“Po dolary i wolność” to opowieść w konwencji reportażu, której motywem przewodnim są losy pradziadka, który wraz z żoną i synkiem z falą polskich emigrantów wyruszył w daleką podróż przez Atlantyk po lepsze jutro.


Po dolary i wolnośćPonad 100 lat temu miliony naszych rodaków wyemigrowały w nieznane. Byli pełni obaw, ale też nadziei na lepszą przyszłość.

Do Stanów Zjednoczonych przybyły wtedy prawie trzy miliony emigrantów. To była największa emigracyjna fala, jaka kiedykolwiek w historii odpłynęła z terenów polskich.

Z chłopów – do niedawna jeszcze pańszczyźnianych – stawali się obywatelami najsilniejszego już wkrótce kraju na świecie, dumnymi fundatorami imponujących kościołów. Prababcie i pradziadkowie dzisiejszej Polonii.

„Po dolary i wolność” to opowieść w konwencji reportażu, jej motywem przewodnim są losy pradziadka, który wraz z żoną i synkiem, po lepsze jutro, z falą emigrantów, wyruszył w daleką podróż przez Atlantyk. Poznajemy niezwykłe historie, jak cała wieś składała się na opłacenie kosztów wyjazdu, a samą podróż organizował miejscowy proboszcz.

W poszukiwaniu śladów swojego przodka autor dotarł też do wielu miejsc w Stanach Zjednoczonych, które niegdyś uchodziły za „małą Polskę”, rozmawiał również z wieloma osobami polskiego pochodzenia.

Losy Polaków w Ameryce składają się na fascynującą a niekiedy dramatyczną historię.

Dariusz Terlecki
Po dolary i wolność
Śladami Polonii w Ameryce
Wydawnictwo Muza
Premiera: 8 maja 2019
 
 

Po dolary i wolność


Od autora

Książka powstała z ciekawości. Ciekawości Henia, mojego Taty. Przez lata wciąż powracały pytania o zdarzenia sprzed wieku. O tę dziwną „siw kartę” (Schiffskarte). I o tajemniczego dziadka Mikołaja (mojego pradziadka). I o jego jeszcze bardziej ekscytujące eskapady do Ameryki. Półsłówka i ćwierćzdania prababci Tekli niczego nie wyjaśniały. Wręcz podsycały ciekawość. Zresztą niewiele ich w pamięci zostało. Tekla zmarła 35 lat przed tym, zanim ja ruszyłem tropem pradziadka. Ruszyłem, bo w końcu wypadało się dowiedzieć, jak to z tym Mikołajem było. Parę moich wizyt w muzeum imigracji na Ellis Island w Nowym Jorku było dodatkową inspiracją. Są jakieś dane o takich emigrantach jak Mikołaj. Jest gdzie szukać informacji. Na 80. urodziny Henia zdobyłem certyfikat potwierdzający przybycie do Nowego Jorku brata Mikołaja – Wojciecha. Taki trochę substytut tego, czego naprawdę poszukiwałem: bo przecież Wojciech to nie Mikołaj. Dwa lata później natrafiłem wreszcie na ślad Mikołaja. Szkoda, że Heń już tego nie zobaczył. Ale to od Niego i dzięki Niemu się zaczęło.
Próbując prześledzić losy Mikołaja, niespodziewanie natrafiałem na całe pokłady informacji – na ogół mało znanych – o pokoleniu Polaków, którzy ponad 100 lat temu porwali się na to, by rzucić wszystko w „starym kraju” i ruszyć w kosmos. Czyli do Ameryki. Miliony naszych rodaków wyemigrowały wtedy za ocean. Fenomen, który już nigdy później nie powtórzył się na taką skalę. Z chłopów – do niedawna jeszcze pańszczyźnianych – stawali się „obywatelami” najsilniejszego już wkrótce kraju na świecie, fundatorami imponujących kościołów – Polish Cathedral. Co więcej – dziesiątki tysięcy z nich na ochotnika wróciło do „starego kraju”, by walczyć o jego niepodległość lub granice podczas I wojny światowej i zaraz po jej zakończeniu. Kolejne warstwy tej historii, do których docierałem, coraz bardziej mnie wciągały i były bardziej ekscytujące.
Opowiadałem tę historię wielu osobom. Ku mojemu zdziwieniu – w czasach, kiedy ludzie nastawieni są głównie na mówienie, a nie na słuchanie – moi rozmówcy słuchali. Miałem wrażenie, że każdy kolejny słuchacz jest autentycznie zaciekawiony. Latem 2016 przegadałem parę nocy z dobrym znajomym w USA, Robertem Draganem, w jego domu w Tampie na Florydzie. „Masz materiał na książkę” – podsumował. Sam się zdziwiłem. Może i mam…
Opublikowałem kiedyś kilka setek tekstów publicystycznych. W najlepszych krajowych dziennikach i tygodnikach opinii. Ale to było ćwierć wieku temu. Poza tym, co innego tekst dziennikarski, a co innego książka.
W tym czasie moja żona Jola podsunęła mi kilka książek do przeczytania. Robi tak czasem z jakiejś okazji albo i bez. Tym razem w jednej z nich wątek pisania książki był jedną z głównych nitek prowadzonej przez autora narracji. Spodobała mi się taka robota. Teraz mogę bez wątpliwości stwierdzić, że owo posunięcie mojej żony zaowocowało powstaniem niniejszej książki. W tym momencie widziałem już swój „reportaż historyczny” o poszukiwaniu śladów mojego pradziadka. Mikołaj stał się pretekstem do opowiedzenia o polskich emigrantach do USA sprzed ponad 100 lat, stał się leitmotivem tej opowieści z panoramą epoki w tle.
Historia mojego pradziadka nie jest całkowicie zamknięta. Więcej pozostaje pytań lub domysłów niż pewników co do jego losów w USA. Tymczasem więc nie mogłem zakończyć książki „wielkim finałem”, w którym kurtyna idzie w górę i oto w świetle reflektorów wychodzi na scenę potomek Mikołaja, a okazuje się nim… np. któryś z amerykańskich celebrytów. Nic z tego. Nie mogłem też zasugerować, że to „story” charakterystyczne dla pokolenia polskich emigrantów z początku XX wieku… Na razie taki bajkowy scenariusz nie wyłania się z materiałów, które zebrałem. Ale jak mówiła genealożka Ola Heska, pozwólmy czasem zadziałać przypadkowi. Niekiedy nowe informacje mogą pozwolić na dopisanie dalszego ciągu.
Dariusz Wojciech Terlecki
29 grudnia 2018

