Mroczna i nastrojowa, bogato ilustrowana baśń oparta na nagrodzonym trzema Oscarami arcydzieła kinowego Guillermo del Toro.


Labirynt faunaGuillermo del Toro, zdobywca Oscara za „Kształt wody”, wraz z Cornelią Funke, autorką bestsellerowych powieści „Atramentowe serce” i „Król złodziei”, wspólnie stworzyli epicką i mroczną powieść fantasy dla czytelników w każdym wieku, wzbogaconą poruszającymi poetyckimi ilustracjami.

Ta czarowna historia zabiera czytelników do złowrogiego, magicznego i rozdartego wojną świata, zapełnionego wyraziście narysowanymi postaciami, takimi jak nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze, potwory zjadające dzieci czy dzielni buntownicy.

Jak przystało na prawdziwą baśń, jest też dawno zaginiona księżniczka, która ma nadzieję na powrót do rodziny…

***

„Odważna i przejmująco napisana adaptacja filmu, a równocześnie wspaniała, emocjonalna, przerażająca przypowieść o odwadze młodych kobiet w obliczu brutalności wojny”
Michael Grant, autor cyklu „Gone: Zniknęli”

„Ta powieść, cudownie niepokojąca i głęboko emocjonalna, skojarzyła mi się z najlepszymi baśniami, w których każdy rozdział jest klejnotem, a całość zmienia sposób postrzegania otaczającego odbiorcę świata”
Roshani Chokshi, autorka bestsellera „Aru Szach i koniec czasu”

Cornelia Funke, Guillermo del Toro
Labirynt fauna
Przekład: Ewa Wojtczak
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 16 lipca 2019
 
 

Labirynt fauna


Prolog

* * *

Mówi się, że dawno, dawno temu w Podziemnym Królestwie, gdzie nie ma ani kłamstwa, ani cierpienia, mieszkała pewna księżniczka, która marzyła o świecie ludzi. Księżniczka Moanna śniła o idealnie błękitnym niebie i nieskończonym morzu chmur, o słońcu i o trawie, i o smaku deszczu… Dlatego pewnego dnia uciekła swoim strażnikom i wkroczyła do naszego świata. Wkrótce potem słońce wymazało wszystkie jej wspomnienia i zapomniała, kim jest i skąd pochodzi. Wędrowała po ziemi, doświadczając zimna, chorób i bólu. Aż w końcu umarła.
Jej ojciec, król, nigdy się nie poddał, nigdy nie przestał jej szukać. Wiedział bowiem, że dusza Moanny pozostała nieśmiertelna, i miał nadzieję, że pewnego dnia córka do niego wróci.
W innym ciele, w innym czasie. Być może w innym miejscu.
A on będzie na nią czekał.
Aż do ostatniego tchu.
Aż do końca czasu.

