Czy wakacyjny romans może uleczyć złamane serce? “Moje wielkie greckie wakacje” to przezabawna komedia romantyczna o pożegnaniu z przeszłością, drugich szansach i spotkaniu z nową miłością.


Moje wielkie greckie wakacjeMandy, beztroskiej trzydziestoparolatce, wydaje się, że już zawsze będzie żoną Danny’ego, swojej pierwszej szkolnej miłości. Kiedy więc odkrywa, że jej mąż ma romans, postanawia dokonać w swoim życiu WIELKICH zmian.

Bez chwili wahania wskakuje do samolotu i ucieka na skąpaną słońcem grecką wyspę. Błękitne morze, złociste plaże i pyszne koktajle są dokładnie tym, czego jej teraz trzeba.

Mandy zaprzyjaźnia się z przemiłymi mieszkańcami maleńkiej wioski nad morzem. Wpada jej też w oko przystojny, ciemnooki nieznajomy. Wkrótce odkrywa jednak, że nawet w raju zdarzają się problemy.

Czy wakacyjny romans pomoże jej uleczyć złamane serce?

A może ktoś z jej dawnego życia pomoże Mandy przeżyć niezapomnianą przygodę?

Sue Roberts
Moje wielkie greckie wakacje
Przekład: Grażyna Woźniak
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 3 lipca 2019
 
 

