“Przyjaciel” to wzruszająca, mądra powieść laureatki National Book Award 2018 o tym, co w życiu najważniejsze.


PrzyjacielSigrid Nunez w błyskotliwy i przenikliwy sposób opowiada o przyjaźni, miłości i śmierci, o wartościach, jakie do naszej egzystencji wnoszą zwierzęta. Kto komu bardziej pomaga w trudnych chwilach – one nam czy my im?

Bezimienna główna bohaterka nagle traci przyjaciela, który bardzo wiele dla niej znaczył. Pozostaje po nim pustka … i wielki, przygarnięty przez niego dog arlekin. Kto miałby się nim zająć? Niechętna zwierzętom wdowa w podeszłym wieku? Nieobecna, skłócona ze zmarłym córka, która nawet nie pofatygowała się na pogrzeb?

***

To jest książka, którą mogłabym napisać, gdybym umiała. Szczera, a zarazem baśniowa opowieść o miłości i żałobie. Analiza relacji z zesłanym miłosiernie przez opiekuńcze moce, choć rozsadzającym miniaturowe mieszkanie, psem. Podzielam zdumienie narratorki, która znajduje codziennie «spersonalizowane» reklamy kursów pisarskich, łączonych z gotowaniem, medytacją lub pobytem w spa. I jak ona odrobinę wierzę, że powieść może nas przeprowadzić przez najgorsze, lecz nikogo nie ocali. My możemy uratować kogoś, żeby on uratował nas, choć po lekturze nie mam pewności, czy takie zdanie nie topi się we własnej, pozornej, głębi.
Inga Iwasiów

Książka Sigrid Nunez, mądra i do bólu szczera, to nie tylko opowieść o najważniejszych uczuciach i pragnieniach, których często nie można spełnić. To nie tylko dowód na to, jak wyjątkowymi stworzeniami są psy. To również brutalna prawda o zakłamaniu i fałszywych relacjach panujących w środowisku literackim. Lustro, w którym wielu powinno się przejrzeć.
Michał Nogaś, „Gazeta Wyborcza” / „Radio Książki”

Nunez pisze w sposób prosty, ale jest to prostota wypracowana, podszyta olbrzymią erudycją. Przez pierwsze strony książki brnęłam powoli, ponieważ byłam tak zachwycona, że musiałam skopiować do notesu co drugie zdanie.
Olga Wróbel, „Kurzojady”

Można przeczytać całą w jeden wieczór, ale nie warto tego robić. Każda minuta spędzona z tą książką jest cenna. Nie śpiesz się do końca, ciesz się «Przyjacielem» jak najdłużej, bo nieczęsto trafi a się tak mądra, a jednocześnie ciepła historia.
Agnieszka Kalus, „Czytam, bo lubię”

Nunez nie definiuje uczuć, nie nazywa ich; daje im wolność. «Przyjaciel» to literacki hołd dla wszystkich czworonogów, które zawsze są przy nas. W tej historii role się odwracają – to człowiek staje się najlepszym przyjacielem psa. Jedna z najpiękniejszych opowieści o (miłości? przyjaźni? szacunku?) byciu razem.
Karolina Kurando, „BOOKS SILENCE”

Sigrid Nunez urodziła się w Nowym Jorku i mieszka tam do dziś. Jest laureatką prestiżowej National Book Award z 2018 roku za powieść „Przyjaciel”. Wcześniej napisała siedem powieści i słynną biografię Sempre Susan: „A Memoir of Susan Sontag”, z której synem była związana w latach siedemdziesiątych. Jej teksty ukazywały się między innymi w „ New York Timesie”, „The Paris Review” i „McSweeney’s”.