1 – Las i wróżka

* * *

Niegdyś północ Hiszpanii porastał las tak stary, że mógłby opowiedzieć dawno minione i zapomniane przez ludzi historie. Tamtejsze drzewa wbijały się tak głęboko w pokrytą mchem glebę, że oplatały korzeniami kości zmarłych, koronami zaś sięgały gwiazd.
„Tak wiele rzeczy utraconych” — mruczały liście, kiedy trzy czarne samochody przejeżdżały gruntową drogą wśród paproci i mchów.
„Ale wszystkie rzeczy, które zaginęły, można ponownie odnaleźć” — szeptały drzewa.
Był rok 1944 i dziewczynka, siedząca w jednym z samochodów, obok ciężarnej matki, nie rozumiała, co drzewa szepczą. Miała na imię Ofelia i choć ukończyła dopiero trzynaście lat, wiedziała wszystko o bólu utraty. Ojciec dziewczynki zmarł przed rokiem i Ofelii brakowało go tak bardzo, że czasami własne serce wydawało jej się pustym, niewypełnionym niczym poza echem jej bólu, pudełkiem. Często się zastanawiała, czy matka czuje to samo, ale w jej bladej twarzy nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na swoje pytanie.
— „Biała jak śnieg, czerwona jak krew, czarna jak węgiel” — mawiał, patrząc na żonę, ojciec dziewczynki pełnym czułości głosem. — Tak bardzo ją przypominasz, Ofelio.
Utracone.
Jechały przez wiele godzin, oddalając się od świata, który znała, coraz głębiej i głębiej w ten niekończący się las, na spotkanie z człowiekiem, którego matka wybrała na jej nowego ojca. Ofelia nazywała go Wilkiem i w ogóle nie chciała o nim myśleć. Ale nawet drzewa zdawały się szeptać jego imię.
Jedyną pamiątką z domu, jaką mogła ze sobą zabrać, były niektóre książki. Zacisnęła mocno palce wokół tej, która leżała teraz na jej kolanach, i pogładziła okładkę. Kiedy otworzyła książkę, białe stronice jasno błysnęły na tle wypełniającej las ciemności, a słowa, które się tam znajdowały, dawały poczucie bezpieczeństwa i pociechę. Litery były jak ślady stóp na śniegu, w bezmiernym białym krajobrazie nietkniętym przez ból i wspomnienia zbyt mroczne, by je zachować, zbyt słodkie, by je porzucić.
— Po co wzięłaś te wszystkie książki, Ofelio? Będziemy mieszkać na wsi! — Jazda samochodem sprawiła, że twarz matki zbladła jeszcze bardziej. Innym powodem bladości było dziecko, które nosiła w łonie. Matka wyrwała z rąk Ofelii książkę i wszystkie przynoszące ukojenie słowa zamilkły. — Jesteś za duża na bajki, Ofelio! Musisz zacząć patrzeć realnie na świat!
Jej głos brzmiał jak pęknięty dzwon. Za życia ojca matka nigdy tak nie mówiła.
— Och, spóźnimy się! — Westchnęła, przyciskając chusteczkę do ust. — To mu się nie spodoba.
Jemu…
Matka jęknęła, a Ofelia pochyliła się i złapała kierowcę za ramię.
— Stój! — zawołała. — Zatrzymaj samochód. Nie widzisz, że moja mama jest chora?
Rozległo się stęknięcie wyłączonego przez kierowcę silnika. Wilki — tym właśnie byli oni wszyscy, żołnierze, którzy towarzyszyli im w drodze. Wilki, które pożerają ludzi. Matka powtarzała często, że baśnie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, ale Ofelia wiedziała lepiej. To przecież baśnie nauczyły ją wszystkiego o świecie.
Wysiadła z samochodu, podczas gdy matka, potykając się, dobrnęła do pobocza drogi i zwymiotowała w paprocie. Rosły wśród drzew tak gęsto, że przypominały ocean pierzastych liści, z którego pnie o szarej korze wyłaniały się jak żywe istoty sięgające w górę z zatopionego poniżej świata.
Pozostałe dwa samochody również się zatrzymały i las zaroił się od szarych mundurów. Drzewa ich nie lubiły. Ofelia to wyczuwała. Serrano, dowódca, przyszedł sprawdzić, co z matką. Był wysokim, masywnym mężczyzną, który mówił zbyt głośno, a mundur nosił jak kostium teatralny.
Matka poprosiła go o wodę, a Ofelia nieco się oddaliła, spacerując nieutwardzoną drogą.
„Woda — szeptały drzewa. — Ziemia. Słońce”.
Liście paproci muskały sukienkę Ofelii niczym zielone palce, a kiedy dziewczynka weszła nagle na jakiś kamień, spuściła wzrok. Kamień był szary jak mundury żołnierzy. Leżał na środku drogi, jakby ktoś go tam zgubił. Usłyszała, że matka znów wymiotuje. Dlaczego kobiety, sprowadzając na świat dzieci, tak chorują?
