorejące serce.

Dąbrowa Tarnowska-Ruda,
sierpień 1988 roku

Chłopiec stał w sieni i nie mógł się zdecydować. Jasny pokój z rozsypanymi na podłodze klockami kusił zabawą w kręgu mlecznego światła lampy. Ale mrok za drzwiami też wzywał.
Mężczyzna wyszedł z kuchni i zastygł z papierosem w ustach, patrząc na chłopca.
– Co tam?
– Dziadziu, bo ja… – Chłopiec nabrał powietrza i zaczął nawijać na palec brzeg sweterka. – Bo ja się bawiłem w sadzie, to znaczy budowałem na Marsie stację kosmiczną jak w Gwiezdnych wojnach, koparką, a potem babcia zawołała mnie na racuchy, i ja zjadłem te racuchy, ale zrobiło się ciemno i jak wróciłem do bazy, to się okazało, że moi kosmonauci zostawili na Marsie koparkę, i ona tam leży, i ja teraz nie wiem, bo mógłbym pójść, ale…
– Boisz się sam lecieć na Marsa? – zapytał dziadek.
– No niby nie, bo w kosmosie to ja się nie boję, tam jest zawsze ciemno i Han Solo się nie boi, ale w sadzie… – Chłopiec zawiesił głos i rzucił błagalne spojrzenie.
– To chodź, mały.
Mężczyzna wziął go na ręce. Chłopca owionął zapach tytoniu, potu i wsi, ni to mleka, ni to ziemi, ni to zwierząt. Poczuł dotyk szorstkiego, pokrytego krótką siwą szczeciną policzka, chropowatych, żylastych dłoni, grubego materiału koszuli, mocny uścisk spracowanych ramion. Zesztywniał i wywinął się jak piskorz. Mężczyzna spoważniał, postawił chłopca na ziemi i chwycił za rękę, zabrał z półki płaską latarkę. Wyszli w parny wieczór.
– Nie, ja się wcale nie boję kosmosu – opowiadał dalej chłopiec, ściskając kurczowo dłoń dziadka, gdy szli w stronę sadu. – Ale tutaj mogą być wampiry. No i tu jest las, to mogą być wilkołaki albo czarownica, albo upiór jak w „Scooby-Doo”, mnie to się śnią czasem takie straszne rzeczy, mumie albo duchy…
– Sen mara, Bóg wiara – mruknął dziadek.
Chłopiec ciągnął go pod czereśnię. Szli coraz wolniej, przed nimi pełzł snop światła. Aż wreszcie stanęli kilka kroków od drzewa.
– Przypatrz się, jest twoja koparka, idże po nią.
Chłopiec ostrożnie puścił dłoń dziadka. Zrobił kilka kroków w trawę, z której podnosiła się pachnąca owocami wilgoć. Odwrócił się. Dziadek stał na tle wieczornego nieba, patrzył gdzieś w przestrzeń, w stronę kępy drzew podświetlonej ginącym za horyzontem światłem zmierzchu. Przez światło latarki chłopiec nie widział jego twarzy, tylko zarys gestu, jakby dziadek żegnał się znakiem krzyża albo może odganiał gza.
Rozejrzał się, podniósł koparkę i otrzepał ją z ziemi. Przytulił zabawkę do piersi, puścił się pędem i przypadł do kolan mężczyzny.
– Widzisz, dziadku? Wcale że się nie bałem! – zawołał. – A tam mogły być wampiry! Albo wilkołaki! Albo…
– Bać to się trza tylko ludzi – przerwał mu dziadek. Ruszyli w stronę domu, przyzywającego chrypiącym głosem radia, pachnącego racuchami z jabłkiem, rozświetlonego mlecznym światłem lampy. Chłopiec opuścił głowę, musiał patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć. Próbował nadążyć za dziadkiem, który trzymał jego rękę w wilgotnym uścisku.
