“Wołyń zdradzony” to najbardziej wstrząsająca książka autora “Obłędu ’44” i “Paktu Ribbentrop–Beck”.


Wołyń zdradzonyW latach 1943–1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ukraińscy nacjonaliści wymordowali 100 tysięcy Polaków. Do zbrodni tej posłużyły im głównie prymitywne narzędzia rolnicze – siekiery, widły i cepy.

Gdzie wtedy była Armia Krajowa? Gdzie było Polskie Państwo Podziemne? Dlaczego nic nie zrobiono, by ratować polską ludność cywilną? Dlaczego Wołyniacy konali w osamotnieniu?

Piotr Zychowicz udziela na te pytania szokującej odpowiedzi. Armia Krajowa zlekceważyła banderowskie zagrożenie, zignorowała liczne ostrzeżenia o nadciągającym niebezpieczeństwie. Wszystkie wysiłki skupiła bowiem na szykowaniu przyszłego powstania – operacji „Burza”. Dowódcy AK nie chcieli walczyć z UPA, by nie „trwonić” sił potrzebnych im do walki z Niemcami. Do końca wierzyli, że z banderowcami uda się dogadać. Gdy Polskie Państwo Podziemie podjęło wreszcie interwencję, była ona tragicznie spóźniona i niewystarczająca. Niestety AK na Wołyniu całkowicie zawiodła.

Piotr Zychowicz jest publicystą historycznym. Pisze o II wojnie światowej, zbrodniach bolszewizmu i geopolityce europejskiej XX wieku. W swoich koncepcjach nawiązuje do idei Józefa Mackiewicza, Władysława Studnickiego, Stanisława Cata-Mackiewicza oraz Adolfa Bocheńskiego. Był dziennikarzem „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze” oraz zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Uważam Rze Historia”. Obecnie jest redaktorem naczelnym miesięcznika „Historia Do Rzeczy”. Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.
Jego bestseller “Pakt Ribbentrop–Beck” (REBIS 2012) wywołał nieustającą dyskusję, czy we wrześniu 1939 r. Polska nie powinna była zawiązać tymczasowego sojuszu z III Rzeszą. W “Obłędzie ’44” (REBIS 2013) uznał akcję „Burza”, a zwłaszcza Powstanie Warszawskie, za zbiorowe samobójstwo popełnione w interesie Stalina. W “Opcji niemieckiej” (REBIS 2014) ukazał sylwetki polskich „kandydatów na Quislingów”, a w “Pakcie Piłsudski–Lenin” (REBIS 2015) oskarżył elity II RP o ocalenie bolszewizmu. Cykl „Opowieści niepoprawnych politycznie” – “Żydzi i Sowieci” (REBIS 2016), “Niemcy” (REBIS 2017) oraz “Żydzi 2” (REBIS 2018) – Piotr Zychowicz poświęcił zaś narodom i państwom mającym największy wpływ na nasze dzieje. W 2018 r. REBIS wydał jego wstrząsające “Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”.
Pakt Ribbentrop–Beck i Obłęd ’44 „Magazyn Literacki KSIĄŻKI” wyróżnił nagrodą historycznej Książki Roku.

Piotr Zychowicz
Wołyń zdradzony
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 2 lipca 2019
 
 

Wołyń zdradzony


Polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli mordercami są Niemcy.
raport podziemia z ziem wschodnich Rzeczypospolitej

