Autor książki „Lem. Życie nie z tej ziemi” bierze pod lupę historię człowieka, który opracował techniczne założenia internetu.


Człowiek, który wynalazł internetPierwsze łącze sieci według pomysłu Paula Barana uruchomiono w 1969 roku w Kalifornii, a było to możliwe po tym, jak urodzony w polskim Grodnie inżynier przekonał do zainwestowania w swój pomysł amerykańskich generałów.

Paul Baran pracował przy konstrukcji pierwszego komercyjnego komputera UNIVAC, pierwszej rakiety typu „cruise missile” i przy narodzinach technologii Hi-Fi.

Zanim wprowadzono w życie jego pomysły, Paul Baran przewidział wideokonferencje, internetowe zakupy, a także powszechność prywatnych urządzeń interaktywnych z dostępem do wielkich baz wiedzy, dziś znanych jako laptopy i smartfony.

Przewidział też związane z Internetem zagrożenia dla prywatności i demokracji. Niestety, politycy nie dorównywali mu geniuszem i tak zostało do dziś: Internet to arcydzieło inżynierii, ale od strony regulacji prawnych, kompletna fuszerka.

***

Lubię łączyć podróż rzeczywistą z tą odbywaną w wyobraźni. Tak naprawdę więc po prostu wyjechałem 8. w kierunku Białegostoku, jak robią codziennie tysiące kierowców. W swojej wyobraźni byłem już jednak popkulturowym bohaterem, który wyrusza do Sudovii szukać śladów inżyniera Barana.
– Wojciech Orliński

Wojciech Orliński
Człowiek, który wynalazł internet
Biografia Paula Barana
Wydawnictwo Agora
Premiera: 2 października 2019
 
 

Człowiek, który wynalazł internet


SPIS TREŚCI
Prolog. Piła elektryczna w szklanej kuli
Rozdział 1. Sudovia
Rozdział 2. Ellis Island
Rozdział 3. W3KAS
Rozdział 4. UNIVAC, Matador i Bing Crosby
Rozdział 5. Evelyn
Rozdział 6. Najcięższy komputer świata
Rozdział 7. Dr Strangelove i Mr Khrushchev
Rozdział 8. Wielkie LO
Rozdział 9. Powrót do Doliny Krzemowej
Zakończenie. Mensch

