“Strażniczka”, powieść przeznaczona dla młodszych nastolatków, zabiera dzieciaki w świat magicznej przygody na granicy świata elfów i dobrze znanej rzeczywistości. To książka, która ma to „coś”, co sprawia, że bohaterowie stają się bliscy czytelnikowi.


Bycie genialnym dzieckiem wcale nie jest proste. Z ciężarem nieprzeciętnych zdolności musi zmagać się dwunastoletnia Sophie, bohaterka książki „Strażniczka” autorstwa Shannon Messenger. Dziewczynka obdarzona jest fotograficzną pamięcią, przenikliwą inteligencją i zdolnościami telepatycznymi. Nie wie skąd się wzięły, ale wie jedno: oznaczają bóle głowy, nadwrażliwość na hałas i duże ryzyko bycia nierozumianą pośród rówieśników, dlatego Sophie wcale za nimi nie przepada, wręcz przeciwnie: wolałaby żeby zniknęły i ukrywa je tak, jak może.

Pochodzenie niezwykłych talentów staje się jasne, kiedy Sophie niespodziewanie dowiaduje się, że rodzice, którzy dotychczas ją wychowywali wcale nie są jej prawdziwymi rodzicami. Pewnego dnia podczas szkolnej wycieczki do muzeum spotyka chłopca, który jak się szybko okaże, również jest telepatą. Fitz informuje ją, że tak naprawdę nie jest człowiekiem, ale elfem ukrytym w ludzkim świecie, nazywanym przez nie Zaginionymi Miastami. I tak, jak inne elfy, dysponuje różnymi mocami – podobnie jak sama Sophie. Po co jednak ktoś ukrył elfie dziecko w ludzkich rodzinach? Odpowiedź na to nurtujące pytanie oczywiście szybko się znajdzie, dając początek magicznej literackiej przygodzie.

“Strażniczka” jest pierwszą książką z serii “Zaginione Miasta” autorstwa Shannon Messenger. To pomysłowa, przemyślana i dobrze napisana powieść dla młodzieży, z wiarygodnymi, złożonymi postaciami i ciekawie skonstruowanym światem fantasy, równoległym do rzeczywistego. Tę drugą rzeczywistość zamieszkują elfy, a interakcja pomiędzy oboma światami prezentuje się intrygująco. Warstwa przygodowa, dopasowana do zainteresowań młodszej młodzieży, pozwala zarówno dobrze się bawić, śledząc niezwykłe przygody bohaterów, ale też poznawać wartość przyjaźni i więzów rodzinnych. Autorka, pisząc o swoich bohaterach, pokazuje próby – nie zawsze udane, właściwego postępowania w trudnych okolicznościach, gdy Sophie i jej przyjaciele próbują odkryć tajemnicę swojego pochodzenia i zmierzyć się z nieoczekiwanymi zagrożeniami.

Książka Shannon Messenger oferuje młodemu czytelnikowi nie pozbawioną humoru opowieść stymulującą wyobraźnię, pełną zwrotów akcji.

Książka Shannon Messenger oferuje młodemu czytelnikowi nie pozbawioną humoru opowieść stymulującą wyobraźnię, pełną zwrotów akcji. Universum stworzone przez amerykańską pisarkę ma potencjał, by zauroczyć szerokie grono młodych odbiorców i trafić na ekran kinowy w postaci filmowej adaptacji. „Strażniczka” ma w sobie to szczególne „coś”, co sprawia, że bohaterowie stają się bliscy czytelnikowi, stanowią atrakcyjne wzorce do naśladowania w zabawie i sprawiają, że świat literackiej wyobraźni może przenikać do dziecięcej rzeczywistości.

