W powieści “Purpurowe rzeki” straszliwa zbrodnia prowadzi dwóch niezależnych detektywów w skute lodem francuskie Alpy…


Purpurowe rzekiNiegościnny, pełen ostrych jak brzytwy skał krajobraz, stanie się dla nich miejscem, w którym zmierzą się z granicami ludzkiego zła.

W górskiej szczelinie zostają odnalezione potwornie okaleczone zwłoki mężczyzny. Śledztwo ma poprowadzić wysłany z Paryża ex-komandos Pierre Niémans.

Tymczasem w mieście w południowo-zachodniej Francji młody policjant Karim Abdouf próbuje dowiedzieć się, dlaczego ktoś zbezcześcił grób dziecka, przed laty zmarłego w wypadku samochodowym.

Kiedy wysoko na lodowcu zostaje odnalezione drugie ciało, ścieżki dwóch funkcjonariuszy łączą się w poszukiwaniu zabójców oraz w drodze do rozwikłania mrocznej tajemnicy sprzed lat…

Jean-Christophe Grangé – urodzony 15 lipca 1961 roku w Boulogne-Billancourt dziennikarz, pisarzy i scenarzysta. Jest jednym z niewielu francuskich autorów tworzących thrillery, którzy zdobyli popularność w Stanach Zjednoczonych (choć sam zaprzecza, by był tam szeroko znany). Po uzyskaniu tytułu magistra na francuskiej Sorbonie został publicystą. Mając 28 lat, zdobył międzynarodową sławę jako reporter, pracując zarówno dla tytułów francuskich, jak i zagranicznych, m.in. Paris Match, Sunday Times i National Geographic. Współpracował z różnymi agencjami prasowymi, a jego reportaże, znane w różnych zakątkach świata, stały się później istotnym źródłem inspiracji dla jego twórczości literackiej. Ma na swoim koncie łącznie 12 powieści, spośród których aż 4 zostały sfilmowane.

Jean-Christophe Grangé
Purpurowe rzeki
Przekład: Wiktoria Melech
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Purpurowe rzeki


