Przeczytaj, zanim obejrzysz film. “Tajemnice Joan” to prawdziwa historia kobiety-szpiega. Nietypowa fabuła szpiegowska o niemożliwych do rozstrzygnięcia dylematach moralnych i niezwykle trudnych decyzjach, które mogą zaważyć na całym życiu…


Tajemnice JoanCambridge roku 1937 pełne jest idei i idealistów, a Joan, która dotąd nie obracała się w wielkim świecie, jest nimi wprost oczarowana. Znajomość z przebojowymi Sonią i Leo, studentami rosyjskiego pochodzenia, coraz bardziej się zacieśnia, ale gdy lata uniwersyteckie dobiegają końca i rozpoczyna się dorosłe życie, trudno jest pozostać lojalnym w stosunku do dawnych przyjaciół.

Niemal siedemdziesiąt lat później Joan Stanley zostaje oskarżona o zdradę państwową i przekazywanie ściśle tajnych informacji Sowietom. Kobieta utrzymuje, że jej decyzja była podyktowana osobliwymi czasami wojny. Joan Stanley skrywa tajemnicę.

Przez pięćdziesiąt lat była kochającą matką, czułą babcią, we wtorkowe popołudnia adeptką malowania akwarelami, a w czwartkowe uczestniczką zajęć tanecznych. Aż do pewnego słonecznego wiosennego poranka… Ktoś bowiem odkrył jej latami tajoną tożsamość.

***

Wciągająca powieść o szpiegach, lojalności poddanej próbie i niebezpiecznych konsekwencjach dobrych intencji.
„Publishers Weekly”

Rooney stworzyła wspaniałą narrację; z elegancją przedstawiła kobietę wiodącą szczęśliwe i spokojne życie do czasu, gdy MI5 zapukała do jej drzwi.
„Kirkus Review”

Na podstawie powieści powstał film z Judi Dench i Sophie Cookson w rolach głównych.

Jennie Rooney
Tajemnice Joan
Przekład: Alina Siewior-Kuś
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 29 maja 2019
 
 

Tajemnice Joan


Sidcup

Styczeń 2005

Niedziela, godzina 11.17

Nikt nie musi jej mówić, jaka była przyczyna śmierci.
Dostarczona przez posłańca notka od adwokata jest krótka i neutralna, zawiera szczegóły pogrzebu wyznaczonego na piątek oraz kopię nekrologu z „Daily Telegraph”. Nekrolog opisuje życie sir Williama Mitchella. Dzieciństwo spędził w Sherborne w hrabstwie Dorset, w wieku ośmiu lat zachorował na polio (o tym nie wiedziała), cudem wrócił do zdrowia, w szkole wykazał się talentami do łaciny i greki. Wyjechał do Cambridge, by studiować języki nowożytne i średniowieczne, podczas wojny został zwerbowany do Special Operations Executive, później zaś awansował na wysokie stanowisko w Foreign Office, ministerstwie spraw zagranicznych, i doradzał rządowi brytyjskiemu oraz rządom państw należących do Commonwealthu w sprawach wywiadu. Otrzymał doktoraty honoris causa wielu uczelni. Najwięcej radości sprawiały mu wędrówki po szkockich wzgórzach z żoną, która zmarła przed kilku laty. O tym także nie wiedziała.
Jedno natomiast już wie: najwyraźniej umarł spokojnie we śnie.
Kładzie na stole list i artykuł, oddychając pośpiesznie, urywanie. Pod jej paznokciami widnieją półksiężyce brudu, fartuch także jest poplamiony i na kremowej kopercie zostały smugi. Trzy terakotowe donice stoją na stole tam, gdzie je porzuciła, każda jest do połowy napełniona ziemią uklepaną wokół łodyżek geranium ściętych rano w ogrodzie sąsiada, ale jakimś sposobem ta przerwa w pracach je odmieniła, już nie są delikatne i zwycięskie po przetrwaniu chłodów środka angielskiej zimy, tylko zdziczałe i nieuczciwie zdobyte.
Myśli o srebrnym wisiorku, który William dał jej sześćdziesiąt lat temu, identyczne nosili on i Rupert: medalik przedstawiał Świętego Krzysztofa w łachmanach, przenoszącego na ramionach Jezusa przez wzburzone morze. Nie miała pojęcia, co medalik zawiera, bo mylnie zinterpretowała jego znaczenie. Nie było widać czubka igły z kurarą, substancją wybraną dlatego, że nie pozostawia śladów, rozluźniającą mięśnie tak skutecznie, że płuca przestają pracować niemal od razu. Śmierć przez uduszenie. Tak nieruchoma, że uważana za spokojną. Nie przyjęłaby takiego prezentu od Williama, gdyby wiedziała, co to jest, ale kiedy przeczytała instrukcję, na zwrot było już za późno. William tak to zaaranżował. Chciał, by ona także miała wybór. Na wszelki wypadek.
Czy tak właśnie się stało? Czy w końcu, po tych wszystkich latach, przyszli po niego? Jeśli tak, musiało to znaczyć, że pojawiły się nowe dowody, niepodważalne dowody, które go przekonały, że nie warto podejmować prób obrony siebie i swojej reputacji. Lepiej umrzeć, niż ryzykować, że odbiorą mu tytuł szlachecki, że będzie musiał znosić publiczne oskarżenia i wstyd nieodłącznie towarzyszące tego rodzaju rewelacjom, a także nieunikniony proces sądowy. I dlaczego miałby cierpieć takie upokorzenia? Jego żona nie żyła, nie miał dzieci. Nic go nie powstrzymywało.
Nie musiał chronić syna jak ona.
Nekrologowi towarzyszy fotografia młodego Williama, na której jego rysy są czyste i nieskazitelne jak wtedy, gdy widziała go po raz ostatni. Oczy spoglądają prosto w obiektyw, na ustach igra uśmieszek, jakby wiedział o czymś, o czym nie powinien wiedzieć. Joan wyobraża sobie, że reszcie świata mglistość czarno-białej fotografii może wydawać się wspaniała i wzniosła, obraz młodzieńca z minionej epoki. Ona jednak ma wrażenie, że patrzy na ducha.