Dziwne. Niby dziadek niczego się nie boi, a ucieka do domu, jakby go coś goniło.

Aż dotąd pomagał mi zdumiewający dar zapominania.
Albert Camus, Upadek
(przeł. Joanna Guze)

ROZDZIAŁ 1

Bastian wyszedł przed dom i otworzył bramę. Ogrodzenie było gotowe, brakowało tylko dzikiego wina, żeby sąsiedzi nie zaglądali. Wszystkich nagle zaczęło interesować, co się dzieje na podwórku – a działo się dużo, bo remont szedł pełną parą. Bastian czekał, aż ktoś przyniesie sobie popcorn i leżak. Inna sprawa, że dokładnie tak Dąbrowę Tarnowską zapamiętał: sąsiedzi u płotu, zioranie przez bramę, kontrolny rzut oka każdego, kto przechodził poboczem albo jechał na rowerze.
Czarny motor zatrzymał się na skraju pokrytego piaskiem podjazdu. Dalej rozciągało się rozjeżdżone gąsienicami maszyn budowlanych podwórze.
– Cześć, gdzie zgubiłeś Ankę? – zapytał Bastian, patrząc na puste siodełko za plecami motocyklisty, gdy ten zdjął kask i kiwnął mu głową na powitanie.
– Jedzie. – Gerard przeczesał palcami płowe włosy i odruchowo poklepał się po kieszeniach kurtki. Wygrzebał paczkę gum do żucia, wsunął jedną w usta.
– O, zdała? Za którym razem?
– Nie pytaj. Drażliwy temat. To twoje? – Gerard wskazał podbródkiem na dom.
– Nie, teraz już siostry – odpowiedział dziennikarz. – Robię tu za ciecia, póki ona siedzi w Stanach. Chcesz zobaczyć?
Ruszyli w głąb podwórka. Mały wiejski dom z cegły, ale odnowiony zgodnie z najnowszą modą z pisemek o dizajnie. W kolorystyce szarość i czerwień. Okiennice ze szczotkowanego drewna, blaszany gont na dachu. Grunt wokół domu był już splantowany, ziemia przygotowana do wysiania trawy i zasadzenia roślin.
Spojrzenie Gerarda prześlizgnęło się bez entuzjazmu po domu i powędrowało ku zabudowaniom. Przystanął, zmrużył oczy. Porośnięty gdzieniegdzie mchem dach zapadał się nieco pośrodku, ale harde deski ścian sugerowały, że budynek jeszcze chce tu postać. Gerard podszedł do wrót i uchylił je na tyle, na ile pozwalał łańcuch. Z wydeptanego klepiska podniósł się obłoczek pyłu, z wnętrza buchnęło gorącem. Zapachniało starym drewnem, słomą i kurzem – wonią, której nie da się z niczym pomylić.
– A to? – zapytał.
– Stodoła. – Bastian wzruszył ramionami. – Jeszcze nie wiem, co Bella z nią zrobi, pewnie rozwali, bo ta ruina trochę straszy.
– Nie! – zaprotestował gwałtownie Gerard. – To jest warte więcej niż wszystko, co do tej pory wpakowaliście w dom. Bezcenne!
Bastian wytrzeszczył oczy i też podszedł do wrót stodoły. Gerard pogładził czule drewno wierzchem dłoni.
– Te deski mają ze sto lat. Wysezonowane na amen. – Przebiegł palcami wzdłuż ostrych rysów słojów. Wciągnął zapach starego drewna, aż zadrgały mu nozdrza. – Piękne.
Bastian też przesunął palcem po chropowatej powierzchni. Skóra zamrowiła, jakby popieścił go prąd. Przypomniały mu się drzazgi, które wbiły mu się kiedyś pod paznokcie.
– Ostatnio szukaliśmy z ojcem takiego drewna na elewację do jednej realizacji – mówił dalej Gerard. – Zapłaciliśmy majątek.
