Horror, jakiego doświadczała Afryka od lat sześćdziesiątych XX wieku, nigdy dotąd nie został w pełni opisany. Paul Kenyon przedstawia przejmujące losy afrykańskich krajów, w których po dekolonizacji do władzy doszli chciwi i bezlitośni despoci.


Ziemia dyktatorówParanoidalny prezydent Gwinei Równikowej, uznający Hitlera za zbawcę Afryki, prowadzi krwawą kampanię terroru przeciwko własnemu narodowi.

Oficer libijskiej armii, żyjący w namiocie z haremem żołnierek i kierujący swoim państwem jak rodzinnym interesem mafijnym.

Ascetyczny, nieprzekupny przywódca Erytrei, który zamienił kraj pogrążony w permanentnym stanie wojennym w państwo więzienie. 

Za tymi niesłychanymi historiami pełnymi pychy, przemocy i ekstrawagancji kryją się ciemne sekrety międzynarodowych koncernów i interesy zachodnich rządów. Nienasycony apetyt na czekoladę, ropę, diamenty i złoto sprawia, że świat przymyka oczy na łamanie praw człowieka przez nieprzygotowanych do sprawowania władzy ludzi.

Przywódców, którzy od lat rządzą Afryką żelazną ręką, lokując swoje zyski w paryskich rezydencjach i szwajcarskich bankach, a jednocześnie pozostawiając społeczeństwa w skrajnym ubóstwie.  

To historia grabienia całego kontynentu, która bezustannie trwa do dzisiaj.  

***

Horror, jakiego doświadczała Afryka od lat sześćdziesiątych XX wieku, nigdy dotąd nie został w pełni opisany. Tutaj jest wszystko dla tych, którzy chcieliby naprawdę wiedzieć, jakie to było straszne. 
Frederick Forsyth

Zapierająca dech w piersi relacja o tym, jak garstka ludzi zawładnęła kontynentem bogatych ziem i biednych narodów. Jak z dnia na dzień stawali się tyranami i zamieniali swoje kraje w okrutne kleptokracje. Jak grabiąc ich skarby, dorabiali się miliardowych fortun i żyli w niewyobrażalnym luksusie, podczas gdy zwykli obywatele często głodowali. Paul Kenyon, znakomity pisarz i reporter, jako świadek opowiada z barwnymi szczegółami o niezmiernej chciwości i współsprawstwie Zachodu. Dzieje rujnowania Afryki to również nasza historia.  
Michael Buerk

Paul Kenyon jest wielokrotnie nagradzanym brytyjskim dziennikarzem śledczym, producentem filmowym i dziennikarzem telewizyjnym. Pracuje jako korespondent dla BBC, relacjonując międzynarodowe konflikty, ze szczególnym uwzględnieniem kontynentu afrykańskiego. W 2009 roku został uhonorowany tytułem dziennikarza śledczego roku Royal Television Society za cykl filmów dokumentujących najniebezpieczniejszy szlak migracyjny przez Saharę. Jako pierwszy reporter obserwował w 2011 roku wojnę domową w Libii.  Jest też laureatem prestiżowej Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej.

Paul Kenyon
Ziemia dyktatorów. O ludziach, którzy ukradli Afrykę
Przekład: Joanna Gilewicz
Seria: Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 16 września 2019
 
 