Część I

1

– Ga-na-mos! Wygraliśmy!
Pierre Niémans, z nadajnikiem VHF w dłoni, obserwował z góry tłum opuszczający Parc des Princes. Tysiące rozgorączkowanych głów, białych kapeluszy, jaskrawych szalików, tworzących różnobarwny i podekscytowany strumień ludzi. Eksplozja konfetti. A raczej może legion oszalałych demonów. I trzy sylaby, ciągle te same, skandowane wolno i dobitnie: „Ga-na-mos!”.
Komisarz, stojąc na dachu przedszkola, które znajdowało się naprzeciw parku, kierował ruchami CRS, trzeciej i czwartej brygady republikańskiej służby bezpieczeństwa. Mężczyźni w granatowych mundurach, w czarnych kaskach, z dającymi im osłonę tarczami z poliwęglanu. Klasyczna metoda. Dwustu ludzi po obu stronach każdego wyjścia, grupa komandosów tworząca taki „parawan”, żeby kibice obu drużyn nie przeszli obok siebie, nie zbliżyli się ani nawet siebie nie widzieli…
Tego wieczoru, z okazji meczu Saragossa–Arsenal, jedynego w tym roku, kiedy walczyły ze sobą w Paryżu drużyny niefrancuskie, zmobilizowano ponad tysiąc czterystu policjantów i żandarmów. Kontrola tożsamości, rewizja osobista, żeby tylko zapanować nad czterdziestoma tysiącami kibiców, przybyłych z obu krajów. Główny komisarz policji, Pierre Niémans, był jednym z odpowiedzialnych za tę akcję. Lubił tego rodzaju czynności, które nie należały do jego zwykłych obowiązków. Żadnego śledztwa, żadnego postępowania sądowego. Jak na wojnie.
Kibice dotarli do pierwszego poziomu – można ich było dostrzec poprzez betonową kratownicę stadionu, powyżej wejść H i G. Niémans spojrzał na zegarek. Za cztery minuty znajdą się na zewnątrz, zaczną wylewać się na ulicę. Jeżeli przerwą kordony policyjne, dojdzie do zamieszek. Niémans odetchnął głęboko. W powietrzu tego październikowego wieczoru wyczuwało się napięcie.
Minęły dwie minuty. Niémans odruchowo odwrócił się i zobaczył w głębi plac Porte de Saint-Cloud. Całkowicie opustoszały. Pośrodku, niczym totemiczne symbole niepokoju, wznosiły się trzy fontanny. Wzdłuż alei stały ciasno obok siebie samochody CRS. Przed nimi ludzie z kaskami przyczepionymi do pasów, z pałkami obijającymi się o uda, machali dla rozgrzewki rękami. Brygady rezerwowe.
Zgiełk wzmagał się. Tłum posuwał się między płotkami z ostro zakończonych palików. Niémans uśmiechnął się mimo woli. Tego właśnie było mu potrzeba. Tłum zakołysał się. Ponad ogólny harmider przebiły się dźwięki trąbek. Pomruk wprawiał w drżenie wszystkie fragmenty żelbetowej konstrukcji. „Ga-na-mos! Ga-na-mos!”. Niémans nacisnął klawisz nadajnika i powiedział do Joachima, dowódcy kompanii: „Tu Niémans. Wychodzą. Skierujcie ich ku samochodom, na bulwar Murata, w stronę parkingów, do wyjść z metra”.
Ze swojego wysokiego stanowiska ocenił sytuację: ryzyko z tej strony było minimalne. Tego wieczoru kibice hiszpańscy byli zwycięzcami i dlatego zachowywali się mniej agresywnie. Anglicy opuszczali stadion z przeciwnej strony, wyjściami A i K, przy trybunie Boulogne – trybunie dzikich zwierząt. Niémans zamierzał rzucić tam okiem, czy operacja przebiega bez zakłóceń.
Nagle, w świetle latarni, ponad tłumem przeleciała butelka.