Prolog

PIŁA ELEKTRYCZNA W SZKLANEJ KULI

To mogłaby być scena z serialu Mad Men, a dokładniej z szóstego sezonu, bo rzecz się dzieje w grudniu 1967 roku. Bohaterowie produkcji mogliby uczestniczyć w zimowej konferencji American Marketing Association w Waszyngtonie.
Jest oczywiście ten problem, że oni w rzeczywistości nie istnieli, a konferencja miała miejsce naprawdę, ale scenarzyści nieraz wplatali losy fikcyjnych bohaterów w historyczne wydarzenia. Puśćmy więc wodze wyobraźni, nie wykraczając przy tym poza to, co o tej konferencji wiemy z zachowanych relacji.
Oto nasi bohaterowie wkraczają na salę – odziani w smokingi, trzymając kieliszki z martini czy old fashioned, w towarzystwie pięknych kobiet w olśniewających kreacjach. Skinieniem głowy pozdrawiają kolegów z innych firm reklamowych albo demonstracyjnie odwracają wzrok.
To dobre czasy, żeby być biznesmenem w Ameryce. Po latach ta dekada będzie wspominana jako go-go years[1], przez nawiązanie do powiedzonka oznaczającego niewyczerpaną obfitość i beztroską zabawę. Czegokolwiek się człowiek tknie, okazuje się żyłą złota. Akcje na giełdzie same rosną. Nie trzeba się nawet za bardzo zastanawiać nad wyborem inwestycji, wystarczy dywersyfikować, żeby mieć gwarancję zysku.
Dobrze się też żyje ludziom pracy. Ameryka od 1945 roku odnotowuje nieprzerwany wzrost realnych wynagrodzeń. Przeciętny Amerykanin w grudniu 1967 roku żegna kolejny udany (przynajmniej pod względem zawodowym) rok i z optymizmem oczekuje następnego, jeszcze lepszego.
Miliony Amerykanów awansowało do klasy średniej. Ich dziadkowie byli biedni, ich rodzice byli biedni, oni sami mieli biedne dzieciństwo. A teraz nagle stać ich na dom, samochód, podróże po świecie, wysłanie dzieci na studia. To wszystko trzeba im zareklamować i sprzedać, więc kto w tym okresie zajmuje się marketingiem, ten jest po prostu skazany na sukces. W deszczowy październikowy dzień nawet najgorszy grzybiarz znajdzie coś w lesie.
Uczestnicy grudniowej konferencji AMA są przekonani, że należą do najlepszych specjalistów od marketingu na świecie. Przyjechali tu celebrować swój sukces i pochwalić się przed kolegami po fachu nowym samochodem, nowym jachtem, nową żoną.
Impreza odbywa się w wolne dni między świętami a sylwestrem – od dwudziestego siódmego do dwudziestego dziewiątego grudnia. To właściwie wakacje, ale żeby uczestnicy mogli je zaksięgować jako konferencję branżową i uwzględnić w rozliczeniu podatkowym, w programie przewidziano liczne wykłady i prezentacje.
Oto jedna z nich: jajogłowy inżynier z RAND Corporation ma wygłosić przemówienie zatytułowane „Pewne zmiany w technologii informacji, które wpłyną na marketing w roku 2000”. Kończy sesję 7C: „Rozwój technologii i nowe rynki zbytu”[2].
Wszyscy na sali mają pewne wyobrażenie o tym, jakie nowe rynki zbytu pojawią się w roku 2000 – science fiction to rzecz równie amerykańska jak western. Trzy lata wcześniej w Nowym Jorku odbyła się wystawa światowa, na której czołowe korporacje technologiczne (Ford, IBM, General Motors, DuPont, AT&T) przedstawiały wizje swoich produktów w XXI wieku. Tamte wyobrażenia doskonale oddaje kręcony w tym okresie film Stanleya Kubricka 2001: Odyseja kosmiczna, w którym główny bohater leci wahadłowcem linii Pan Am na orbitalną Stację Kosmiczną numer 5 mieszczącą hotel Hiltona, restaurację Howard Johnson i automat wideofoniczny AT&T.
Magnat hotelowy Barron Hilton rzeczywiście był wówczas przekonany, że pierwsze kosmiczne hotele są na wyciągnięcie ręki. Żeby nie dać się uprzedzić konkurencji, w 1967 roku zaprezentował projekty luksusowego ośrodka na Księżycu, niemal całkowicie ukrytego pod powierzchnią Srebrnego Globu, z wyjątkiem przeszklonej kopuły z barem fortepianowym. Ogłosił, że spodziewa się dożyć przecięcia wstęgi w pierwszym pozaziemskim Hiltonie. W serialu Mad Men Conrad Hilton, ojciec Barrona, zamawia u głównego bohatera reklamę księżycowego hotelu[3].
Goście spodziewają się więc, że wykład o marketingu roku 2000 będzie traktował o podobnych zagadnieniach. Może inżynier z RAND Corporation opowie im, jak będą wyglądały reklamowe bilbordy na Księżycu albo automaty z colą działające w warunkach nieważkości? A może jak roboty będą smażyć hamburgery w McDonaldzie przyszłości?
Nazwisko tego inżyniera nic im nie mówi. To niejaki Paul Baran. Niektórzy uczestnicy konferencji, których przodkowie pochodzili z Mitteleuropy, mogą się uśmiechnąć pod wąsem, bo wiedzą, że w językach słowiańskich to nazwisko oznacza pewne zwierzę gospodarcze, ale także osobę o niezbyt lotnym umyśle[4].
Uczestnicy konferencji olśniewają strojami i fryzurami.
Tymczasem gdybyśmy minęli na ulicy inżyniera Paula Barana, raczej nie zapamiętalibyśmy jego wyglądu. Całe ubranie, które ma właśnie na sobie, z butami i zegarkiem włącznie, kosztuje zapewne mniej niż przeciętna męska koszula któregoś z uczestników. Szarobury garnitur, szarobury krawat, okulary w rogowych oprawkach, z soczewkami grubymi jak denka butelek. Budowa ciała przeciętna, lekka nadwaga[5]. Znaków szczególnych brak. Włosów też.
Na początek inżynier pokazuje trochę statystyk, wyświetlając je z ręcznie przygotowanych slajdów. Zaczyna od przedstawienia uczestnikom ich szans na dożycie roku 2000 w zależności od wieku. Z wykresu wynika, że kto miał w 1967 roku czterdziestkę, ten miał sześćdziesiąt procent szans[6].
Ku rozczarowaniu zebranych[7] nie mówi nic o kosmosie. Zabiera się do opisywania tego, jak w roku 2000 będzie wyglądać czynność, która bywa dokonywana także w roku 1967: zakup zwykłej elektrycznej piły.
W roku 2000 ludzie będą robić takie zakupy bez wychodzenia z domu, za pomocą urządzenia łączącego ich telewizor z rodzajem sieci komputerowej – twierdzi inżynier Baran i radzi, że najłatwiej to sobie wyobrazić, zakładając, że ta sieć będzie niczym ogromny dom towarowy, w którym jest wszystko. Dowolny towar, jaki można kupić gdziekolwiek, można kupić także w niej.
Dostęp do takiej sieci będzie miał praktycznie każdy konsument. Co za tym idzie, zmienią się nawyki zakupowe. W roku 1967 wszyscy są przyzwyczajeni do marketingu typu push, w którym potrzebę dokonania zakupu wywołuje się w kliencie mniej lub bardziej sztucznie – reklamą, promocją, fortelem typu „piąta puszka gratis”. Do roku 2000 marketing będzie musiał się przestawić na tryb pull, w którym klient sam świadomie zaspokaja swoje potrzeby, kiedy się pojawią – na przykład nagle uzna, że przyda mu się elektryczna piła.
Jak to będzie wyglądało w praktyce?
Inżynier Baran demonstruje kolejny slajd, przedstawiający telewizor, do którego podłączona jest niewielka klawiatura. Twierdzi, że za jej pomocą użytkownik będzie dokonywał różnych wyborów, tak jak już dzisiaj, w roku 1967, pilotem zmienia kanały w telewizorze. Ale w roku 2000 dodatkowo będzie mógł wybrać, czy chce oglądać telewizję, czy skorzystać z owej sieci komputerowej.
Rzutnik wyświetla koncepcję owego menu z opcjami do wyboru. Wyglądają następująco:
 