Prolog



Brali święte obrazy, różańce, suchary i kiełbasę na drogę i ruszali w wielki świat.
W nieznane. Pełni obaw, co ich czeka na obcym lądzie, pełni nadziei na lepszy los.
Prababcie i pradziadkowie dzisiejszej Polonii.

Przeszło 100 lat temu z ziem nieistniejącego od ponad wieku państwa polskiego ruszyła fala ludności. Prawdziwy exodus. Bez większych przeszkód dotarła za ocean. Do zaledwie 90-milionowego, młodego kraju – Stanów Zjednoczonych – przybyły prawie trzy miliony emigrantów. To największa emigracyjna fala, jaka kiedykolwiek w historii odpłynęła z terenów polskich. Do nabrzeży Nowego Jorku i Bostonu przybijały statki z Europy wiozące dość dziwnych przybyszy. W oczach miejscowych, w większości dość zamożnych, protestanckich Anglosasów, byli zdecydowanie „inni”: niepiśmienni, nieznający angielskiego, katolicy, skrajnie biedni, dopiero co wyzwoleni od pańszczyzny, bez kwalifikacji do pracy w przemyśle czy rzemiośle, a nawet na nowoczesnej farmie, poddani cara lub któregoś z dwóch innych cesarzy – mieszkańcy polskich wsi. Wyruszyli do Ameryki, choć wcześniej ani oni sami, ani nikt z rodziny czy z sąsiadów nie podróżował dalej niż o dzień drogi koniem, czyli najwyżej kilkadziesiąt wiorst[1]. Stanów nie znali ani z lekcji geografii, ani z internetu. Facebooka nie mieli. Czasem do ich wioski przyszedł list z USA od kogoś, kto wyjechał wcześniej. Tylko kto go umiał przeczytać?
Podróż do Ameryki wtedy dla tych ludzi była jak wyprawa w kosmos. Szokiem była już przesiadka z furmanki na kolej żelazną. Na transatlantyku nie wiedzieli, jak korzystać z toalet. Banan w paczce z prowiantem stanowił zagadkę. Mimo tych niebywale trudnych początków pokazali, że są twardzi, zdeterminowani i niezwykle odważni. W Nowym Świecie wielu dało radę. Potrafili bardzo ciężko pracować. Ofiarnie budowali wspaniałe, imponujące Amerykanom kościoły – „polskie katedry”. Za oceanem znakomicie się zorganizowali. No i mieli trochę szczęścia, bo zdążyli do tej swojej wymarzonej Ameryki w ostatniej chwili: po roku 1914 drzwi do Stanów się zamknęły, a w kolejnych dziesięcioleciach USA coraz bardziej restrykcyjnie podchodziło do imigrantów.
W czasie najcięższej próby polscy emigranci dali dowód niezwykłej ofiarności. W 1918 ponad 20 tysięcy z nich ponownie przepłynęło Atlantyk. Tym razem w drugą stronę. I już nie „za chlebem”, ale po wolność. Wolność dla tych, którzy zostali w kraju. Przybyli w samą porę. Trafili w sam środek piekła. Z Rosją wojna o przetrwanie państwa. Cztery powstania przeciwko Niemcom. Walki o Zaolzie. Plebiscyty na południu i północy kraju. Polscy Amerykanie byli znakomicie wyszkoleni i wyekwipowani. Doborowa armia z własną flotą samolotów i czołgami mogła zmienić losy wojny. W wojennym teatrze nie odegrali głównej roli. Na froncie byli krótko. Może za krótko?
Czy w Stanach nasi rodacy zrealizowali swój amerykański sen? Czy potomkowie emigrantów znad Wisły pamiętają o kraju pradziadków? Co dziś zostało z polskich dzielnic i polskich parafii?