Messenger pod płaszczykiem opowieści fantasy pokazuje trudności i kłopoty z całkiem realnego świata przeciętnego nastolatka – problemy z akceptacją przez grono rówieśników, zmienne przyjaźnie i rywalizacja o względy grupy, wzruszenia i emocje wieku dojrzewania. Autorka wprowadziła też do fabuły elementy skłaniające do namysłu nad kwestią rodzin zastępczych i emocjami z nimi związanymi. Jest śmiech, są wzruszenia, a lektura pozostawia w myślach sporo wartościowych spostrzeżeń. Jedyna wada tej opowieści wiąże się z koniecznością oczekiwania na kolejny tom przygód sympatycznych bohaterów. Wanda Pawlik

Shannon Messenger, Strażniczka, Przekład: Monika Nowak, Seria: Zaginione Miasta, tom I, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 16 października 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Shannon Messenger
Strażniczka
Przekład: Monika Nowak
Seria: Zaginione Miasta, tom I
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 16 października 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

WSTĘP

Przez umysł Sophie przepływały zamazane fragmenty wspomnień, ale nie potrafiła ich na nowo poskładać. Spróbowała otworzyć oczy i zobaczyła jedynie ciemność. Coś szorstkiego wbijało jej się w nadgarstki i kostki, nie pozwalając się ruszyć. Zalała ją fala zimna, kiedy dotarła do niej przerażająca prawda.
Została porwana.
Knebel tłumił wołanie o pomoc, a kiedy zrobiła wdech, poczuła mdląco słodki zapach środka usypiającego i zakręciło jej się w głowie.
Zamierzali ją zabić?
Czy Czarny Łabędź naprawdę zniszczyłby to, co sam stworzył? Jaki sens miałby wtedy projekt „Księżycowy Słowik”? Jaki sens miałby nadpłomień?
Odurzona środkiem usypiającym odpływała ku pozbawionej snów nicości. Nie poddawała się jednak – uczepiła się wspomnienia, które stanowiło promyk światła w tej atramentowej czerni.
Była to para pięknych, lazurowych oczu.
Oczy Fitza. Jej pierwszego przyjaciela w nowym życiu. W ogóle pierwszego przyjaciela.
Może gdyby nie dostrzegła go tamtego dnia w muzeum, to wszystko by się nie wydarzyło.
Nie. Wiedziała, że nawet wtedy było już za późno. Biały ogień płonął – zataczając krąg wokół jej miasta i wypełniając niebo lepkim, słodkim dymem.
Iskra przed prawdziwym pożarem.