0 – WYŁĄCZYĆ ODBIORNIK?
1 – CZY CHCESZ ROZRYWKI?
2 – CZY CHCESZ SKORZYSTAĆ Z MATERIAŁÓW EDUKACYJNYCH?
3 – CZY CHCESZ Z KIMŚ POROZMAWIAĆ I GO ZOBACZYĆ?
4 – CZY CHCESZ SPRAWDZIĆ JAKĄŚ INFORMACJĘ W BIBLIOTECE?
5 – CZY CHCESZ SIĘ POŁĄCZYĆ Z OSOBISTYM BANKIEM INFORMACJI?
6 – CZY CHCESZ DOKONAĆ TRANSAKCJI PRZEZ TRANSMISJĘ TEKSTU?
7 – CZY CHCESZ KUPIĆ JAKIŚ NOWY PRODUKT?
8 – CZY CHCESZ KUPIĆ COŚ ZE SWOJEJ STAREJ LISTY ZAKUPÓW?
9 – ŻADNE Z POWYŻSZYCH
 
Nasz użytkownik, jak pamiętamy, chce kupić piłę elektryczną. Zatem naciska „7”. Pojawiają się kolejne opcje:
 
1 – AKCESORIA
2 – SAMOCHODY
3 – UBRANIA
4 – LEKARSTWA
5 – NARZĘDZIA
6 – GOSPODARSTWO DOMOWE
 
Pozycji 7–9 Baranowi nie chciało się już wypełniać, zaznaczył tylko, że jakieś będą, ale zostawił puste miejsca. Widać, że to przykłady na rybkę. Przecież opcja „CZY CHCESZ Z KIMŚ POROZMAWIAĆ I GO ZOBACZYĆ?” brzmi dziś zbyt topornie nawet jak na standardy Microsoft Office.
Nasz użytkownik wybiera „NARZĘDZIA”, więc wciska „5”. Dostaje nowe menu: „ŚRUBKI I NAKRĘTKI”, „NARZĘDZIA RĘCZNE”, „NARZĘDZIA ELEKTRYCZNE”. Wybiera „NARZĘDZIA ELEKTRYCZNE”. Teraz może też kupić „ELEKTRYCZNE WIERTARKI”, „ELEKTRYCZNE TOKARKI” i – wreszcie! – „ELEKTRYCZNE PIŁY”.
Wyświetlają mu się produkty najpierw posegregowane według „MARKA #1”, „MARKA #2” i tak dalej. Ale prawdziwą bombę inżynier odpala na następnym slajdzie. Okazuje się, że zanim nasz majsterkowicz podejmie decyzję, która z marek mu odpowiada, może zajrzeć do kolejnego menu, gdzie będzie miał do wyboru:
 
