“Na podbój Księżyca” to literacki reportaż dający obraz pierwszej wyprawy człowieka na Księżyc.


Na podbój KsiężycaPierwsze lądowanie na Księżycu oczyma autora „Nagich i martwych”. Literacki reportaż dający obraz pierwszej wyprawy człowieka na Srebrny Glob.

Mailer nie tylko przedstawia te przełomowe wydarzenia, ale również snuje refleksje na temat psychiki człowieka, maszyn oraz problemów współczesnej Ameryki. Według „New York Times’a” – książka nieokiełznana i olśniewająca.

Dla wielu lądowanie na Księżycu było decydującym wydarzeniem XX wieku. Nie dziwi więc, że to właśnie Norman Mailer – literacki prowokator, który zmienił krajobraz amerykańskiej literatury faktu – napisał kronikę misji Apollo 11.

„Na podbój Księżyca” to literacki reportaż dający obraz pierwszej wyprawy człowieka na Księżyc. Mailer nie tylko przedstawia te wydarzenia, ale również snuje refleksje na temat psychiki człowieka, na temat maszyn oraz problemów współczesnej Ameryki.

***

Dar geniusza… dwudziestowieczny amerykański epos – Moby Dick kosmosu.
„New York Magazine”

Norman Mailer (1923–2007) to amerykański powieściopisarz, eseista, dziennikarz, scenarzysta i reżyser filmowy, dwukrotny laureat Nagrody Pulitzera.

Norman Mailer
Na podbój Księżyca
Przekład: Ewa i Lesław Adamscy
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 23 lipca 2019
 
 

Na podbój Księżyca


CZĘŚĆ PIERWSZA – Aquarius

ROZDZIAŁ 1 – Utrata ego


A teraz śpi
z tą starą ladacznicą śmiercią…
Czy chcesz pojąć za żonę
tę starą ladacznicę śmierć?

Ernest Hemingway

I

Norman, urodzony pod znakiem Wodnika, przebywał właśnie w Meksyku, gdy podano wiadomość o śmierci Hemingwaya. Przerzucił strony „New York Timesa”, czytając gładko wystylizowane opinie różnych znakomitości, które w większości wcale nie były wielbicielami Hemingwaya — nie takimi! — i doznał ataku urażonej próżności na myśl, że redakcja nie zwróciła się do niego z prośbą o wypowiedź. Prawdę mówiąc, nie był wcale pewien, czy mógłby się na nią zdobyć. Doznawał przykrych uczuć w tym miazmatycznym i niepoddającym się analizie rejonie pomiędzy wątrobą a duszą. Samobójstwo Hemingwaya rzuciło go w objęcia lęku. W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od tamtych chwil, chyba ani jeden dzień nie minął mu bez myśli o śmierci.
Oczywiście w końcu zdecydował się na wypowiedź. Wściekłość spowodowana tym, że inni kierują światem znacznie gorzej, niż on sam by to zrobił, dodała mu odwagi do zabrania głosu. Świat mógłby w końcu wyciągnąć jakąś naukę z tego, co on, Norman, ma do powiedzenia — jego wiara w siebie wspierała się na takim właśnie, twardym jak diament fundamencie. Zresztą pewna dziennikarka brytyjska, która wraz z nim przemierzała Meksyk, uznała za właściwe uzyskać jego opinię na temat tego tragicznego zgonu.
Była to ostatecznie nie lada gratka: reakcja jednego z najbardziej znanych młodych powieściopisarzy amerykańskich na tragiczny koniec jednego z największych prozaików współczesnego świata. Rozmyślając więc o tym, że rozpryśnięty mózg Hemingwaya tkwi w atmosferze wszystkiego — cóż to za klątwa rzucona na jego naśladowców! — Norman wykrztusił z siebie coś, co było w istocie oświadczeniem politycznym. Nie żywił upodobania i nie miał pedagogicznego zacięcia do publicznych wystąpień. Poprzestańmy na tym, że perorował bez polotu: jakąż sekretną radość musiała wywołać ta śmierć w sercu każdego biurokraty; teraz pewnie poczuli się silniejsi. Miał oczywiście na myśli to, że Hemingway stanowił opokę, Hemingway potrafił dawać wiarę, że człowiek może jeszcze zakrzyczeć ciszę szpitalnego korytarza, oddychać ciepłem tchnienia dzikiego zwierzęcia, zaakceptować swoją codzienną dawkę lęku. A teraz największy ze współczesnych romantyków umarł. Lęk wyrwał się na wolność. Olbrzym nie spłacił swoich powinności i coś strasznego przyczaiło się w powietrzu. Technika zapełni lukę, w ciszę wedrą się trzaski zakłóceń, zaś człowiek być może nie zechce już dłużej korzyć się w lęku przed Bogiem.