Przychodzą przed południem tego samego dnia. Z okna sypialni Joan widzi, jak długi czarny samochód skręca na cichą podmiejską uliczkę z szeregowcami pokrytymi tynkiem kamyczkowym; zamieszkała tutaj piętnaście lat temu, gdy po śmierci męża wróciła z Australii do Anglii. Samochód nie pasuje do tej części południowo-wschodniego Londynu. Wysiadają z niego mężczyzna i kobieta, rozglądają się po otoczeniu. Kobieta ma szpilki i elegancki beżowy płaszcz, mężczyzna trzyma w ręce aktówkę. Stoją obok siebie i konferują, zwróceni twarzami do domu po drugiej stronie ulicy.
Ramiona i kark Joan pokrywają się gęsią skórką. Z jakiegoś powodu zawsze sądziła, że to się stanie nocą. Nie wyobrażała sobie dnia takiego jak dzisiejszy, zimnego, słonecznego i pozostającego w absolutnym bezruchu. Obserwuje, jak tamci przechodzą przez ulicę i otwierają furtkę. Niewykluczone, że popada w paranoję. Przecież mogą być kimkolwiek, pracownikami socjalnymi albo sprzedawcami jedzenia na wynos. Już odsyłała takich ludzi.
Pukanie jest donośne i szybkie, oficjalne.
– Proszę otworzyć. Służba bezpieczeństwa.
Joan odsuwa się gwałtownie, z sercem walącym nieregularnie wypuszcza zasłonę z ręki. Za stara, żeby uciekać. Ciekawe, co by zrobili, gdyby nie otworzyła drzwi. Wyważyliby je? Czy raczej uwierzyli, że nie ma jej w domu, i wrócili jutro? Mogłaby poczekać, aż odejdą, a potem… Myśl się urywa. Co mogłaby zrobić potem? Dokąd wyjechać na niewiadomy czas bez wzbudzania podejrzeń? I jak wytłumaczyłaby to synowi?
Pukanie się powtarza, tym razem głośniejsze.
Joan splata ręce na brzuchu; myśli, że może pojadą do syna, jeśli tutaj jej nie zastaną. Czuje falę gorąca na karku, oczyma wyobraźni widząc, jak jeden z chłopców Nicka, płowowłosy i beztroski w stroju piłkarskim, otwiera drzwi, po czym woła, że jacyś ludzie pytają o babcię. Gdyby Nick zobaczył tych dwoje w eleganckich ubraniach i ich czarny samochód, pomyślałby, że przyszli poinformować go o śmierci matki, i Joan czuje wyrzuty sumienia, wyobrażając sobie jego szok.
A później jeszcze większy, straszniejszy wstrząs, gdy Nick się dowiaduje, że nie o tym chcą mu powiedzieć.
Która z tych ewentualności byłaby gorsza?
Do jej umysłu wkrada się myśl, bardzo zuchwała, a zarazem niezwykle delikatna, i Joan czuje zimny spazm strachu przesuwający ostrym palcem po jej plecach. Tak, rozumie, dlaczego William uznał, że lepiej odebrać sobie życie. Ona także teraz mogłaby to zrobić, wyjęłaby medalik ze Świętym Krzysztofem z nocnego stolika, otworzyła go, odsłaniając czubek igły, po raz ostatni położyła się w łóżku i nie musiałaby stawiać im czoła. Wszystko by się skończyło, a kiedy by ją znaleźli, sprawiałaby wrażenie równie spokojnej jak William, równie niewinnej. Jakież to byłoby łatwe.
