“1989. Barwy zamienne” to błyskotliwa refleksja dotycząca przeszłości i wstrząsająca wizja przyszłości, która może przynieść kres światu. Marek Migalski w niezwykły sposób łączy wątki filozoficzne i polityczne, tworząc powieść przerażającą swoją wiarygodnością i imponującą rozmachem.


1989. Barwy zamienneW wypełnionym robotami i inteligentnymi maszynami świecie przyszłości ludzie mogą spędzić ostatni rok swojego życia w dowolnej rzeczywistości. Możliwości hiperrealistycznej symulacji komputerowej są nieograniczone.

Największą popularnością cieszą się rajskie scenerie, gwarantujące rok pełen doznań i cielesnych uciech. Mitch-27X71, który przed Wielką Wojną był znany jako Michał, decyduje się jednak na przeniesienie do swojej młodości – Polski w 1989 roku.

Świat ultranowoczesnych technologii zamienia szarzyzna bloków z wielkiej płyty i niepewność towarzysząca zbliżającej się przemianie systemowej.

Michał przygląda się z boku sobie, swoim moralnym wyborom i wydarzeniom, które zmienią nieodwracalnie losy ludzkości.

Marek Migalski
1989. Barwy zamienne
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 29 maja 2019
 
 

1989. Barwy zamienne

Prolog

Dwa robotele uwijały się wokół Mitcha-18III71. Jeden z nich odpowiedzialny był za utrzymanie funkcji jego ciała w należytym porządku. Nie było to łatwe – wiotkie i pergaminowobiałe, ważące obecnie nie więcej niż 40 kilogramów, wydawało się łatwe do uszkodzenia. Zanurzone było w roztworze o temperaturze 37 stopni, tylko głowa wystawała ponad powierzchnię i oparta była na specjalnej półeczce. Nogi, ręce i korpus Mitcha-18III71 lekko unosiły się na powierzchni roztworu, jakby już były martwe. Jedynie szeroko otwarte oczy świadczyły o tym, że Mitch-18III71 jeszcze żyje i utrzymuje pełny kontakt ze światem.
Drugi robotel przygotowywał się do wgrania w jego mózg programu odejścia. Podłączył już wszystkie potrzebne elektrolinki, wszedł do ciała migdałowatego i czekał na ostateczną decyzję Mitcha-18III71. Gdyby był człowiekiem, można by nawet powiedzieć, że się nudzi. On swoją robotę wykonał już dawno i teraz oczekiwał na wyraźną komendę do dalszych działań. Ta jednak nie nadchodziła. Włączył więc opcję „w gotowości” i przeszedł w stan oczekiwania. Zasygnalizowała to pulsująca na jego panelu głównym zielona dioda.
Pierwszy robotel, po dokonaniu wszystkich koniecznych zabiegów, poszedł jego śladem. Wcześniej wstrzyknął do ciała Mitcha-18III71 środki znieczulające, a także leki konieczne do wprowadzenia go w stan przygotowania do odejścia. Następnie szybko sprawdził podstawowe funkcje życiowe powierzonego jego pieczy ciała – jak na organizm liczący sobie 126 lat nie było ono w złym stanie. Oczywiście, mięśnie znajdowały się już prawie w całkowitym zaniku, większość organów wewnętrznych dawno albo wymieniono, albo zrekonstruowano, ale mózg był w niezłej formie. Ogólna ocena: 7,8 w dziesięciostopniowej skali Cartosjana. Nie było zatem zagrożenia, że zabieg uśmiercenia, poprzedzony ostatnią podróżą, mógłby się nie udać. Wszystko było przygotowane i pierwszy robotel także przeszedł w stan gotowości.