Ziemia dyktatorów


Zimbabwe


(…)
Po śmierci pierwszej żony, Sally, siedemdziesięciodwuletni Robert Mugabe poślubił młodszą o czterdzieści jeden lat swoją byłą sekretarkę Grace. Zabrakło osoby, która potrafiła go łagodnie powstrzymać, delikatnym pociągnięciem za rękaw dając sygnał „nie” wobec jego najdzikszych pomysłów. Skończyły się domowe podwieczorki na werandzie przy herbacie i słodkim kremie. Na scenę wkroczyła księżniczka, która uważała, że należy jej się wszystko, czegokolwiek sobie zażyczy. Zawarcie małżeństwa Grace Mugabe z prezydentem w 1996 roku kontrolowane przez państwo gazety nazwały „ślubem stulecia”. Do Harare przybyło z całego świata sześć tysięcy gości, między innymi Nelson Mandela. Nie minęło wiele czasu, a pierwsza dama zaczęła wykorzystywać swoje stanowisko.
Jeszcze przed ślubem sam Mugabe jeździł po kraju, poszukując gruntów dla swojej przyszłej żony, która teraz przyłączyła się do tych oględzin. Pierwszego zakupu dokonała od chętnego sprzedawcy. Ale to jej nie wystarczyło. Grace zapragnęła największej w kraju farmy mlecznej i jej biały właściciel brutalną groźbą został zmuszony do ustąpienia. Dostał zapłatę, ale był to tylko ułamek ceny rynkowej. Grace Mugabe zaczęła wtedy odgrywać rolę mlecznej baronowej i przejmując inne gospodarstwa, stała się największą producentką mleka w kraju. Pojawili się zagraniczni klienci, którzy jednak musieli płacić gotówką, aby uniknąć skandalu, wywołanego przez jawne interesy z którymś z małżonków Mugabe, ponieważ oboje byli objęci międzynarodowymi sankcjami. W ostatnim czasie małżeństwo miało na własność dwanaście farm, ale Grace chciała jeszcze więcej, utwierdzana w swoich zamiarach przez służalczych gubernatorów. „Nie wystarcza już ziemi na wszystkie projekty, które pierwsza dama ma w zanadrzu – mówił gubernator Maszonalandu Centralnego, Martin Dinha. – Ktoś mógłby rzec, że jest chciwa […], ale my uważamy, że należy się jej więcej ziemi”18.
Jednocześnie pierwsza dama słynęła z kompulsywnych zakupów za granicą i potrzebowała miejsca na przechowywanie długich rzędów butów oraz torebek Gucci. Kiedy znudził ją jej pierwszy pałac, zwany Gracelands, sprzedała go pułkownikowi Muammarowi Kaddafiemu. Libijski przywódca wykorzystywał kilka przedsiębiorstw w Zimbabwe do prania pieniędzy, ukrywając w nich część swojej dwustumiliardowej fortuny. Gracelands zakupił w 2002 roku i wielu ludzi przypuszczało, że chciał się tam schronić podczas wojny domowej w Libii. Mugabe niewątpliwie zaoferowałby mu azyl. Już wcześniej przyjął etiopskiego tyrana Mengistu Hajle Mariama, który uciekł ze swojego kraju w 1991 roku i żyje dotąd na farmie w pobliżu Harare.
Po przekazaniu Gracelands w ręce Libijczyków (obecnie znajduje się tam libijska ambasada) Grace Mugabe rozpoczęła budowę posiadłości „pod granatowym dachem” na zielonym przedmieściu Harare, Borrowdale. Nazwa pałacu pochodzi od charakterystycznego koloru dachówki, przypominającego nocne niebo. To wszystko, co mogli zobaczyć przechodnie, bo reszta wielkiej budowli pozostawała ukryta. Nie było żadnych fotografii. Mugabe, zawsze stroniący od towarzystwa, rzadko zapraszał gości. Według krążących pogłosek była to posiadłość warta 10 milionów dolarów z dwoma jeziorami, basenami, wannami w podłodze wykutymi we włoskim marmurze, strzegącymi wrót chińskimi smokami z brązu i skomplikowanym systemem wykrywaczy gazu, umieszczonych wzdłuż obrzeża 25-hektarowego terenu na wypadek ataku przy użyciu broni chemicznej.
Pytania o pochodzenie środków finansowych na ten cel zdawały się sprawiać Mugabemu więcej kłopotu niż te dotyczące masakr w Matabelelandzie. Najwyraźniej trudno było mu się pogodzić z myślą, że „granatowy dach” może być niezgodny z jego socjalistyczną retoryką. Znaleźli się jednak młodzi urzędnicy, którzy wymyślili odpowiednią historię. „Granatowy dach – tłumaczyli – został opłacony z darowizn bogatych stronników oraz z funduszów ZANU-PF w dowód uznania za długoletnią służbę”. Nawet jeśli to była prawda, i tak wszystko pochodziło z jednego koszyka. „Bogaci stronnicy” to kolesie, których Mugabe nagradzał nielegalnymi dochodami z trzech źródeł grabieży: zawłaszczania ziemi, wydobycia minerałów w Kongu i pól diamentowych w Marange. Gdy para prezydencka meblowała „pałac pod granatowym dachem” francuskimi antykami, reszta kraju doświadczała największego kryzysu finansowego w dziejach Afryki.