Bastian kopnął lekko w drzwi i odwrócił się na pięcie. Znowu się jej udało. Spłaciła wszystkich jakimiś groszami, a okazuje się, że już jest do przodu. Bella zawsze miała szczęście. Kupowała kota w worku i okazywało się, że w środku jest złoto. Kiedy on kupował kota w worku, w najlepszym wypadku był tam kot.
Jak to się w ogóle stało? Odkąd tu przyjechał, wciąż zadawał sobie to pytanie. Babcia Aniela odeszła pierwsza, gdy Bastian – późne dziecko swoich rodziców – był w liceum. Dziadek Adam żył potem już jakby z rozpędu. Bastian, który przez ten czas odwiedził go może dwa razy, patrzył w jego kościstą twarz obciągniętą pomarszczoną skórą, cienką, niemal półprzezroczystą, jakby patrzył na wygasły lampion, zażenowany tym, że on, kuglarz słów, nie ma pojęcia, co powiedzieć.
Kiedy skończył te naście lat, zaczął się buntować, że tu nuda i śmierdzi, wielkomiejski bon vivant w najmodniejszych ciuchach już od szkoły średniej. Ale dopiero po śmierci babci i wylewie dziadka zorientował się, że miejsce jego dziecięcych zabaw nie jest już ani trochę zabawne. Nie mógł znieść tej myśli.
Dziadek dożył osiemdziesięciu dwóch lat i zmarł, gdy Bastian był na studiach. Dom Anieli i Adama Świątków z gospodarstwem, sadem i kawałkiem pola ostatecznie oddryfował z jego orbity. Mieszkał tam wuj Marian, który coraz częściej utyskiwał, że już nie ma zdrowia do biegania po obejściu i że chętnie przeniósłby się do kawalerki, bo jak tu mieszkać w takim domu. Aż wreszcie w zeszłym roku zwichnął staw biodrowy i kwestia przeprowadzki do miasta stała się paląca.
Familia zastygła w zamyśleniu, co robić – bo trzeba zachować, ale nie zmarnować. Tylko Bella się nie zastanawiała. Krótka peregrynacja po rodzinie, propozycja prosto z mostu, konkretnie, notarialnie, przelewem. Wuj i ciotka zgodzili się od razu. Matka Belli i Bastiana miała opory przed braniem pieniędzy od córki, która przy świątecznym stole wypaliła z powagą, że przecież i tak prędzej czy później je odziedziczy. Bastian obserwował w milczeniu swoją siedem lat starszą siostrę, tę obrotniejszą i na wiele innych sposobów pierwszą, szczerzącą zęby w uśmiechu rekina biznesu. I wybuch wymuszonej wesołości rodziców po tym oświadczeniu.
Wtedy do niego dotarło, że jemu nie należy się nic.
Nie żeby planował rzucić wszystko i wyjechać na wieś. Ale Raport Strzygonia był ciągle pod kreską, przydałby się każdy grosz. W rodzinie jednak o takich rzeczach się nie rozmawia. Chyba że jest się Bellą.
Pomyślał, że nie tylko mu się nie należało – właściwie mu nie zależało. To miejsce zawsze było ledwie pamiętaną wakacyjną scenerią, która dla chłopca z miasta stawała się a to Dzikim Zachodem, a to źródłem zatruć pokarmowych. Ale teraz, gdy cieciował na siostrzanych włościach, przychodziło mu czasem do głowy, że cała ta ziemia przesypała mu się przez palce.
Choć z początku propozycję siostry, by popilnował budowy, gdy ona wyjedzie na trzy miesiące do Stanów, uznał za absurdalną, to stopniowo wydawała mu się coraz lepszym pomysłem. Miałby gdzie mieszkać za darmo, nie musiałby wracać do rodziców ani nic wynajmować. A była to jedna z wielu rzeczy, na które nie starczało mu pieniędzy.
Wrócili z Gerardem na podjazd i zobaczyli, jak od strony miasteczka zbliża się czerwony motor.