1

– Panno Foster! – Nosowy głos pana Sweeneya przedarł się przez dudniącą muzykę, kiedy nauczyciel wyciągnął Sophie z uszu słuchawki. – Uznałaś, że jesteś zbyt mądra, by wysłuchiwać tych informacji?
Sophie z trudem otworzyła oczy. Starała się nie skrzywić, kiedy zaatakowało je światło jarzeniówek odbijające się od jaskrawoniebieskich ścian muzeum, potęgujące pulsujący ból głowy.
– Nie, proszę pana – bąknęła, kuląc się pod spojrzeniami gapiących się na nią kolegów i koleżanek z klasy.
Spuściła głowę, bezskutecznie próbując ukryć się za jasnymi, sięgającymi ramion włosami. Właśnie tego rodzaju uwagi unikała za wszelką cenę. Dlatego nosiła ubrania w zgaszonych kolorach i zawsze trzymała się z tyłu, za plecami innych uczniów, wyższych od niej co najmniej o głowę. To jedyny sposób na przetrwanie dwunastolatki w klasie maturalnej.
– Wobec tego może wytłumaczysz, dlaczego słuchałaś iPoda zamiast tego, o czym mówimy? – Nauczyciel teatralnym gestem uniósł słuchawki, jakby stanowiły dowód przestępstwa. Zresztą według niego tym pewnie były. Zaciągnął klasę Sophie do Muzeum Historii Naturalnej w parku Balboa, zakładając, że całodniowa wycieczka wzbudzi entuzjazm młodzieży. Nie docierało do niego, że o ile repliki gigantycznych dinozaurów nagle nie ożyją i nie zaczną pożerać ludzi, wszyscy mają je gdzieś.
Sophie skubała rzęsę – zawsze tak robiła, gdy się denerwowała – wbijając wzrok w czubki butów. Jak miała wytłumaczyć nauczycielowi, że tylko muzyka potrafi zagłuszyć zgiełk, skoro on tego zgiełku nawet nie słyszał? Trajkotanie tłumu turystów odbijało się od wyłożonych skamieniałościami ścian i roznosiło echem po olbrzymiej sali. Ale prawdziwy problem stanowiły głosy w ludzkich głowach. Strzępy bezładnych, wyrwanych z kontekstu myśli trafiały prosto do mózgu Sophie – jakby znajdowała się w pomieszczeniu z setkami telewizorów, z których każdy emituje inny program. Wdzierały się do jej świadomości, przyprawiając o ostry ból głowy.
Była freakiem.
To był jej sekret – jej przekleństwo – od kiedy jako pięciolatka przewróciła się i uderzyła w głowę. Próbowała blokować ten hałas. Nie zwracać na niego uwagi. Bezskutecznie. W dodatku nikomu nie mogła o tym powiedzieć. I tak nikt by jej nie zrozumiał.
– Skoro uważasz, że pozjadałaś wszystkie rozumy, to może sama poprowadzisz wykład? – Pan Sweeney wskazał na stojącą pośrodku sali ogromną figurę pomarańczowego dinozaura z kaczym dziobem. – Wyjaśnij klasie, czym lambeozaur różnił się od innych omawianych przez nas dinozaurów.
Sophie stłumiła westchnienie, przywołując w pamięci tabliczkę z opisem eksponatu, na którą rzuciła okiem, wchodząc do sali. Fotograficzna pamięć dziewczyny zarejestrowała każdy szczegół.
Gdy Sophie recytowała informacje, pan Sweeney słuchał z kwaśną miną, no i słyszała, że myśli jej kolegów i koleżanek stawały się coraz bardziej nieprzyjazne. Nie należeli do fanklubu klasowego cudownego dziecka. Mówili na nią „Mutantka”.
Kiedy skończyła, nauczyciel wymamrotał coś o przemądrzalcach i gniewnym krokiem przemaszerował do następnej sali. Sophie nie poszła za nim. Cienkie ściany nie blokowały hałasu, ale przynajmniej go tłumiły – lepsze to niż nic.
– Dobra robota, świrusko – rzucił szyderczo Garwin Chang, chłopak w T-shircie z napisem: „STÓJ, BO PIERDNĘ!”, mijając ją z resztą klasy. – Może napiszą o tobie kolejny artykuł. Mała geniuszka prowadzi wykład o dupozaurach.