Wołyńskie pytanie

– Co to za podziemna armia, która chce walczyć z Niemcami, a nie jest w stanie ochronić kobiet i dzieci przed bandami uzbrojonymi w widły?
To dramatyczne pytanie pada z ust Zosi, głównej bohaterki filmu Wołyń Wojciecha Smarzowskiego. Adresatem tego pytania jest ukochany dziewczyny, Antek. Żołnierz Armii Krajowej.
Antek na pytanie nie odpowiada. Zamiast tego, wykonując rozkaz podziemnej organizacji, opuszcza wieś. Odchodzi. Zosia, jej dzieci, sąsiedzi i pozostali polscy mieszkańcy wioski zostają sami. Porzuceni na pastwę morderców. W nocy na miejscowość napadają bowiem ukraińscy nacjonaliści.
Na oczach oszołomionych widzów dzieją się sceny przekraczające wszelkie wyobrażenie. Oszalali z przerażenia Polacy próbują się wymknąć, ale nie ma dokąd. Nie ma drogi ucieczki. Oprawcy są wszędzie. Dopadają Polaków i rozrąbują ich siekierami. Dźgają nożami i widłami. Jednej z kobiet wyłupują oczy. Innej wycinają z brzucha płód.
Na ekranie widzimy odrąbane ręce i nogi. Fragmenty mózgu wypadające z pogruchotanych czaszek. Parujące wnętrzności wypływające z rozpłatanych brzuchów. Banderowcy obwiązują polskie dzieci snopkami słomy i palą je żywcem. Swoje ofiary ćwiartują i przerzynają na pół piłami. Topią w studniach i rozrywają na strzępy końmi.
Wszystko to odbywa się w upiornym blasku bijącym od pochodni i płonących strzech. Przy akompaniamencie ryku bydła, jęków ofiar i dzikich wrzasków morderców. Istne pandemonium. Siódmy krąg piekieł.
Ogarnięci grozą widzowie filmu Wołyń patrzą na ekran w bezbrzeżnym przerażeniu. Wiedzą bowiem, że to, co się na nim dzieje, nie jest fikcją. To nie horror klasy B, wytwór chorej wyobraźni scenarzystów. To wierna historyczna rekonstrukcja. Przedstawione w filmie sceny rozegrały się naprawdę w lipcu 1943 roku na Wołyniu. Zaledwie siedemdziesiąt pięć lat temu, w Europie. Ludzie naprawdę tak ginęli. I tak zabijali.
Kiedy oglądałem te naturalistyczne, pełne okrucieństwa obrazy, podświadomie liczyłem, że w ostatniej chwili – niczym w hollywoodzkiej superprodukcji – zaatakowanym Polakom ktoś przybędzie na ratunek. Że zaraz zagrają trąbki i na plan jak burza wpadną na koniach „nasi chłopcy”. Zobaczę przekrzywione zawadiacko rogatywki, zielone partyzanckie mundury, orzełki na czapkach. Błysk wzniesionej do cięcia szabli, huk rewolwerowego wystrzału. I plecy uciekających w popłochu banderowców.
Ale „nasi chłopcy” nie przybyli…
Historycy oceniają, że nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu i w Galicji Wschodniej mogli zgładzić nawet około 100 tysięcy Polaków. Ta szokująca swoim okrucieństwem i skalą operacja eksterminacyjna trwała wiele miesięcy. Od lutego 1943 roku aż do całkowitego opanowania tych terenów przez Armię Czerwoną w roku 1945.
Ludobójstwa na Polakach dopuściły się kiepsko wyszkolone, kiepsko dowodzone i kiepsko uzbrojone leśne grupy, a niekiedy naprędce skrzyknięte watahy chłopów. Pospolite ruszenie. Narzędziami zbrodni były prymitywne narzędzia rolnicze: widły, siekiery, cepy, kosy, noże, łomy, kije i maczugi. To, co się wtedy działo na Wołyniu, bardziej przypominało obrazy z Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza niż nowoczesną wojnę dwudziestego wieku.