Sigrid Nunez
Przyjaciel
Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Premiera: 4 czerwca 2019
 
 

Przyjaciel


Część pierwsza

W   latach osiemdziesiątych XX wieku w Kalifornii wiele pochodzących z Kambodży kobiet zaczęło zgłaszać się do lekarzy z tym samym problemem: nie widziały. Wszystkie chore okazały się uchodźczyniami. Zanim zdołały uciec z ojczyzny, były świadkami potworności dokonywanych przez rządzących od 1975 do 1979 roku Czerwonych Khmerów. Wiele z tych kobiet zostało zgwałconych, torturowano je lub doświadczyły innych okrucieństw. Większość na własne oczy widziała śmierć członków swoich rodzin. Jedna straciła wzrok, ponieważ codziennie przez cztery lata płakała po tym, jak żołnierze zabrali jej męża i troje dzieci – nigdy więcej ich już nie zobaczyła. Nie tylko ona zapłakała się na śmierć. Inne cierpiały z powodu nieostrego widzenia lub częściowej utraty wzroku, ich oczy dręczyły cienie i boleści.
Lekarze badający te kobiety – łącznie około stu pięćdziesięciu – odkryli, że z ich oczami wszystko jest w porządku. Dalsze badania wykazały, że nie doszło również do uszkodzeń mózgu. Jeśli kobiety mówiły prawdę – niektórzy w to wątpili, uważali bowiem, że chore symulują, pragnąc zwrócić na siebie uwagę lub wyłudzić zasiłek – to jedynym wyjaśnieniem była ślepota psychosomatyczna. Innymi słowy, umysły tych kobiet, zmuszone do przyjęcia tak ogromnej dawki okrucieństwa i niemające siły na więcej, postanowiły zgasić światło.

To ostatnia rzecz, o której rozmawialiśmy, kiedy jeszcze żyłeś. Później już tylko e-mail od ciebie z listą książek, które, jak uznałeś, mogą przydać mi się w badaniach. A także – były przecież święta – najlepsze życzenia na Nowy Rok.
 
W twoim nekrologu znalazłam dwa błędy. Data przeprowadzki z Londynu do Nowego Jorku – pomylona o jeden rok. Literówka w panieńskim nazwisku Żony Pierwszej. Drobiazgi, wkrótce poprawione, ale wiedzieliśmy wszyscy, że niemiłosiernie by cię wkurzyły.
Po twoim pogrzebie usłyszałam coś, co by cię rozbawiło:
– Szkoda, że nie mogę się pomodlić.
– Co cię powstrzymuje?
– On.

„Byłby”, „zrobiłby”. Martwi spoczywają w okresie warunkowym, czasie nieprawdziwym. Ale pojawia się też niezwykłe wrażenie, że stałeś się wszechwiedzący, że nic, co robimy, myślimy i czujemy, nie ukryje się przed tobą. Wrażenie, że czytasz te słowa i wiesz, jakie będą następne, jeszcze zanim je napiszę.

To prawda, że jeśli płaczesz wystarczająco intensywnie i wystarczająco długo, twój wzrok może stać się nieostry.
Leżałam w łóżku, był środek dnia, to jednak nie miało znaczenia. Od płaczu dostałam migreny, od wielu dni męczył mnie pulsujący ból głowy. Wstałam, wyjrzałam przez okno. Zima jeszcze trwała, spod okna wyczuwało się chłód i przeciąg. Ale było dobrze – dobrze przycisnąć czoło do lodowatej szyby. Wciąż mrugałam, lecz wszystko stawało się zamazane. Pomyślałam o kobietach, które płakały, aż oślepły. Mrugałam i mrugałam, wystraszyłam się nie na żarty. Później cię zobaczyłam. Miałeś na sobie starą brązową kurtkę bomberkę, tę za ciasną – dzięki czemu lepiej w niej wyglądałeś – a twoje włosy były ciemne, gęste i długie. Stąd wiedziałam, że najwidoczniej cofnęliśmy się w czasie. Bardzo daleko wstecz. Niemal trzydzieści lat.
Dokąd szedłeś? Bez konkretnego celu. Żadnego sprawunku, żadnego spotkania. Po prostu się przechadzałeś, z rękami w kieszeniach, ciesząc się ulicą. Typowe dla ciebie. „Jeśli nie mogę chodzić, nie mogę pisać”. Pracowałeś rano i w pewnym momencie, który zawsze nadchodził, kiedy się wydawało, że nie jesteś w stanie napisać prostego zdania, wychodziłeś i spacerowałeś, pokonując wiele kilometrów. Przeklęte były dni, kiedy pogoda ci to uniemożliwiała (co jednak zdarzało się rzadko, bo nie przeszkadzały ci zimno ani deszcz, tylko prawdziwa burza mogła cię powstrzymać). Po powrocie siadałeś znowu do pracy, próbując utrzymać rytm, który znalazłeś, chodząc. Im lepiej ci się to udawało, tym lepiej pisałeś.
„Bo chodzi o rytm – mówiłeś. – Dobre zdania zaczynają się od rytmu”.