– O, jedzie – mruknął Bastian, nagle straciwszy humor.
– Zła jest. – Gerard się skrzywił. Blizna na twarzy, mimo że blada i częściowo niknąca w krótkiej, starannie wypielęgnowanej brodzie, podzieliła jego policzek na dwie połówki.
– Skąd wiesz?
– Patrz, jak trzyma głowę. Ale przynajmniej jedzie szybciej niż pięćdziesiąt, a to już postęp.
Dziennikarz musiał przyznać, że to robi wrażenie. Zatrzymała basujący lekko motor pośrodku podwórza, oparła się nogami o ziemię i swobodnym ruchem zdjęła kask, a rude włosy rozsypały się jej na ramionach. Miała na sobie skórzaną pomarańczową kurtkę i obcisłe dżinsy, motocyklowe buty i rękawice. Przypomniał ją sobie sprzed kilku lat, gdy nabzdyczona ganiała po Podhalu w długiej spódnicy z indyjskiego sklepu.
Doktor Anna Serafin, pomyślał. No, no.
 
– Nie tak, Bastian, patrz, już się pali… – Złapała go za rękę i obróciła kolbę kukurydzy, która z jednej strony zrobiła się brązowa.
Wyrwał dłoń i upuścił szczypce. Zaklął. Odskoczyła.
– Wiolka, zajmij się czymś i nie wpieprzaj mi się, okej? – syknął. – Możesz na przykład nakryć. W każdym razie zejdź mi z oczu, dobrze?
Na czole Bastiana perliły się kropelki potu. Odłożył szczypce i wytarł ręce w spodnie.
– Chodź, rozstawimy stół – rzucił Gerard i ujął dziewczynę pod łokieć. Wiolka odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Anka miała wrażenie, że drżą jej ramiona.
– Co to było, Bastian? – zapytała. – Nie możesz jej tak traktować. Już na pierwszy rzut oka widać, że ona…
– Masz rację, Anka – przerwał jej, wzdychając. – Nie mogę jej tak traktować, bo tylko ona mi została.
Zajął się odwracaniem mięsa na grillu. Anka pomyślała, że rozumie. Jeśli zostałoby powiedziane wprost, że dawna koleżanka z redakcji „Flesza”, a dzisiaj jego prawa ręka w Raporcie Strzygonia kocha się w nim jak nastolatka, to nie mógłby dłużej udawać, że tak nie jest. I musiałby coś z tym zrobić, na co teraz nie miał ani siły, ani pomysłu.
– Myślałam, że walą do ciebie tłumy młodych dziennikarskich orłów – zauważyła. Wydał się wdzięczny za to, że Anka nie chce ciągnąć tematu. – Twój serwis, bo to już nie blog, to przecież zjawisko na tym zabetonowanym rynku medialnym.
– Tak, walą drzwiami i oknami, a potem są zdziwieni, że nie zarobią od razu na własny kwadrat w lofcie i że nie będą pisać słusznej publicystyki o Polsce – prychnął. – Zostają miesiąc, dwa i idą dalej, bo „to nie to, czego się spodziewali”.
– Jesteś sfrustrowany – stwierdziła raczej, niż zapytała Anka.
Nie odezwał się, co zabrzmiało jak potwierdzenie.
– Ale popatrz, ile osiągnąłeś. Zupełnie sam. Nie stoi za tobą żaden duży tytuł, żaden wielki wydawca nie szasta na ciebie pieniędzmi, żaden znajomy nie przewiózł cię na plecach. Możesz mieć własny głos…
– …którego i tak nikt nie usłyszy – dokończył za nią.
– To co, wolałbyś dalej pracować dla „Flesza” i gonić za sensacją?