Ofelia pochyliła się i zacisnęła palce na kamieniu. Czas pokrył go mchem, ale gdy cały starła, zobaczyła, że kamyk jest płaski i gładki i że wydrążono w nim oko.
Ludzkie oko.
Rozejrzała się.
Dostrzegła jedynie trzy kruszejące kamienne kolumny, niemal niewidoczne pośród wysokich paproci. Szara skała, z której je wyrzeźbiono, była pokryta dziwnymi koncentrycznymi wzorami, a środkowa kolumna miała sędziwe kamienne lico wpatrujące się w głąb lasu. Ofelia nie mogła się powstrzymać. Zeszła ze ścieżki i zbliżyła się do posągu, chociaż zaledwie po kilku krokach buty miała już mokre od rosy, a do jej sukienki przylgnęły osty.
Twarz nie miała jednego oka. Dokładnie jak w układance, której brakuje kawałka i która czeka na ukończenie.
Ofelia mocniej ścisnęła kamień z okiem i podeszła bliżej.
Poniżej wyrzeźbionego liniami prostymi w szarej powierzchni nosa, w rozwartych ustach widać było zniszczone przez upływ czasu zęby. Dziewczynka aż się cofnęła, kiedy poruszyło się w nich skrzydlate, cienkie jak gałązka stworzonko, które później wycelowało w nią długimi, drżącymi czułkami. Z kamiennych ust wysunęły się owadzie nogi i stworzenie, większe niż ręka Ofelii, pospiesznie wspięło się po kolumnie. Kiedy dotarło na wierzchołek, podniosło patykowate przednie kończyny i zaczęło gestykulować w kierunku dziewczynki. Ten widok wywołał uśmiech na twarzy Ofelii. A miała wrażenie, że od jej ostatniego uśmiechu minęło sporo czasu. Jej usta zdążyły się odzwyczaić.
— Kim jesteś? — zapytała szeptem.
Stworzenie jeszcze raz zamachało przednimi nogami i wydało z siebie kilka melodyjnych dźwięków przywodzących na myśl klekotanie. Może to świerszcz? Czy świerszcze tak wyglądają? A może to ważka? Ofelia nie była pewna. Wychowała się w mieście, wśród murów zbudowanych z kamieni, które nie miały ani oczu, ani twarzy. Ani otwartych ust.
— Ofelio!
Stworzenie rozłożyło skrzydła. Kiedy odlatywało, Ofelia podążyła za nim wzrokiem.
Matka stała na drodze, ledwie kilka kroków dalej, towarzyszył jej oficer Serrano.
— Popatrz na swoje buty! — zbeształa córkę z tą cichą rezygnacją, która ostatnio tak często pojawiała się w jej głosie.
Ofelia spojrzała w dół — jej przemoczone buty pokryte były błotem. Nadal jednak się uśmiechała.
— Chyba widziałam wróżkę! — powiedziała.
Tak. Tym właśnie była ta istota. Ofelia była tego pewna.
Ale matka nie chciała słuchać. Matka Ofelii nazywała się Carmen Cardoso, miała trzydzieści dwa lata, zdążyła już owdowieć i nie pamiętała, jak to jest patrzeć na coś nieznanego bez lekceważenia i obawy. Znała jedynie świat, w którym to, co było dla niej najważniejsze, odebrano jej i zniszczono. Kochała córkę, bardzo ją kochała, a jednak wyszła ponownie za mąż. Światem rządzili mężczyźni (córka jeszcze tego nie rozumiała) i tylko mężczyzna mógł im obu zapewnić bezpieczeństwo. Matka Ofelii nie zdawała sobie jednak sprawy, że ona także wierzy w bajki.
Carmen Cardoso wierzyła bowiem w najbardziej niebezpieczną ze wszystkich baśń: tę o księciu, który przybędzie i ją uratuje.
Skrzydlate stworzenie, czekające na Ofelię w otwartych ustach kolumny, wiedziało o tym wszystko. Wiedziało wiele rzeczy, ale nie było wróżką — przynajmniej nie w tym sensie, w jakim lubimy o nich myśleć. Prawdziwe imię stworzenia znał tylko jego pan, ponieważ w magicznym królestwie ten, kto znał czyjeś imię, stawał się właścicielem noszącej je istoty.
Z gałęzi jodły patrzyło, jak Ofelia i jej matka wracają do samochodu i kontynuują podróż. Stworzenie od bardzo dawna czekało na tę dziewczynkę: dziewczynkę, która tak dużo straciła, a będzie musiała poświęcić jeszcze więcej, aby odnaleźć to, co jej się zgodnie z prawem należało. Nie będzie łatwo jej pomóc, ale takie było zadanie wyznaczone przez pana, który nie tolerował, gdy nie wykonywano jego rozkazów. O nie, na pewno nie.
Samochody z dziewczynką, matką i nienarodzonym dzieckiem jechały głębiej i głębiej w las. A istota, którą Ofelia nazwała wróżką, rozpostarła owadzie skrzydła, złożyła sześć patykowatych nóg i poleciała za karawaną.

