Są sprawy pogrzebane dawno temu i świeże ślady świadczące o zbrodni.Tylko ciała brak…


WadaGroźne burze nad Chełmżą i nieznośne sierpniowe upały. Na leśnej polanie w pobliżu jeziora komisarz Bernard Gross trafia na pusty, zakrwawiony namiot. Stopniowo odkrywa wokół niego znacznie więcej śladów krwi. Wszystko wskazuje na brutalną zbrodnię, której ofiarą mogła paść młoda kobieta.

Kłopot w tym, że Gross nie ma żadnego punktu zaczepienia. Brak ciała ofiary, narzędzia zbrodni i sprawcy. Zbyt wiele niewiadomych i zbyt wiele mylnych tropów, którymi musi podążyć, by w gęstniejącym mroku odnaleźć przerażającą prawdę.

Prawdę, która odsłoni rodzinną tajemnicę sprzed wielu lat…

***

Małecki z każdą kolejną książką wyrasta na prawdziwego arcymistrza polskiego kryminału.
Piotr Bratkowski, „Newsweek”

Robert Małecki
Wada
Wydawnictwo Czwarta Strona
Premiera: 15 maja 2019
 
 

Wada


dzień pierwszy

Komisarz Bernard Gross kucnął, żeby zajrzeć do namiotu, z którego dochodziło donośne basowe bzyczenie.
Płachta, przez którą wchodziło się do środka, poddawała się lekkim podmuchom gorącego sierpniowego wiatru. W wieczornym półmroku przez wąskie szpary niewiele mógł zobaczyć. Właściwie zauważał jedynie głęboką czerń i słyszał wciąż ten sam dźwięk. Urywany odgłos co rusz podrywającej się do lotu, zapewne dużej, tłustej muchy.
Wszedłszy do lasu, podniósł i ułamał kawałek suchej świerkowej gałęzi, których pełno leżało na ściółce po niedawnej burzy. Teraz odsunął patykiem zwisający swobodnie materiał na bok.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez jakiś czas wstrzymywał oddech. Powietrze uszło z jego płuc z głośnym świstem.
Czy nie tego się właśnie spodziewał?
Uruchomił w komórce latarkę i spokojnie przesuwał owal światła po wnętrzu.
Na tę niewielką polanę, odciętą pasmem drzew od znajdującej się na cyplu chełmżyńskiej plaży i położoną nieco dalej od centrum, trafił kilka minut temu. Mężczyźnie, który poinformował policję o znalezisku, a następnie wskazał Grossowi drogę, kazał się trzymać z daleka. Zostawił go na leśnej ścieżce, w cieniu wysokich drzew i wśród niemal poziomo padających promieni zachodzącego słońca. Zieleń przybrała głęboki, ciemny odcień, a woda jeziora zdawała się czarna i gęsta jak smoła.
– I co pan tam znalazł, panie władzo? – odezwał się drżący męski głos. Dochodził z bliska.
Wyjrzawszy ponad dach namiotowego igloo, Gross dostrzegł Michała Bąka. Pojawił się na skraju polany.
– Niech się pan cofnie! – warknął policjant.
– No ale co tam jest? Znalazł pan coś?
– Do tyłu! – odparł ostro Gross.
Znęcona jasnością mucha ponownie poderwała się do lotu.
– Matko Boska! Trup? – jęknął Bąk, po czym złapał się za głowę. – Wiedziałem, cholera jasna, wiedziałem! – Cofnął się na zacienioną ścieżkę. Z grubej nerki wyjął komórkę i przyłożył ją do ucha.
Gross z powrotem przyjrzał się wnętrzu namiotu. Przez dłuższy czas obserwował ruch owada i jego włochaty, połyskujący zielenią odwłok. W końcu mucha na krótko znieruchomiała. Wyglądała na otumanioną. Nie miała siły ani iść, ani wznieść się na dłużej niż kilka chwil. Wiedział dlaczego.
Raz jeszcze skierował światło na ściany, a następnie przyjrzał się uważnie podłodze. Dostrzegł na niej ciemne plamy, nic więcej. Ale to wystarczyło.
Zostawił muchę i wyprostował się.