1 – ARKUSZ DANYCH TECHNICZNYCH
2 – CENA
3 – DOSTĘPNOŚĆ W NAJBLIŻSZYM SKLEPIE
4 – WARUNKI DOSTAWY DO DOMU
5 – NAJBLIŻSZY PUNKT SERWISOWY
6 – POTRZEBA DODATKOWYCH INFORMACJI
7 – WYNIKI TESTÓW KONSUMENCKICH

Nowe technologie komputerowego gromadzenia i przetwarzania informacji wywołają rewolucję w marketingu – przekonuje inżynier. Człowiek chcący kupić piłę nie uda się do najbliższego sklepu i nie kupi tam produktu, który poleci mu sprzedawca („choć już dzisiaj trudno o kompetentnego sprzedawcę”, zauważa inżynier). Reklamy nie będą go więcej namawiać, żeby jeździł akurat do tego centrum handlowego, a nie do innego. A miejsce zajmowane na półkach przez produkty nie będzie zależeć od tego, ile producenci pił zapłacą sieciom sklepowym. Decyzji nie będą wspierały techniki marketingowe typu „do każdej piły – wiertarka gratis”. Marketing typu push będzie przeszłością.
W roku 2000 konsument, któremu sieć komputerowa daje dostęp do „sklepu ze wszystkim”, będzie miał inne nawyki zakupowe. Klient będzie mógł przecież za pomocą sieci zamówić sobie wszystko bez wychodzenia z domu. Alternatywą będzie niszowy, specjalistyczny sklepik na drugim końcu miasta, do którego pojedzie, o ile będą tam jakieś wyjątkowo atrakcyjne piły elektryczne.
Baran powołuje się na wykresy i statystyki sugerujące, że produkować lepiej, taniej i więcej już się nie da. W kwestii zwiększania wydajności procesu wytwarzania dóbr materialnych wiele się do roku 2000 nie wydarzy. Ogromny postęp, który dokonał się w tej dziedzinie w pierwszej połowie XX wieku, doprowadził już optymalizację do ściany. Największe zmiany wydarzą się w dziedzinie dystrybucji.
A ta, w roku 1967, jest nieefektywna. Transportowanie towaru od wytwórcy do hurtowników, od hurtowników do detalistów, składowanie w magazynach, wykładanie na półki, koszty promocji – cały ten system aż się prosi o rewolucję, radykalnie tnącą koszty i podnoszącą wydajność. A że z praktycznego punktu widzenia dystrybucja to przetwarzanie informacji, ta rewolucja będzie związana z nowymi technikami komputerowymi – twierdzi inżynier Baran.
Uczestnicy konferencji przyjmują te tezy jak herezję. Część jest wyraźnie wściekła[8]. Przerywają prelegentowi, nie mogą znieść tych bzdur. „Może pan się zna na komputerach, ale nie wie pan nic o marketingu – woła jeden. – Ludzie nie idą na zakupy po to, żeby kupować rzeczy. Idą dla przyjemności chodzenia na zakupy”. „Pan zupełnie nie rozumie kobiet i ich potrzeb” – woła ktoś inny.
Pada pytanie: „A co z zakupami impulsowymi? Często kupuję coś po prostu dlatego, że akurat przechodziłem ulicą i przypadkowo zobaczyłem to na wystawie”. Paul Baran błyskawicznie ripostuje: „OK, ma pan rację, dodajmy do menu opcję SZCZĘŚLIWY TRAF”.
Kto oglądał serial Mad Men, może sobie wyobrazić reakcję Dona Drapera czy Rogera Sterlinga. Z uśmiechem wyższości na twarzy i szklaneczką old fashioned w ręce wyjaśniliby jajogłowemu inżynierowi, na czym polega sztuka marketingu. Raczej nie przekonałby ich swoimi statystykami – mawiali przecież, że sprzedaż bazuje na uczuciach, a tego się nie da opisać słupkami liczb.
Można wybaczyć sceptycyzm publiczności. Paul Baran wymagał od uczestników konferencji z 1967 roku wyobrażenia sobie technologii, której jeszcze nie było. Pierwsze łącze sieci komputerowej, do której się odwoływał w swojej prezentacji, będzie uruchomione dopiero za dwa lata.
Ćwierć wieku później trzydziestoletni Jeff Bezos rzuci pracę w funduszu inwestycyjnym, żeby założyć własną firmę – dokładnie według pomysłu przedstawionego przez inżyniera Barana. Będzie to właśnie „sklep ze wszystkim”[9]. Tak swój pomysł przedstawiać będzie inwestorom i współpracownikom. Ten pomysł uczyni go dwudziestego siódmego lipca 2017 roku najbogatszym człowiekiem świata.
To mógł być każdy z uczestników tej konferencji – o ile dożył połowy lat dziewięćdziesiątych, rzecz jasna. Ale kto miał w 1967 roku trzydzieści lat, ten w 1997 miał lat sześćdziesiąt. To dość czasu, żeby odłożyć milion dolarów specjalnie na tę okazję i odwiedzić Jeffa Bezosa, który w poszukiwaniu inwestorów zapożyczał się wszędzie po uszy, nawet u własnych rodziców.
Ten na pewno ucieszyłby się, gdyby w jego garażu pod Seattle pojawił się jakiś senior marketingu i powiedział: „Panie Bezos, słyszałem, że chce pan założyć sklep ze wszystkim, czekałem na pana od 1967 roku, wchodzę do tej spółki”. W ten prosty sposób senior marketingu objąłby w posiadanie na przykład jedną trzecią Amazona (a dziś wystarczy mieć pół procenta, żeby być multimiliarderem).
O ile mi jednak wiadomo, nikt taki u Bezosa się nie pojawił. Uczestnicy konferencji dostali na tacy receptę na zbicie fortuny w nadchodzącej epoce sieci komputerowych, ale z niej nie skorzystali.
A co z tą wiedzą zrobił inżynier Paul Baran?
I skąd ją w ogóle miał?
Otóż to dopiero jest fascynująca historia…