II

Czy jesteśmy gotowi do filozoficznego startu? Zapewne nie pozostaje nam nic innego. Będziemy mimo wszystko próbowali zrozumieć astronautów. Jeśli pośrednictwo Aquariusa ułatwi nam zbliżenie się do tego celu, to dzięki temu, że jest on kimś w rodzaju detektywa i że w ciągu owych ośmiu lat uległ przeobrażeniom duchowym. Nauczył się obcować z pytaniami bez odpowiedzi. Oczywiście, jak zawsze, ma niewiele wspólnego z aktualnym duchem czasu — właśnie dlatego Norman nie jest pewien, czy wolno mu się nazwać Aquariusem. Urodzony 31 stycznia, ma prawo do tego imienia, lecz uważa za subtelną ironię losu fakt, że wchodzimy obecnie w Wiek Wodnika, podczas gdy on sam jeszcze nigdy nie był tak pozbawiony poczucia wieku. Prawdę mówiąc, nie czuje się nikim więcej niż poczciwym, nieco zepchniętym na bok duchem. To chyba najlepsza sytuacja dla detektywa.
Wybaczcie mu więc, jeśli znajduje pewną przyjemność w kojarzeniu dat. John F. Kennedy wygłosił swoją deklarację dotyczącą wyprawy na Księżyc niespełna sześć tygodni przed śmiercią Hemingwaya. Naród, zdecydował Kennedy, „powinien wytężyć siły, by jeszcze przed końcem tej dekady człowiek mógł stanąć na Księżycu i wrócić cało na Ziemię… Rozpościera się przed nami nowy ocean i uważam, że Stany Zjednoczone muszą nań wypłynąć”. Należy przypuszczać, że Księżyc tego nie słyszał, lecz jeśli to prawda, że jest on stacją nadawczą i odbiorczą wszelkiego ludzkiego szaleństwa, widocznie nie ignorował naszego narodu od tego czasu. Cztery morderstwa polityczne, wojna w Wietnamie, pożary w murzyńskich gettach, hippisi, narkotyki, liczne rozruchy studenckie, konwencja demokratów w Chicago, strajk w nowojorskich szkołach, rewolucja seksualna — tak jest, po ośmiu latach tej dramatycznej, niemal katastrofalnej, bez wątpienia nawiedzonej dekady jesteśmy gotowi do lotu na Księżyc.
Było to dziesięciolecie tak nieustabilizowane w porównaniu z całą historią Ameryki, że Aquarius, który rozpoczął je napaścią na swoją drugą żonę w roku 1960, miał je zakończyć jako kandydat z ramienia Partii Demokratycznej na stanowisko burmistrza Nowego Jorku. W najgorętszym maju i czerwcu, jakie pamiętał, wygłosił w ciągu sześćdziesięciu dni ze trzysta przemówień, wystąpił ogromnie wiele razy w radiu i telewizji, przemierzył setki ulic, uścisnął tysiące dłoni — niekiedy ściskał ich dwa lub trzy tysiące dziennie — pracował po czternaście, szesnaście godzin na dobę, obywał się czterema, pięcioma godzinami snu i niejednokrotnie budził się z jasną i intensywną pewnością zwycięstwa. Norman był leniwy, a polityka zmusiłaby go do szesnastu godzin pracy dziennie przez resztę życia. Miał tak wielki kompleks winy, że spodziewał się wyboru jako stosownej i należnej mu kary za grzechy. Mimo to pragnął wygranej. Już nigdy nie chwyciłby za pióro, gdyby został burmistrzem (zajęcie to niewątpliwie zniweczyłoby jego talent), lecz za to trzymałby rękę na sterze Historii, a przecież Norman nie był pozbawiony takich ambicji.
Dotarł do mety jako czwarty z pięciu kandydatów i politykę miał z głowy. Prawdę mówiąc, nie popisał się zbytnio w tym wyścigu. Najwyraźniej nie miał owej apokaliptycznej zdolności zjednywania sobie ogromnych rzesz wyborców. Po całej tej historii zostało mu uczucie obrzydzenia do siebie. Miał dość własnego głosu, własnej twarzy, własnej osoby, charakteru, idei, przemówień i poczucia ważności w ogóle. Nie czuł się nieszczęśliwy, raczej lekko przygnębiony, nieco wyczerpany, mądrzejszy, bardziej tolerancyjny, smętny, pozbawiony próżności, a nawet po trosze pokorny. Taki pozbawiony powłoki cielesnej duch. Coś się wypaliło w jego duszy w ciągu tych ośmiu tygodni walki wyborczej, a mimo to nie był w pełni świadom, co tak naprawdę roztrwonił. Lecz mógł to być właśnie znakomity stan do rozważań nad lotem „Apolla 11” na Księżyc — Norman był przecież całkowicie oderwany od kategorycznych wymagań własnego „ja” i mógł się oddać rozmyślaniom o astronautach, przestrzeni, programach kosmicznych, o Księżycu, w ogóle nie zważając na fakt, że ci bohaterowie, te byty i te siły nie są mu przyjazne. Był niczym duch jakiejś zniweczonej właśnie kwintesencji przeszłości, toteż w końcu pozwolił sobie ochrzcić się Aquariusem. Uznał to za znakomite imię dla kogoś, kto się zabiera do dociekań nad rakietami. Wodnik, duch wód, przemierzał ziemię i oddychał powietrzem. Trzy elementy stanowiły jego żywioł: ciało stałe, ciecz i gaz, i było w tym coś pokrewnego rakiecie. „Apollo 11” miał opuścić Ziemię, poruszać się dzięki spalaniu ciekłego paliwa i przemierzać próżnię, a czym w końcu jest próżnia, jeśli nie krańcowym stadium rozprężania się gazu? Takimi to nienaukowymi torami biegła myśl Normana spod znaku Aquariusa.