Spojrzał w kierunku Michała Bąka, na oko dwudziestokilkuletniego faceta w adidasach i sportowych spodenkach. Wcześniej, kiedy mężczyzna prowadził go na polanę, komisarz przyjrzał się tatuażom na jego łydkach i odsłoniętych ramionach. Czaszki, trumny, dziwne owady i elementy odrażającej biomechaniki. Bąk rozmawiał przez telefon, odwrócony tyłem do Grossa. Stał za daleko, by policjant mógł zrozumieć, co mówi.
Komisarz rozejrzał się dookoła. W leśnej ściółce na pierwszy rzut oka nie odnalazł żadnych śladów traseologicznych ani plam krwi. Na skraju polany walały się śmieci: kartoniki po papierosach, puste butelki, połyskujące torebki po chipsach i opakowania po prezerwatywach. Ale, co dziwne, wokół namiotu było czysto. Gross postanowił to zapamiętać. Potem, odwróciwszy się, spojrzał na drogę biegnącą w stronę lasu i znajdującej się tam drugiej przecinki między drzewami.
– Panie władzo, czy mogę już iść? Bo jestem umówiony, dziewczyna czeka. – Bąk ruszył w kierunku namiotu.
– Artykuł dwieście trzydziesty dziewiąty, paragraf pierwszy Kodeksu karnego!
– Słucham? – Mężczyzna szedł dalej.
– Jeśli jeszcze raz wejdzie pan na tę polanę, to oskarżę pana o utrudnianie działań policji! I zamknę na czterdzieści osiem. Czy to jasne?
– Ale…
– Czy wyraziłem się jasno? – spytał Gross. – Ma pan zaczekać na mnie na skraju lasu. I każdego, kto będzie chciał się tu dostać, proszę stanowczo zatrzymać. Czy się rozumiemy?
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.
Gross odprowadził go wzrokiem, a potem ruszył drogą, którą wyznaczała linia od wejścia do namiotu do drugiej ścieżki.
Dwa kroki dalej przystanął po raz pierwszy.
Zastanowił się, dlaczego nie zauważył tego wcześniej. Czy oślepiło go zachodzące słońce? A może miejsce było zasłonięte kępą trawy? Krążące wokół muchy sygnalizowały, że znajdzie tu coś zupełnie innego.
Kucnąwszy, pochylił się, żeby z bliska popatrzeć na sporą, nieregularną ciemnobrunatną plamę na wysuszonej słońcem trawie i spękanej, niemal spalonej ziemi. Owady z głośnym bzyczeniem zerwały się do lotu, ale prawie natychmiast wróciły w to samo miejsce. Plama mogła mieć około dwudziestu centymetrów średnicy. Dopiero z tej perspektywy Gross zauważył nieco dalej złamane źdźbła traw i jakby rozszarpany fragment mchu. Wstał i znowu się rozejrzał. Plama znajdowała się dokładnie na linii biegnącej od namiotu do schowanej między drzewami przecinki. Zarówno jedna, jak i druga dróżka, prowadząca przez las, stanowiły dla spacerowiczów dobry skrót. W ten sposób nie musieli obchodzić cypla na około i omijali głośną o tej porze roku plażę na jego wierzchołku. Polana była idealnym, zacisznym miejscem, nadającym się tak do wypicia w spokoju piwa, jak i uprawiania seksu przez spragnionych natury kochanków.
Policjant obszedł znalezisko, zachowując odpowiednią odległość i stale wpatrując się w ziemię. Nie spieszył się, szedł powoli, krok za krokiem, w stronę ściany lasu. Kiedy znalazł się już w półmroku, otoczony drzewami, oświetlił sobie drogę latarką. Zdecydował się obserwować najpierw prawą stronę ścieżki. Przyglądał się liściom niskich krzewów i korze drzew. Rozpraszały go rozrzucone tu śmieci, ale przy każdym zatrzymywał się na chwilę. Niczego jednak nie znalazł. Wtedy zdecydował się na inne rozwiązanie i przyspieszył. Postanowił przejść ścieżką od drogi prowadzącej do wsi Kuchnia w kierunku polany. Tym razem skupił się na obserwowaniu drugiej strony leśnego duktu. Trzy metry dalej dostrzegł nowy ślad. Liczne drobne i niemal czarne plamki na liściach paproci.
Rozpryski.