W sali zapanowała cisza. Mitch-18III71 popatrzył w górę: na suficie wyświetlał się obraz oceanu. Niebieski, zimny, falujący. Po prawej stronie widział zegar. Wskazywał godzinę 9.56 czasu światowego. 2097 roku. Żadnej symboliki, żadnych wskazań czy magicznych związków, nic z kabały. Po prostu: 9.56 rano w 2097 roku. Początek końca.
Wiedział, że robotele czekają na jego sygnał. I czekać tak będą do końca dnia. Jeśli nie otrzymają komendy, same zaczną realizować wybrany wcześniej przez niego program dokładnie o północy. Mógł zatem trwać tak jeszcze ponad czternaście godzin. Tylko po co? Jeśli nie chciał już żyć, to czy tych kilkanaście godzin wartych było jego uwagi? Wiedział, że odpowiedź jest negatywna. Chciał jak najszybciej zacząć swoje odejście. Ale nie o jakiejś 9.56. O, teraz nawet 9.57. To byłoby jakieś kalekie, niepełne, zupełnie pozbawione sensu. Gorzej – klasy. Postanowił więc, bawiąc się tą myślą, że rozpocznie kończenie swojego życia o pełnej godzinie. O dziesiątej.
„Tak, równo o dziesiątej…” – pomyślał i uśmiechnął się swoimi fioletowymi ustami.
Czekał więc spokojnie, patrząc na zegar. Widział, jak ukazały się najpierw 9.58, a potem 9.59. O niczym nie myślał, niczego nie żałował, nie rozpamiętywał. Cieszył się na myśl o nadchodzącym ostatnim roku swego życia. Życia, które wybrał. Nie martwił się tym, że to koniec. Przeciwnie – świadomość tego faktu sprawiała mu wyraźną radość. Przecież to była jego decyzja. Mógł wszak żyć jeszcze kilkadziesiąt lat, może jeszcze trochę dłużej. Ale jakiś czas temu zdecydował, że to koniec. Pozamykał swoje sprawy i od kilkunastu tygodni czekał na umówiony wcześniej termin skorzystania z Terminala Odejścia. Wreszcie nadszedł ów dzień i z radością poddał się koniecznym przygotowaniom. Teraz oczekiwał już tylko, by zegar wybił dziesiątą.
„Wybił – pomyślał. – Piękny anachronizm, który przetrwał w języku”. Wszak wybijających godziny zegarów nie było w jego świecie od dziesięcioleci.
„Ale ukryły się w słowach”. Uśmiechnął się do siebie.
Popatrzył na zegar. Była 10.00.
– Odjeżdżamy – wypowiedział na głos umówiony sygnał.
Oba robotele natychmiast się uruchomiły. Zaszumiały delikatnie i zabrały się do pracy. Poczuł uderzenie lekkiego narkotyku i od razu zrobiło mu się błogo. Prawie natychmiast stracił przytomność. Wszystko działo się zgodnie z planem i procedurami. Robotel odpowiedzialny za program odejścia wprowadził do jego przysadki mózgowej właściwy i wybrany przez Mitcha-18III71 program. Jego ciało zareagowało na to delikatnym wstrząsem, po którym nastąpiło całkowite rozluźnienie. Program zaczął działać. Mitcha-18III71 czekał rok życia. Wybrany przez niego. Rok, w którym chciał się dowiedzieć, kim był. I dlaczego tak rzadko bywał szczęśliwy.