III

W samym środku kampanii wyborczej o fotel burmistrza pojawiła się w prasie wzmianka, której nagłówek głosił, że kandydatowi zaoferowano milion dolarów za książkę o astronautach. Rzecz była osobliwa, ponieważ kwoty podane w tekście sumowały się zaledwie do czterystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, w dodatku ta ostatnia liczba, acz nieco przesadzona, nie była zbyt odległa od prawdy. Szczerze mówiąc, Aquarius byłby szczęśliwy, gdyby mu została jakakolwiek gotówka, bo tkwił po uszy w długach zaciągniętych na produkcję trzech filmów (które sam finansował), choć liczył też na to, że po ich spłaceniu i uregulowaniu podatków będzie miał z czego żyć i rozmyślać przez rok. Nieźle. Musiał tylko stworzyć dzieło o wyprawie na Księżyc. Bagatela. Równie łatwo mógłby się udać nad Amazonkę, by badać kamienie księżycowe, jak napisać książkę o całkiem sobie obcych problemach kosmicznych, którą opinia publiczna szacowała na milion dolarów. W istocie już wszyscy go szacowali na milion dolarów, bo z chwilą pojawienia się w prasie owej notatki wpłaty na jego kampanię wyborczą ustały. Aquarius nie wiedział, kogo za to błogosławić: bogów, „Timesa” czy kogoś w biurze swojego agenta.
Oczywiście nie sprawiło mu przykrości, że pospiesznie napisana przezeń książka jest zdaniem ogółu warta milion dolarów — licząc wszystko: wydanie w twardej oprawie i broszurowe, przedruk w czasopismach, prawa autorskie za granicą.
Wprawdzie Aquarius jako literat nie cieszył się nigdy poważaniem, na jakie we własnym mniemaniu zasługiwał, lecz zdobył najwyższe uznanie jako dziennikarz. Ludzie, których nigdy nie widział na oczy, przyznawali mu tytuł najlepszego amerykańskiego publicysty, co on sam uważał za ironię losu, bo przecież wiedział, że nie jest nawet dobrym dziennikarzem i zapewne nie mógłby utrzymać wysokiej pozycji w zawodzie, gdyby musiał codziennie oddawać coś do druku. Znał wielu reporterów i zdawał sobie sprawę, że ten rodzaj pracy wymaga szczególnych predyspozycji. Taki człowiek musi przede wszystkim odznaczać się nienasyconą ciekawością, która nie da mu spocząć, dopóki nie ujawni on tajemnicy kryjącej się w każdym, nawet najbardziej błahym wydarzeniu. Tymczasem Aquarius już dawno temu oparł swoją filozofię na niezachwianym przekonaniu, że nic nie jest ostatecznie poznawalne — to stosowna nagroda za lata dorastania i dojrzałości męskiej spędzone na próbach zgłębienia prawdziwej natury kobiety — więc nie interesowały go drobne sekreciki ukryte za nieważnymi wydarzeniami (za którymi nieodmiennie kryły się dalsze sekreciki). Starał się dochodzić sensu wydarzeń zmysłami, a że był równie krótkowzroczny jak próżny, wolał wywąchać sedno sprawy na odległość. Jego duch zrywał kontakt z szarymi komórkami mózgu nieraz na całe dnie, lecz gdy nadchodził właściwy czas — patrzcie i podziwiajcie! — wszystko stawało się dlań jasne. Posługiwanie się nosem ma swoje dobre strony; technice nie udało się jeszcze stworzyć nauki o węchu.
Wyobraźcie więc sobie zgryzotę i frasunek Aquariusa, kiedy dwa tygodnie po zakończeniu kampanii wyborczej dotarł do Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych NASA w Houston i odkrył, że niczego nie może tam wywęszyć. To nie był rewir dla niego.