MIKOŁAJ – ODKRYWANIE ATLANTYDY

Od godziny potężny transatlantyk „Lapland” wolno przesuwał się po Zatoce Nowojorskiej w kierunku rozwidlenia dwóch rzek opływających Manhattan: Hudson i East River. Zamierzał wpłynąć do portu przy południowym wybrzeżu Manhattanu, gdzie stłoczone cumowały statki handlowe wypełnione towarem z całego świata. Dla większości z jego pasażerów, po przesiadce na dużo mniejsze miejscowe promy, portem docelowym była niewielka wysepka u wybrzeża Nowego Jorku zwana Ellis Island.
„Lapland” zbudowano ledwie cztery lata wcześniej w brytyjskiej stoczni Harland & Wolff Limited, zlokalizowanej w północnoirlandzkim Belfaście. Stocznia należała do dwóch przedsiębiorców, Jamesa Harlanda i urodzonego w Hamburgu Gustava Wolffa. To z jej pochylni zjechało słynne trio „klasy olimpijskiej” – najpotężniejsze w historii transatlantyki: „Olimpic”, „Britannic” i „Titanic”. RMS „Titanic”, o trzy razy większym niż Lapland tonażu, supernowoczesny i superluksusowy, właśnie cztery miesiące wcześniej wyruszył w swój pierwszy i ostatni rejs z Europy do Nowego Jorku. „Lapland” przy swoich „olimpijskich” braciach był nieporównywalnie skromniejszy; 17,54 tys. BRT wyporności, 620 stóp długości i 70 szerokości, silniki parowe napędzały podwójną turbinę. Nad pokładem, oprócz dwóch poziomów kabin, wznosiły się dwa kominy i cztery maszty.
Mimo swych nieco mizernych parametrów na tle transatlantyckich „braci olimpijczyków” „Lapland” był jednak w stanie na tej samej trasie zabrać tę samą liczbę pasażerów co „Titanic”. Tylko towarzystwo było inne i standard podróży zgoła inny. Nad pokładem usytuowane były kabiny 394 pasażerów pierwszej i 352 drugiej klasy. Pod pokładem i bezpośrednio na nim podróżowało stłoczonych 1790 pasażerów klasy trzeciej. Płynęli już 10. dzień z Antwerpii, przez angielski Dover do portu w Nowym Jorku. Dla Harlanda i Wolffa to był złoty interes. Od trzech lat ich transatlantyki pływały na tej trasie i w kierunku Ameryki mieli zawsze komplet. Oprócz kilkuset eleganckich pasażerów w kabinach pierwszej i drugiej klasy, na i pod pokład udawało się upchnąć prawie dwa tysiące skrajnie ubogich emigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, kandydatów na obywateli Stanów Zjednoczonych. Ten dochodowy interes zakończyła dopiero I wojna światowa i przystąpienie do niej USA w 1917 roku. „Lapland” „zmobilizowano” wtedy do US Army.