Na początku 2008 roku stopa inflacji w skali roku wynosiła w Zimbabwe 100 580,16 procent. Popatrzmy teraz w zbliżeniu kamery na przedmieście Mabvuku, 17 kilometrów od centrum Harare: schludne, kryte blachą domy, po dwa pomieszczenia na rodzinę, ogródki – niektóre z trawnikiem – wiaty dla samochodów, asfaltowe drogi. Jest bieżąca woda i prąd, choć akurat jedno i drugie zostało czasowo wyłączone. Gruz z zakładu fryzjerskiego zagradza częściowo główną ulicę, to skutek interwencji ekip porządkowych, które z polecenia Mugabego karzą w ten sposób firmy działające bez zezwolenia. Na przystanku autobusowym stoi nauczyciel, zakrywając dłonią usta z powodu nieczystości wylewających się na ulicę. Panuje cholera, trzeba zachować ostrożność. Omijając śmieci i odchody, wskakuje do autobusu. Zdążył już przywyknąć. Wielkość jego zarobków wydaje się astronomiczną sumą, bo wynosi rocznie aż 400 milionów dolarów Zimbabwe, ale to z trudem wystarcza na tygodniowe wydatki. Właśnie otrzymał pensję za marzec i musi znaleźć handlarza walutą, najlepiej takiego, który oferuje dolary amerykańskie. W drodze do miasta mija targowisko. Ludzie w panice wykupują kukurydzę i mąkę, ładują je workami do furgonetek. Żona prosiła, by kupił chleb, lecz okazuje się, że bochenek kosztuje 10 milionów dolarów Zimbabwe. Próbuje negocjować, obserwowany przez grupę mężczyzn z klasy średniej, którzy czatują na okazję jak banda rzezimieszków. Jeśli dobije targu, rzucą się i będą próbowali wykupić wszystko, co jest na straganie, aby sprzedać z natychmiastowym zyskiem. Wszyscy spekulują żywnością.
Znajduje handlarza walutą w miejscowym banku – jest nim sam dyrektor, który nielegalne transakcje załatwia obok oficjalnych. Tym razem jednak nic nie zostało. Klienci pozwozili na taczkach całe pakiety banknotów, by dostać za nie po kilka dolarów. Nauczyciel daje za wygraną i wraca do domu.
Zanim dojdzie do przystanku, ceny biletów autobusowych wzrosną czterokrotnie. Nie stać go na taki wydatek, więc idzie pieszo. Po ulicach fruwają z wiatrem bezwartościowe banknoty. W dawnych czasach mógł się zatrzymać na piwo, ale teraz butelka kosztuje 120 milionów dolarów Zimbabwe. Drukarnie nie mogą nadążyć z produkcją pieniędzy. Po ostatniej denominacji wypuszczono banknot wartości 100 bilionów dolarów Zimbabwe, a odpowiada to tylko 30 dolarom amerykańskim.
Pod koniec 2008 roku poddały się nawet wytwórnie papierów wartościowych. Inflacja wynosiła w procentach 89 z dwudziestoma trzema zerami. Jaki byłby lepszy czas na wybory prezydenckie?