Wszystko to zupełnie nie pasuje do narracji, którą karmi się każde polskie dziecko od najwcześniejszych lat szkolnych. Wychowuje się nas bowiem w całkowicie bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Najliczniejszej, najpotężniejszej i najlepiej zorganizowanej organizacji konspiracyjnej w całej okupowanej przez Niemców Europie.
Opowiada się nam o wszechmocy Armii Krajowej i jej żołnierzy, którzy przez pięć lat grali na nosie wrednym szkopom i nie ugięli się przed potęgą III Rzeszy. Dokonywali brawurowych akcji partyzanckich, wysadzali w powietrze pociągi i koszary, wykradali najściślej chronione tajemnice imperium Adolfa Hitlera. Zlikwidowali generała Franza Kutscherę i wielu innych niemieckich oprawców. Dla Armii Krajowej nie było zadań niewykonalnych! To nasza największa duma.
Ta historyczna propaganda sukcesu jest tak sprawna i wszechobecna, że nikt nie kwapi się do zadania podstawowych pytań, które wręcz cisną się na usta. A są to pytania nadzwyczaj niepoprawne politycznie i niewygodne. Od rozpoczęcia ludobójstwa na Wołyniu minęło już jednak siedemdziesiąt sześć lat i należy je w końcu zadać. Jesteśmy to winni ofiarom i ich zawiedzionym nadziejom.
Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi? Gdzie byli ci wszyscy malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach? Gdzie były te wszystkie „Wilki”, „Błyskawice” i „Gromy”?
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła żadnych poważniejszych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu?
Współczesnym Polakom wydaje się, że Wołyń leży bardzo daleko. Traktują tę część przedwojennej Polski jak na poły realną, na poły mityczną krainę leżącą gdzieś, hen, na krańcach świata. Ale to nieprawda! W linii prostej z Lublina do Włodzimierza Wołyńskiego jest tylko 130 kilometrów.
Straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się więc pod samym nosem Armii Krajowej, niemal na jej oczach. Tuż za miedzą. Tuż obok terytoriów, na których operowały silne oddziały partyzanckie Okręgu Lublin Armii Krajowej.
Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych wątpliwości – Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na bieżąco informowane, co się dzieje na Wołyniu. Od 1942 roku do Warszawy napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego banderowskiego zagrożenia. A później – gdy zaczęły się mordy – dramatyczne błagania o ratunek.
Dowództwo Armii Krajowej pozostało jednak bierne. W obronie ginących rodaków nie kiwnęło palcem.
Polacy są narodem, który woli nie słuchać o przykrych sprawach. A jeżeli już nie mają wyboru – oczekują, że te przykre sprawy zostaną im podane w kojącym opakowaniu patriotycznych frazesów. W lekkostrawnym sosie rozmaitych okoliczności łagodzących i tłumaczeń mających wykazać, że w gruncie rzeczy wcale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Ja nie podzielam tego zamiłowania moich rodaków. Uważam, że prawdę – nawet najtrudniejszą i najbardziej bolesną – należy walić prosto w oczy. Książka, którą trzymacie państwo w rękach, została napisana zgodnie z tą zasadą. Dlatego jej lektura może być szokująca.
Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że bezczynność Komendy Głównej AK wobec ludobójstwa polskich cywilów na Wołyniu można skwitować tylko jednym słowem. Hańba.