Moje wielkie greckie wakacje


Rozdział 1

Czy to nie zabawne, jak łatwo oceniamy innych? Na przykład ta siwowłosa para siedząca w pubie, o której myśleliście, że wciąż trzyma się za ręce po wielu wspólnie spędzonych latach, w rzeczywistości poznała się w internecie trzy miesiące temu. A wytatuowany motocyklista przy sąsiednim stoliku, ubrany w skórę i sączący piwo real ale? Nigdy byście nie wpadli na to, że w młodości trenował taniec, a teraz prowadzi zajęcia salsy w miejscowym ośrodku kultury, by dorobić sobie do pensji kuriera. Ciągle to robimy – przyklejamy ludziom etykietki. Klienci, którzy widzą mój radosny uśmiech na uszminkowanych ustach, gdy podaję im jedzenie i drinki w pubie Pig and Whistle, nigdy by się nie domyślili, że jestem w emocjonalnej rozsypce.
– Może jakieś dodatki? – szczebioczę, nabijając zamówienia na kasę, chociaż na samą myśl o przełknięciu choć kęsa skręca mi się w żołądku.
W ciągu ostatnich trzech tygodni zgubiłam pięć i pół kilograma. Normalnie nie posiadałabym się ze szczęścia, gdyby nie to, że straciłam je w wyniku tak zwanej diety rozwodowej, czyli złamanego serca. To skuteczniejsze niż Strażnicy Wagi, Dukan czy jakakolwiek inna dieta, szczególnie że wcale nie trzeba się starać. Złamane serce powoduje natychmiastową utratę apetytu, dzięki czemu nie przytyjemy nawet grama.
Wydawało mi się, że mój związek z Dannym Davisem będzie trwał wiecznie. Zaczęliśmy się spotykać, gdy oboje mieliśmy po piętnaście lat i należeliśmy do szkolnej elity. Byliśmy atrakcyjni, popularni i drwiliśmy z każdego, kto próbował się uczyć. Gardziliśmy tymi biednymi pobrudzonymi atramentem kujonami, którzy w przyszłości mieli wieść szare, nudne życie w swoich czyściutkich bliźniakach na przedmieściach, podczas gdy naszym przeznaczeniem było podróżowanie po całym świecie w kamperze. Chłopaki ze szkolnej elity zaczynali jeździć skuterami w kolorze metalicznego fioletu tuż po swoich szesnastych urodzinach, potwierdzając swoją pozycję czaderskich luzaków, a zgarbieni od dźwigania książek okularnicy mogli im się tylko z zazdrością przyglądać. Dla mnie najważniejsza była perspektywa kolejnej szkolnej dyskoteki, leżenie na trawie w czasie przerw i omawianie tak ważkich kwestii jak to, czy od golenia nóg włosy rzeczywiście stają się mocniejsze. Spójrzcie tylko, dokąd mnie to zaprowadziło. Prawie trzynaście lat później pracuję w miejscowym pubie, a Danny Davis dopiero co złamał mi serce.
Muszę przestać myśleć o niebieskich migdałach. Na stoliku obok stoi pusta szklanka po piwie i kieliszek po winie, które powinnam sprzątnąć. Nie chcę, żeby Brian, sympatyczny właściciel pubu, pomyślał, że się obijam. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest utrata pracy. To głównie z jej powodu każdego ranka zwlekam się z łóżka.
Lubię przychodzić do Pig and Whistle. Jeśli już muszę pracować w pubie, to najlepiej właśnie w takim jak ten. The Whistle, jak nazywają go miejscowi, jest dużym lokalem z labiryntem zacisznych wnęk, położonym dziesięć kilometrów od centrum Liverpoolu, w wiosce o nazwie Knowsley. Klientela jest tu niezwykle urozmaicona. Największym wabikiem jest minibrowar, należący do pubu, a także świetny szef kuchni Darren, który dwa lata temu zajął drugie miejsce w konkursie na kucharza roku.
Wnętrze lokalu jest jasne i pogodne, z szarą kamienną podłogą, solidnymi drewnianymi stołami i krzesłami. Łączy nowoczesność z domową atmosferą, dzięki chromowanemu oświetleniu i rozwieszonym na kamiennych ścianach zdjęciom przedstawiającym wiejskie widoki. Jest tu też kilka opalanych drewnem kominków, które ożywają podczas długich zimowych miesięcy, oraz pięć różnych gatunków beczkowego piwa. Dębowy bar przypomina kształtem podkowę i serwuje każdy rodzaj alkoholu znany człowiekowi, z wyjątkiem absyntu, od czasu niefortunnego incydentu, kiedy to pewien facet rozebrał się jak do rosołu podczas lunchu dla członków klubu seniora.
Mam zza tego baru tak dobry widok na wszystkich gości w pubie, że czuję się niczym kapitan u steru statku. Do pubu nie przychodzi zbyt wielu miejscowych, tylko kilka osób mieszkających na pobliskich farmach. Geoff, rumiany hodowca świń, wydzielający specyficzną woń; Bill i Dot, małżeństwo z czterdziestoletnim stażem, które wciąż trzyma się za ręce; a także dwie młode pary – w tym ja i Danny – które zdecydowały się tu kupić domy w poszukiwaniu ciszy i spokoju. Z naszej wioski co pół godziny odjeżdżają autobusy do centrum Liverpoolu.