Komisarz ujrzał wznoszącą się pałkę, cofające się ściśnięte szeregi, upadających na ziemię ludzi. Wrzasnął przez nadajnik: „Joachim, skurwysynu! Powstrzymaj swoich ludzi!”. Rzucił się do schodów służbowych i zbiegł w pośpiechu osiem pięter w dół. Gdy wypadł na ulicę, nadbiegli już w dwu szeregach policjanci z CRS, gotowi siłą powstrzymać chuliganów. Niémans zagrodził drogę policjantom, zaczął machać rękoma. Wzniesione do góry pałki były zaledwie kilka metrów od jego twarzy, gdy z prawej strony wyskoczył Joachim, w kasku na głowie. Podniósł przyłbicę i rzucił mu wściekłe spojrzenie:
– Mój Boże, Niémans, czy pan oszalał? Po cywilnemu, naraża się pan na…
Komisarz zignorował jego uwagę.
– Co ma znaczyć ten bajzel? Niech pan powstrzyma ludzi, Joachim! Bo inaczej za trzy minuty będziemy tu mieli rozruchy.
Korpulentny, czerwony na twarzy kapitan ciężko dyszał. Jego maleńki wąsik, według mody z ubiegłego wieku, podrygiwał za każdym urywanym oddechem. W nadajniku VHF rozległ się głos: „Wezwanie do wszystkich jednostek… Wezwanie do wszystkich jednostek… Skrzyżowanie na Boulogne… Ulica Commandant-Guilbaud… Ja… Mamy problem!”. Niémans spojrzał na Joachima tak, jakby to on był odpowiedzialny za cały ten chaos. Nacisnął guzik nadajnika: „Tu Niémans. Idziemy do was”. Potem tonem rozkazującym polecił kapitanowi:
– Biegnę tam. Przyślijcie jak najwięcej ludzi. I opanujcie sytuację tutaj.
Nie czekając na odpowiedź, komisarz pobiegł odszukać stażystę, który był jego kierowcą. Przemierzył plac długimi krokami, widząc, jak kelnerzy z piwiarni des Princes w popłochu opuszczają żaluzje. W powietrzu panowała atmosfera strachu.
Odnalazł w końcu ciemnowłosego chłopaka w skórzanej kurtce, przytupującego dla rozgrzewki obok czarnego samochodu. Uderzając w maskę wozu, krzyknął:
– Szybko! Skręt na Boulogne!
Wskoczyli do samochodu jednocześnie. Opony zadymiły, gdy gwałtownie ruszyli. Stażysta chciał skręcić w lewo od stadionu, żeby jak najszybciej dojechać do wejścia K ulicą obstawioną przez policję, ale Niémans, w przebłysku intuicji, wysapał:
– Nie, objedź dokoła. Rozjuszony tłum zagrodzi nam tu przejazd.
Samochód zawrócił gwałtownie, rozpryskując kałuże wokół armatek wodnych, gotujących się już do akcji. Przejechał pędem aleję Parc des Princes, między szarymi wozami służb porządkowych. Ludzie w kaskach, biegnący w tym samym kierunku, uskakiwali na bok, nie patrząc na nich. Niémans wystawił na dach koguta. Stażysta skręcił w lewo przy liceum Claude’a Bernarda i objechawszy rondo, pojechał wzdłuż muru stadionu. Za chwilę mieli minąć trybunę Auteuil.
Kiedy Niémans zobaczył pierwsze kłęby dymu unoszące się w powietrzu, wiedział, że miał rację: zamieszanie objęło już plac de l’Europe.
Samochód przeciął białawą mgłę, roztrącając przy tym pierwsze ofiary, które uciekały co sił w nogach. Bitwa rozgorzała tuż przed trybuną prezydencką. Mężczyźni w krawatach, kobiety w odświętnych strojach biegli, potykając się, z twarzami zalanymi łzami. Część usiłowała przedostać się do bocznych ulic, inni, przeciwnie, wbiegali na powrót po schodach, do wejść na stadion.
Niémans wyskoczył z wozu. Na placu wrzała bezładna bójka. W tłumie kibiców z trudem można było rozróżnić jaskrawe stroje zwolenników drużyny angielskiej i ciemne sylwetki policjantów CRS. Niektórzy z tych ostatnich czołgali się po ziemi – niczym broczące krwią ślimaki – podczas gdy inni, stojący dalej, obawiali się użyć karabinów z gumowymi pociskami, żeby nie postrzelić rannych kolegów.