Morgan Tsvangirai miał podbite prawe oko, a po boku głowy zeszytą głęboką ranę. Na trzęsącej się platformie ciężarówki jechało wraz z nim pięćdziesięcioro członków Ruchu na rzecz Demokratycznej Zmiany (MDC), śpiewając pieśni protestu przeciwko reżimowi Mugabego. Kobiety miały sińce na nogach. Mężczyźni leżeli w zakrwawionych szmatach, niektórzy półprzytomni. Kiedy ciężarówka zatrzymała się przed budynkiem sądu w Harare, pochód rannych i pobitych powoli ruszył ku wejściu. Tsvangirai szedł z tyłu, słaniając się na nogach. To byli oskarżeni. Zarzucano im przestępstwo polegające na uczestnictwie w zgromadzeniu politycznym.
W rzeczywistości było to spotkanie modlitewne, które zakłóciła policja Mugabego, wkraczając z bronią palną i żelaznymi prętami. Prezydent tłumaczył później, że jego funkcjonariusze zostali zaatakowani i po prostu się bronili, nie mógł jednak udowodnić, że któryś z nich odniósł jakiekolwiek obrażenia, gdy tymczasem jeden z uczestników zginął od kuli.
Dla Tsvangiraia nie było to nic nowego. Już trzykrotnie oskarżano go o zdradę i regularnie bito. Pewnego dnia do jego biura wtargnęło kilku mężczyzn, którzy uderzyli go w głowę żelaznym prętem i próbowali wyrzucić przez okno. Podczas gdy napaści na jego zwolenników, nie wyłączając tortur i zabójstw, były na porządku dziennym, przez większość roku 2007 Tsvangirai starał się uczynić MDC sprawnie działającą organizacją.
Wybory prezydenckie wyznaczono na marzec 2008 roku, a walka zapowiadała się na bardziej wyrównaną niż kiedykolwiek od czasu uzyskania niepodległości. Problemem urzędującego prezydenta była hiperinflacja. Mugabe już dawno połączył finanse ZANU-PF z kasą państwową, co oznaczało opłacanie jego machinacji wyborczych z podatków publicznych. Teraz jednak, mimo przypływu gotówki z diamentów w Marange, jego partia była niemal równie biedna jak MDC. Po dwudziestu ośmiu latach prezydentury z kulejącą gospodarką i osiemdziesięcioprocentowym bezrobociem nawet prywatne sondaże wyborcze Mugabego wskazywały na najniższe poparcie w dotychczasowej historii jego rządów. Nie miał jednak zamiaru dać się pokonać przez coś tak uprzykrzonego jak opinia publiczna.
Zorganizowano akcję rekrutacyjną, która miała zapewnić zwolennikom ZANU-PF funkcje w służbie publicznej. Nie wymagano żadnych kwalifikacji, ponieważ nie oczekiwano też żadnej pracy. Były to „stanowiska-widma” istniejące tylko na papierze. Proceder ten uprawiano na dużą skalę i systematycznie. Spośród 188 000 pracowników służby cywilnej, jak później stwierdziła komisja śledcza, 75 273 to tak zwane widma19. Prawie połowę aparatu państwowego Zimbabwe tworzyły martwe dusze.
Następnym krokiem Mugabego było pozbawienie prawa do głosowania uchodźców z Zimbabwe. W większości państw głosujący emigranci mają niewielki wpływ na wynik krajowych wyborów, ale setki tysięcy zwolenników opozycji, którzy zbiegli przed rządowymi szykanami, to czynnik, który może odegrać decydującą rolę. Trzy miliony obywateli Zimbabwe mieszkały za granicą, była to prawie jedna czwarta populacji. Wydawało się oczywiste, że większość z nich popiera MDC.
Do tego dochodziła kwestia żywności. Zimbabwe było skazane na pomoc żywnościową, dostarczaną głównie z Wielkiej Brytanii. Dystrybucją kierował rząd. Innymi słowy, od ZANU-PF zależało, do kogo trafią dostawy. W miesiącach poprzedzających wybory pojawiły się naciski na Tsvangiraia, ze strony własnych doradców, aby zbojkotować głosowanie w proteście przeciwko oszustwom i przemocy, jakie z pewnością wywoła kampania. Ich argumenty brzmiały rozsądnie. W żadnych wyborach pod rządami Mugabego nie mógł wygrać nikt inny niż on sam. Ale tym razem przywódca miał wyjątkowo słabe poparcie i nigdy jeszcze nie było tak dużej szansy, by go pokonać. Tsvangirai zdecydował po namyśle, że walkę należy kontynuować.