Styczeń

– Szczęśliwego nowego 1989 roku! – krzyknęła Ewa.
– Szczęśliwego! – wyryczeli wszyscy pozostali.
Cała gromadka na raz wychyliła do dna swoje kieliszki z szampanem. Lub raczej tym, co określało się tym mianem. Rosyjskie wino musujące miało bowiem z prawdziwym szampanem, które jako Mitch-18III71 piłem w swoim życiu po wielekroć, niewiele wspólnego. Może jedynie temperaturę. Choć i to nie za bardzo, bo przez cały wieczór stało na balkonie w kilkunastostopniowym mrozie i było zbyt zimne. Ale nikt się tym nie przejmował. Zabawa sylwestrowa trwała w najlepsze i ostatnim, czym balowicze by się przejmowali, była temperatura ruskiego wina musującego.
– Na zdrowie! – wyrzucił z siebie jeden z imprezowiczów.
– Na zdrowie! – odkrzyknęli wszyscy gromko.
Stałem oszołomiony. Nie mogłem dojść do siebie. Patrzyłem wokół zupełnie zdumiony.
„A więc się udało – pomyślałem. – To naprawdę działa”. Program jest tak realistyczny, tak doskonały, aż trudno uwierzyć, że jest tylko grą wyobraźni, procesami uśpionego już prawie mózgu, jego wyładowaniami elektrycznymi pobudzanymi przez jednego z roboteli. Miałem wrażenie, że naprawdę przeniosłem się do 1989 roku, ponad sto lat w przeszłość, do swojej młodości. Wrażenie realności było tak dojmujące, że zrobiłem najbardziej banalną rzecz, jakiej mogłem się po sobie spodziewać. Uszczypnąłem się w przedramię. Zabolało.
Wszyscy goście zaczęli sobie składać życzenia. Podchodzono także do mnie. Słyszałem jakby z oddali to, co mówiłem, jak odpowiadałem na życzenia, jak odwzajemniałem uściski. W pewnym momencie stanąłem naprzeciwko swojego ojca. Wyglądał na czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Szybko obliczyłem w myślach: jeśli był 1989 rok, to musiał mieć czterdzieści siedem lat.
– No, szwagier, wszystkiego najlepszego – usłyszałem i poczułem jego pocałunek na policzku.
Jego ciepło i wilgoć wstrząsnęły mną. Były absolutnie realne! Nie doznałem bliskości innego ciała już od wielu lat. A teraz to, co poczułem, było całkowicie rzeczywiste. Także odór alkoholu wydobywający się z ust ojca, którego teraz nazywałem „Jankiem”, szwagrem.
Byłem oszołomiony. Na szczęście Janek szybko skierował się do innych gości. W tym momencie podeszła do mnie moja matka, Ewa. Po prostu stanęła przede mną z kieliszkiem szampana w ręku, uśmiechnęła się, objęła mnie i pocałowała prosto w nos.
– Szczęśliwego nowego roku, braciszku.
Stałem jak zamurowany. Ewa pachniała tak, jak pachniało moje dzieciństwo i moja wczesna młodość. Była taka, jak ją zapamiętałem z tamtych czasów. Miała wówczas czterdzieści jeden lat. I choć moje wspomnienia utrwaliły ją przede wszystkim w okresie, gdy była już staruszką, to przecież pamiętałem ją także z tamtego okresu. Jako dorosłą, ale jeszcze nie starą kobietę. Wciąż jeszcze atrakcyjną, choć nigdy nie piękną.
– Szczęśliwego nowego roku – usłyszałem swój głos.
Ewa uśmiechnęła się i jeszcze raz mnie pocałowała. Pogładziła mnie po policzku i już chciała odejść, gdy złapałem ją w ramiona i mocno uścisnąłem.
– Co się z tobą dzieje? – zapytała zaniepokojona. – Wszystko w porządeczku?
Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Jeszcze mocniej ją objąłem i pocałowałem w policzek. Czułem, jak z oczu wypływają mi łzy. Nie mogłem, nie chciałem tego powstrzymywać. Wdychałem jej zapach i czułem jej ciepło. Tyle lat jej nie widziałem. Tyle lat miałem ją tylko we wspomnieniach. A teraz trzymałem ją w swoich ramionach i całowałem.
– Ho, ho, ho – zaśmiała się – ktoś tu przeholował z alkoholem i czułościami.
Nie potrafiłem przestać płakać i jej całować. Cały drżałem. Spokojnie objęła mnie i powiedziała:
– Już wszystko dobrze. Już jest dobrze.
W tym momencie zza jej ramion zobaczyłem siebie. Michała. Osiemnastoletniego Michała. Stał w kącie pokoju i patrzył na mnie. Osunąłem się na podłogę i zacząłem tracić świadomość. Kątem oka zobaczyłem, że Michał ruszył w moim kierunku, chcąc widocznie podtrzymać mnie i nie pozwolić zwalić się na ziemię. Ostatnim, co zarejestrowałem, był jego cichy okrzyk:
– Wujku!
Obudziłem się koło południa. W swoim mieszkaniu. Było oddalone o niecały kilometr od domu Ewy, Janka i Michała. Od mojego domu.
„A więc tak to działa – pomyślałem. – Bardzo realistyczne. Hiper”.
Czułem kaca. Czułem ból głowy. Czułem swoje ciało. Najbardziej, jak to było możliwe. Wiedziałem, że to tylko praca mojego mózgu i że moje prawdziwe ciało leży tam, trzy kilometry pod ziemią, w zacisznym laboratorium Terminala Odejścia, w roztworze o nieznanym mi składzie. Że czuwają tam nade mną dwa anioły. Dwa sprawne i świetnie działające robotele. I że moje ciało nie jest tym, co teraz widzę i czuję, ale tamtym słabym i wiotkim kawałkiem materii o wadze nieprzekraczającej pięćdziesięciu kilogramów. I wieku stu dwudziestu sześciu lat.
Ale moje zmysły mówiły mi coś innego: że jestem czterdziestolatkiem, że mam ciało sprawne i sprężyste, że jest 1989 rok i że leżę w swoim mieszkaniu w R. Że wczoraj była zabawa sylwestrowa u moich rodziców, na której wystąpiłem jako brat mojej matki, szwagier mojego ojca, wujek samego siebie. Wiedziałem także, że mam przed sobą rok życia. Że zakończę je dokładnie 31 grudnia 1989 roku. Bo w tym właśnie momencie, gdy moje dwanaście miesięcy tutaj dobiegnie końca, dwa robotele tam, w realnym świecie, zaprzestaną swojej pracy i zakończą moją ludzką egzystencję.
Wszystko było jasne: program, który sam wybrałem, da mi poczucie rzeczywistego życia w wybranym przez siebie miejscu i czasie. Ja wybrałem właśnie tak: swoje życie i swoje dawne miejsce urodzenia. Resztę zrobiły algorytmy Terminala Odejścia. Ściągnęły wszystkie wspomnienia z mojego mózgu i uzupełniły danymi ze wszystkich dostępnych portali mających dostęp do wiedzy o Polsce w 1989 roku. W ten sposób skonfigurowały produkt tylko dla mnie. Ja musiałem jedynie wybrać rolę, w jakiej się pojawię w tej prerzeczywistości. Zdecydowałem się na rolę wuja, co bardzo mnie rozśmieszyło.
„Mów mi wuju” – tak właśnie chciałem się zwrócić do siebie po rozpoczęciu programu.
Najwyraźniej mi się nie udało. W chwili gdy się zobaczyłem, po prostu zemdlałem. Nie wytrzymałem emocjonalnie. To nie było jednak tak łatwe, jak sądziłem. No i to spotkanie rodziców. Nie wszystko przewidziałem, a już najmniej swoją słabość. Ale nie martwiłem się tym w tej chwili. Miałem rok, dokładnie rok na to, by przeżyć raz jeszcze swoje życie. Z pozycji obserwatora, ale jednak blisko.
Gdy konfigurowałem swój program, z centrum Terminala Odejścia dwukrotnie skierowano do mnie pytanie, czy aby na pewno chcę spędzić przynależny mi rok akurat w swoim życiu. Wyraźnie nie rozumiano moich intencji. I nie chodziło o złożoność tego życzenia – nie z takimi zapewne problemami przychodziło im sobie radzić. Ich zdziwienie wynikało raczej z tego, że zamiast zafundować sobie rok na jakiejś słonecznej wyspie, w towarzystwie powolnego mi haremu, wśród palm, kokosów i sług wszelakich, ja chcę cofnąć się o ponad wiek, i to do własnego życia. Że gdy mam okazję, to nie chcę pożyć życiem króla, miliardera, playboya, czempiona sportowego, religijnego guru czy wybitnego pisarza lub gwiazdy pop, lecz upieram się przy kognitywistycznym wysłaniu mnie do swojej przeszłości. I to w czasy nie najmilsze przecież.
A ja właśnie tego chciałem. Pragnąłem zobaczyć siebie. Młodego. Osiemnastoletniego. W przeddzień matury. Z czasów, gdy kochałem Olę. I o coś mi w życiu chodziło. Chciałem przypomnieć sobie siebie z okresu, gdy świat miał sens i moje życie miało sens. Taki kaprys.
