“Zahhak” to trzymający w napięciu thriller historyczny i zarazem niesamowita poetycka parabola o zaraźliwej naturze zła. Jeden z najlepszych rosyjskich tytułów ostatnich lat.


ZahhakTadżykistan, była republika radziecka, ogłasza niepodległość, ale wkrótce w kraju wybucha wojna domowa.

Ojciec Andrieja i Zariny, szesnastoletnich bliźniąt, zostaje zamordowany, a rodzeństwo wraz z matką Rosjanką musi uciekać aż na granicę z Afganistanem, do maleńkiej wioski, w której mieszkają krewni ojca oraz jego dawna – czy może raczej druga – rodzina.

Każdy dzień w wiosce okazuje się walką o przetrwanie. Brakuje jedzenia, Andriej i Zarina są zmuszeni do wyczerpującej pracy. Ich matka spotyka się z zazdrością i jawną wrogością ze strony tadżyckiej żony zmarłego. Sytuację komplikuje także nieznany bohaterom język oraz niecodzienne wierzenia i tradycje miejscowych.

Te przyziemne trudności okazują się jednak błahostką, gdy w wiosce osiada gang przestępców hołdujących mitycznemu Zahhakowi, despotycznemu królowi-smokowi…

***

Mistrzowska fabuła zgłębiająca burzliwą historię jednego z najbardziej charakterystycznych regionów świata.
Wadim Nesterow

Władimir Medwiediew
Zahhak
Przekład: Irena Kulesza
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Zahhak