Aquarius wychował się w Nowym Jorku. Rozumiał miasta, w szczególności wielkie metropolie, i cieszył się, że pozna Houston. Pojmujecie więc, jaką przyjemność sprawiło mu odkrycie, że Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych wcale nie znajduje się w Houston, a około czterdziestu kilometrów na południe, w środku tej bezimiennej, niemal pozbawionej drzew równiny, która ciągnie się nieprzerwanym, ubogim w roślinność pasem od Houston do Galveston. Dalej na wschód — jak Aquarius miał niebawem stwierdzić — leżą Seabrook i Kemah, na południe Texas City, a nad samą zatoką Galveston. Kraina zmysłowa, gorąca i płodna, domy na palach i stare rudery — oto wybrzeże Zatoki Meksykańskiej. Aquarius polubił tę ziemię, a gdyby tu zamieszkał, też pisałby jak Tennessee Williams. Dzięki tej podróży odkrył, że Tennessee po prostu rejestrował swój żywioł.
Ale to wszystko było wiele kilometrów dalej. Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych rozłożył się na dużej połaci ziemi, suchej i płaskiej niczym parking dla samochodów. Minąwszy strażnika w bramie, nie jesteś w stanie odgadnąć, czy znajdujesz się w wielkich zakładach przemysłowych produkujących komputery lub przyrządy elektroniczne, czy też we wspaniałym, nowoczesnym więzieniu bez krat. Żadnego klucza do zagadki. Czy jest to potężne towarzystwo kredytowo-ubezpieczeniowe, które pewnego dnia postanowiło się schronić na tym pustkowiu za ogrodzeniem, czy też ten geometrycznie uporządkowany kompleks białych, nowoczesnych budynków, surowych, ascetycznych, pozbawionych jakichkolwiek ozdób, dwu- lub trzypiętrowych, z wyjątkiem ośmiopiętrowego gmachu administracji, to w rzeczywistości najnowsza i najlepsza klinika radiologiczna? A może jest to miasteczko studenckie, jedno z owych nieszczęsnych, dziewiczo nowych miasteczek studenckich o budynkach białych jak pasta do zębów, oknach w aluminiowych ramach, ścieżkach poprowadzonych pod kątem prostym, bądź przeciwnie — w starannie wykalkulowanych zygzakach dla uniknięcia kątów prostych — miasteczko, którego ogólny charakter sugerowałby studia administracyjno-ekonomiczne, słowem, miasteczko uniwersyteckie świeżo zbudowane w miejscu spalonego w ostatnich rozruchach studenckich?
Tak naprawdę był to Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, miejsce pracy astronautów, gdzie odbywali oni treningi w symulatorach misji i symulatorach łączenia pojazdów, miejsce, z którego kontrolerzy będą kierować lotem i udzielać astronautom wskazówek — ziemski mózg astronautów w czasie ich pobytu w kosmosie. Jako że ów zespół budynków wyglądał jak najgorsze z miasteczek uniwersyteckich przyszłości, pozbawiony zieleni, biały jak papka z magnezji, z budynkami bez okien i laboratoriami, które mogłyby być pomieszczeniami dla komputerów — i były nimi w istocie! — pomyłka wydawała się w rzeczy samej całkiem zrozumiała. A skoro Lyndonowi Johnsonowi, wówczas wiceprezydentowi USA, udało się ulokować Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, tę kurę znoszącą złote jajka, w Teksasie, na terenie, który przypadkiem znał i który znajdował się na południe od Houston, a należał do pewnego sympatycznego faceta o nazwisku Humble (Humble Oil and Refining), gotowego odstąpić go rządowi na