Rozdział 1.

SUDOVIA

Sudovia – to brzmi jak nazwa fantastycznej krainy, gdzie Tintin, James Bond albo Spider-Man muszą wykonać sekretną misję, od której zależą losy świata. Na przykład: odnaleźć pochodzącego stamtąd genialnego naukowca albo wynalazcę. I w pewnym sensie nawet tak jest, bo człowiek, który wynalazł internet, pochodził właśnie z Sudovii, choć za jego czasów nazwa ta, która pojawiła się w średniowiecznych listach i kronikach, pisanych po łacinie, wychodziła już z użycia.
Lubię łączyć podróż rzeczywistą z tą odbywaną w wyobraźni. Tak naprawdę więc po prostu wyjechałem ósemką w kierunku Białegostoku, jak robią codziennie tysiące kierowców. W swojej wyobraźni byłem już jednak popkulturowym bohaterem, który wyrusza do Sudovii szukać śladów inżyniera Barana.
Wiedziałem tyle, co wyczytałem wcześniej w archiwach zdeponowanych w bibliotece Uniwersytetu Stanforda – że rodzina Baranów pochodziła z miasteczka Sidra, między Białymstokiem a Grodnem. Jak to miasteczko dziś wygląda? Czy są tam jakieś ślady po społeczności żydowskiej? Skąd się wzięło nazwisko Baran? To wszystko chciałem ustalić na miejscu.
To niełatwe, bo część dokumentów dotyczących podlaskich Żydów zaginęła lub uległa zniszczeniu podczas wojny. Najstarszym członkiem rodziny Baranów, którego ślad udało mi się odnaleźć w urzędowych rejestrach, jest Chaim Hirszowicz Baran, dziadek Paula. Widnieje on w alfabetycznym spisie płatników podatku od nieruchomości w Sidrze – dokumencie niedatowanym, ale z zawartych w nim informacji wynika, że pochodzi z ostatniej dekady XIX wieku[10].
Chaim Baran żył w latach 1847–1917 – to z kolei wiem z drzewa genealogicznego, które w 1994 roku Paul Baran układał z pomocą swojej bratanicy Barbary Aronow[11]. O rodzicach Chaima, a pradziadkach naszego bohatera, wiem jeszcze mniej: występują na tym drzewie bez dat i dalszych informacji, jako Hersch Lieb Baran i Vischka Blomberg.
Hersch Lieb Baran był prawdopodobnie pierwszym, który przyjął to nazwisko[12]. Wydaje się też, że na co dzień posługiwał się językiem polskim[13]. Ze spisów ludności z 1897 roku wiemy, że na tysiąc stu sześćdziesięciu pięciu mieszkańców Sidry było siedmiuset czterdziestu dwóch Żydów. W tej liczbie jest też siedmioro dzieci Chaima. Kilkoro z nich wyemigrowało do USA i na drzewie genealogicznym wymienione są tylko ich zanglicyzowane imiona. Są to kolejno: Winnie (Winfred), Masha, Isaac, Lea, Anna i Mowsche/Morris. Ten ostatni, urodzony ósmego września 1884 roku, ożeni się z młodszą o dziewięć lat Anną Seren(sky) z pobliskiej Sokółki i razem będą mieli trójkę dzieci: Harriet, Herberta i Paula, bohatera tej książki.