2 – Wszystkie kształty, jakie przyjmuje zło

* * *

Zło rzadko od razu nabiera kształtu. Często na początku jest niewiele wyrazistsze od szeptu. Jest spojrzeniem. Zdradą. Ale potem rośnie i się zakorzenia, nadal niewidoczne, niezauważone. Tylko baśnie nadają mu właściwy kształt. Wielkie złe wilki, okrutni królowie, demony i diabły…
Ofelia wiedziała, że człowiek, którego będzie wkrótce musiała nazywać ojcem, jest zły. Miał uśmiech cyklopa Ojáncanu, a w jego ciemnych oczach czaiło się okrucieństwo potworów Cuegle i Nuberu*, stworzeń, o których czytała w książkach. Ale jej matka tak naprawdę nie znała tego mężczyzny. Ludzie, kiedy dorastają, często tracą umiejętność widzenia i może Carmen Cardoso nie zauważyła wilczego uśmiechu, ponieważ kapitan Vidal był przystojny i zawsze nienagannie ubrany w galowy mundur i oficerki, a do tego nosił rękawiczki.
Matka tak bardzo pragnęła ochrony, że pomyliła jego żądzę krwi z charyzmą, a brutalność wzięła za siłę.

*

Kapitan Vidal popatrzył na swój kieszonkowy zegarek. Szkiełko szpeciła rysa, ale wskazówki na tarczy wciąż pokazywały godzinę, sugerując, że karawana się spóźnia.
— Piętnaście minut — mruknął Vidal, który, jak wszystkie potwory, i tak jak Śmierć, zawsze był punktualny.