U bram Nowego Świata

Prawie wszyscy pasażerowie „Laplandu” od paru godzin stoją już na pokładzie. Teraz większość przyklejona do lewej burty obserwuje przesuwającą się przed oczami majestatyczną Statuę Wolności. Ci z dolnego pokładu na ogół w milczeniu. Eleganckie panie i panowie z klasy pierwszej i drugiej pokazują sobie dobrze już widoczne za prawą burtą drapacze chmur nowojorskiego Manhattanu. Bywalcy popisują się znajomością charakterystycznych dla Manhattanu budowli: Most Brookliński, 100-metrowe „żelazko”, czyli wieżowiec Flatiron Building. Emblematy Nowego Jorku witają prowincjuszy z Europy w Nowym Świecie!
26-letni Mikołaj Terlecki stoi z tymi z dolnego pokładu przy lewej burcie razem ze swoją 21-letnią żoną Teklą i rocznym synem Józefem. Dla niego to już druga podróż do Ameryki. Na statku uchodzi za autorytet. On już tu był. Ponad cztery lata temu. Zarobił trochę dolarów, ale żony dla siebie nie znalazł. Po niespełna trzech latach wrócił do swoich Przyborowic, niedaleko Ostrowca Świętokrzyskiego, i ożenił się z Teklą, a teraz z nią i małym synkiem znowu dopływa do wybrzeża Ellis Island.
Wysepka Ellis Island w Zatoce Nowojorskiej to rodzaj obozu filtracyjnego dla przypływających z Europy emigrantów. Jedna z dwóch największych – obok Bostonu – amerykańskich „bram do Nowego Świata”. Setki tysięcy przybyszy co roku. 5 sierpnia 1912 roku cumuje tu tylko „Lapland” z Antwerpii. To tu immigration officers decydują, kogo wpuścić na amerykański kontynent, a kto będzie musiał wrócić, skąd przyjechał. Do Europy. Po zacumowaniu do nowojorskiego nabrzeża wszystko odbywa się bardzo sprawnie. 2536 pasażerów schodzi po trapach na ląd. 746 tych z pierwszej i drugiej klasy jest już w Ameryce. 1790 z trzeciej klasy kontynuuje podróż promami na nieodległą wysepkę Ellis Island. Tam są kierowani wprost do ogromnego, dwupiętrowego, nowoczesnego budynku. Na parterze Mikołaj oddaje na przechowanie swoją lichą walizkę, oznaczoną nazwiskiem i numerem. Clerks[2] pozwalają Tekli zatrzymać przy sobie tylko niewielkie zawiniątko – najpotrzebniejsze rzeczy dla dziecka. Rodzaj bagażu podręcznego. Tu cała trójka Terleckich i niemal dwa tysiące ich współpasażerów z „Laplandu” spędzi swoje pierwsze godziny, niektórzy może i dni lub tygodnie, w Ameryce.
Ellis Island wydaje się nowym mieszkańcom piękne. Lśniące podłogi, wielkie okna oświetlające przestronne wnętrza budynku, bieżąca woda. To niebywały kontrast z kurnymi chatkami, w jakich większość z nich mieszkała jeszcze niedawno. Jeśli Ellis Island to zaledwie przedpokój Ameryki, to wyobraźni nie starcza, jak mogą wyglądać pokoje…
Godziny oczekiwania na „badanie” przybyłych przez urzędników imigracyjnych USA są nerwowe. W tłumie zaludniającym parter rządowego budynku na wyspie – tzw. baggage room – słychać chyba wszystkie języki świata. Tego dnia najczęściej polski. Przeróżne dialekty i gwary. Najzaradniejsi w oczekiwaniu na swoją kolej już dogadują się z miejscowymi dokerami i wynajmują się do pracy w porcie. Pomoc przy rozładunku przypływających statków, drobne prace remontowe. Pierwsze dolary.
Mikołaj i Tekla mają szczęście. Może mały Józio zmiękczył serca urzędników…? Nie muszą długo czekać. Stają w kolejce do badania jako jedni z pierwszych. Mikołaj i jego rodzina prowadzeni są po szerokich schodach na górną kondygnację budynku. Ogromna sala z wysokim łukowym sklepieniem, trochę jak ich kościół w Kiełczynie, tylko dużo większa. No i pod sufitem, zamiast biblijnych malowideł, zawieszone kolorowe, gwiaździste sztandary. Wokół holu ustawiony szereg wysokich i wąskich stolików. Ambony jakieś? Katedry? W Kiełczynie, w kościele, ksiądz z takiej ambony prowadzi czytanie i wygłasza kazania na mszy. Tu umundurowani urzędnicy imigracyjni czekają na przyjezdnych. W rzeczywistości ambony te bardziej służą do „spowiedzi” przyjezdnych niż do ich pouczania i prawienia kazań przez tutejszych „kapłanów”. Mikołaja prowadzą do jednej z takich ambon.
