Świat mrocznego, osiemnastowiecznego Paryża u schyłku ancien regime’u, w którym przeplatają się kryminalne śledztwa i polityczne intrygi. Nicolas Le Floch z każdym krokiem udowadnia, że jest godnym prekursorem Sherlocka Holmesa i Julesa Maigreta.


Tajemnica Białych PłaszczyRok 1761. Młody Nicolas Le Floch opuszcza rodzinną Bretanię i dzięki wstawiennictwu protektora zaciąga się na służbę u pana de Sartine’a – szefa policji odpowiedzialnego za prowadzenie tajnych misji na zlecenie samego króla, Ludwika XV.

Młody śledczy bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że paryskim półświatkiem rządzą hazard, rozpusta i kradzież, a on sam będzie musiał stawić czoła najgorszym okrucieństwom i brutalnym spiskom. W niedługim czasie Nicolasowi powierzone zostanie dochodzenie w sprawie tajemniczego morderstwa przy ulicy Białych Płaszczy. By rozwiązać zagadkę, Le Floch będzie musiał ujawnić zepsucie toczące najwyższe kręgi władzy.

Jean-François Parot – francuski dyplomata, specjalista zajmujący się historią XVIII wieku. Przez lata był szefem konsulatu w Sajgonie, pracował również w Ambasadzie Francji w Tunezji i pełnił funkcję ambasadora w Gwinei Bissau. Mieszka w Bretanii. Pisarską sławę przyniósł mu cykl kryminałów historycznych o przygodach Nicolasa le Flocha, młodego śledczego. Na podstawie powieści nakręcono serial pod tytułem “Nicolas Le Floch”.

Jean-François Parot
Tajemnica Białych Płaszczy
Przekład: Adam Aduszkiewicz, Elżbieta Aduszkiewicz
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 14 sierpnia 2019
 
 

Tajemnica Białych Płaszczy


WYSTĘPUJĄ

NICOLAS LE FLOCH – prowadzący śledztwo zlecone przez szefa policji Paryża
KANONIK FRANÇOIS LE FLOCH – opiekun Nicolasa Le Flocha
JOSÉPHINE PELVEN – gosposia kanonika Le Flocha
MARQUIS LOUIS DE RANREUIL – ojciec chrzestny Nicolasa Le Flocha
ISABELLE DE RANREUIL – córka markiza
PAN DE SARTINE – szef policji Paryża
PAN DE LA BORDE – pierwszy kamerdyner króla
GUILLAUME LARDIN – komisarz policji
PIERRE BOURDEAU – inspektor policji
LOUISE LARDIN – druga żona komisarza Lardina
MARIE LARDIN – córka z pierwszego małżeństwa komisarza Lardina
CATHERINE GAUSS – kucharka państwa Lardin, dawniej prowadziła kantynę
HENRI DESCART – lekarz
GUILLAUME SEMACGUS – chirurg wojskowy służący w marynarce wojennej
SAINT-LOUIS – dawny czarny niewolnik, służący Semacgusa
AWA – partnerka Saint-Louisa, kucharka Semacgusa
PIERRE PIGNEAU – kleryk
AIMÉ DE NOBLECOURT – dawny prokurator
OJCIEC GRÉGOIRE – aptekarz klasztoru karmelitów bosych
PAULETA – właścicielka domu uciech
SATINA – prostytutka
BRICART – były żołnierz
RAPACE – były rzeźnik
STARA ÉMILIE – była prostytutka, handlarka zupą
MISTRZ VACHON – krawiec
KOMISARZ CAMUSOT – szef wydziału policji do spraw hazardu
MAUVAL – poplecznik komisarza Camusot
WUJEK MARIE – woźny w Châtelet
TIREPOT – informator
CHARLES HENRI SANSON – kat
RABOUINE – informator policji

PROLOG

Prudens futuri temporis exitum
Caliginosa nocte premit Deus…
Bóg roztropnie skrywa wszystko,
co ma nadejść w mrokach nocy…