*

Gdy w końcu dotarły do starego młyna obranego przez Vidala na kwaterę, tak jak obawiała się Carmen, były spóźnione. Kapitan nienawidził lasu. Nienawidził wszystkiego, co nie przestrzegało właściwego porządku, a drzewa zdawały się aż nazbyt chętnie ukrywać mężczyzn, których przybył tu ścigać. Mężczyzn walczących z tą samą ciemnością, której on służył i którą podziwiał. Mężczyzn, których przyjechał złamać. Och, tak, nowy ojciec Ofelii uwielbiał łamać kości wszystkim tym, których uważał za słabych, przelewać ich krew i porządkować ich niechlujny, nędzny świat.
Przywitał karawanę. Z uśmiechem.
Ale Ofelia dostrzegła pogardę w jego oczach, gdy witał ich na zakurzonym podwórzu, gdzie kiedyś, dawno temu, chłopi z okolicznych wiosek dostarczali młynarzowi zboże. Jej matka jednak uśmiechnęła się do Wilka i pozwoliła mu dotknąć ciążowego brzucha. Poddała się nawet, kiedy kazał jej usiąść na wózku inwalidzkim, jakby była zepsutą lalką. Ofelia obserwowała to wszystko z tylnego siedzenia samochodu, lekceważąc perspektywę podania Wilkowi ręki, tak jak poleciła jej matka. Ostatecznie jednak, ponieważ nie chciała zostawiać matki samej z tym mężczyzną, wysiadła, przyciskając do piersi swoje książki niczym tarczę wykonaną z papieru i słów.
— Ofelia. — Wilk niemal zmiażdżył w wąskich ustach imię dziewczynki, jak gdyby i ją chciał złamać, po czym zagapił się na jej wyciągniętą lewą dłoń.
— Druga ręka, Ofelio — pouczył ją cicho. — Zapamiętaj to.
Nosił czarne skórzane rękawiczki, które zaskrzypiały, kiedy zamknęły dłoń dziewczynki w uścisku równie mocnym jak pułapka kłusownika. Potem Wilk odwrócił się do Ofelii plecami, jakby już o niej zapomniał.
— Mercedes — przywołał jakąś kobietę, która pomagała żołnierzom w rozładunku samochodów. — Weź ich bagaż!
Mercedes była szczupła i blada. Miała kruczoczarne włosy i ciemne błyszczące oczy. Ofelia pomyślała, że kobieta wygląda jak księżniczka udającą chłopską córkę. A może była czarodziejką, choć Ofelia nie była pewna, jakiego rodzaju czarodziejką, dobrą czy złą.
Mercedes wraz z mężczyznami zaniosła walizki matki do mieszkalnej części młyna. Ofelii przyszło do głowy, że budynek wydaje się zagubiony i smutny, jak gdyby tęsknił za czasami, kiedy mielono w nim świeże ziarno. Teraz jego pomieszczenia opanowali rojący się wokół starych kamiennych murów niczym szarańcza żołnierze. Ich namioty i ciężarówki stały wszędzie, zapełniając rozległe podwórze otoczone przez stajnie, stodoły i sam młyn.
Szare mundury, smutny, stary budynek i wypełniony ciemnością las… Ofelia tak bardzo pragnęła wrócić do domu, że niemal nie mogła oddychać. Ale bez ojca nie było domu. Poczuła łzy wzbierające pod powiekami, kiedy nagle wśród worków ułożonych kilka metrów dalej zauważyła parę skrzydełek błyszczących w świetle słońca, jakby zostały wykonane z cienkiego jak papier szkła.
To była wróżka.
Zapominając o swoim smutku, Ofelia pobiegła za stworzeniem, które leciało ku drzewom za młynem. Było tak szybkie, że goniąc je, dziewczynka wkrótce potknęła się o własne nogi i upuściła wszystkie książki. Ale kiedy je podniosła i ścierała z okładek brud, ujrzała wróżkę trzymającą się kurczowo kory pobliskiego drzewa. Czekała na Ofelię.

*

To ona. O, tak. Istota musiała się upewnić, że dziewczynka za nią podąży.
Ale, ale. Nie! Dziewczynka znowu się zatrzymała.

*

Ofelia wpatrywała się w ogromny łuk, który pojawił się wśród drzew, obejmując przestrzeń pomiędzy dwiema starymi ścianami. Z łuku patrzył w dół ktoś o rogatym łbie, pustych oczach i otwartych ustach, być może próbując połknąć świat. W jego oczach z kolei wszystko zdawało się znikać: młyn, żołnierze, Wilk, nawet matka Ofelii.
„Wejdź!” — wydawały się mówić kruszejące mury.
Ofelia widziała wyblakłe litery wyryte poniżej rzeźbionej głowy, lecz nie znała ich znaczenia.
In consiliis nostris fatum nostrum est — głosiły słowa.
„Nasz los jest w naszych rękach”.
Wróżka gdzieś zniknęła, a kiedy Ofelia przechodziła pod łukiem, poczuła na skórze jego zimny cień.
„Odwróć się!” — coś ją ostrzegło.
Ale się nie odwróciła. Czasami dobrze jest słuchać głosów, a czasami nie. Ofelia i tak nie była pewna, czy ma wybór. Stopy same ją niosły. Korytarz, który otworzył się za łukiem, zwęził się po kilku krokach tak, że mogłaby dotknąć ścian po obu stronach, gdyby tylko wyciągnęła ręce. Szła, przesuwając dłonią po kruszejących kamieniach. Mimo upału były takie zimne. Jeszcze kilka kroków i dotarła do zakrętu. Kolejny korytarz otworzył się przed nią, prowadząc w lewo, a potem następny, który wiódł w prawo.
— To jest labirynt.
Tym razem się odwróciła.
Za nią stała Mercedes. Szal na jej ramionach wyglądał jak utkany z wełnianych liści. Jeśli była czarodziejką, to piękną, a nie starą i zasuszoną jak te z książek Ofelii. Ale dziewczynka wiedziała, że czarodziejki często ukrywają swoje prawdziwe oblicze.