Garwin wciąż nie mógł pogodzić się z tym, że Yale zaproponowało Sophie stypendium, podczas gdy on dostał list odmowny. Co nie znaczyło, że mogła podjąć tam studia. Jej rodzice twierdzili, że wiązałoby się to ze zbyt dużym rozgłosem i stresem, a zresztą była zbyt młoda. Koniec dyskusji.
Tak więc po wakacjach rozpocznie naukę w znacznie mniejszym i bliżej położonym college’u w San Diego. Jakiś cholerny pismak uznał to za wystarczająco ciekawe, by zamieścić we wczorajszej lokalnej gazecie informację: „Dwunastoletnia geniuszka zamiast elitarnej uczelni wybiera publiczny college”, dołączając jej zdjęcie ze szkolnego albumu. Rodzice strasznie się wkurzyli, delikatnie mówiąc. Więcej niż połowa ich zasad miała pomagać Sophie „unikać niepotrzebnego zainteresowania”. Artykuły na pierwszych stronach gazet to ich najgorszy koszmar. Zadzwonili nawet do gazety ze skargą.
Redaktor naczelny sprawiał wrażenie równie niezadowolonego jak oni. Artykuł o Sophie pojawił się w miejscu przeznaczonym na informację o terroryzującym miasto podpalaczu i na razie nie udało się ustalić, kto jest winny tej pomyłki. Doniesienia o tajemniczych pożarach z intensywnymi płomieniami i swądem palonego karmelu były ważniejsze od innych newsów, a już na pewno od historyjki o nieznanej dziewczynce, którą raczej nikt się specjalnie nie interesował.
Przynajmniej do wczoraj.
Po przeciwnej stronie sali Sophie zauważyła wysokiego, ciemnowłosego chłopaka czytającego wczorajszą gazetę – z jej żenującym czarno-białym zdjęciem na pierwszej stronie. Nagle podniósł wzrok i spojrzał prosto na nią.
Nigdy wcześniej nie widziała oczu w tak niezwykłym odcieniu niebieskiego – były lazurowe, jak wymyte szkiełka, które znajdowała na plaży – i tak jasne, jakby świeciły. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, jego twarz drgnęła. Czyżby poczuł się zawiedziony?
Zanim zdążyła zdecydować, co o tym myśleć, chłopak odkleił się od gabloty, o którą się opierał, i ruszył w kierunku Sophie. Posłał jej filmowy uśmiech, a serce dziewczyny dziwnie zatrzepotało.
– To ty? – zapytał, wskazując na zdjęcie.
Kiwnęła głową, nie mogąc wydusić słowa. Wyglądał na jakieś piętnaście lat i był najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego widziała w życiu. Czemu więc z nią rozmawiał?
– Tak sądziłem. – Przyjrzał się raz jeszcze zdjęciu, po czym spojrzał na Sophie. – Nie pomyślałbym, że masz brązowe oczy.
– Eee… aha – wydukała, nie wiedząc, co powiedzieć. – A co?
Wzruszył ramionami.
– Nic.
Coś jej nie pasowało w tej rozmowie, tyle że nie umiała określić co. No i ten akcent. Jakby brytyjski, ale nie do końca. Ostrzejszy? Nie dawało jej to spokoju, nie wiedziała jednak dlaczego.
– Jesteś z naszej klasy? – Od razu pożałowała, że nie może cofnąć tych słów. Jasne, że nie był. Pierwszy raz widziała go na oczy. Nie miała wprawy w rozmowach z chłopakami, zwłaszcza przystojnymi, i przez to jej mózg zamienił się w galaretę.
‒ Nie. – I znowu ten uśmiech. Chłopak wskazał na wielkiego zielonego dinozaura, przed którym stali. Był to albertozaur w całej gigantycznej jaszczurowatej okazałości. – Powiedz mi coś. Czy ty naprawdę uważasz, że tak właśnie wyglądały? To trochę niedorzeczne, nie sądzisz?
‒ Chyba nie. – Sophie próbowała spojrzeć na zwierzę oczami nieznajomego. Gad wyglądał jak mniejsza wersja tyranozaura: wielka paszcza, ostre zęby, absurdalnie krótkie łapy. – A czemu? Według ciebie jak wyglądały?
Zaśmiał się.
‒ Mniejsza z tym. Wracaj do swojej klasy. Miło cię było poznać, Sophie.