Komisarz zdjął okulary i osłonił twarz szalem. Podszedł do najbliższego policjanta i wyrwał mu pałkę, wymachując jednocześnie swą trójkolorową legitymacją. Para osiadająca na wizjerze kasku przesłoniła osłupiałą minę chłopaka.
Pierre Niémans pobiegł w kierunku bijących się. Kibice Arsenalu walili pięściami, drągami, podkutymi obcasami, a policjanci z CRS cofali się, osłaniając leżących już na ziemi kolegów. Kłębiące się ciała, zmiażdżone twarze, rozbite o asfalt szczęki. Trzask pałek, wyginających się od silnych uderzeń.
Komisarz zanurzył się w ciżbę.
Grzmocił pięścią, walił pałką. Dorwawszy jakiegoś potężnego typa, zaczął go okładać bez opamiętania. Po żebrach, w podbrzusze, po twarzy. Niespodziewanie typ zerwał się z rykiem na nogi, unikając kolejnego kopnięcia. Dźgnął swoim drągiem w gardło napastnika. Wtedy krew uderzyła Niémansowi do głowy, w ustach poczuł metaliczny smak. Przestał myśleć logicznie, stracił panowanie nad sobą. Dla niego była to prawdziwa wojna.
Nagle ujrzał dziwną scenę. Sto metrów od niego jakiś mężczyzna, ubrany po cywilnemu, już dość poturbowany, szarpał się z dwoma przytrzymującymi go chuliganami. Niémans dojrzał smugi krwi na jego twarzy i to, z jaką nienawiścią okładali go tamci dwaj. Sekundę potem zrozumiał wszystko: ranny i ci, którzy go zaatakowali, mieli na bluzach symbole rywalizujących ze sobą klubów.
Dla nich to zwykłe porachunki.
Tymczasem ofiara zdołała wymknąć się swoim napastnikom i pobiegła w boczną ulicę Nungesser et Coli. Napastnicy rzucili się w pogoń za uciekającym. Niémans odrzucił pałkę i ruszył w ślad za nimi.
Zaczął się pościg.
Niémans, oddychając miarowo, biegł cichą uliczką, zmniejszając dystans do prześladowców, którzy byli już blisko swojej ofiary.
Skręcili na prawo i wkrótce dotarli do pływalni Molitor, otoczonej dokoła murem. Tutaj bandziory dopadły swoją ofiarę. Kiedy Niémans dobiegł do placu Porte Molitor, na końcu peryferyjnego bulwaru, nie mógł uwierzyć własnym oczom: jeden z napastników wyciągnął maczetę.
W niebieskawym świetle ulicy komisarz dostrzegł, jak ostrze maczety tnie człowieka, który upadł na kolana, podrygując przy każdym ciosie. Napastnicy podnieśli ciało i przerzucili je ponad balustradą.
– Stać! – krzyknął komisarz, wyciągając jednocześnie rewolwer. Oparł się o jakiś samochód i trzymając oburącz kolbę, wycelował na wstrzymanym oddechu. Pierwszy strzał. Pudło. Bandzior z maczetą odwrócił się zaskoczony. Drugi strzał. Znowu pudło.
Niémans pobiegł, z bronią w dłoni przy udzie, gotów do walki. Był wściekły: bez okularów dwa razy nie trafił do celu. Wbiegł na most. Bandzior z maczetą schował się w krzaki rosnące wzdłuż bulwaru. Jego kumpel stał nieruchomo, oszołomiony. Komisarz przyłożył mu lufę do gardła, a potem pociągnął za włosy aż do słupa ze znakiem drogowym. Przykuł go jedną ręką. Dopiero wtedy spojrzał na jezdnię.
Ciało ofiary spadło na asfalt, gdzie kilka samochodów przejechało po nim, a potem zderzając się, spowodowały ogromny korek. Stłoczone rozbite auta, pogięte blachy… ponad tym wszystkim unosił się przeraźliwy dźwięk klaksonów. W świetle reflektorów Niémans zauważył, że jeden z kierowców zatoczył się przy swym wozie, zasłaniając rękami twarz.
Komisarz zwrócił wzrok w głąb bulwaru. Dostrzegł zabójcę, z kolorową opaską na ramieniu, który znikał w krzakach. Niémans ruszył jego śladem, chowając do kabury broń.