Horacy1

W piątkową noc 2 lutego 1761 roku drogą prowadzącą z la Courtille do la Vilette mozolnie toczył się wóz. Dzień był ponury, a gdy zapadł zmrok, ciężkie chmury nagle się rozerwały, zsyłając deszcz i zamieć. Gdyby komuś przyszła do głowy mało prawdopodobna myśl, żeby nadzorować tę drogę, dostrzegłby ciągnięty przez wychudzonego konia wóz. Na koźle siedziało dwóch wpatrujących się w mrok mężczyzn w pelerynach, których poły do połowy oświetlał blask kiepskiej latarni. Koń ślizgał się po namokniętej powierzchni i co dziesięć sążni stawał. Dwie beczki wstrząsane nierównościami kolein uderzały głucho o siebie.
Ostatnie domy przedmieść zniknęły, a wraz z nimi nieliczne światła. Deszcz ustał, a zza dwóch obłoków wyszedł księżyc, rzucając wątłe promienie na pogrążoną w nieogarnionych masach mgły wieś. Po obu stronach drogi wznosiły się teraz porośnięte jeżynami wzgórza. Koń od jakiegoś już czasu pochylał rytmicznie głowę i nerwowo pociągał za wodze. W zimnym powietrzu nocy unosił się lepki zapach, którego mdła natarczywość wkrótce miała ustąpić miejsca potwornemu fetorowi. Dwa cienie narzuciły sobie płaszcze na twarze. Koń zatrzymał się, wydał z siebie zduszone rżenie i szeroko rozwierał nozdrza, starając się zidentyfikować odrażającą falę. Ponaglany uderzeniami bicza, odmawiał ruszenia z miejsca.
– Mam wrażenie, że ta chabeta nam zdechnie! – krzyknął niejaki Rapace. – Na pewno czuje mięso. Złaź, Bricart, weź ją za uzdę i wyciągnij nas stąd!
– Widziałem już coś takiego pod Bassignano w 1745, gdy służyłem w Royal Dauphin wraz z ojcem Chevertem. Zwierzęta, które ciągnęły działa, nie chciały iść dalej z powodu trupów. To było we wrześniu, było ciepło i muchy…
– Daj spokój, znamy twoje kampanie. Odwróć bydlakowi pysk i pospiesz się. Patrz, jaki krnąbrny! – wykrzyknął mężczyzna, uderzając dwukrotnie w kościsty zad.
Bricart burknął i skoczył na dół. Dotknął ziemi i zapadł się w nią tak, że aż musiał obiema rękami wyciągnąć z błota drewniany kołek, którym kończyła się jego prawa noga. Podszedł do rozszalałego zwierzęcia, które po raz ostatni próbowało okazać sprzeciw. Chwycił za uzdę, ale koń rozpaczliwym gestem machnął głową, uderzając mężczyznę w bark. Ten padł jak długi, znów wypluwając z siebie wiadro potwornych przekleństw.
– Za nic nie chce ruszyć. Trzeba będzie tutaj rozładować. Nie jesteśmy chyba daleko.
– Przez to błoto nie mogę ci pomóc; ta pieprzona noga mi nawala.
– Ściągnę beczki i potoczymy je dalej do rowu – powiedział Rapace. – Raz-dwa i będzie po wszystkim. Trzymaj konia, pójdę rozpoznać teren.
– Nie zostawiaj mnie – jęknął Bricart – nie podoba mi się to miejsce. To prawda, że tutaj wieszano trupy?
Masował chorą nogę.
– Patrzcie go, i to były żołnierz! Będziesz gadał, jak skończymy! Pójdziemy do knajpy u Marty. Stawiam butelkę guinguet, a do tego ulicznicę, jeśli ci w duszy zagra! Twój dziadek jeszcze się nie urodził, kiedy tutaj już nie wieszano. Teraz leży tu padlina z miasta i okolic. Dawniej padłe zwierzęta ćwiartowano w Javel, a teraz w Montfoucon. Nie czujesz smrodu? Latem, gdy idzie na burzę, to w samym Paryżu wierci w nosie aż do Tuileries!
– To prawda, tak śmierdzi, że czuję, jakby coś tu było – wymamrotał Bricart.
– Zamknij się. To szczury, kruki i kocury tłuste aż strach. Cała ta swołocz wyrywa sobie ścierwo. Nawet nędzarze przychodzą tutaj wykroić sobie coś, co mogą włożyć do garnka. Na samą myśl robi mi się sucho w gardle. Gdzie schowałeś dzbanek? Ach, tu jest.