rozsądnych warunkach — pojęcie „rozsądny” przy takiej okazji daje się rozsądnie potraktować i dowolnie rozciągnąć — transakcja kupna mogła nawet zawierać klauzulę, że w razie rozwiązania NASA i rezygnacji z programu badań kosmicznych projektowane zabudowania dadzą się bez trudu adaptować na filię Uniwersytetu Rice’a w Houston. A więc mogło to być jednak miasteczko uniwersyteckie! Niechby ktoś spróbował powiedzieć, że Lyndon Johnson nie jest superpatriotą lokalnym, zawsze gotowym coś zdziałać na rzecz Teksańskiego Stowarzyszenia Popierania Kultury Miejscowej!
Pomyślcie więc sami, czy i na ile to miejsce mogło zadowolić zmysł powonienia Aquariusa. Nie lepiej było i w sąsiedztwie ośrodka. Pobliskie osiedle, Nassau Bay, zamieszkałe przeważnie przez pracowników technicznych, inżynierów i urzędników, rozciągało się na drugim końcu szosy nr 1 należącej do NASA, wokół skrawka wody zwanego Clear Lake. Nassau Bay i podobne mu okoliczne osiedla były tak samo nowe: drogi wiodły przez nie w zakrętach do tego stopnia pozbawionych jakichkolwiek niespodzianek, że było oczywiste, iż wyszły spod krzywika kreślarza. Wprawdzie budynki o rozsądnej architekturze, przeważnie w spokojnych, ziemistych barwach, ciemnych brązach, terakocie, piaskowych beżach, stanowiły nowoczesne i bezpretensjonalne połączenie stylu szwajcarskich domków, stylu elżbietańskiego lub Tudorów z elementami hacjendy, lecz były pozbawione jakiejkolwiek woni czy odoru. Aquarius odkrył, że cenimy sobie powonienie, bo dzięki niemu możemy odczuć czas. Rozpoznajemy wiek czegoś po zapachu: woń młodości, wieku dojrzałego i rozpadu splata się w subtelną kompozycję, by zdradzić nam natychmiast — jeśli nie uciekniemy przed myślą o śmiertelności wszechrzeczy — ile czasu wchłonął dany byt.
Po ludziach pracujących dla NASA też nie można się było spodziewać pomocy. Wszystko świadczyło o tym, że należą do wielkiej kasty Amerykanów, być może większości narodu, którą w Nowym Jorku widuje się jedynie w telewizji. Jednym słowem, były to Waspy1, a w nowojorskim folklorze panuje przekonanie, że nie mają one zapachu. Z punktu widzenia tego miasta Waspy, będące już w połowie drogi na Księżyc, wykorzystują całą swoją biegłość do tego, by zdobywać coraz więcej pieniędzy na zakup dezodorantów, depilatorów, płynów do płukania ust, aerozoli do włosów, a dla pań — Arridu. Lecz ten sarkazm nie jest najwyższego lotu. Byłoby w ogóle w złym guście rozwodzić się nad czyjąś ucieczką od woni, gdyby nie fakt, że jeśli istotnie cenimy sobie lub boimy się zapachów, bo zawierają one w sobie pierwiastek przeszłości i prognozę przyszłości, łączą nas węzłem małżeńskim z czasem i doczesnością, w opinii Aquariusa Waspy nieprzypadkowo były najbardziej faustowskim, barbarzyńskim, okrutnym, nastawionym na postęp i niszczącym wszelkie tradycje plemieniem na ziemi. Wzięły rozbrat z wonią, by przezwyciężyć czas i przekonać się, czy dzięki temu nie uda się im umknąć śmierci! Ni mniej, ni więcej! Popadanie w taką przesadę trąci maniactwem, lecz pomyślcie sobie, gdzie byłby dziś dr Christiaan Barnard, gdyby tuż przed swoją pierwszą transplantacją serca stwierdził: „Nic z tego nie będzie, ten organ jest zbyt bezwonny, żeby jego nowy właściciel czuł się z nim dobrze!”.