Kiedy się odwrócił, do sali wpadły dwie grupy przedszkolaków. Miażdżąca fala rozkrzyczanych głosów sprawiła, że Sophie zrobiła krok w tył. Ale prawdziwy ból zadały jej głosy ich umysłów. Myśli dzieci były niczym kłujące igły – a przy tak wielu naraz czuła się, jakby jej mózg został zaatakowany przez wściekłego jeżozwierza. Zamknęła oczy i pomasowała skronie, chcąc złagodzić przeszywający ból. W tym momencie przypomniała sobie, że nie jest sama. Rozejrzała się, aby sprawdzić, czy ktoś dostrzegł jej reakcję, i napotkała spojrzenie chłopaka z filmowym uśmiechem. Dłońmi dotykał czoła, a na jego twarzy malowała się udręka.
‒ Czy ty… to słyszałaś? – zapytał ściszonym głosem.
Z jej twarzy odpłynęła krew. To niemożliwe, żeby… To na pewno przez te wrzaski. Dzieciaki robiły straszny harmider. Krzyki i piski, i śmiechy, do tego jakieś sześćdziesiąt głosów w sąsiedniej sali.
Głosy.
Wciągnęła gwałtownie powietrze i zrobiła kolejny krok w tył. Słyszała myśli wszystkich przebywających tu osób. Ale charakterystyczny głos nowo poznanego chłopaka stawał się słyszalny, dopiero kiedy zaczynał mówić. Jego umysł nie wydawał absolutnie żadnych dźwięków. Nie wiedziała, że coś takiego jest w ogóle możliwe.
‒ Kim jesteś? – zapytała cicho.
Otworzył szeroko oczy.
‒ Ty właśnie… prawda? – Przysunął się, nachylił do jej ucha i szepnął: ‒ Jesteś telepatką?
Wzdrygnęła się. Brzmienie tego słowa sprawiło, że zaswędziała ją skóra.
I ta reakcja ją zdradziła.
‒ Jesteś! Nie mogę w to uwierzyć.
Sophie zaczęła się cofać w stronę wyjścia. Nie zamierzała zdradzać swojej tajemnicy komuś zupełnie obcemu.
‒ W porządku. – Szedł za nią z wyciągniętymi rękami, jakby była dzikim zwierzęciem, a on próbował ją uspokoić. – Nie musisz się bać. Ja też jestem telepatą.
Zamarła.
‒ Mam na imię Fitz – dodał, podchodząc jeszcze bliżej.
Fitz? Co to w ogóle za imię? Przyglądała się uważnie jego twarzy, próbując wyczytać z niej, czy to wszystko jest częścią jakiegoś żartu.
‒ Ja nie żartuję – powiedział, jakby wiedział dokładnie, o czym pomyślała.
Może wiedział. Zachwiała się.
Od siedmiu lat marzyła, żeby znaleźć kogoś takiego jak ona – kogoś, kto potrafi to, co ona. Teraz, kiedy się udało, miała wrażenie, że świat się kołysze. Chłopak chwycił ją za ramiona, pomagając odzyskać równowagę.
‒ Nie bój się, Sophie. Chcę ci pomóc. Od dwunastu lat cię szukamy.
Od dwunastu lat? I kogo miał na myśli, używając liczby mnogiej? Lepsze pytanie: czego od niej chciał? Ściany zaczęły na nią napierać, a cała sala wirowała.
Powietrza.
Potrzebowała powietrza.
Wyrwała mu się i potykając się, pobiegła ku drzwiom.
Łapała głośno oddech, kiedy zbiegała schodami przed muzeum.
Dym z pożarów palił jej płuca, a twarz oblepiał biały popiół. Nie zważała na to. Pragnęła jak najbardziej oddalić się od tego dziwnego chłopaka.
‒ Sophie, wracaj! – zawołał za nią Fitz.
Przyspieszając, przebiegła przez dziedziniec muzeum, minęła dużą fontannę i dotarła do chodnika. Nikogo nie musiała omijać – z powodu fatalnej jakości powietrza praktycznie wszyscy siedzieli w domach. Ale i tak słyszała za sobą kroki chłopaka.
‒ Zaczekaj! – zawołał. – Nie bój się.
Zignorowała go, całą swoją energię wkładając w sprint. Zwalczyła pokusę obejrzenia się i sprawdzenia, jaka dzieli ich odległość. Dotarła do połowy przejścia dla pieszych i w tym momencie pisk opon uświadomił jej, że nie spojrzała w obie strony. Obróciła głowę i napotkała spojrzenie przerażonego kierowcy próbującego zatrzymać jadący prosto na nią samochód.
Zaraz zginie.