Rapace pociągnął kilka długich łyków, zanim podał dzbanek Bricartowi, który łapczywie wypił do dna. Nagle usłyszeli kilka ostrych pisków.
– O choroba, szczury! Dość gadania, bierz latarnię i zostań przy mnie, poświecisz mi. Ja biorę siekierę i bicz: możemy je spotkać, nie mówiąc o tym, że przewidujemy coś rozbijać…
Mężczyźni poszli ostrożnie w stronę budynków, które właśnie ukazały się w blasku latarni.
– Nie nazywam się Rapace, jeśli to nie jest miejsce ćwiartowania padłych zwierząt i zbiorników na łój. Rowy z wapnem są trochę dalej. Zgniłe mięso wysokie jak wały, ciągnie się na całe sążnie, słowo daję.
Kilka kroków dalej jakiś przycupnięty za zwierzęcym truchłem cień, zaalarmowany światełkiem latarni, w chwili gdy usłyszał rżenie konia i przekleństwa mężczyzn, przerwał pracę, którą był zajęty. Zadrżał, w pierwszym momencie pomyślawszy, że to ludzie ze straży. Na rozkaz króla i szefa policji patrole chodziły coraz częściej, chcąc wyłapać dręczonych głodem nieszczęśników, którzy walczyli ze ścierwojadami o kilka kęsów z uczty.
Przykucnięta zjawa okazała się starą kobietą w łachmanach. Znała lepsze czasy i dawno, dawno temu, w okresie swej świetności, była zapraszana na kolacje do Regenta. Młodość minęła, a piękna Émilie popadła w najpodlejszą z możliwych form prostytucji – w portach, na rogatkach, ale nawet to nie trwało długo.
Chora, zeszpecona, sprzedawała z kociołka na kółkach wstrętną zupę przyrządzaną z czego się da, głównie z kawałków wykradzionych w Montfaucon, ryzykując zepsucie swojego biznesu i zarażenie miasta i przedmieścia. Widziała, jak obaj mężczyźni wyładowali beczki, przetoczyli je, a następnie wylali zawartość na ziemię. Tłumiąc walenie serca, przez które nie mogła usłyszeć, o czym mówiono w centrum krzątaniny, której znaczenia nie śmiała rozumieć, stara Émilie wytrzeszczała oczy, żeby zidentyfikować dwa mroczne kształty – czerwone, jak jej się wydawało – leżące teraz blisko budynku ze zbiornikami na łój. Niestety, światło latarni było słabe, a fale zamieci przygaszały ogień.
Starą, która nie zdawała sobie sprawy z tego, co widziała, nawet nie śmiała sobie niczego wyobrazić, sparaliżowaną nieokreślonym strachem spotęgowanym nierozumieniem haniebnego, jak przeczuwała, spektaklu, dręczyła jednak ciekawość.
Teraz jeden z dwóch mężczyzn rozkładał na ziemi coś, co przypominało ubranie. Krzesano ogień i wytrysnęło światło, krótkie i wyraźne. Potem było słychać suchy trzask. Kobieta wtopiła się jeszcze bardziej w ścierwo, którego gryzących wyziewów nawet nie czuła. Z wstrzymywanym oddechem, dławiona nieznanym przerażeniem, ze zmrożoną w żyłach krwią, nic więcej nie dostrzegała poza coraz większym blaskiem. Wreszcie, tracąc przytomność, osunęła się na ziemię.
Wokół dawnej katowskiej szubienicy znów nastała cisza. Słychać było oddalający się wóz, unoszący ze sobą stłumione echo słów. Zapanowała ciemność i szalejący pośród burzy wicher. To, co pozostało na ziemi, zaczynało powoli żyć własnym życiem. Wydawało się falować, jakby pożerane od wewnątrz. Słychać było krótkie piski. Ruszyły walki. Jeszcze przed świtem, tuż przed nadejściem stada psów, przyfrunęły wielkie, przebudzone kruki…

1 – Wszędzie tam, gdzie nie zaznaczono inaczej, przekład własny z francuskiego. Wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczy.

