Dramatyczną historię załogi uwięzionej na lodowatych wodach dalekiej północy opisał Einar Karason w powieści „Sztormowe ptaki”. Ta inspirowana prawdziwymi zdarzeniami opowieść przedstawia losy ludzi walczących na śmierć i życie z żywiołem.


Sztormowe ptakiDo napisania „Sztormowych ptaków” Einara Karasona zainspirowały fakty. W 1959 roku na łowiskach Nowej Fundlandii nawałnica o nieprzeciętnej sile uwięziła kilka statków odławiających ryby. Były blisko macierzystych portów i blisko siebie, a jednak na tyle daleko, że… Nie zdradzajmy jednak, jak potoczyła się dalej ta historia. W wyobraźni pisarza to, co spotkało załogi trawlerów, ułożyło się w opowieść o marynarzach statku „Mewa”, którzy nagle zdają sobie sprawę z tego, że powrót do domu jest niemożliwy. Talent narracyjny Karasona sprawił, że powstała książka, od której trudno się oderwać, lektura trzymająca w napięciu do ostatniej strony, przerażająca i zawierająca sporą dozę uniwersalnej prawdy o człowieku postawionym w sytuacji bez wyjścia.

Tragedii, tak w życiu jak i w powieści, nic nie zapowiadało. Ten zimowy połów, choć ze swej natury niełatwy, poszedł jak z płatka trzydziestodwuosobowej załodze „Mewy”. Ładownie szybko zapełniły się rybami. W sieci trafiło ich wręcz znacznie więcej, niż zazwyczaj. Pozostało już tylko powrócić. Żywioły zakpiły jednak z ludzkich planów. Karason w sposób obrazowy i sugestywny odmalowuje przed oczami czytelnika nadciągający sztorm: wicher, fale, lód pokrywający coraz grubszą powłoką burty, pokład, maszt i wszystkie liny. Marynarze rozpoczynają fizyczną walkę z lodem obciążającym statek i psychiczną batalię z przerażeniem powodowanym faktem, że coraz cięższa jednostka powoli zaczyna zanurzać się pod wodę.

W „Sztormowych ptakach” czytelnik znajdzie ludzi na granicy szaleństwa, myślących o nadchodzącej śmierci jako o wybawieniu od katorgi i tych, dla których żywioł jest wyzwaniem. Kapitana niezłomnego w stopniu umożliwiającym mu przetrwanie trzech i pół doby bez snu, walczącego o przeżycie swojej załogi i najmłodszego marynarza na pokładzie – zaledwie dziewiętnastoletniego, dla którego praca na trawlerze była spełnieniem marzeń, sposobem na ustanowienie swojego miejsca w wyspiarskiej społeczności.

„Sztormowe ptaki” na poziomie metaforycznym można odczytać również jako opowieść o zmaganiach każdego z nas.

Retrospekcje przeplatające się z dynamiczną akcją pozwalają poznać życie takich ludzi, żyjących z morza i nad morzem, kierujących ku bezkresnym wodom wszystkie swoje ścieżki. W pewnym sensie Karason oddaje tą powieścią hołd wszystkim mierzącym się z żywiołem, nie zapominając dodać, że to zawsze żywioł wygrywa, bez względu na to, co człowiek chciałby sądzić o swoim panowaniu nad nim.

Einar Karason ujął między wierszami także refleksje o tym, jak sytuacja ekstremalna może przewartościować priorytety. Jeden z marynarzy, postawiony w przykrej sytuacji osobistej, chętny pożegnać się z życiem, staje się tym, który najzacieklej walczy o przetrwanie. Skute lodem sztormiaki, niemożność rozgrzania się, brak snu i fizyczne, skrajne wyczerpanie sprawiają, że zaczyna widzieć swoje położenie zupełnie inaczej, a przyszłość nie wydaje mu się już tak pozbawiona nadziei, jak w chwili, gdy wchodził na pokład.

„Sztormowe ptaki” na poziomie metaforycznym można odczytać również jako opowieść o zmaganiach każdego z nas. Nie potrzeba statku uwięzionego przez wiatr i lód w okolicach Nowej Fundlandii, by walczyć o przetrwanie na różne sposoby. Bywają chwile, gdy zwykłe życie może uwięzić człowieka w sytuacji bez wyjścia, postawić pod ścianą. Karason pisze o postawach wobec sytuacji ostatecznych, gdy nadzieja na ratunek jest nikła i nie ma dokąd udać się po pomoc. Z tego względu w losach marynarzy czytelnik ma szanse dostrzec samego siebie. Tomasz Orwid