Rozdział 1

ANDRIEJ

Wsadziłem łopatę głębiej, nacisnąłem na trzonek i przewróciłem ziemię…
Ożeż ty, kurde! Czaszka.
Ludzka.
Usiadłem i zacząłem oglądać. Nigdy wcześniej nie widziałem nieboszczyków. Jednak to nie był nieboszczyk. To była kość. Dynia o krzywych zębach, z oczodołami… Mimo że nie było to nic nadzwyczajnego, nagle zalała mnie fala smutku i zrobiło mi się żal. „Niczego sobie – pomyślałem – ktoś się załatwił na amen. Inni go zamordowali, odcięli głowę i zakopali…”
Nagle usłyszałem:
– Czego tu siedzisz?
Podniosłem głowę. Na brzegu wykopu zauważyłem plastikowe klapki firmy Nike. Sterczały z nich gołe palce. Nad nimi ujrzałem pasiaste spodnie od piżamy. Wyżej – okrągłe brzuszysko. A jeszcze wyżej, w porannym niebie, widniała bardzo duża i szeroka głowa baja1. To Chakberdyjew, gospodarz. Jak nic, to on zamordował gościa. Przecież jest właścicielem gospodarstwa.
Takich świń nienawidzę. Nie jest moim panem, ja tu jedynie haruję na niego. Dom dla niego buduję. Gapił się na mnie tak, jakbym był jego własnością.
– Dlaczego nie pracujesz?
– Znalazłem czaszkę – odszczeknąłem. – Czy tu jest cmentarz?
Nadal wpatrywał się we mnie, niby oceniając to, co powiedziałem. Potem rzekł poważnie:
– Wiesz, co powiadają? Pod każdym śladem końskiego kopyta jest zakopanych dwieście oczu.
Też mi, kurde, mędrzec! Przecież to porzekadło jest znane wszystkim w Tadżykistanie. Chodzi o to, że było przed nami wiele pokoleń i gdziekolwiek wsadzimy teraz w ziemię łopatę, tam leży sto osób. Też mi alibi!
Gospodarz zwrócił się do mnie z pytaniem, w którym usłyszałem groźbę:
– Zrozumiano? – Potem pokazał palcem i powiedział: – Weź to i… tam zanieś.
Nie znoszę, gdy mi rozkazują. Nie jestem Azorkiem, który na rozkaz pana wyskakuje z wielkiego dołu z kością w zębach. Wstałem i rzuciłem czaszką jak piłką do kosza. Byłem zdziwiony, że ją bardzo sprytnie złapał. Posłał mi krzywe spojrzenie czarnych oczu i rzekł:
– Pracuj… Kop.
Odchodząc, odwrócił się w moją stronę i powiedział:
– Dobrze pracuj. Przecież jesteś synem Murodowa, czyż nie tak? Dobrze kop, bo zhańbisz nazwisko ojca.
Poszedł sobie. Było słychać człapanie klapkami.
Spojrzałem za nim, jak szedł po swym majątku, trzymając czaszkę przy udzie jak piłkę do koszykówki. „Ach, ty, basmaczu – pomyślałem. – Pal cię licho!” Splunąłem z odrazą, wylazłem z dołu i poszedłem na drugi koniec podwórka. Tam Rawil i Karł wykonywali odeskowanie pod fundament. Szedłem, przedrzeźniając gospodarza: wypiąłem brzuch do przodu, ciągnąłem trampki po ziemi. Zbliżyłem się do chłopaków i zawołałem:
– Hej, czemu tak wolno pracujecie? Jeżeli będziecie źle stukali młotkiem, to was srodze ukarzemy.
Rawil wbił gwóźdź w deskę, uniósł swą rudowłosą głowę i zapytał:
– Coś mu rzucił?
– Głowę twego poprzednika, tego budowlańca, co wznosił stary dom.
Opowiedziałem pokrótce o czaszce. Karł się zainteresował:
– Jak wygląda? Było na niej ludzkie mięso? Miała włosy?
– Nie, jest goła.
Karł ma wiedzę na każdy temat.
– Ze dwadzieścia lat w ziemi leżała. Na pewno nie mniej.
Rawil podchwycił wątek:
– Co tak mało? Mów, że tysiąc.
– Może i tyle. Gleba wyschła.
Rawil puścił do mnie oko.