I. Dwie podróże

„Paryż jest pełen miłośników przygód i kawalerów,
którzy spędzają swoje życie na bieganiu od domu do domu,
a ludzie wydają się, jak inne gatunki, mnożyć przez przemieszczanie się”.
J.J. Rousseau

Niedziela, 19 stycznia 1761 roku

Po szarej rzece sunęła barka. Obrusy z mgły unosiły się nad wodami i przykrywały brzegi, opierając się blademu blaskowi dnia. Kotwicę podniesioną godzinę przed świtem, jak wymagał tego regulamin, trzeba było rzucić ponownie, tak nieprzenikniona była jeszcze ciemność. Orlean się oddalał, prąd wezbranych wód Loary gwałtownie porwał ciężką łódź. Mimo silnych podmuchów wiatru, który omiatał mostek, na pokładzie unosił się przenikliwy zapach ryby i soli. Poza kilkoma baryłkami wina z Ancenis przewożono bowiem duży ładunek solonego dorsza.
Na dziobie statku rysowały się dwie sylwetki. Pierwszą był członek załogi, który z napiętym wyrazem twarzy obserwował powierzchnię wzburzonych wód. W prawej ręce trzymał trąbkę podobną do tych, jakich używali pocztylioni; w razie zagrożenia wysyłał sygnał alarmu do kapitana, który trzymał z tyłu ster.
Drugą – młody człowiek w czarnym fraku i butach z cholewami, z trójgraniastym kapeluszem w ręku. Mimo młodego wieku było w nim coś z zakonnika i wojskowego zarazem. Głowa uniesiona wysoko, ciemna czupryna odrzucona do tyłu, postawa nieruchoma i napięta, sprawiała, że przypominał niecierpliwą i dostojną rzeźbę dziobową. Jego oczy bez wyrazu wpatrywały się w bryłę kościoła Notre-Dame de Cléry na lewym brzegu, którego szara dziobnica rozłupywała białe obłoki brzegów i wyglądała, jakby chciała połączyć się z Loarą. Ten młody człowiek, którego nieprzypadkowa postawa zaintrygowałaby każdego innego świadka, nie tylko marynarza, nazywał się Nicolas Le Floch.
Nicolas był pogrążony w myślach. Trochę ponad rok temu przebywał tę samą drogę w przeciwnym kierunku, do Paryża. Jak to szybko minęło! Teraz, w drodze do Bretanii, odtwarzał w pamięci wydarzenia dwóch ostatnich dni. Pojechał szybkim dyliżansem do Orleanu, licząc, że wejdzie na pokład jakiejś barki. Do samej Loary podróży nie ubarwił żaden z tych malowniczych szczegółów, które z reguły stanowią rozrywkę dla znudzonego podróżnego. Jego współpasażerowie, ksiądz i dwie starsze pary, nie przestawali przypatrywać mu się w milczeniu. Nicolas, przyzwyczajony do przebywania na świeżym powietrzu, cierpiał z powodu męczącego sąsiedztwa i mieszaniny zapachów w powozie. Gdy spróbował otworzyć okno, spojrzenia pięciu pełnych wyrzutu par oczu szybko go do tego zniechęciły. Ksiądz nawet się przeżegnał; bez wątpienia wziął to pragnienie wolności za możliwy przejaw zła. Młody człowiek musiał się z tym pogodzić, zaszył się więc w kąt, a za sprawą monotonnej drogi coraz bardziej pogrążał się w marzeniach. Teraz to samo marzycielstwo ogarniało go na barce, i znów niczego nie widział ani nie słyszał.