Ale łatwe dla kogo?
Po pierwsze, a nuż teraz obecność kurary we krwi da się wykryć, nawet jeśli było to niewykonalne sześćdziesiąt lat temu, i sekcja zwłok by to wykazała. Istnieje też ewentualność, że trucizna nie zadziała, bo jest za stara, albo zadziała połowicznie. Niezależnie zresztą od tego, czy jest wykrywalna, czy nie, służby mogą nadal prowadzić raz rozpoczęte śledztwo. Nick musiałby samotnie mierzyć się z ich oskarżeniami, a Joan wie przecież, że biorąc pod uwagę okoliczności, nie spocząłby, dopóki nie oczyściłby matki z postawionych jej zarzutów, jakiekolwiek by były. Jest adwokatem, z natury żarliwie opiekuńczym. Walczyłby do ostatniego tchu, jeśli wierzyłby, że tak należy postąpić. Wszystkie te rewelacje wydawałyby się zbyt naciągane, zbyt nieprawdopodobne, by je odnieść do matki, którą znał całe swoje życie.
W odbiciu w szybie Joan obserwuje, jak mężczyzna i kobieta wracają na chodnik, gdzie przystają, by popatrzeć na dom, zanim ruszą do samochodu. Cofa się w głąb pokoju. W głowie się jej nie mieści, że to się dzieje. Jedne drzwi samochodu otwierają się i zamykają, potem drugie. Agenci wsiadają, żeby na nią czekać albo pojechać do Nicka. Joan nie zna ich zamiarów.
To nie tak miało się skończyć. Wstrząśnięta przypomina sobie swoją młodość; widziany z tej odległości obraz przedstawia w technicolorze życie, które wydaje się obce – Joan nie potrafi uwierzyć, że należało do niej. Jakże się różni od tej spokojnej egzystencji, którą teraz prowadzi, gdzie jedynymi wydarzeniami zapełniającymi jej dni są lekcje malowania akwarelami we wtorkowe popołudnia i tańca towarzyskiego w czwartki, przerywane regularnymi wizytami Nicka i jego rodziny. Życie spokojne i satysfakcjonujące, choć niezupełnie to wyjątkowe, które niegdyś sobie wyobrażała. Ale to jej życie. Jedyne, jakie ma. Nie po to milczała przez tyle lat, by miała stracić je teraz, gdy jest tak blisko końca.
Robi głęboki wdech i energicznie maszeruje przez pokój, już się nie przejmując, czy widać ją z ulicy. Musi teraz sama to wyjaśnić. Nie dopuści, by Nick w taki sposób się dowiedział. Popołudniowe słońce wpada białymi rozbłyskami przez okno nad wąskimi schodami, po których pośpiesznie zbiega ku frontowym drzwiom. Zdejmuje srebrny łańcuch i przepycha drzwi nad tą częścią wycieraczki, która ma skłonność do stawiania oporu drewnianej krawędzi. Mruga, żeby oczy przywykły do jaskrawego światła dnia, po czym z sercem dudniącym w piersiach wychodzi za próg. Widzi, że kobieta w ruszającym samochodzie odwraca się, i na moment ich spojrzenia się spotykają.
– Poczekajcie! – woła.