Bandzior, uciekając między drzewami, co pewien czas spoglądał w jego kierunku. Pierre Niémans nie chował się: ten człowiek powinien wiedzieć, że główny komisarz policji zamierza dobrać mu się do skóry. Niespodzianie morderca przeskoczył skarpę i zniknął. Odgłos kroków na żwirowanej alejce pozwolił Niémansowi ustalić kierunek jego ucieczki: park Auteuil.
Pobiegł za nim. Nocne światło odbijało się w szarych kamykach żwirowej alejki parkowej. Okrążając szklarnie, ujrzał sylwetkę wdrapującą się po murze. Rzucił się za nim i stwierdził, że znajdują się na terenie kortów Rolanda Garrosa.
Furtki pomiędzy nimi nie były zamknięte i zabójca bez trudu przebiegał z jednego kortu na drugi. Niémans otworzył furtkę i znalazł się na korcie. Przeskoczył przez siatkę. Pięćdziesiąt metrów dalej uciekinier zwolnił, najwyraźniej tracił siły. Pokonał jeszcze jedną siatkę i wbiegł na schody między ławkami. Niémans zaczął się wspinać w ślad za nim, lekko, zwinnie, był tylko trochę zadyszany. Będąc zaledwie kilka metrów od uciekającego, zobaczył cień skaczący w próżnię ze szczytu trybun.
Uciekinier właśnie przedostał się na dach jakiegoś domu i natychmiast zniknął po drugiej stronie. Komisarz cofnął się dla nabrania rozpędu i skoczył za nim. Wylądował na tarasie wysypanym żwirem. Pod nim były trawniki, drzewa. Wokół cisza i spokój.
Ani śladu mordercy.
Stoczył się na wilgotną trawę. Istniały tylko dwie możliwości: budynek główny, z którego dachu właśnie zeskoczył, lub spora drewniana budowla w głębi ogrodu. Wyciągnął swój MR 73 i oparł się o drzwi, które otworzyły się pod jego ciężarem.
Komisarz zrobił kilka kroków i zatrzymał się zaskoczony. Znalazł się w holu wyłożonym marmurem, z kamienną półokrągłą płytą, na której wyryte były słowa w nieznanym mu alfabecie. W ciemności widniała pozłacana balustrada schodów prowadzących na wyższe piętra. Z cienia wyłaniały się welurowe obicia, cesarska czerwień, połyskujące wazy… Niémans domyślił się, że wtargnął do ambasady któregoś z krajów azjatyckich.
Nagle rozległ się jakiś hałas na zewnątrz. Morderca był w innym budynku. Komisarz przeciął park, depcząc trawniki, i dotarł do budynku z drewnianym dachem. I tym razem drzwi otworzyły się bez trudu. Niczym cień wśliznął się do mrocznego wnętrza. Była to stajnia, podzielona na boksy z ażurowymi ściankami, gdzie stały małe koniki z krótko przystrzyżonymi grzywami.
Koniki drżały. Migotała słoma. Pierre Niémans ruszył do przodu z bronią w ręku. Minął jeden boks, drugi, trzeci… Jakiś głuchy dźwięk z prawej strony. Odwrócił się. To tylko stuk kopyta. Krzyk. Znowu obrót. Za późno. Błysk ostrza. Niémans uskoczył w ostatnim momencie. Maczeta musnęła go po ramieniu i wbiła się w zad konia. Koń gwałtownie wierzgnął i żelazna podkowa rąbnęła bandytę w twarz. Komisarz wykorzystał tę chwilę, rzucił się na mordercę i zaczął okładać go kolbą rewolweru.
Bił go i bił… gdy wreszcie przerwał, spojrzał na krwawiącą twarz swojej ofiary. Z poranionych policzków sterczały kości. Gałka oczna zwisała na kilku włóknach. Morderca nie ruszał się, na głowie wciąż miał kapelusz w barwach Arsenalu. Niémans ponownie chwycił rewolwer i trzymając oburącz zakrwawioną kolbę, włożył mu lufę do ust. Odciągnął kurek i zamknął oczy. Już miał strzelić, gdy rozległ się przenikliwy dzwonek.
To odezwał się w jego kieszeni telefon komórkowy.