To prawda, że wszystko potoczyło się zbyt szybko. Jako pomocnik notariusza w Rennes, po ukończeniu nauki u jezuitów w Vannes, nagle został wezwany przez swojego opiekuna kanonika Le Flocha do Guérande. Bez żadnych zbędnych wyjaśnień został wyposażony w parę butów z cholewką, kilka ludwików oraz moc rad i błogosławieństw. Pożegnał się ze swoim ojcem chrzestnym, markizem de Ranreuilem, który przekazał mu list polecający do pana de Sartine’a, jednego ze swoich przyjaciół, wysokiego urzędnika w Paryżu. Markiz wydał się Nicolasowi wzruszony, a zarazem zażenowany; młody człowiek nie mógł się spotkać z jego córką Isabelle, przyjaciółką z dzieciństwa, która właśnie wyjechała do Nantes do swojej ciotki Guénouel.
Stare mury miasta przekraczał ze ściśniętym sercem, z uczuciem porzucenia i rozdarcia, spotęgowanym wzruszeniem widocznym na twarzy jego opiekuna, któremu wtórowały przejmujące okrzyki Fine, gosposi kanonika. W takim więc stanie, nie w pełni świadomy, odbywał wodą i lądem długą podróż ku nowemu przeznaczeniu.
Zbliżając się do Paryża, odzyskał przytomność umysłu. Jego pierś jeszcze bardziej ścisnęła się na wspomnienie przerażenia, jakiego doznał, gdy przybył do stolicy królestwa. Do tej pory Paryż stanowił dla niego jedynie punkt na mapie Francji, wiszącej na ścianie sali do nauki w kolegium w Vannes. Oszołomiony hałasem i ruchem, odczuwalnym już na przedmieściach, poczuł się zahukany i w niejasny sposób zaniepokojony, widząc szeroką równinę, na której sterczała niezliczona ilość poruszających ramionami wiatraków. Wydały mu się one stadem opierzonych gigantów, wyjętych wprost z wielokrotnie czytanej powieści Miguela de Cervantesa. Przejmujący był też dla niego widok nieustającej krzątaniny przy rogatkach tłumów ludzi odzianych w łachmany.
Jeszcze dziś na nowo powracał do momentu, kiedy wjeżdżał do wielkiego miasta: wąskie ulice, niesamowicie wysokie domy, brudna, błotnista jezdnia i tak wielu jeźdźców, tyle powozów, te niezliczone krzyki i zapachy…
Już w mieście błądził przez wiele godzin, trafiając ciągle albo na ogrody w głębi ślepych zaułków, albo na rzekę. Ostatecznie pewien młody człowiek o różnobarwnych oczach i miłej powierzchowności zaprowadził go do kościoła Saint-Sulpice, a stamtąd na ulicę Vaugirard, do klasztoru karmelitów bosych. Na miejscu Nicolas spotkał się z gorącym przyjęciem ze strony przyjaciela swego opiekuna, słusznych rozmiarów zakonnika, ojca Grégoire’a, którego domeną była apteka.
Pokrzepiony takim powitaniem zapadł w sen i nic mu się nie śniło. Dopiero rankiem zdał sobie sprawę, że jego cicerone uwolnił go od srebrnego zegarka, prezentu od ojca chrzestnego. Postanowił sobie, że będzie bardziej przezorny w kontaktach z obcymi. Na szczęście sakiewka zawierająca jego skromne zasoby nadal tkwiła w sekretnej kieszeni wewnątrz worka, którą Fine zaszyła w przeddzień wyjazdu z Guérande.
Nicolas odzyskał równowagę dzięki regularnemu rytmowi zajęć w klasztorze. Posiłki jadał z całą wspólnotą w wielkim refektarzu. Zaczął zapuszczać się do miasta, zaopatrzony w bardzo ogólny plan, na który, z wahaniem, nanosił ołówkiem trasy swoich wędrówek, żeby mieć pewność, że wróci po śladach. Chociaż wiele askpektów życia stolicy nadal go raziło, to jednak jej urok już zaczynał działać. Nieustający ruch uliczny zarazem pociągał go i odstraszał. Nieraz o mało co nie został rozjechany przez pędzący pojazd. Stale dziwił się ich szybkości, a