Nadszedł dzień wyborów, straszliwie gorący i pełen nadziei. Przypadków przemocy było mniej niż normalnie, ale kolejki w wielu zorganizowanych przez władze lokalach wyborczych posuwały się niemiłosiernie wolno. Do godzin południowych prawie nie ruszyły z miejsca. W miastach garnizonowych, gdzie przeważały wpływy ZANU-PF, procedura wyborcza wydawała się znacznie efektywniejsza. Do wieczora, gdy zamykano lokale wyborcze, oddali głos wszyscy, którzy zamierzali to zrobić. W miastach niegarnizonowych setki tysięcy chętnych odprawiono z niczym.
Upłynęły trzy dni, zanim Komisja Wyborcza zaczęła ogłaszać wyniki, zaczynając od wyborów parlamentarnych, które odbywały się w tym samym terminie. Wiadomości dawkowano przez czterdzieści osiem godzin, jakby nie mając odwagi podać wszystkich naraz. Były ku temu dobre powody. Sekretarz generalny MDC, opracowujący wyniki własnej partii, wyliczył, że Tsvangirai uzyskał wyraźną przewagę i podał tę informację do prasy. Natychmiast oskarżono go o zdradę.
Komisja Wyborcza zamilkła. Przez trzy tygodnie domyślano się, że Mugabe musiał otrzymać mniej niż pięćdziesiąt procent głosów wymaganych do pełnej wygranej i teraz gorączkowo zastanawia się nad następnym posunięciem. A może nawet Tsvangirai odniósł bezwarunkowe zwycięstwo. Ciągle jeszcze bez wyników ruszyła fala przemocy.
Zwolenników MDC na wsiach napadano i mordowano, palono ich domy. Tysiące uciekały z prowincji, by znaleźć schronienie u przyjaciół w miastach. Pewna grupa urządziła sobie obóz na terenie siedziby MDC w Harare. Wkrótce został zniszczony.
Policja wkroczyła do biur MDC i jedynej organizacji pozarządowej, która przeprowadziła własną analizę rozkładu głosów. Roztrzaskano komputery, zniszczono twarde dyski, a wraz z nimi wszelkie dowody, które mogłyby przeczyć ustaleniom Komisji Wyborczej. Drugiego maja, pięć tygodni po głosowaniu, ludzie włączyli odbiorniki, by poznać wynik. Tłumy gromadziły się przed publicznymi telewizorami w przydrożnych barach, wieśniacy kucali na ziemi wokół radioodbiorników na baterie.
Zwyciężył Morgan Tsvangirai. Nie przekroczył jednak bariery 50 procent, która zapewniłaby mu prezydenturę. Przy wyniku 47,9 procent dla Tsvangiraia i upokarzających 43,2 procent dla Mugabego zapowiedziano drugą turę wyborów.
Wybuch przemocy, jaki wówczas nastąpił, nie miał precedensu w kampanii wyborczej. Gromady młodzieży z ZANU-PF napadały na szkoły, nauczycieli zmuszano, by się kładli na podłodze, i chłostano ich po pośladkach. Nękano białe rodziny, nazywane „brytyjskimi marionetkami”. Pewne starsze małżeństwo zostało zmuszone do opuszczenia farmy w ciągu dwóch minut. Bandyci kopali mężczyznę po głowie, a jego żonę pobito do nieprzytomności. Na wsiach młodzi z ZANU-PF dopuszczali się bestialskich wybryków, na oczach przerażonych rodzin systematycznie gwałcili kobiety, które uważano za zwolenniczki MDC. Dziesiątki tysięcy ludzi uciekało z miejsc zamieszkania. Nawet gdyby zbiegowie odważyli się głosować, nie zostaliby dopuszczeni, ponieważ byli bezdomni i nie mieli dokumentów tożsamości.
Nie stwarzano nawet pozorów cywilizowanej kampanii. „Liczymy, że każdy Zimbabwejczyk nie tylko weźmie udział w wyborach, ale odda głos na Roberta Mugabe – oznajmił przywódca weteranów wojskowych. – Ludzie powinni wiedzieć, że żaden głos nie jest już tajemnicą, lecz odpowiedzialność spoczywa w rękach każdego pod groźbą śmierci”20.
Aby oszczędzić życie swoich wyborców, Morgan Tsvangirai uznał, że nie pozostaje mu nic innego, jak się wycofać. Mugabe zwyciężył, nie mając konkurenta.