Reszta klienteli to osoby przyjezdne, świętujące jakąś szczególną okazję albo takie, które przyszły na koncert. Występy zwykle trzymają poziom, poza jednym z ubiegłorocznych wykonawców, który okazał się bardziej Bruce’em Forsythem[1] niż Bruce’em Springsteenem.
Przez ostatnie tygodnie praca była dla mnie wybawieniem. Uwielbiam obserwować ludzi, a patrząc na klientów pubu, uświadomiłam sobie, że nie tylko ja przeżywam teraz trudny czas. Zeszłotygodniowa stypa powinna mi była pomóc w spojrzeniu na własne problemy z odpowiedniej perspektywy, ale prawda jest taka, że wciąż tęsknię za Dannym.
Para, która przed chwilą odeszła od stolika, zostawiając na nim pusty kieliszek i szklankę, ma ze sobą romans. Potrafię to wyczuć na kilometr.
Widziałam, jak niepewnie rozglądali się po pubie od samego progu i co jakiś czas łapali się za ręce, jedząc lunch. Poza tym ta szczupła młoda kobieta mogłaby być córką lekko przysadzistego, nadzianego pana, z którym tu przyszła. Myślę o Dannym, który z taką łatwością ukrywał przede mną swój romans. Wydawało mi się, że go znam, a tymczasem…
Do pubu wchodzi grupka młodych kobiet, ale Jack, jeden z naszych kelnerów, gdzieś się zawieruszył. Pewnie wymknął się na kolejnego papierosa. Niedługo będzie musiał sobie poszukać nowej pracy. Jack jest studentem, który nie za bardzo przykłada się do roboty i myśli, że dzięki wyglądowi (młodego) Brada Pitta wszystko ujdzie mu na sucho, ale pub cieszy się dobrą reputacją z powodu nienagannej obsługi i tak powinno zostać.
Już mam zaprowadzić kobiety do stolika, kiedy zjawia się Jack, roztaczając wokół siebie uwodzicielski czar, więc zostaję za barem. Nagle zamiera mi serce. Do pubu wchodzi facet wypisz wymaluj jak Danny. Jest wysoki i szczupły, ma brązowe, lekko kręcone włosy. Zbliża się do baru i dopiero po chwili zauważam, że jego oczy są brązowe, a nie akwamarynowe jak u Danny’ego. Uśmiecha się trochę krzywo, odsłaniając przy tym śnieżnobiałe zęby.
– Co podać? – Posyłam mu wesoły uśmiech, chociaż serce mi wali na myśl o tym, że właśnie stoję naprzeciwko kogoś, kto wygląda prawie tak samo jak mój mąż.
– Wasz najlepszy bitter[2] i twój numer telefonu – odpowiada.
– Śmiało sobie poczynasz – zauważam, nalewając mu szklankę uwielbianego przez gości piwa magpie bitter.
– Oszczędzam swój czas – śmieje się. – W ten sposób szybciej dostanę kosza – mówi z udawanym smutkiem.
Gawędzimy przez kilka minut, a później obsługuję kolejnego klienta. Powinnam być szczęśliwa, że flirtuje ze mną tak przystojny facet, ale mam to gdzieś. Pewnie w domu czeka na niego niczego nieświadoma żona albo dziewczyna.
Moją uwagę zwraca kolejna grupka wchodzących do pubu osób. Proszę Lyndsey, jedną z kelnerek, żeby popilnowała baru, a sama odprowadzam szczupłą businesswoman z błyszczącymi włosami, w kosztownym wełnianym płaszczu, do stolika, przy którym siedzą już jej znajome.
Jack akurat pracuje, przyjmując zamówienia od grupki młodych kobiet, które bezwstydnie z nim flirtują. Kosmyki blond włosów wydostały mi się z gładko zaczesanego koczka i przykleiły do twarzy w ten zadziwiająco gorący jak na koniec maja dzień. Próbuję ukryć plamy z keczupu na swojej białej bluzce, pozostawione przez lepkie rączki siedzącego przy sąsiednim stoliku dwulatka. Rozkładam karty menu na drewnianym stole, opowiadając siedzącym przy nim gościom o naszych daniach dnia, czyli wieprzowinie zapiekanej z cydrem i okoniu ze szparagami gotowanymi na parze.
Kobietę w wełnianym płaszczu otacza aura sukcesu i przez moment myślę o tym, że pewnie jesteśmy w podobnym wieku. Musiała należeć do osób, które w szkole ciężko pracowały i koncentrowały się na tym co trzeba. Czuję ukłucie żalu, że nie zrobiłam tego samego. Uwielbiam swoją pracę, ale marzyłam o byciu dziennikarką. Oczywiście na tym poprzestałam. Na marzeniu. Nie kiwnęłam palcem, żeby je spełnić.
Znacznie bardziej interesowali mnie chłopcy, zakupy, kluby i dobra zabawa.
To ja namawiałam znajomych na nocne przejażdżki taksówkami po rozświetlonych ulicach miasteczek. Wzdrygam się na wspomnienie tego, jak razem z moją najlepszą przyjaciółką Hayley pojechałyśmy kiedyś autostopem do Londynu z brodatym tirowcem, który przez całą drogę złowrogo milczał. Wynajęłyśmy pokój w schronisku młodzieżowym w Holland Park, przez kolejne trzy noce zwiedzałyśmy miasto, a gdy skończyły nam się pieniądze, wróciłyśmy do domu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeżyłam jakąś przygodę i może właśnie tego teraz potrzebuję.
Kobieta z miedzianymi pasemkami wyswobadza się z niebieskiego wełnianego płaszcza i podaje mi go. Pachnie perfumami Miss Dior.
– Bądź tak miła i go odwieś, Mandy – zwraca się do mnie z pełnym satysfakcji uśmieszkiem.