Podniosłem się z łóżka. Kac był dojmujący. Wspaniały, bolesny, realny. A więc naprawdę czuję! Naprawdę żyję! To jest fantastycznie realne. Jakże zaskakujące to odczucie, jak wspaniałe. Chciało mi się krzyczeć, chciało mi się skakać z radości. Zatem pragnąłem czegoś, czego nie doświadczyłem przez ostatnie kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt lat. Niewiarygodne doznania! Sztuczna inteligencja programująca dla Terminala Odejścia wykonała porządnie swoją robotę. Byłem dumny, że akurat jego usługi wybrałem.
Poszedłem do łazienki: bojler, lekko odrapana wanna, suszące się na sznurze – rozciągniętym między wystającymi ze ścian rurami – skarpetki i majtki. I lustro. A w nim ja: czterdziestoletni, lekko szpakowaty, niebrzydki facet. Zbliżyłem twarz do swojego odbicia – prawie bez zmarszczek, z niewielką liczbą kurzych łapek, z nieprzerzedzoną czupryną i dwudniowym na oko zarostem. Ja.
Dłuższą chwilę przypatrywałem się sobie w lustrze – by przyzwyczaić się do swojego wyglądu, ale także by podziwiać pracę fachowców z przyszłości. Świetna robota. Zachowałem swoje rysy z młodości, byłem trochę podobny do Ewy, trochę podobny do Michała. Czyli do swojej matki i do siebie. A obecnie do swojej siostry i siostrzeńca. Dotykałem własnego ciała – było w pełni sił, naprężone, lekko umięśnione, niezwiotczałe. Ciało czterdziestolatka. Moje nowe ciało. Studwudziestosześciolatek w ciele czterdziestolatka szpiegujący osiemnastolatka – oto kim miałem być przez najbliższe dwanaście miesięcy. Faustowsko-freudowski był to zaiste plan. Mój ostatni głupi żart.
Odkręciłem kran – poleciała rdzawa woda. Gazowy piecyk zaczął miarowo szumieć.
„Gaz w mieszkaniu – pomyślałem. – Szaleństwo. Proszenie się o nieszczęście”.
Ale nie było innej możliwości wzięcia ciepłego prysznica. Wykąpałem się więc, wytarłem szorstkim ręcznikiem (kolejne dziwne, od dawna nieznane doświadczenie) i skierowałem się do szafy, by coś na siebie włożyć.
– Ja pierdolę! – Wybuchnąłem głośnym śmiechem.
W szafie były ubrania z epoki. W nocy, zapewne pod wpływem silnych emocji, nie zwróciłem uwagi na stroje uczestników zabawy, ale teraz moim oczom ukazał się cały zestaw ciuchów z tamtego czasu. Czego tu nie było – dwurzędowe marynarki (jedna zielona, druga w kolorze łososiowym), dekatyzowane dżinsy, dwa tureckie sweterki, kilka flanelowych koszul, dwie wyglądające na bardziej eleganckie, pięć krawatów – jeden brzydszy i szerszy od drugiego.
– Ja pierdolę – powtórzyłem i zacząłem się przebierać w kolejne cuda.
Wciąż się śmiejąc, wkładałem na siebie nowe „kreacje”. Najbardziej spodobałem się sobie w seledynowej koszuli i łososiowej marynarce.
– Apollo – oceniłem swoje odbicie w lustrze łazienkowym, jedynym w całym mieszkaniu. Mieszkaniu, które składało się właśnie z łazienki, małej kuchni bez okna (ślepej – tak się kiedyś mówiło), przedpokoju jeden metr na jeden i pokoju, który miał nie więcej niż piętnaście metrów kwadratowych. Wszystko zajmowało taką powierzchnię jak pomieszczenie z kolekcją reprodukcji Botera w moim ostatnim domu.
W jednej szafie mieściła się cała garderoba. Wszystkie ubrania na cztery pory roku (wtedy jeszcze było coś takiego jak pora roku) skompresowane w szafie o wymiarach dwa metry na metr.
„Jak to w ogóle możliwe?” – zapytałem się w duchu. Czy naprawdę pięć par skarpet i kilka majtek może mi wystarczyć?
Odrębną sprawą była jakość materiałów. Były jakby… plastikowe. Trzy pary skarpet wisiały w łazience, jedna była w szufladzie, a ostatnia leżała przy łóżku. W dotyku wszystkie wydawały się zrobione z jakichś obrzydliwych tworzyw, zupełnie niewchłaniających potu.
Na półce w łazience znalazłem „kosmetyki”: pastę do zębów Pollena, szczoteczkę do zębów z końskiego włosia oraz perfumy Old Spice.
„Na bogato” – uśmiechnąłem się w myślach.
Nie zauważyłem antyperspirantu, żadnego sztyftu pod pachy.
„Czyżby naprawdę wtedy nie było czegoś takiego w Polsce?” – po raz pierwszy zastanowiłem się nad niedogodnościami najbliższego roku. Dobrze przynajmniej, że widziałem rolkę papieru obok muszli klozetowej.