Einar Kárason, Sztormowe ptaki, Przekład: Jacek Godek, Seria: Seria z Żurawiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 21 października 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Sztormowe ptaki

Einar Kárason
Sztormowe ptaki
Przekład: Jacek Godek
Seria: Seria z Żurawiem
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 21 października 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Lárus poszedł do toalety na mostku, a bosman wspinał się na stanowisko dowodzenia, by zasięgnąć rady u dowodzących statkiem. Przebywali tam kapitan i drugi oficer i byli zgodni co do tego, że ludzie powinni dostać się na forkasztel i spróbować skuć nawarstwiający się tam lód. Jednostka zaczęła się poruszać wolno na boki i choć fale unosiły ją w górę i w dół, działo się to w zwolnionym tempie, więc zanim statek ponownie wynurzał się spod zimnych fal, woda zalewała pokład i obmywała nadbudówkę. Drugi oficer i bosman doszli do wniosku, że to oni osobiście spróbują przejść na dziób, muszą tylko zabrać z sobą dwóch rzutkich ludzi; w tym momencie Lárus wrócił z ubikacji. Zgłosił się na ochotnika. Drugi oficer chciał się sprzeciwić, może uznał chłopaka za zbyt młodego i mało doświadczonego, ale bosman rzekł: „Jemu to ja całkowicie ufam”.

Wyruszyli więc w stronę obrośniętego lodem forkasztelu we czterech. Był dzień, ale kapitan kazał zapalić wszystkie działające jeszcze światła. Morze regularnie wlewało się przez dziób na dek, a stary chciał nadal wolno płynąć prosto pod fale, by ludzie pełniący wachtę na mostku mogli obserwować zbliżające się bałwany – wtedy będą w stanie zaalarmować znajdujących się na dziobie, by się mocniej chwycili i spróbowali oprzeć się niebezpieczeństwu. Najpierw jednak trzeba było skuć lód ze schodów prowadzących na forkasztel. Czterej ochotnicy wnet zaczęli odłupywać wielkie bryły i kawały, które niekiedy wymagały okiełznania i unieruchomienia, żeby pokruszyć je na mniejsze kawałki i by woda mogła ten miał spłukać. W ten sposób posuwali się na sam forkasztel, gdzie w zasadzie nie mieli się ani czego chwycić, ani o co oprzeć nóg. Ale usiłowali łapać się czegokolwiek, chwytali się jedną ręką jakichś pozostałości po odłupanych fragmentach lodu, a drugą ręką walili w zmarzlinę. Lárus i drugi majtek pracowali wyposażeni w toporki, bosman i drugi oficer w młoty. Wreszcie wspięli się na sam lodowiec, forkasztel. Jeszcze ani jedna fala nie zdążyła się nad nimi załamać, woda ledwie na nich pryskała, lecz teraz należało działać bardzo szybko. Rezultat był widoczny od razu, drzazgi leciały po każdym uderzeniu, powoli spod zamarz­niętej warstwy wyłaniać się zaczęła malowana stal. Cała czwórka waliła i waliła, i wnet niemal całkowicie udało się im pozbyć sprawcy zagrożenia, że pójdą na dno dziobem w dół. Tak się zapamiętali w działaniu, że choć kapitan miał donośny głos i w całej flocie powiadało się, że jego okrzyki słychać na obszarze całego łowiska, to uderzenia toporów i młotków tak głośno dudniły, że nie usłyszeli w porę ostrzeżenia o fali, która się nad nimi załamała i runęła na nich niczym lawina. Drugiego oficera odrzuciło do tyłu, z forkasztelu na pokład, tam uderzył w podporę, do której przywarł; bosman i drugi majtek zdążyli się czegoś chwycić, a Lárus, który wysforował się był do przodu i nie miał się czego chwycić, poczuł, jak fala porywa go z sobą. Leżał w lodowatej wodzie, która uniosła go z sobą i jeszcze kilka sekund, a znalazłby się we wzburzonym oceanie. Wtedy poczuł, że ktoś go chwyta, łapie od tyłu za kołnierz sztormiaka. Kurtka zacisnęła mu się wokół szyi, przez chwilę można było odnieść wrażenie, że chłopak się udusi albo że pęknie sztormiak; prąd był tak rwący, że aż wszystkie szwy trzeszczały. Zdawać by się mogło, że trwało to nadzwyczaj długo; siły natury całym swoim ciężarem ciągnęły młodego człowieka w drugą stronę, do morza, a trzymała go jedna dłoń. A ja ważę ponad osiemdziesiąt kilo. Wreszcie fala przelała się przez pokład i okazało się, że wszyscy nadal na nim są. Ludzie zeszli na fordek pomóc czterem ochotnikom. Trzech z nich od razu oznajmiło, że nic im nie jest, choć Lárus dostał takiego ataku kaszlu, iż nikt nie był w stanie zrozumieć, co chce powiedzieć, ale drugi oficer leżał nieprzytomny na pokładzie. Wszyscy mieli świadomość, że przeniesienie ofiary wypadku może wyrządzić jej krzywdę, bo może mieć na przykład pęknięty kręgosłup, a wtedy najlepiej zostawić go tam, gdzie leży, dopóki nie zjawią się lekarze albo sanitariusze, ale przecież nikt się ich tu nie spodziewał, nie wiadomo też było, kiedy przez statek przewali się następna fala. Mogło to nastąpić już za chwilę, więc nie pozostawało nic innego, jak tylko podnieść oficera, najkrótszą drogą odstawić do kajuty pod forkasztelem, zdjąć zeń mokre ciuchy i owinąć w suche koce i maty. Mamrotał, nie był martwy. Tym, którzy skuwali lód na forkasztelu, nakazano schować się do środka, zwłaszcza że byli przemoczeni. W mesie koledzy pomogli Lárusowi zdjąć sztormiak. Najwyraźniej był w szoku, trząsł się niczym epileptyk, ale wciąż utrzymywał, że nic mu nie jest. Bosman próbował ściągnąć rękawicę roboczą, z tej samej ręki, która trzymała majtka za kołnierz sztormiaka, ale poddał się, musiał poprosić o pomoc, a zwykle tego unikał. Po prostu żadnym sposobem nie dał rady jej zdjąć. Musieli mu ją rozciąć, gdyż dłoń cały czas miał zaciśnięta Spod wszystkich paznokci, które ukazały się po zdjęciu rękawicy, trysnęła krew. Z tej silnej ręki, która teraz w jakiś dziwny sposób przypominała pazur drapieżnego ptaka. Patrzył zdumiony na dłoń i rzekł: „Ale, kurwa, chłopaka ciągnęło”.