Dlaczego napisałem tę książkę

Przez świeżo zżęte pola szybkim, gorączkowym krokiem ciągnie kolumna ludzi. Kobiet, dzieci i starców. W sumie około 250 osób. Płaczą, krzyczą, błagają o zmiłowanie. Ubrania w nieładzie, pokrwawione głowy, poszarpana skóra na dłoniach. Oczy obłąkane ze strachu. Tempo jest szalone. Ludzie się potykają, przewracają na ostre ściernisko.
Na nogi podrywają ich ciosy karabinowych kolb i kopniaki podkutych butów. Przerażonych cywilów otacza gęsty kordon partyzantów. Mają na sobie elementy umundurowania rozmaitych armii, a na furażerkach znaczki z tryzubem. Są głusi na błagania cywilów. Zaciśnięte zęby, palce kurczowo obejmujące kolby karabinów i rękojeści pistoletów. Część odwraca wzrok, inni przeciwnie – z furią w oczach wrzeszczą, biją i kopią ofiary.
Nagle, na skraju pola otoczonego z trzech stron rzadkim zagajnikiem, konwój staje. Z gardeł cywilów dobywa się rozpaczliwy jęk.
– Wtedy zrozumieliśmy. Nie mieliśmy już najmniejszych wątpliwości. Zrozumieliśmy, że oprawcy sprowadzili nas tutaj, aby nas wszystkich zamordować – opowiadał mi Aleksander Pradun, wówczas chłopiec. – Reakcje ludzi, którzy stanęli w obliczu śmierci, były różne. Jedni płakali, inni się modlili, inni błagali o litość, a jeszcze inni z rezygnacją siadali na trawie. Ukraińcy zbili nas w gromadę i zabrali się do krwawego dzieła.
Banderowcy postanowili dokonać tego krwawego dzieła stopniowo, etapami. Wyciągnęli z tłumu dziesięć osób. Kazali im się położyć twarzą do ziemi, a następnie nad ofiarami stanęli wybrani spośród nich egzekutorzy. Przystawili im karabinowe lufy do głów… i po chwili rozległa się ogłuszająca salwa. W górę wyprysnęły obłoczki krwi.
Pierwsza dziesiątka zginęła na oczach reszty przeznaczonych na śmierć. Trudno sobie wyobrazić, co musieli czuć ci ludzie! Zobaczyli właśnie makabryczną śmierć swoich bliskich, sąsiadów, znajomych – i wiedzieli, że zaraz przyjdzie kolej na nich. Mordercy bowiem zaczęli wyciągać z tłumu kolejne ofiary… W końcu rzucili się na zbitą w gromadkę, struchlałą z przerażenia rodzinę Pradunów.
– Ułożyli nas rzędem. Twarzami do ziemi – wspominał pan Aleksander. – Mama, ciocia, babcia i inni krewni. Ja leżałem obok mamy. Przytuliła mnie mocno. Potem usłyszałem wystrzały. Pierwszy, drugi, trzeci. Każdy kolejny coraz bliżej… Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy.
Mama pana Praduna zginęła na miejscu trafiona banderowską kulą, ale pocisk przeznaczony dla chłopca ominął jego głowę. Obryzgała go tylko krew, kawałki kości i mózgu innych ofiar. Dzięki temu ukraińscy nacjonaliści uznali, że nie żyje. Pradun leżał bez ruchu, a wokół trwała rzeź. Słyszał kolejne strzały, krzyki konających ofiar, przekleństwa oprawców.
Czerwone, kąsające mrówki oblazły mu całą twarz. Leżał w niewygodnej pozycji, w brzuch wbijał mu się pniak po ściętym drzewie. Wiedział jednak, że jeśli poruszy choćby jednym mięśniem, to natychmiast zginie. Banderowcy bezwzględnie bowiem dobijali bagnetami i kolbami karabinów wszystkie ofiary, które dawały najmniejsze oznaki życia.
Wreszcie kanonada i krzyki ucichły. Rzeź dobiegła końca. Mordercy pozostawili na polu skrwawione ciała i odeszli w stronę lasu.
– Słyszałem jeszcze, jak na odchodnym szydzą ze swoich ofiar – relacjonował Pradun. – Krzyczeli: „Tu leżą zabite polskie mordy!”. Po pewnym czasie ostrożnie, z trudem podniosłem się z ziemi. Wkoło zobaczyłem kilkaset zakrwawionych trupów. Byłem w szoku. Zawołałem: „Kto żyw, niech ucieka!”. Wstało jeszcze kilka osób i poszliśmy w stronę płonącej wsi. Chociaż minęło siedemdziesiąt lat, wciąż trudno mi o tym mówić. To, co wtedy widziałem, prześladuje mnie do dziś…
Gdy rozgrywały się te wydarzenia, Aleksander Pradun miał trzynaście lat. Mieszkał w Ostrówkach na Wołyniu. 30 sierpnia 1943 roku na tę polską miejscowość napadł kureń Ukraińskiej Powstańczej Armii dowodzony przez Iwana Kłymczaka „Łysego”.

Przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki – meldował przełożonym „Łysy”. – Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia.