– A może milion? Andrieju, wykopałeś pierwszego człowieka na Ziemi. To jest grób świętego dziadka Adama.
Karł przyłożył do skroni palec wskazujący i pokręcił nim.
– Co ty wygadujesz? Może myślisz, że skoro Watan jest centrum rejonu2, to był tu raj?
Rawil cmoknął językiem.
– E, braciszku Johnie, ty wcale nie masz oleju w głowie. W ogóle nie wiesz, gdzie mieszkasz. Tu wszystko było. Rajski ogród był. Aleksander Macedoński tu był. Towarzysz Saidakram Mirzorezojew z Rady Ministrów też był. Mieszkasz w centrum świata.
To o naszym Watanie, tej dziurze na mapie? Nie powiedziałbym o nim, że jest miastem rejonowym. Nawet nie żartowałbym na ten temat. Uciekałbym stąd, gdzie oczy poniosą. Niestety, nie mam dokąd uciec. Do Rosji nie wyjadę, bo nie mam pieniędzy. W Tadżykistanie od dwóch lat trwa wojenka. Wokół są jedynie handlarze i bandyci.
– Słuchaj no – zwróciłem się do Rawila – jak myślisz, po co on zabrał tę czaszkę?
– Kto?
– No, ten… basmacz… Chakberdyjew.
– Zadaj łatwiejsze pytanie. Niewykluczone, że ją pochowa. Tadżycy lubią grzebać czaszki, dzięki temu Allach przebacza im grzechy.
– Nie, tu chodzi o coś innego. Głowę daję, że chce lepiej schować dowód zbrodni. Przecież jest bandytą.
– Gdzie tam! Jest zwykłym przekupniem.
– Dla mnie wszyscy przekupnie to bandyci.
Rawil uśmiechnął się krzywo.
– Nie wymądrzaj się, Andrieju. Idź, pracuj, poszukaj pozostałych kości.
– Ty mi tu nie rozkazuj – odszczeknąłem się.
Do cholery, niech nie robi z siebie kierownika.
Kopałem i ciągle o tym rozmyślałem. Być może czaszka rzeczywiście jest bardzo stara, ale ten basmacz to mimo wszystko bandyta. Dlaczego tak krzywo się szczerzył? „Pracuj, bo zhańbisz nazwisko ojca”. Co miał na uwadze? Ojciec wczoraj też chciał coś mi powiedzieć. Szedłem ulicą Internacjonalną, a on wyszedł mi na spotkanie. Ubrany był jak zwykle: śnieżnobiała koszula, czarne spodnie w kant. Gładko ogolony. Buty błyszczały niczym narzędzia na sali operacyjnej. Rzekł prosto z mostu:
„Andrieju, syneczku, rzucaj tę robotę”.
„A niby dlaczego? To dobra robota. Na wolnym powietrzu. Gimnastykuję się i pieniądze mi płacą”.
„Głupio mi przed ludźmi. Zaczną gadać, że pan doktor wcale nie dba o swoje dzieci. Nieładnie tak… W mojej sytuacji…”
Ach, tatuś tak powiada?! Nie wytrzymałem.
„To, dla kogo pracuję, jest moją prywatną sprawą. A wy, tato… Wy myślicie nie o nas, ale o tym, jak będziecie wyglądali w oczach innych!”
Nigdy wcześniej do niego nie pyskowałem. Sam się tego nie spodziewałem, ale czara goryczy się przelała, chociaż napełniała się powoli. Ojciec nie zauważał, że lgnę do niego – traktował mnie tak, jakbym nie istniał. Czasem rzucił mi parę słów mimochodem, jak psu kość. I to wszystko. Wcześniej nawet płakałem z tego powodu. Teraz, gdy to dotknęło jego, od razu usłyszałem: „Andriuszo, syneczku…”.
Wiem, wiem, że mój gniew był nieusprawiedliwiony. Nie na miejscu. Co by tam nie mówić, ojciec myśli, dba. Zarówno o matulę, jak i o mnie z Zarinką. Gdy rok temu rozpoczęła się wojenka, nie przetrwalibyśmy, gdyby nie on. Oczywiście w miasteczku nie było strzelaniny ani mordów, ale żarcia też nie było. Matuli przestali wypłacać pensję w bibliotece. Tadżycy mają lepiej – każdy ma ogród i rodzinę w kiszłaku3. A co u nas? Zdechlibyśmy z głodu, gdyby nie ojciec. Dopiero później Rawil wziął mnie do brygady…