Śmigłowiec obniżył lot, wzbijając piaszczysty tuman. Ludzie przypadli do ziemi i osłaniali twarze przed pomarańczowym pyłem. Był wczesny ranek 27 października 2008 roku, sześć miesięcy po ogłoszeniu wyników wyborów. Na polach diamentowych Marange uwijały się tysiące półnagich kopaczy. Ludzie sądzili, że helikopter sygnalizuje przybycie bogatych nabywców, agentów reprezentujących jakiegoś ministra lub zagranicznych biznesmenów. Niektórzy znajdowali się akurat pod ziemią, w płytkich tunelach, gdy otwarto ogień z broni maszynowej. Kopacze rozbiegli się na wszystkie strony. Znad gór nadleciało więcej helikopterów, których załogi strzelały na oślep. Z ziemi wspierało ich ponad 800 żołnierzy. Za każdym razem, gdy ktoś padał trafiony, przetrząsali mu kieszenie w poszukiwaniu diamentów i strzelali dalej.
Podczas wyborów, gdy los Mugabego zawisł na włosku, tylko armia stanęła pomiędzy nim a zbuntowanym narodem. Nigdy jeszcze jego pozycja nie była tak zagrożona, a teraz nagradzał wojsko za okazaną lojalność.
Żołnierze przejęli diamentowe pola. Zastąpili własnymi policyjne syndykaty i objeżdżali Marange, aby się upewnić, że sukcesorzy jednostek frontowych mają szansę na zysk. Zamiast dzielić się diamentami z tymi, którzy je wydobywali, wprowadzili system pracy przymusowej. Opornych bili, a nawet rozstrzeliwali. Z czasem żołnierze przekonali się, że łatwiej poradzić sobie z dziećmi niż z dorosłymi. Porwali więc i zmusili do kopania diamentów kilkuset nieletnich. Ponieważ szkoły na tym terenie od dawna nie działały, także nauczycieli zagnali do pracy.
Większość systemu nielegalnej dystrybucji pozostała w tych samych rękach, największe dochody czerpali wierni sprzymierzeńcy Mugabego, a diamenty przemycano do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Indii, Izraela, Konga i Republiki Południowej Afryki, łamiąc ustalenia KPCS. Obok tego istniał system legalnych przedsięwzięć wydobywczych, realizowanych przez międzynarodowe koncerny, które prawa do eksploatacji złóż nabyły na aukcjach organizowanych przez władze Zimbabwe. Chcąc nie chcąc, większość z nich godziła się ostatecznie na współpracę z firmami kierowanymi przez ZANU-PF.
Nie inaczej niż w Kongu kluczowe i najbardziej intratne stanowiska w przemyśle wydobywczym zajmowali wyżsi oficerowie. Motorem ich interesów była spółka handlowa pod nazwą Przemysł Obronny Zimbabwe (ZDI), która jednak nie kooperowała już z Kinszasą. Mugabe zwrócił się teraz w stronę Chin. Pieniądze, personel i sprzęt napływały do Marange z Szanghaju, w przeciwnym kierunku wysyłano nieprzeliczone miliony karatów.
Najbardziej pożądanym stanowiskiem w kraju była funkcja strażnika Marange, która wchodziła w zakres obowiązków ministra górnictwa. Piastujący ten urząd Obert Mpofu z dnia na dzień stał się niezmiernie i podejrzanie bogaty. Nie potrafił wyjaśnić, w jaki sposób mu się udało z ministerialnej pensji kupić tor wyścigowy Ascot i kasyno w Bulawayo, domki safari przy Wodospadach Wiktorii, farmy i lokale użytkowe, wydawnictwo prasowe, a nawet bank. Wkrótce został jednym z pięciu największych posiadaczy ziemskich w Zimbabwe i zaczął się nazywać królem Matabelelandu21.
Szacuje się, że wartość diamentów zrabowanych w okresie, gdy Mpofu był ministrem, wynosiła 2 miliardy dolarów amerykańskich22. Nie wlicza się w to straconych dla kraju dochodów z wydobycia w postaci podatków i innych opłat. Sam Robert Mugabe ocenił je na 13 miliardów dolarów amerykańskich, co dla Zimbabwe stanowi równowartość dochodu narodowego brutto.