– Anka, to ściema, że ludzie chcą być ciągle zaskakiwani. Ludzie oczekują, żeby mówić im to, co chcą usłyszeć. Należy im to uatrakcyjniać, żeby mieli wrażenie, że dostają coś nowego, ale w sprawdzonych, bezpiecznych ramach. Opowiadać tę samą historię, tylko trochę inaczej. Lekko, krótko, za to często. I wszyscy będą zadowoleni.
Obracała w dłoni kieliszek wina, który pocił się w upale.
– Publikowaliśmy reportaże interwencyjne, rzetelne do wyrzygania analizy ekonomiczne, demaskowaliśmy parówkowych skrytożerców w spółkach skarbu państwa, ale wiesz, co się do tej pory najlepiej nosiło? – Zawiesił głos. – Na święta Wiolka zrobiła klikadełko: celebryci składają życzenia swoim pupilom. Pani z telewizji z pieskiem. Trenerka fitness z papugą. Brakowało tylko prezesa z kotem.
– A tekst o Romach z Kamienia? – zapytała.
Tylko machnął ręką.
– No okej, to był ostatni raz, kiedy czułem, że robię coś ważnego. Dobra, zejdźmy ze mnie, pani doktor, koniec tej psychoanalizy – powiedział, wysilając się na lekki ton. – Lepiej mów, co ciebie budzi w nocy i nie daje ci zasnąć.
Anka, zamiast zbyć go banałem o habilitacji, profesorze albo studentach, zamyśliła się, patrząc w ogień. Wyglądała dziewczęco w sukience w kwiatki, z piegami na bladych ramionach i dekolcie, który już zaczynał różowieć od słońca.
– Czasem budzę się w nocy i wyobrażam sobie, że on się zabił. Że wracał ode mnie do Gliwic, był zmęczony albo trafił na jakiegoś idiotę, który nie popatrzył w lusterko. I zastanawiam się, czy zginie na miejscu, czy trzeba go będzie odłączyć od respiratora. Czy jego rodzice będą mnie obwiniać. Co zrobię z jego rzeczami… – Urwała i wypiła łyk wina.
Nie spodziewał się tego. Anka zwykle tak się przed nim nie odsłaniała.
– Ale się wam układa? – spytał. Miał wrażenie, że Gerard się zmienił, nawet wyglądał inaczej: rysy jego twarzy się wyostrzyły, jakby trochę schudł, nie tracąc tężyzny.
– Skończył studia, pracuje u ojca, więc jest ciężko – zaczęła Anka niechętnie. – Nie mamy dla siebie czasu, a kiedy Gert przyjeżdża, jest zmęczony, wściekły albo nakręcony na jakiś projekt. Będzie z niego taki sam pracoholik perfekcjonista jak z Huberta. Po pracy on potrzebuje wyciszenia, uspokojenia, a ja…
– A ty wręcz przeciwnie – dokończył Bastian.
– Wiem, powinnam go wspierać, ale to nie moja walka – westchnęła. – A ja sama też muszę mieć trochę…
– Adrenaliny? – wszedł jej w słowo Bastian. Popatrzyła na niego z wdzięcznością. – Jesteśmy ćpunami, Anka. Oboje jesteśmy uzależnieni.
– Po tej historii z Murzasichla poszłam na terapię, bo wszystkiego się bałam. Cztery razy o mało mnie nie zabili. Ale teraz… Zaczynam za tym tęsknić. Bo wtedy każdy kieliszek wina, każdy pocałunek, każda kromka z masłem smakują inaczej. Słońce mocniej świeci, świat się szybciej obraca. Krew żwawiej krąży.
– Czujesz, że żyjesz – rzucił.
Rozejrzał się. Dom, stodoła i rozgrzebany wykop pod basen z tyłu za ogrodem. Sad, po którym biegał jako dziecko, ślizgając się na zgniłkach. Samotna kępa drzew nad Breńką, która wydawała mu się kiedyś tak oddalona, że sam nigdy nie odważył się tam pójść na przełaj przez pola. Odkąd tu przyjechał, zastanawiał się, czy mógłby tak żyć.