Zabierają ją do wielkiego budynku w wąskiej uliczce niedaleko opactwa Westminster i Parlamentu, w odległości czterdziestu minut jazdy samochodem od domu Joan. Nie rozmawiają z nią, jedynie się upewniają, że jej wygodnie, i pytają, czy chciałaby wezwać adwokata. Odpowiada, że jest jej całkiem wygodnie i nie, nie życzy sobie obecności prawnika. Nie potrzebuje go. Nie aresztowali jej, prawda?
– Formalnie rzecz biorąc, nie, ale…
– Sami widzicie. Nie potrzebuję adwokata.
– To kwestia bezpieczeństwa państwowego. Naprawdę doradzałabym… – Kobieta się waha. – Wydaje mi się, że pani syn jest adwokatem, pani Stanley. Chciałaby pani, żebyśmy się z nim skontaktowali?
– Nie – odpowiada Joan ostro. – Nie chcę go niepokoić. – Przerwa. – Nie zrobiłam nic złego.
Reszta drogi przebiega w milczeniu. Joan splata dłonie jak do modlitwy. Ale się nie modli. Myśli. Upewnia się, że pamięta wszystko, żeby w żadnym momencie jej nie zaskoczyli.
Na miejscu odpinają jej pasy. Wysiada i idzie po schodach z kobietą, panią Hart, a jej partner, Adams, podąża za nimi. Na piętrze zatrzymują się przed małymi drewnianymi drzwiami w rzeźbionej kamiennej framudze. Adams bez słowa podsuwa przepustkę do czarnego pudełka. Rozlega się trzask i Adams otwiera drzwi.
Pani Hart idzie pierwsza wąskim korytarzem. Wprowadza Joan do kwadratowego pokoju ze stołem i trzema krzesłami, a także odbiera aktówkę od Adamsa, który nie wchodzi do środka, tylko zamyka za nimi drzwi. Na stole stoją mikrofony, w odległym kącie pomieszczenia na suficie zamontowano kamerę. Tafla szkła odbija spojrzenie Joan i ta szybko odwraca wzrok, choć jeszcze dostrzega za nią słaby cień Adamsa. Pani Hart siada po jednej stronie stołu i gestem daje znać Joan, żeby zajęła miejsce naprzeciwko.
– Jest pani pewna, że nie chce adwokata?
Joan potakuje.
– Dobrze. – Pani Hart wyjmuje z aktówki dwie teczki. Kładzie je na blacie, po czym cieńszą popycha w stronę Joan. – Zacznijmy od tego.
Joan siada prosto. Nie dotknie teczki.
– Nie zrobiłam nic złego.
– Pani Stanley – mówi agentka – doradzałabym współpracę. Mamy dość dowodów, by doprowadzić do wyroku skazującego. Minister spraw wewnętrznych potraktuje panią łagodnie tylko pod warunkiem, że złoży pani zeznania albo przyzna się do winy. Przekaże informacje… W przeciwnym razie uniemożliwi nam pani okazanie pobłażliwości.
Joan milczy. Ręce ma skrzyżowane na piersiach.
Pani Hart spuszcza wzrok na błyszczącą podłogę sali przesłuchań i nieskazitelnym noskiem buta poprawia aktówkę.
– Jest pani oskarżona o dwudziestosiedmiokrotne pogwałcenie ustawy o tajemnicy państwowej, co w zasadzie jest równoznacznie ze zdradą stanu. Niewątpliwie ma pani świadomość, że to nie jest błahe oskarżenie. Jeśli zmusi nas pani do pójścia z tym do sądu, ten wymierzy karę, której górna granica wynosi czternaście lat pozbawienia wolności.
Cisza. Joan odlicza lata, a każdy rok powoduje bolesny skurcz w piersiach. Nie rusza się.
Pani Hart spogląda na cień Adamsa za lustrem fenickim.
– Będzie dla pani korzystne, jeśli to, co zechce nam pani powiedzieć na swoją obronę, zarejestrujemy, zanim w piątek pani nazwisko zostanie przekazane Izbie Gmin. – Przerywa. – Powinnam panią uprzedzić, że będą oczekiwali od pani złożenia oświadczenia.
Piątek. Dzień pogrzebu Williama. Joan i tak by nie pojechała. Zbiera się w sobie, kiedy więc się odzywa, głos ma spokojny i zdecydowany.