Myślałem, że ojciec się zirytuje, ale on powiedział tylko:
„Andrieju, mamy trudny czas. Nie zapominaj, że trwa wojna. Trzeba bardzo uważać. Nie rozumiesz wielu rzeczy. Czy wiesz, dla kogo pracujesz? Oni tylko szukają okazji, żeby mi zaszkodzić”.
„Oni nawet nie zapytali, jak mam na imię”.
Ojciec mnie nie słuchał.
„Teraz nie mam czasu na wyjaśnienia. Wieczorem…” – I odszedł.
Tak wyglądała rozmowa ojca z synem. Czekałem do późna i obraziłem się jeszcze bardziej. Wyglądało na to, że będzie jak zwykle. Matula też się złościła i ciągle pytała:
„Czyli on ci powiedział, że przyjdzie?”.
Napiekła pasztecików z ziemniakami. Jest przekonana, że ojciec je lubi. Ja natomiast wiem, że on nie znosi ziemniaków. Matula owinęła półmisek z pasztecikami w czystą i ciepłą ściereczkę, żeby paszteciki były gorące. Niestety, wystygły…
Kopałem i rozmyślałem: Co ojciec miał zamiar mi powiedzieć? Jest bardziej niż pewne, że miał na myśli handlarza. Nie na darmo przecież pytał: „Czy wiesz, dla kogo pracujesz?”. A dziś wykopałem czaszkę. Pasuje jak ulał. Kurde, to jak w powieści kryminalnej! Gdyby dziś wieczorem ojciec znów nie przyszedł, pójdę do niego i zapytam, co miał na myśli. Niestety, ojciec nie lubił, gdy się go odwiedzało bez uprzedzenia… Przypomniałem to sobie i znów poczułem żal.
Nagle usłyszałem, że za płotem ktoś jak oszalały naciska klakson samochodu. Przy tym wrzeszczał:
– Andrieju! Hej! Andrieju!
Wylazłem z dołu i podszedłem do płotu. Za nim stała biała karetka pogotowia. Za kierownicą siedział jakiś wychudzony diabeł – czarny i z wąsami. To był Ali, kierowca ze szpitala. Jesteśmy kumplami. Usłyszałem, jak przywołuje mnie z kabiny kierowcy:
– Andrieju, wsiadaj szybciej! Jedziemy!
On zawsze tak – jakby się paliło. Przez całą drogę gadał jak nakręcony: „Szybciej, szybciej, trzeba się pospieszyć”. Byłem coraz bardziej wściekły. Wczoraj ojciec nie znalazł dla mnie czasu, a dzisiaj nawet przysłał po mnie karetkę. Chciał, żebym wszystko rzucił i pojechał do niego. Szybko! Szybko!
– Czy tobie – zapytałem Alego – lód się w dupie pali?
– Przestań gadać, kamracie! – zawołał do mnie Ali. – Nie mamy czasu!
Niczego sobie gadka.
– Einsteinie, czy tam jeszcze jest jakaś przestrzeń? – zapytałem.
Ali zawsze miał problem z poczuciem humoru. Nie zrozumiał, o co mi chodzi.
– Hej, wsiadaj! Słyszysz, co mówię?!
– A co będzie dalej? Wygłosisz mi wykład o problemie z czasem?
– Twój ojciec został zabity.
Najpierw nie zajarzyłem, o co chodzi. On znowu wykrzyczał:
– Zabili! Twego ojca!
Zrozumiałem, co Ali mówi, ale mu nie uwierzyłem. Gdy sens słów kumpla dotarł do mnie, czas jakby zniknął. Przestrzeń chyba też. Dopóki jechałem, za przednią szybą wisiała jakaś mętna zasłona, w której tonęły płoty na skraju miasteczka wykonane z gęstej gliny i wysokie topole wzdłuż drogi, i puste pola, na których uprawiano bawełnę, ciągnące się hen aż do gór. Jakbym ogłuchł i oniemiał. Głos Alego docierał do mnie jak gdyby z boku, z innego wymiaru: „Ordynator zarządził, żebym tam pojechał, zabrał zwłoki… Nadłożyłem drogi i pojechałem po ciebie…”.