„Granatowe dachy” błyszczały na tle bezchmurnego nieba nad Harare. Był 1 marca 2014 roku, miesiąc po dziewięćdziesiątych urodzinach Mugabego, który właśnie podejmował gości w swoim domu podczas pełnej przepychu ceremonii zaślubin jedynej córki Bony. Pomiędzy pagodami i tarasami rozstawiono ogromne namioty z białego jedwabiu. Goście zajechali kuloodpornymi rolls-royce’ami i mercedesami. Mugabe stał dumnie, sącząc herbatę – rzadko sięgał po alkohol – i gładząc klapy marynarki. Nie było po nim widać żadnej słabości, gdy ściskał dłonie i pozował do zdjęć na tle posrebrzanych drzew ozdobionych fioletowymi storczykami. Odpowiednie służby zadbały, by wszystkie telefony zostały wyłączone i nie wydostały się stąd żadne fotografie posiadłości. Po trzydziestu czterech latach grabieży i bezlitosnych czystek etnicznych dla Mugabego nadal sprawą drażliwą pozostały środki na sfinansowanie „granatowych dachów”. „Możecie przypomnieć – podpowiadał jeden z doradców prezydenta nielicznym dziennikarzom przy wejściu – że ziemię, na której postawiono dom, kupiła partia ZANU-PF dla swojego przywódcy, z kasy państwowej nie wydano ani centa”. Nikogo to nie obchodziło. Poza granicami wspaniałego domu w chińskim stylu średnia pensja wynosiła mniej niż w czasach, gdy Mugabe doszedł do władzy – 50 dolarów amerykańskich miesięcznie. Znany międzynarodowy think-tank ogłosił niedawno, że trzeba 190 lat, aby pensje w Zimbabwe dorównały zarobkom w innych krajach afrykańskich.
Kolejka VIP-ów czekających na uścisk dłoni Mugabego była długa. Jako jeden z pierwszych stał w szeregu emeryt w okularach, ubrany nienagannie w stalowy garnitur i liliowy krawat. Pewnym ruchem uścisnął dłoń Mugabego i z półuśmiechem zwrócił się w stronę kamery. Obaj sprawowali władzę mniej więcej od tego samego czasu. Był to afrykański dyktator Teodoro Obiang Nguema, prezydent Gwinei Równikowej, który zwykle otaczał się uzbrojoną strażą. Rodzina Obianga zamordowała kilka tysięcy ludzi więcej niż Mugabe, a jego kradzieże zasobów państwowych miały również inną skalę, choć była to ropa naftowa, nie diamenty. Po królewsku skinął głową gospodarzowi przyjęcia i dał się odprowadzić przez swoją asystę.
Podchodzili miliardowi biznesmeni, magnaci górniczy, głowy państw Konga i Ghany. Gdzieś w jedwabnym namiocie był następca Mugabego.
Przybył Emmerson „Krokodyl” Mnangagwa, główny strateg Mugabego podczas operacji grabieży diamentów w Kongo i jego najlojalniejszy sojusznik. Były szef wywiadu miał poważny, nieprzenikniony wyraz twarzy i zdawał się czuć nieswojo na przyjęciu. To właśnie Mnangagwa dopilnował krwawego zwycięstwa Mugabego nad Morganem Tsvangiraiem w wyborach 2008 roku, za co, jak opowiadał przyjaciołom, Mugabe obiecał mu prezydenturę, gdy sam przejdzie w stan spoczynku.
Obok, na białej skórzanej sofie siedziała promienna Grace Mugabe. Ona też cieszyła się pewną obietnicą. Dziewięćdziesięcioletni małżonek powiedział jej, że będzie rządził zza grobu, przekazując wszystkie instrukcje za jej pośrednictwem. To ją – zapewnił – chciałby widzieć w roli prezydenta, co jeden z przeciwników określił jako „zamach stanu na mocy aktu małżeństwa”.
Z Mnangagwą wymienili pozdrowienia jak rodzeństwo, a nie rywale, częstowali się wzajemnie kanapkami i szampanem. Oboje jednak wiedzieli, że walka o władzę, która nastąpi niebawem, rozegra się pomiędzy nimi i nikim więcej. Mnangagwa mógł polegać na wpływowych weteranach wojennych i dowódcach armii z czasów wojen wyzwoleńczych. Grace mogła liczyć na poparcie nowej elity ze świata biznesu, ale tylko dzięki łapówkom płaconym przez jej męża. Mnangagwa czekał i przestrzegał reguł gry. Wkrótce po weselu otrzymał nominację na wiceprezydenta. Ciągle jeszcze potrzebował życzliwości Mugabego. Ale tylko do czasu.
W listopadzie 2017 roku Mugabe się przeliczył i popełnił fatalny błąd. Zdymisjonował Mnangagwę, aby otworzyć Grace drogę do sukcesji. Mnangagwa i jego sojusznicy tylko na to czekali.
W wieku dziewięćdziesięciu trzech lat Robert Mugabe nagle stał się więźniem w „granatowych dachach”, otoczony przez oddziały wojskowe lojalne wobec Mnangagwy. Starzec nie mógł się zdecydować na wybór następcy, jakby wręcz nie wierzył we własną śmiertelność. Mnangagwa czekał wystarczająco długo.