Chwilę później spojrzał na młody klon. Szerokie liście poznaczone były zaschniętymi ciemnymi strużkami. Na ich końcach, tam, skąd krople skapywały na trawę, widniały skrzepy. Obok, na innych roślinach, odnalazł kolejne rozpryski. Im bliżej był namiotu, tym znajdował ich więcej. Zaschnięte bordowe rozmazy na ściółce między drzewami. Ślady na korze, okrągławe brunatne skapnięcia na wystających sękatych korzeniach, widoczne w blasku światła jego komórki. Wreszcie tuż przed polaną zauważył kolejną ciemną plamę, podobną do tej przy namiocie, ale mniejszą. Przy niej także kręciły się muchy.
Gross nie miał już wątpliwości. Musiał zadzwonić. Przyłożył aparat do ucha. Snop światła z latarki zatańczył w wysokiej trawie i coś czerwonego za pniem drzewa zwróciło jego uwagę.
Początkowo sądził, że to kolejny śmieć, zmięta w kulkę torebka po chipsach albo wafelku. Jednak to musiało być coś innego. Folia odbiłaby światło, a w tym przypadku o żadnym refleksie nie było mowy. Przyjrzał się miejscu w wysokiej trawie za pniem drzewa.
Tym razem już wiedział, na co patrzył.
Wrócił szybkim krokiem na polanę, obszedł namiot łukiem i dotarł drugą ścieżką do Bąka. Mężczyzna siedział oparty o pień i wpatrywał się w plażę, z której mieszkańcy zabierali leżaki i duże kolorowe ręczniki. Słońce oślepiało ich, odbijając się od gładkiej tafli czarnej wody.
Gross dopiero teraz zauważył zbliżającą się od północy granatową zasłonę skłębionych chmur.
– Mogę już…? – spytał Bąk, ale Gross nie odpowiedział.
Dał mu tylko znak, by siedział na miejscu i się nie ruszał. Stanął nad samą wodą, w pobliżu sięgających mu do klatki piersiowej szuwarów. Rozejrzał się po jeziorze, ale nic nie zwróciło jego uwagi.
Dopiero teraz wybrał numer do dyżurnego. Kiedy ten odebrał, komisarz przekazał mu informację o znalezisku i kazał wezwać grupę operacyjno-procesową na plażę płatną.
– Idzie wieczór – powiedział oficer, którego Gross rozpoznał po głosie. – Rozumiem, że szykuje się dłuższa robota, więc namioty i oświetlenie z generatorami też załatwię.
– Bez tego się nie obejdzie, szczególnie że deszcz może nam pokrzyżować plany. – Gross ponownie spojrzał na niebo nad chełmżyńską konkatedrą. Obawiał się, że lunie, zanim podjedzie pierwszy radiowóz. – Działaj, a ja zadzwonię do szefowej. Prokuraturę też biorę na siebie.
– Jasne, ale powiedz, masz jednego czy dwa trupy?
Gross nabrał powietrza.
– Nie.
– Więcej? – zdziwił się dyżurny.
– Nie.
W słuchawce zapadła cisza.
– Nie? No to co tam masz? – spytał wreszcie zaniepokojony policjant.
Zanim Gross odpowiedział na pytanie, przed oczami stanął mu niedawny obraz z lasu.
– Obawiam się, że doszło do zbrodni, ale nie mam ciała.
– Żartujesz?
– Mam pełno śladów krwi, które znaczą drogę od plaży w stronę pustego namiotu na polanie – odparł. – I jeszcze zakrwawione czerwone stringi.
– Stringi?
– Damska bielizna.
– Przecież wiem, co to są stringi – żachnął się dyżurny. – Jasna cholera.
– Zerknij na raporty i sprawdź, czy nie zgłoszono nam ostatnio zaginięcia.
– Kiedy?
– A jaki dziś mamy dzień?
– Poniedziałek.
– To cofnij się do piątku – poprosił Gross.
– Poczekaj chwilę.
Komisarz w tym czasie rozglądał się dalej. Obszedł cypel i dotarł mniej więcej w to miejsce, gdzie znajdowała się druga ścieżka prowadząca do polany. Tam również przyjrzał się tafli wody. Gdyby nie marszczyły jej powiewy wiatru z północy, byłaby gładka i błyszcząca jak czarny marmur nagrobka.