1 – Sir Bruce Joseph Forsyth-Johnson (1928–2017) – brytyjski aktor, prezenter, piosenkarz, tancerz i komik.
2 – Rodzaj piwa o charakterystycznym goryczkowym smaku.

Rozdział 2

Biorę od niej płaszcz i wpatruję się w kobietę, którą chyba skądś znam. Ale to przecież niemożliwe, prawda? Jest taka szczupła i, no cóż, seksowna. Nigdy w życiu nie określiłabym Janet Dobson jako „seksownej”. Jestem w szoku.
Chorobliwie ambitna dziewczyna w opasce na włosach, którą nazywaliśmy „Persilka” (ponieważ jej strój od WF-u nie wiedzieć czemu zawsze był śnieżnobiały, nawet po biegach przełajowych po błotnistych polach) próbowała w szkole dołączyć do naszej paczki, ale nigdy jej na to nie pozwoliłyśmy. Tak jak w Grease Janet była naszą Patty Simcox – zawsze trzymającą się na obrzeżach szkolnej elity – i ze wstydem przyznaję, że bezlitośnie ją wykorzystywałyśmy. Jej wujek był właścicielem kiosku niedaleko szkoły, a my od czasu do czasu kazałyśmy jej ukraść paczkę fajek albo batoniki. W zamian za to pozwalałyśmy Janet za sobą łazić.
Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce nad Kanałem Leeds-Liverpool, gdzie odegrałam kluczową rolę w zrzuceniu jej z roweru prosto do mętnej wody. (Oczywiście był to wypadek. Długo by tłumaczyć). Przysięgam, że jej czerwone szorty i biała koszulka polo wciąż wyglądały nieskazitelnie, kiedy wyciągnęłyśmy ją na brzeg.
Gdyby się do mnie nie odezwała, nie poznałabym jej za żadne skarby, ale ten głos… W przeciwieństwie do reszty naszej paczki Janet nigdy nie nabyła akcentu charakterystycznego dla mieszkańców Liverpoolu, zdradził ją jednak ton; coś pomiędzy prezenterką wiadomości a piosenkarką.
– Janet? – pytam z niedowierzaniem.
– Cześć, Mandy – świergocze, odsłaniając garnitur kosztownych, poprawionych przez dentystę zębów.
– Co u ciebie? – dukam, podając jej oprawione w czerwoną skórę menu.
– Świe-etnie – odpowiada, przeciągając to słowo z emfazą. – Naprawdę świe-etnie. A więc to tutaj pracujesz? – Unosi idealnie wyskubaną brew i rozgląda się po wnętrzu pubu. – Nieźle. Skoro możesz liczyć tylko na pracę w barze, lepiej, żeby to był przyjemny bar.
Jej znajome leciutko się uśmiechają, po czym chowają twarze za kartami dań.
– Jestem tu menedżerką – wyjaśniam, maskując irytację w swoim głosie. Później byłam na siebie zła za to, że pozwoliłam jej się zirytować. Nie powinnam chcieć zaimponować cholernej Janet Dobson. Choćbym tu tylko sprzątała, powinnam być z tego dumna, tak jak nasza sprzątaczka Joyce. Jesteśmy przecież jak jedna wielka, szczęśliwa rodzina.
– Brawo – kwituje moje słowa tak protekcjonalnym tonem, że mam jej ochotę wcisnąć menu tam, gdzie słońce nie dochodzi. Ale przecież jestem profesjonalistką.
– Czego się panie napiją? – Uśmiecham się promiennie.
Zbieram zamówienia na drinki i wracam do baru.
Po zaniesieniu im napojów (wody oraz dwóch butelek sauvignon blanc), a następnie przekazaniu zamówienia do kuchni, zajmuję swoje stałe miejsce za barem i udaję, że jestem czymś zajęta przy kasie, jednocześnie obserwując z daleka stolik Janet. Siedzi przy nim młoda dziewczyna ubrana trochę jak artystka w długą, kolorową spódnicę i dżinsową kurtkę. Włosy ma przewiązane ręcznie barwioną chustą, a w każdym uchu nosi po kilka srebrnych kolczyków. Wygląda, jakby coś notowała. Miejsce obok zajmuje atrakcyjna trzydziestoparolatka z rudymi włosami, w typowo biurowym stroju: czarnej ołówkowej spódnicy i wykrochmalonej białej koszuli. Przede wszystkim jednak przyglądam się Janet, ubranej w elegancką czarną sukienkę i różowy kardigan z kaszmiru. Zastanawia mnie, co tu robią i dlaczego nie widziałam ich tu wcześniej.