Drugi oficer leżał samotnie w forkasztelu. Jego stan był fatalny. Ludzie usiłowali się do niego dostać, ale jasne było, że w tych okolicznościach nie ma sensu próbować go przenieść na pokład oficerski. Na całe szczęście okazało się, że może poruszać rękami i nogami, czy też raczej przesuwać kończyny, co stanowiło dla niego duchowe pocieszenie, bo zdawał sobie sprawę z tego, co by oznaczało, gdyby nie mógł tego zrobić. Ale ból był straszny i krew się lała. Kapitan powiedział radiotelegrafiście, że teraz nadszedł moment, by poinformować inne statki o ich kłopotach, i że na domiar złego mają na pokładzie rannego. Niech nada komunikat, że fatalne warunki pogodowe i oblodzenie sprawiają im ogromne kłopoty, i poprosi o radę, jak się zachować wobec kontuzji drugiego oficera. Telegrafista wykonał rozkaz, długo siedział przy radiostacji i nadając morsem, wymieniał informacje. Najpierw wysłał zwykły komunikat na kanale ratunkowym: mamy poważne kłopoty, pozbyliśmy się szalup ratunkowych, bezskutecznie skuwamy lód, statek leży na burcie, członek załogi poważnie ranny. Potem usiłował skontaktować się bezpośrednio z armatorem w Islandii. Po chwili wrócił i oznajmił, że otrzymał wiadomość od szefostwa w Reykjavíku, które radzi podać rannemu morfinę – powinna być w apteczce na pokładzie. Telegrafista skontaktował się również z kilkoma islandzkimi trawlerami na pobliskich łowiskach: Eyfirðingur także miał poważne problemy z oblodzeniem, ale znajdował się nieco bardziej na południe, na cieplejszych wodach – tam zagrożenie było znacznie mniejsze, ponadto napędzany jest turbiną parową, a nie silnikiem diesla, więc załoga może wykorzystywać gorącą wodę do topienia lodu; Garpur znajdował się daleko od Mewy, a Poseidon dopiero niedawno dopłynął na łowiska i ładownie miał w zasadzie puste, wznosił się o wiele wyżej i woda go aż tak nie zalewała. Załoga Poseidona obiecała ich namierzyć i ruszyć w ich stronę.

Odszukali apteczkę, ale nie było w niej morfiny. Kto wie, kto ją zabrał i kiedy. Znaleźli odrobinę koniaku i aspirynę w kapitańskiej szafce, które pierwszy oficer zabrał z sobą do forkasztelu, by spróbować nieco rozweselić cierpiącego kolegę.

 
Wesprzyj nas