Wielu ludzi wyobraża sobie, że ludobójstwo na Wołyniu było jakimś wielkim, chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez pijaną tłuszczę. W Ostrówkach doszło tymczasem do zaplanowanej i zorganizowanej na zimno precyzyjnej egzekucji, której nie powstydziłyby się najbardziej zwyrodniałe oddziały NKWD lub SS.
Ukraińscy nacjonaliści, wkroczywszy do wsi, zwołali mieszkańców na wiec. Podczas niego przeprowadzili selekcję. Mężczyzn i starszych chłopców zamknęli w szkole, a kobiety, starców i dzieci – w kościele. Oba budynki otoczył gęsty kordon „strilciw”. W tym czasie towarzyszący upowcom ukraińscy cywile wykopali wielki dół…
Pierwsi mieli zginąć mężczyźni. Banderowcy wyprowadzali ich za szkołę w małych grupach. Prowadzono ich nad dół śmierci, gdzie roztrzaskiwano im czaszki siekierami, pałkami, maczugami i młotami do uboju bydła. Zabici padali wprost na górę miotanych przedśmiertnymi drgawkami ciał… Chodziło o to, by strzałami z broni palnej nie wywołać paniki wśród oczekujących na swój los kobiet i dzieci.
Kobiety i dzieci planowano spalić żywcem w kościele, ale nieoczekiwanie na miejsce przybył oddział niemieckiej żandarmerii i zaczął strzelać do upowców. Napastnicy wycofali się więc na pobliskie pole, pędząc przed sobą przerażonych Polaków.
Zatrzymali się dopiero pod wsią Sokół. To właśnie tam doszło do krwawej masakry, w której zginęła mama i inni bliscy Aleksandra Praduna.

Ukrainiec strzelił do dziecka – wspominał jeden z ocalałych. – Lat może trzy–cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie, płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę z otwartym, pulsującym mózgiem.

Egzekucja była tak drastyczna i szokująca, że część żołnierzy UPA odmówiła w niej udziału. W szeregach oprawców doszło do buntu! Wówczas kierujący akcją oficer wyjął z kieszeni kartę z rozkazem i jeszcze raz musiał odczytać go na głos. Potem zagroził buntownikom, że jeżeli nie będą strzelać, zostaną straceni na miejscu wraz z Polakami. Dopiero ta groźba odniosła skutek.

Chłopcy nie chcieli się położyć, strasznie płacząc – relacjonowała Janina Martosińska. – Obie ciocie prosiły: „Połóżcie się”, ale oni niemiłosiernie krzyczeli. Ten przerażający głos pamiętać będę do końca życia. Wtem rozległ się strzał i ucichło jedno dziecko. Drugi strzał – ucichło drugie. Modliłam się w duchu: „Boże, żeby zabił, a nie ranił”. Kiedy strzelił do brata, poczułam lekki smród prochu. Po chwili strzelił do mnie. Upadłam. Nie wiedziałam, że jestem ranna.

Ciała 250 polskich kobiet i dzieci leżały na polu przez kilka dni. Nocami żerowały na nich dzikie zwierzęta. Wreszcie, gdy szczątki zaczęły się rozkładać, UPA spędziła na miejsce Ukraińców z jednej z sąsiednich wsi i kazała im je pogrzebać. Ofiary spoczęły w wielkiej masowej mogile. Miejsce to mieszkańcy nazwali później Trupim Polem, bo jeszcze przez wiele lat deszcze wymywały tam z ziemi fragmenty pogruchotanych ludzkich czaszek.
Tego dnia zgładzone zostały dwie polskie miejscowości. Jednocześnie banderowcy wkroczyli bowiem do drugiej polskiej wsi – sąsiedniej Woli Ostrowieckiej. Początkowo zachowywali się przyjaźnie, rozdawali nawet dzieciom cukierki. Zapewniali, że nikomu nie zrobią krzywdy. Potem jednak wydarzenia potoczyły się zgodnie z przygotowanym planem. Czyli tak samo jak w Ostrówkach.
Partyzanci zwołali wiec, na którym ogłosili, że chcą razem z Polakami walczyć przeciwko Niemcom. Następnie przeprowadzili selekcję – polscy mężczyźni byli grupkami wyprowadzani do stodoły na rzekome badanie lekarskie. Tam uśmiercano ich za pomocą narzędzi rolniczych, a ciała wrzucano do wykopanego rowu.
 