– Nic nie ma. – Gross usłyszał w słuchawce.
– Żadnych zaginięć kobiet? – upewnił się.
– Do tej pory nie.
– Ani u nas, ani w okolicy?
– Zero.
– Rozumiem, ale bądź czujny, dobrze? Ta noc może się okazać decydująca.
– Jasne. Coś jeszcze?
– Nie – powiedział komisarz. Szybko się jednak poprawił: – Tak! Kiedy ostatni raz padało?
– Poczekaj, rzucę okiem na komunikaty z kryzysowego.
Komisarz bezwiednie dłubał butem w wydeptanej ścieżce.
– W sobotę rano. – Usłyszał i podziękował.
Fakt. Obudziły go wtedy dalekie odgłosy burzy, ciche jak pomrukiwanie lwa, i zapamiętał krople deszczu rzucane na okno przez porywisty wiatr. Część z nich spływała szybko po szybie, a reszta osiadła na niej i drgała, niczym chmara wystraszonych owadów.
Wrócił do Bąka, który wyglądał nie tyle na przejętego, ile na znudzonego.
– Muszę już iść – oświadczył wytatuowany mężczyzna, oganiając się od komarów.
– Jeszcze chwila. Spiszemy zeznania.
– Zeznania? – przestraszył się. – Przecież ja nic…
– Wiem – przerwał mu Gross. – Ale to nie potrwa długo.
– Cholera, mogłem nic nie mówić.
– Problem w tym, że już pan to zrobił. I bardzo dobrze. Być może dzięki panu uda się naprawić jakiś fragment tego świata – rzucił Gross i odszedł w kierunku plaży.
Buty zapadały mu się w piasku, gdy zmierzał w stronę gładkiego brzegu, obmywanego z wolna łagodnymi falami. Był to mały kawałek lądu wysunięty najdalej w stronę przeciwległego brzegu jeziora.
Gross rozejrzał się, szukając czegoś charakterystycznego, pobliskich zabudowań, wysokich nadbrzeżnych krzewów, krótko mówiąc: jakiegokolwiek miejsca, do którego można by było przybić łódką i dobrze się ukryć.
Czy właśnie tą drogą uciekł sprawca? Czy wrzucił dociążone czymś ciało na dno akwenu?
Nawet nie wiedział, kiedy jego wzrok przyciągnęła znajdująca się na drugim brzegu nieruchoma postać. Sylwetka mężczyzny na tle płonących światłem zachodzącego słońca pól, które łagodnym łukiem opadały ku tafli czarnej wody. Stał samotnie, z rękoma w kieszeniach, niczym lustrzane odbicie Grossa.
Wytężywszy wzrok, z tej odległości i przy gęstniejącym mroku, komisarz niewiele więcej mógł zobaczyć.
Po chwili człowiek oddalił się od brzegu i skierował na nieduże wzniesienie. Zanim zniknął za polem zboża, Gross usłyszał policyjną syrenę. Odwrócił się i ruszył w kierunku radiowozu. Wyjął komórkę i połączył się z młodszą inspektorką Lucyną Wojtasik, komendantką komisariatu chełmżyńskiej policji.
– Co się stało, Bernardzie? – odezwała się spokojnym, nieco zaspanym głosem.
W tle słyszał poszum morza albo wiatru.
– Obawiam się, że doszło do zabójstwa.
– Gdzie?
– Na płatnej.
– Kto jest ofiarą?
– Nie wiem – stwierdził.
– Rozumiem, że nie wiesz, ale pytałam o płeć.
– Przypuszczam, że kobieta.
– Chryste, aż tak źle?
– Nie – odezwał się szybko, rozumiejąc, co szefowa miała na myśli. – Po prostu chodzi o to, że nie ma ciała. Sądzę, że to kobieta. Mamy zakrwawioną koronkową czerwoną bieliznę i pełno śladów krwi. Dam znać, gdy będę wiedział więcej. Na razie dzwonię po prokuratora.
– O Jezu – wyszeptała. – Jestem w Kołobrzegu. Mamy okrągłą rocznicę…
– Nie widzę powodu, żebyś się stamtąd zbierała. – Gross nie pozwolił jej dokończyć. – Zabezpieczymy miejsce zdarzenia, a na wnioski przyjdzie jeszcze czas. Odezwę się rano.
– Dobrze, ale gdyby jednak się coś zmieniło, gdybyście znaleźli ciało…
– Zadzwonię – uciął komisarz. – Będziesz wiedziała pierwsza.
– Dziękuję, Bernardzie. – Kobieta się rozłączyła.