2

Trzy godziny później, w nowej dzielnicy Nanterre-Préfecture, w budynku Komendy Głównej Policji ostre światło padało na biurko Antoine’a Rheimsa siedzącego w cieniu. Naprzeciw niego, również poza kręgiem światła, widoczna była wysoka sylwetka Pierre’a Niémansa, który właśnie przedstawił zwięzły raport na temat pościgu w Boulogne.
– Co z tym człowiekiem? – zapytał sceptycznym tonem Rheims.
– Z Anglikiem? Jest w stanie śpiączki. Ma liczne złamania na twarzy. Zadzwoniłem do szpitala Hôtel-Dieu: zamierzają zrobić mu przeszczep skóry.
– A ofiara?
– Rozjechany przez samochody na przedmieściu Porte Molitor.
– Mój Boże! Co się tam właściwie stało?
– Porachunki między angielskimi chuliganami. Wśród kibiców Arsenalu byli kibice Chelsea. Korzystając z zamętu, pobili się między sobą. Jeden z nich użył maczety.
Rheims pokiwał głową z niedowierzaniem. Po chwili ciszy zapytał ponownie:
– A ten twój? Jesteś pewien, że to uderzenie kopytem doprowadziło go do tego stanu?
Niémans nie odpowiedział i odwrócił się do okna. W białym blasku księżyca po fasadach sąsiednich budynków przesuwały się fantazyjne cienie, ponad ciemnozielonymi wzgórzami parku Nanterre przepływały obłoki.
– Nie rozumiem cię, Pierre – odezwał się znowu Rheims. – Po co wdajesz się w takie historie? Pilnowanie stadionu!
Niémans nadal milczał.
– To nie na twoje lata – podjął Rheims. – Ani nie wchodzi w zakres twoich obowiązków. Nasza umowa była jasna: żadnej pracy w terenie, żadnej więcej przemocy…
Niémans odwrócił się do swego przełożonego.
– Przejdźmy do rzeczy, Antoine – rzekł. – Dlaczego wezwałeś mnie tutaj w środku nocy? Kiedy do mnie dzwoniłeś, nie mogłeś wiedzieć, co się dzieje w parku. A więc, o co chodzi?
Pozostający w cieniu Rheims ani drgnął. Szerokie ramiona, siwe kręcone włosy, twarz jak z kamienia. Komisarz wydziału kierował od kilku lat Centralnym Biurem do spraw Zwalczania Handlu Ludźmi – OCRTEH – skomplikowana nazwa na określenie po prostu brygady obyczajowej. Niémans poznał Rheimsa znacznie wcześniej, zanim osiadł on na tym spokojnym stanowisku rządowym, spotkali się, kiedy obaj jako zwykłe gliny patrolowali ulice w słońcu i w deszczu, szybcy i skuteczni. Niémans pochylił krótko ostrzyżoną głowę i powtórzył:
– O co chodzi?
Rheims westchnął.
– Chodzi o morderstwo.
– W Paryżu?
– Nie, w Guernon. W departamencie Isère, niedaleko Grenoble. Miasteczko uniwersyteckie.
Niémans przysunął krzesło i usiadł, zwrócony twarzą do przełożonego.
– Zamieniam się w słuch.
– Ciało znaleziono wczoraj po południu. Zawieszone między skałami, nad rzeką, która płynie obok kampusu. Wszystko wskazuje na to, że zbrodnię popełnił psychopata.
– Co wiesz o ciele? Czy to kobieta?
– Nie. Mężczyzna. Młody. Chyba bibliotekarz. Ciało było nagie. Nosiło ślady tortur: rany cięte, szarpane, oparzenia… wspominano też o uduszeniu.
Niémans oparł łokcie o biurko. Obracał w rękach popielniczkę.
– Dlaczego mi to wszystko mówisz?
– Bo mam zamiar cię tam wysłać.
– Co takiego? Przecież policja z Grenoble zatrzyma zbrodniarza w ciągu tygodnia i…
– Pierre, nie udawaj idioty. Dobrze wiesz, że to nie takie proste. Takie sprawy nigdy nie są proste. Rozmawiałem z sędzią. Chce specjalisty.
– Specjalisty od czego?
– Od zabójstw. I obyczajówki. Podejrzewa motyw seksualny. W każdym razie coś w tym rodzaju.
Niémans wychylił się do światła i poczuł ciepło lampy halogenowej.