Opublikowałeś tekst Jak być flanerem – o zwyczajach miejskiego spacerowania, wałęsania się i ich miejscu w literaturze. Trochę krytykowano cię za kwestionowanie tego, czy w ogóle istnieje ktoś taki jak „flanerka”. Uważałeś, że kobieta nie może chodzić po ulicach w tym samym duchu i celu co mężczyzna. Spacerowiczka nieustannie napotyka przeszkody: spojrzenia, komentarze, gwizdy, zaczepki. Kobieta zawsze musi być czujna. Czy ten facet nie idzie zbyt blisko? Czy tamten mnie śledzi? Jak wtedy wyciszyć się wystarczająco, by zatracić poczucie siebie i doświadczyć radości czystego istnienia, czyli ideału prawdziwego flanerstwa?
Twierdziłeś więc, że dla kobiety jego ekwiwalentem jest prawdopodobnie robienie zakupów – szczególnie ten rodzaj poszukiwań, kiedy w ogóle nie zamierzasz niczego kupić.
Uważałam, że twoje opinie wcale nie są błędne – znam mnóstwo kobiet, które długo zbierają się za każdym razem, gdy muszą wyjść z domu, i kilka takich, które starają się w ogóle unikać wychodzenia. Oczywiście kobieta musi tylko poczekać, aż osiągnie pewien wiek, w którym stanie się niewidzialna – i problem rozwiązany.
Zauważ, że używałeś słowa „kobiety”, podczas gdy tak naprawdę miałeś na myśli młode kobiety.
Ostatnio dużo chodzę, ale nie piszę. Nie dotrzymałam terminu. Dostałam miłosierne przedłużenie. Również zawaliłam. A teraz redaktor myśli, że symuluję chorobę.

Nie tylko ja błędnie uznałam, że skoro tak często o tym mówisz, to nie zdecydujesz się tego zrobić. W końcu nie byłeś najnieszczęśliwszą osobą, jaką znaliśmy. Twoja depresja nie była głęboka (pomyśl o G., o D. albo o T.-R.). Nie miałeś nawet – choć teraz brzmi to dziwnie – najbardziej wyraźnych skłonności samobójczych.
Z powodu daty – tak blisko końca roku – można by pomyśleć, że takie podjąłeś postanowienie na nowy.

Pewnego razu, kiedy o tym mówiłeś, wspomniałeś, że powstrzymywali cię studenci. Martwiłeś się oczywiście, jak wpłynęłoby na nich coś takiego. Mimo to nie zaświeciła nam się lampka, kiedy w zeszłym roku przestałeś wykładać, choć wiedzieliśmy, że to lubisz i potrzebowałeś pieniędzy.
Innym razem powiedziałeś, że dla człowieka w pewnym wieku może to być racjonalna decyzja, całkowicie normalny wybór, a nawet rozwiązanie problemu. W przeciwieństwie do sytuacji, w której samobójstwo popełnia osoba młoda, bo to zawsze błąd.

Kiedyś rozbawiłeś nas zdaniem: „Chyba wolałbym z życia nowelkę”.

Kiedy Stevie Smith nazwał śmierć jedynym bogiem, który musi przyjść na nasze wezwanie, spodobało ci się to, tak jak wtedy, gdy różni ludzie mówili, że nie daliby rady żyć, jeśliby nie istniała możliwość samobójstwa.