***

Zatrzymaliśmy się opodal jakiegoś słonego jeziora. Stała tam niewielka grupa ludzi. Obok – czarna wołga. Wyskoczyłem z karetki. Ujrzawszy mnie, ludzie odeszli na bok. Ojciec leżał na plecach. Jego ubranie było umazane błotem i oblepione rzepami – wyglądało na to, że był ciągnięty po ziemi. Krwiak zalał mu pół twarzy.
Zdawało mi się, że oślepłem. Nie widziałem pobliskich pagórków ani dalekich gór. Nie widziałem ludzi, którzy stali wokół. Widziałem jedynie głęboką bruzdę biegnącą w poprzek szyi mego ojca. To była cienka linia przecinająca spuchnięte ciało. Zdawało mi się, że ogłuchłem. Nie słyszałem, jak szemrze wiatr. Nie docierało do mnie, o czym szeptem plotkują ludzie. Po dłuższej chwili usłyszałem tuż obok, ale jakby zza grubego muru:
– No cóż, trzeba zabrać zwłoki.
Najpierw nie zrozumiałem, o co chodzi. Ogarnęło mnie poczucie, że się stało coś nieodwracalnego. Jakbym był rozrywany na strzępy. Słyszałem, że ktoś mnie woła. Obejrzałem się za siebie. Był to prokurator rejonowy. Usiłowałem zrozumieć, co mówi.
– Co za nieszczęście, Andrieju… Serdecznie ci współczuję… Trzymaj się…
Kiwnął głową w kierunku Alego.
– Weź, ładuj.
Ali otworzył tylne drzwi karetki, wyciągnął rozkładane nosze z brezentu i rozłożył je obok ojca. Ocknąłem się.
– A co ze śledztwem?!
– Ciężka sprawa – rzekł prokurator. – Nie mamy świadków. To bardzo trudny przypadek. Mimo wszystko wyjaśnimy, w czym rzecz. Śledztwo na pewno będzie.
Łże jak pies! Nie będzie żadnego śledztwa. Facet ma to wypisane na mordzie dużymi literami.
Zawołałem:
– Dlaczego zadeptaliście ślady?! Tu nawet pies nic nie wywęszy.
– Andrieju – zaczął spokojnie prokurator – w tych sytuacjach pies nie jest potrzebny.
Jego oczy były jakby zasłonięte kotarą. Tadżycy powiadają: „Naciągnął na twarz oślą skórę”. Rozejrzałem się wokół. Śledczy był dobrze znany w miasteczku, ale nie dostrzegłem go wśród ludzi stojących w pobliżu.
– Gdzie jest śledczy?! Gdzie jest fotograf?
– Andrieju – rzekł prokurator – nie ucz mnie, jak mam pracować.
– Dlaczego nie rozpoczynacie śledztwa?!
– Na pewno rozpoczniemy. Przeprowadzimy czynności, wyjaśnimy… Na pewno, to nasz obowiązek.
– Nic nie wyjaśnicie! Wszystko… załatwicie po cichu i bez rozgłosu. Sprawa przyschnie.
– Andrieju, mówisz teraz przykre słowa, ale ci wybaczam. Rozumiem, co czujesz. Mnie też jest przykro. Twój ojciec był moim przyjacielem. Bardzo dobrym…
Byłem wściekły, rozsadzało mi głowę i ledwie rozumiałem, co mówię.
– Więc nie chcecie przeprowadzać śledztwa? Czy mam to zrobić sam?
Prokurator przerwał mi, mówiąc po rosyjsku:
– Mądry z ciebie chłopak, nie rób głupstw. Ty sam wiesz, że mamy niebezpieczne czasy. Nie warto tak mówić. Pożałujesz…
– To pan mi grozi?
– Za kogo ty się uważasz, żebym ci groził?!
Prokurator się wkurzył i z jego ust zaczęły się wylewać kalumnie:
– Ty mnie pouczasz, jak należy się zachowywać? Najpierw się naucz rozmawiać ze starszymi od siebie! Gdyby ci rozpruć brzuszysko, nic dobrego się tam nie znajdzie… Jesteś taki sam jak twój ojciec. On chociaż leczył ludzi, więc go znosiliśmy… A ciebie z jakiej racji mamy znosić?!
Nie wytrzymałem i wygarnąłem mu szczerze:
– Mówi pan, że znosiliście ojca?! Gdyby was nie leczył, wszyscy byście pozdychali! Z obżarstwa. Sam znajdę tego, kto go zabił! Jeśli nic nie wywalczę tu, w miasteczku, pojadę do Duszanbe. Niech przysyłają zespół. Pogrzebię w tym waszym gnieździe żmij i znajdę mordercę…
Wytrzeszczył oczy i gapił się, jakby chciał mnie zeżreć, ale nie odezwał się już więcej. Nie patrząc na nikogo, rzucił polecenie:
– Zabrać to.
Nikt się nawet nie ruszył.
Trząsłem się ze wściekłości, ale nie chciałem, żeby ojca dotykali obcy. Pochyliłem się i podłożyłem dłonie pod jego ramiona. Spojrzałem na Alego… Ten zawahał się przez moment, podszedł i niechętnie złapał za nogi. Podnieśliśmy zwłoki. Były bardzo ciężkie i wyginały się poniżej pasa.
– Safarow, pomóż – rozkazał prokurator.
Podszedł kierowca prokuratora, chwycił pasek spodni ojca i pociągnął. Unieśliśmy zwłoki wyżej. Głowa ojca odchyliła się do tyłu. Podciągnęliśmy ciało do noszy. Starałem się opuścić zwłoki tak, żeby głowa nie uderzyła o brezent. Razem z Alim chwyciliśmy nosze, ponieśliśmy je do karetki i wsunęliśmy do środka. Usiadłem obok noszy. Karetka ruszyła.
Przytrzymywałem ciało ojca, żeby nie rzucało nim na wybojach. Dopiero tu, z bliska, zobaczyłem, że na jego opalonych i mocnych rękach są otarcia i siniaki. Przytrzymywano go. Ojciec był silny i jedna osoba nie dałaby sobie z nim rady. Było ich kilku. Przed oczami stawały mi straszliwe sceny mordowania mego ojca. Odpędzałem je od siebie, ale powracały jak bumerang.
Ocknąłem się, gdy z zewnątrz karetki rozległ się trzask zamka u drzwi.
– Chodź, bracie, wyniesiemy… – powiedział Ali.
Otarłem oczy, w których nie było łez. Chwyciłem nosze. Łoże ojca zabrzęczało od spodu i pojechało wzdłuż metalowych płóz. Do otwartych drzwi karetki podbiegło kilku młodych mężczyzn w białych kitlach. Chwycili nosze, ponieśli.
Zeskoczyłem na ziemię. W głębi szpitalnego dziedzińca ujrzałem domek bielony wapnem. Była to kostnica. Przy wejściu stali ludzie. Zastygli w bezruchu. Milczeli. Przypominali cienie. Ojca leżącego na noszach wniesiono przez otwarte drzwi do kostnicy.
Wszedłem. Był tu jakiś pokój. Ojciec leżał na wysokim i wąskim stole, pokrytym ceratą. Po drugiej stronie zgromadzili się lekarze. Coś szeptali do siebie. Jeden wysunął się do przodu. Był to ordynator. Inni stali trochę z tyłu. Wszystko wyglądało tak, jak podczas porannego obchodu.
Nie mogłem patrzeć na twarz ojca. Jego czarne buty były ubrudzone. Włożyłem rękę do kieszeni, wyciągnąłem z niej chusteczkę. Chciałem, żeby buty znów błyszczały…
Usłyszałem, jak ktoś coś mówił. To był ordynator.