także gwałtowności, z jaką się pojawiały. Szybko się nauczył, żeby nie chodzić z głową w chmurach i chronić się przed niebezpieczeństwami: cuchnącym błotem, którego plamy wżerają się w ubranie, wylewającymi się na głowy kaskadami deszczu z rynien i ulicami zamienionymi w rwące potoki przy najdrobniejszych opadach. Jak stary paryżanin skakał, podskakiwał i robił uniki pośród nieczystości i setki innych pułapek. Każde wyjście zmuszało go potem do szczotkowania ubrania i prania pończoch, a miał ich tylko dwie pary, z czego jedną trzymał w rezerwie na spotkanie z panem de Sartine’em.
A od tej strony nic nie szło. Nicolas wielokrotnie udawał się pod wskazany na liście markiza Ranreuil adres. Podejrzliwy lokaj wyprosił go po tym, jak wcześniej dał w łapę równie wzgardliwemu odźwiernemu. Upływały długie tygodnie. Widząc przygnębienie młodego człowieka i chcąc go czymś zająć, ojciec Grégoire zaproponował, żeby pracował wraz z nim. Od 1611 roku, na podstawie tajemnej receptury, której mnisi zazdrośnie strzegli, zakon karmelitów bosych produkował wodę leczniczą sprzedawaną w całym królestwie. Nicolasowi przypadło w udziale rozcieranie ziół leczniczych. Nauczył się rozpoznawać melisę, arcydzięgiel, rukiew wodną, kolendrę, goździki i cynamon, a zarazem odkrywał dziwne i egzotyczne owoce.
Całe dnie spędzane na kręceniu tłuczkiem moździerza i wdychaniu wyziewów z alembików otępiły go do tego stopnia, że jego mentor to dostrzegł i zapytał o przyczynę trosk. Poznawszy ją, natychmiast obiecał, że dowie się o pana de Sartine’a. Od ojca przeora Nicolas dostał list wprowadzający, który miał usunąć wszystkie przeszkody. Pan de Sartine został właśnie mianowany szefem policji w miejsce pana Bertina. Ojciec Grégoire upiększał te dobre nowiny potokiem komentarzy, których szczegółowość była jawnym dowodem, że jest to wiedza świeżej daty.
– Nicolas, mój synu – mówił – oto wkrótce zbliżysz się do człowieka, który może zmienić bieg twojego życia, jeśli tylko potrafisz mu się spodobać. Szef policji jest absolutnym dowódcą całej służby; Jego Wysokość czyni go odpowiedzialnym za bezpieczeństwo publiczne i za porządek nie tylko na ulicach, ale również w życiu każdego ze swych poddanych. Pan de Sartine, już jako szef policji do spraw kryminalnych w Châtelet, miał wielką władzę. I cóż będzie on teraz robił? Uważa się, że nikomu nie pozwoli podejmować arbitralnych decyzji… I powiedzieć, że skończył dopiero trzydzieści lat!
Ojciec Grégoire obniżył o ton głos, który z natury miał wysoki, i upewnił się, że żadne niedyskretne ucho nie słyszy jego słów.
– Ojciec przeor zwierzył mi się, że król powierzył panu de Sartine’owi, w szczególnie poważnych okolicznościach, ostateczne rozstrzyganie spraw poza jego sądem i w najwyższej tajemnicy. Ale, Nicolas, ty nic nie wiesz – dodał, kładąc palec na ustach. – Pamiętaj, że ten wielki urząd utworzył pradziad naszego króla – niech Pan tego wielkiego Burbona ma w swej opiece. Lud wciąż pamięta pana d’Argenson, którego nazywał „potępieńcem”, tyle miał twarzy i postaci.
Gwałtownie wylał garnek wody na rozżarzone węgle, które zgasły, skwiercząc i wydzielając ostry dym.