– Nadal nie wiem, o czym pani mówi.
Pani Hart z bocznej kieszeni aktówki wyławia zdjęcie i kładzie na stole. Joan spogląda na nie i zaraz odwraca wzrok. Oczywiście je rozpoznaje. To fotografia z nekrologu.
Agentka kładzie dłonie na blacie i pochyla się w stronę Joan.
– Jak sądzę, znała pani sir Williama Mitchella w Cambridge. Studiowaliście mniej więcej w tym samym czasie.
Joan patrzy na nią pustym wzrokiem, nie potwierdzając ani nie zaprzeczając.
– Staramy się nakreślić obraz początkowego etapu – ciągnie pani Hart. – Umieścić elementy w kontekście.
– Początkowego etapu czego?
– Z pewnością wie pani, że w zeszłym tygodniu sir William zmarł dość nieoczekiwanie. Prowadzono dochodzenie i w rezultacie kilka pytań pozostało bez odpowiedzi.
Joan marszczy czoło, zastanawiając się, w jaki właściwie sposób można ją powiązać z Williamem.
– Nie mam pojęcia, jak pani zdaniem mogę wam pomóc. Nie znałam go aż tak dobrze.
Pani Hart unosi brwi.
– Sprawa przeciwko sir Williamowi łączy się ze sprawą przeciwko pani, pani Stanley. Wybór należy do pani. Albo będziemy siedzieć w milczeniu, aż zdecyduje się pani współpracować, albo od razu zabierzemy się do pracy. – Czeka. – Zacznijmy od uniwersytetu.
Joan się nie porusza. Zerka na lustro fenickie, na zamknięte drzwi za plecami agentki. To się tutaj nie skończy – nie pozwoli na to – ale rozumie, w jaki sposób współpraca w pewnym zakresie okazałaby się opłacalna, niewykluczone nawet, że dzięki niej zyskałaby na czasie i zorientowała się, ile wiedzą. Muszą mieć dowody, skoro William zrobił to, co zrobił.
– Studiowałam – odzywa się wreszcie. – Zaczęłam w tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku.
Pani Hart kiwa głową.
– Z czego zrobiła pani dyplom?
Wzrok Joan skupia się na dłoniach pani Hart; mija kilka sekund, nim uświadamia sobie, co jest w nich niezwykłego. Są opalone. Opalone w styczniu i ta myśl wywołuje niespodziewaną falę tęsknoty za Australią. Po raz pierwszy od powrotu do Anglii Joan żałuje tego kroku. Powinna była wiedzieć, że to nie jest bezpieczne posunięcie. Dlaczego uległa Nickowi?
– Certyfikat – mówi.
– Słucham?
– W tamtych czasach kobiety zdobywały certyfikaty, nie dyplomy… Studiowałam nauki przyrodnicze.
– Ale specjalizowała się pani chyba w fizyce.
– Naprawdę?
– Tak. – Joan patrzy na panią Hart i zaraz odwraca wzrok. Agentka kontynuuje: – Dobrze… Dlaczego chciała pani studiować? W tamtych czasach to nie było normą.
Joan wolno wypuszcza powietrze, świadoma, że wszystko, co powie, musi być całkowicie spójne. Nie, studia nie były normą, ale poza tym do wyboru w gruncie rzeczy miała tylko wyjście za mąż albo pracę w charakterze nauczycielki lub sekretarki, a żadnej z tych rzeczy nie chciała robić. Zamyka oczy i zmusza umysł, by cofnął się do roku, gdy opuściła dom, pragnie bowiem być absolutnie pewna swoich wspomnień, zanim zacznie mówić. O dziwo, nadal z całkowitą jasnością pamięta uczucie towarzyszące jej w tamtym okresie: zapierającą dech w piersiach świadomość, że jeśli dokądś nie pojedzie i czegoś nie zrobi, płuca jej eksplodują. Dziwnie się przywołuje to dawno zapomniane doznanie. Nigdy wcześniej ani później niczego podobnego nie odczuwała i kiedy teraz o tym myśli, pamięta, że obserwowała tę samą energię statyczną emanującą z jej syna, gdy skończył osiemnaście lat. Jeszcze nie dorosły, a już nie dziecko. Wiek podatny na wpływy, mawiała jej matka.