– Your nationality? Narodowość? – pyta immigration officer przez tłumacza.
– No Polak przecież – odpowiada Mikołaj.
W tym czasie mieszkańców Kraju Przywiślańskiego, Kraju Warty czy Galicji szykowano już do walki przeciwko sobie w interesie trzech obcych monarchów. W Europie coraz głośniej mówiło się o wielkiej wojnie. Niewielu spośród 2600 pasażerów „Laplandu” – w większości wyruszających do mitycznej „Hameryki” z ziem polskich, od pokoleń poddanych cara lub jednego z dwóch cesarzy – stać było na taką identyfikację narodową. Państwo polskie nie istniało wszak od ponad 100 lat… Przez wielkie okna budynku bardzo dobrze widać Statuę Wolności – symbol marzeń o wolności i o wszystkim tym, co było nieosiągalne w dalekiej polskiej wsi. Z wyspy, przez okna budynku, Mikołaj wypatrzył już wyrastające niedaleko imponujące drapacze chmur Manhattanu. Symbol bogactwa i potęgi. I co z tego, że ten hipnotyzujący obrazek mignął mu już kiedyś, cztery lata temu, przed oczami. Powiedzieć, że Mikołaj nigdy czegoś takiego nie widział, to nic nie powiedzieć. Ma ze sobą pożyczone od całej rodziny i sąsiadów 35 dolarów i kartonową walizkę. Immigration officer nie wszystkich wpuszcza do raju. Mikołaj już wie, że nie pozwoli się odesłać z powrotem na statek i przez Antwerpię zawrócić na biedną wieś. Prędzej skoczy z nabrzeża do oceanu. Ucieknie im albo się utopi. Ale nie wróci.
Trzech urzędników: master officer, immigration officer i lekarz, kolejno, na pulpitach swoich „ambon” weryfikują uzyskane wcześniej na statku informacje w list or manifest[3] opisujące Józefa Terleckiego – obcokrajowca przybyłego 5 sierpnia 1912 roku z Antwerpii do portu w Nowym Jorku jako pasażer statku „Lapland”. Rozpoczyna master officer Stan D. Dranund. Mozoli się z tymi dziwnymi nazwiskami podróżnych. Największy kłopot ma z brzmieniem litery „T”. Dodatkowo jeszcze trafia mu się Tekla ze swoim „T” w imieniu. Urzędnik jest trochę poirytowany, a trochę zobojętniały. Oni wszyscy mają jakieś dziwaczne te nazwiska. Jak się tak pochrzcili, to niech teraz mają za swoje. Zniecierpliwiony clerk macha ręką i pisze coś na odczepnego w dokumentach imigracyjnych. A kto to sprawdzi? Ta pomyłka urzędników imigracyjnych z 5 sierpnia 1912 na Ellis Island na ponad 100 lat skutecznie zatrze ślady po podróży i przybyciu rodziny do USA.
Później idzie już gładko. Mikołaj Terlecki, lat 26, żonaty, pracownik fizyczny, nieznający angielskiego ani w mowie, ani w piśmie, przybyły z Rosji, narodowości polskiej, ostatnio zamieszkały we wsi Przyborowice, koło Radomia, syn Józefa… itd. Po rejestracji i zweryfikowaniu podstawowych danych rodzina Terleckich przepytywana jest na okoliczność wywołującą zawsze dużą nerwowość nowo przybyłych na wyspę. Dolary. Mikołaj ma 35 USD. Jest jednym z najbogatszych podróżnych. Stan Dranund badał już dzisiaj i takich, którzy zeszli z „Laplandu” zupełnie bez grosza przy duszy. Na przykład taki Jan Kowalski (przynajmniej nazwisko proste), lat 24, zamieszkały we wsi „Kasiuwka”, obywatel austriacki, niepiśmienny robotnik rolny. W tym czasie w Senacie USA po raz kolejny pojawia się projekt ustawy Emergency Quota Act, wymagający, aby z portów amerykańskich odsyłać do Europy wszystkich emigrantów, którzy nie przywieźli ze sobą przynajmniej 30 dolarów. To byłby złoty interes dla gospodarki USA. Każdego roku Stany zasiliłyby miliony dolarów wwożonych przez przybyszy z Europy! W 1912 Kowalski ma jeszcze szczęście. Kolejni prezydenci USA blokują ten pomysł. Tak samo, jak zamknięcie Stanów Zjednoczonych przed analfabetami. Jeszcze przez kilka lat Ameryka będzie otwarta nawet dla najbiedniejszych i niepiśmiennych emigrantów.