– Czwórka! – okrzyk z kuchni wyrywa mnie z rozmyślań. Zamówienie dla stolika, przy którym siedzi Janet, jest już gotowe.
Młoda kelnerka imieniem Lucy przestaje ładować napoje do lodówki i już chce iść do kuchni po talerze, ale ją powstrzymuję.
– Ja się tym zajmę, Lucy.
Wzrusza ramionami i wraca do butelek z różnokolorowymi napojami, które tworzą w wysokiej, czarno-srebrnej lodówce coś w rodzaju tęczy.
– Bardzo proszę – odzywam się wesoło, stawiając na masywnym drewnianym stole dwie porcje wieprzowiny zapiekanej w cydrze i jedną porcję okonia. – Smacznego. Czy podać paniom sosy?
Umieram z ciekawości, by dowiedzieć się, w jakiej branży pracuje Janet, ale nie chcę jej o to pytać wprost. W ślimaczym tempie stawiam na stole pojemnik z sosem tatarskim, lecz żadna z nich się nie odzywa, sączą tylko napoje.
– Muszę przyznać – mówi wreszcie Janet pomiędzy kęsami aromatycznego okonia – że to jest naprawdę smaczne. Nie mam pojęcia, dlaczego nie przyszłyśmy tu wcześniej.
– A gdzie się zwykle spotykacie? – zagaduję niezobowiązująco.
– Och, praktycznie wszędzie. W całym kraju, a często także za granicą. Łatwo jest zapomnieć, jak dobre jedzenie podają w niektórych naszych wiejskich pubach.
Janet uśmiecha się szczerze, a jej znajome zgodnie kiwają głowami, pałaszując jedzenie. Już mam zapytać, jakie to interesy każą im jeździć po całym kraju, gdy z kuchni dobiega mnie potężny huk, a później przeraźliwy wrzask.
Biegnę do kuchni, gdzie odkrywam, że kuchenka mikrofalowa wybuchła. Rzadko jej używamy, ale Sally, nowa pomoc kuchenna, najwyraźniej postanowiła w niej odgrzać pudding na foliowej tacce. Po rozbłysku na miarę zorzy polarnej drzwiczki się otworzyły, a lepka masa toffi rozbryzgnęła po białej ścianie. Sally wypłakuje sobie oczy, Darren stoi jak słup soli, a Lyndsey histerycznie się śmieje.
Lyndsey zawsze wybucha śmiechem, kiedy dzieje się coś strasznego. Właśnie tak reaguje na stres, ale spróbujcie to wytłumaczyć żonie mężczyzny, który w zeszłym tygodniu się u nas zakrztusił, a Lyndsey zaśmiewała się do rozpuku. Wystarczył jeden chwyt Heimlicha i wezwanie karetki, żeby wszystko wróciło do normy, ale żona klienta i tak zapowiedziała, że nigdy nie wróci do pubu zatrudniającego „pieprznięte wariatki”.
Lyndsey jest jednak tak fantastyczną kelnerką, że wybaczamy jej wybuchanie śmiechem w najmniej odpowiednich momentach. Jest szybka, efektywna i tak olśniewająca – dzięki smukłej sylwetce, oliwkowej cerze i ślicznej buzi – że dostaje niewiarygodnie wysokie napiwki, które z uśmiechem na ustach wrzuca do wspólnego słoika.
Tymczasem Janet i jej znajome kończą jeść, zostawiają hojny napiwek i zbierają się do wyjścia. No, Janet – myślę sobie w duchu – doczekałaś się swojego momentu chwały i mam nadzieję, że ci się podobało, bo w szkole byłam dla ciebie straszną krową.
– Cześć, Mandy – mówi do mnie z uśmiechem, co do którego nie potrafię zdecydować, czy jest szczery. – Oto moja wizytówka – wręcza mi czarną karteczkę ze złotymi literami – gdybyś kiedykolwiek chciała skorzystać z moich usług.
Kiedy cała grupka znika na parkingu, myślę o tym, że pewnie nigdy więcej nie zobaczę Janet Dobson.