2

Następne sekundy pamiętała jak przez mgłę.
Samochód skręcił w prawo, o mały włos nie potrącając Sophie, odbił się od krawężnika i skosił latarnię. Ciężka, metalowa konstrukcja przechyliła się i zaczęła spadać na Sophie.
Nie!
To była jej jedyna myśl. W tej samej chwili kontrolę nad nią przejął instynkt.
Jej dłoń wystrzeliła w górę, umysł zaś zaczął czerpać energię skądś z jej wnętrza i wypychać przez opuszki palców. Czuła, jak ta siła zderza się z przewracającą się latarnią i chwyta ją tak, jakby stanowiła przedłużenie ręki Sophie. Kiedy opadł kurz, dziewczyna podniosła wzrok i wciągnęła gwałtownie powietrze.
Niebieska latarnia unosiła się nad nią, przytrzymywana siłą jej umysłu. Nie sprawiała nawet wrażenia ciężkiej, choć na pewno sporo ważyła.
‒ Puść ją! – rzucił ostrzegawczo znajomy głos z charakterystycznym akcentem, wyrywając Sophie z transu.
Krzyknęła i odruchowo opuściła rękę. Latarnia runęła w ich stronę.
‒ Uwaga! – zawołał Fitz, odciągając Sophie ułamek sekundy przed tym, jak metal huknął o ziemię. Siła uderzenia odrzuciła ich i przewróciła na chodnik. Fitz runął jako pierwszy, amortyzującej upadek.
Czas stanął w miejscu.
Sophie wpatrywała się w szeroko otwarte oczy chłopaka, próbując przekopać się przez natłok myśli i pytań wirujących w jej głowie i znaleźć pośród nich coś rozsądnego.
‒ Jak to zrobiłaś? – wyszeptał.
‒ Nie mam pojęcia. – Usiadła, odtwarzając w myślach kilka ostatnich sekund. Nic nie miało sensu.
‒ Musimy się stąd zwijać. – Fitz wskazał na kierowcę, który gapił się na nich tak, jakby był świadkiem cudu.
‒ On to widział – wyrzuciła z siebie spanikowana.
Chłopak wstał i pociągnął ją za rękę.
‒ Chodź, znikajmy stąd.
Była zbyt zszokowana, aby samodzielnie podjąć jakąś decyzję, więc nie stawiała oporu, kiedy zaczął ją za sobą ciągnąć.
‒ W którą stronę? – zapytał na pierwszym skrzyżowaniu.
Nie chciała zostawać z nim sam na sam, więc pokazała kierunek północny, gdzie mieściło się zoo. Tam na pewno będzie tłum ludzi, nawet podczas pożarów.
Puścili się biegiem, mimo że nikt ich nie gonił, i pierwszy raz w życiu Sophie zatęskniła za słyszeniem myśli. Nie miała pojęcia, czego chce Fitz – a to wszystko zmieniało. Przez jej głowę przebiegały przerażające scenariusze, a w większości z nich agenci rządowi wrzucali ją do ciemnych vanów, aby przeprowadzać na niej eksperymenty. Obserwowała ulicę, gotowa w każdej chwili dać nogę.
Dotarli do ogromnego parkingu przed zoo i Sophie odetchnęła z ulgą na widok ludzi lawirujących między samochodami. Nic jej nie groziło przy tak wielu świadkach. Zwolniła.
‒ Czego chcesz? – zapytała, kiedy jej oddech się nieco uspokoił.
‒ Pomóc ci, przyrzekam.
Ton jego głosu wydawał się szczery. Wcale to jednak niczego nie ułatwiało.
‒ Dlaczego mnie szukałeś? – Skubała nerwowo rzęsę, bojąc się odpowiedzi.
Otworzył usta, po czym się zawahał.
‒ Nie jestem pewny, czy wolno mi to mówić.
‒ Jak mam ci zaufać, skoro nie odpowiadasz na moje pytania?
Przez chwilę się zastanawiał.
‒ Okej, w porządku, ale ja nie wiem wiele. Przysłał mnie mój ojciec. Szukaliśmy konkretnej dziewczyny w twoim wieku, a ja jak zwykle miałem obserwować i raportować. Nie miałem z tobą rozmawiać. – Ściągnął brwi, jakby był sobą rozczarowany. – Tyle że nie potrafiłem cię rozgryźć. Twoja osoba nie ma sensu.
‒ A co to niby znaczy?
‒ To znaczy, że jesteś… inna, niż się spodziewałem. Chodzi o twoje oczy.
‒ Co jest nie tak z moimi oczami? – Z nagłym skrępowaniem dotknęła swoich powiek.
‒ Wszyscy mamy niebieskie oczy. Kiedy więc zobaczyłem twoje, uznałem, że znowu namierzyliśmy niewłaściwą dziewczynę. A jednak nie. – Spojrzał na nią z czymś w rodzaju podziwu. – Ty rzeczywiście jesteś jedną z nas.
Sophie zatrzymała się i uniosła ręce.
‒ Chwila. Co to znaczy „jedną z nas”?
Obejrzał się i zmarszczył brwi na widok sporej grupy wycieczkowiczów nieopodal. Pociągnął ją w bardziej ustronną część parkingu i przykucnęli za ciemnozielonym minivanem.
‒ Okej, nie da się tego inaczej wytłumaczyć, więc powiem wprost. Nie jesteśmy ludźmi, Sophie.