Ukraińcy kazali mi rozebrać się – wspominał Władysław Soroka. – Zostałem tylko w kalesonach i koszuli. Jeden z Ukraińców pchnął mnie lekko do przodu. Uderzali siekierą i wrzucali ciało do dołu. Skoczyłem między oprawców i wybiegłem przez otwarte drzwi na pole. Usłyszałem krzyk: „Strilaj!”.
Padł pojedynczy strzał, ale mnie nie trafił. Posypały się kule z karabinu maszynowego. Dostałem serię w pośladek i nogi z odległości kilkunastu metrów. Z bólu aż przysiadłem. Poderwałem się i zacząłem uciekać w kierunku krzaków. Dostałem postrzał w pierś. W olszynie przewróciłem się. Przez przestrzelone płuco uciekało mi powietrze.
 
Podobnie jak w Ostrówkach zabójcy nie zdążyli rozprawić się z kobietami i dziećmi zamkniętymi w budynku szkoły, na odsiecz Polakom przybyli bowiem Niemcy. Banderowcy postanowili wówczas szybko „załatwić sprawę”.
 
Do wnętrza izb lekcyjnych – wspominał Henryk Kloc – Ukraińcy zaczęli wrzucać granaty i strzelać z broni maszynowej. Rozległy się jęki rannych, płacz dzieci i krzyk matek. Znaleźliśmy się jakby w kręgu piekielnych czeluści. Na domiar złego bulbowcy podpalili budynek, który płonął jak pochodnia.
Leżałem na podłodze obok sąsiadki. Nagle rozległ się huk granatu. Krew i poszarpane ciało chlusnęły na mnie. Byłem w szoku. Podczołgałem się do mojej młodszej siostry Anny. Dotknąłem jej, już nie żyła. Została trafiona w głowę. Kula wyrwała duży otwór w czaszce. Otępiałem z wrażenia. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiącą matkę. Jeszcze żyła. Podczołgałem się do niej i przytuliłem się po raz ostatni. Granat rozszarpał jej stopy. Po podpaleniu szkoły przez Ukraińców spłonęła żywcem.
 
Wnętrze budynku stopniowo wypełniało się duszącym, gryzącym dymem. Na ścianach, meblach, podłodze szalały płomienie. Szkoła mogła w każdej chwili się zawalić i pogrzebać Henryka Kloca pod stosem płonących rozżarzonych belek. Przerażony chłopiec postanowił wyskoczyć przez okno.
 
Nasi strażnicy śmierci czuwali – relacjonował. – Rozległ się strzał, poczułem silny ból i upadłem. Zostałem trafiony w czoło. Ukraińcy trzykrotnie przewracali mnie i kopali, lecz nie zorientowali się, że żyję.
Obok mnie leżała Maria Jesionek. Była matką trojga dzieci – Janka (8 lat), Andrzeja (5 lat) i ośmiomiesięcznego niemowlęcia. Ona także wyskoczyła z płonącego budynku. Trafiona kulą leżała martwa. Padając, przygniotła niemowlę i udusiła je swoim ciężarem. Jej syn Janek również został zastrzelony. Leżał obok niej z przestrzeloną głową.
Zaś Andrzejek siedział przy martwej matce, szarpał ją i wołał: „Mamo, wstań! Chce mi się jeść. Nie udawaj. Chodźmy do domu, bo się boję”. Coraz głośniej skarżył się i płakał. I wtedy podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i oddał strzał. Chłopiec głośno krzyknął: „Mamo, ratuj!” – i już nie żył.
 
Henryk Kloc miał dużo szczęścia. Mimo dwóch ran postrzałowych – w lędźwie i głowę – oraz straszliwych poparzeń przeżył.