Kristen Ciccarelli w książce “Uwięziona królowa” zabiera czytelnika do fantastycznego świata, w którym śledzimy dalsze losy bohaterów „Ostatniego namsary”. Są tu smoki, polityka i ludzie uwikłani w walkę o władzę i we własne namiętności.


Uwięziona królowaŻyły kiedyś dwie siostry, które łączyła tak silna więź, że nic nigdy nie mogło ich rozdzielić. Roa i Essie nazywały to „nicią”. Zajmowały się magią – aż Essie straciła życie w straszliwym wypadku i jej dusza została uwięziona w tym świecie.

Sprawcą jej śmierci był Dax, dziedzic tronu Firgaardu. Roa poprzysięgła znienawidzić go po kres. Jednak osiem lat później Dax wrócił, by błagać ją o pomoc. Zamierzał zdetronizować swego okrutnego ojca, który dla ludu Roi był bezlitosnym ciemiężycielem.

Roa zawarła z Daksem układ: da mu swoją armię, jeżeli on uczyni ją królową. Tylko jako królowa mogła wybawić swój lud spod panowania Firgaardu.

Wraz z Daksem i jego siostrą Ashą Roa i jej poddani obalili tyrana. Teraz jednak Asha musi uciekać, bo wyznaczono wysoką cenę za jej głowę. Roa natomiast jest królową z obcych stron, żyjącą z dala od domu, poślubioną wrogowi. Najgorsze zaś jest to, że obietnice Daksa pozostają niespełnione: lud Roi nadal cierpi. I oto pojawia się szansa, by naprawić wszelkie zło – Roa ma okazję pozbyć się wroga i wybawić ukochaną siostrę. Musi jedynie zabić króla…

Kristen Ciccarelli
Uwięziona królowa
Przekład: Dorota Dziewońska
Seria: Iskari tom 2
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 3 lipca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Uwięziona królowa


Nóż Tkaczki Niebios

Żył kiedyś człowiek o imieniu Sunder, który kochał wszystko w swoim życiu. Wstawał codziennie o świcie i wychodził na swoje pola. Cieszył się z deszczu, który zraszał jego plony, i ze słońca, które sprawiało, że wszystko rosło. Doceniał siłę własnych rąk – rąk, które sadziły, młóciły i które zbudowały jego dom. Rąk, które kołysały jego dziecko do snu.
Tak bardzo kochał życie, że kiedy przyszła po niego Śmierć, ukrył się przed nią.
Śmierć przeszukała jego dom i nie znalazła Sundera. Śmierć wzywała go na polach, lecz Sunder nie przybył.
Zrezygnowana Śmierć zamiast niego zabrała kogoś innego. Wtedy Sunder wyszedł z kryjówki, dumny ze swej przebiegłości. Szedł ubitymi drogami w kierunku domu, pogwizdując sobie wesoło. Kiedy jednak zbliżył się do wejścia, usłyszał dźwięk, który kazał mu się zatrzymać.
Ktoś płakał.
Otworzywszy drzwi, Sunder ujrzał swoją żonę klęczącą na podłodze w kuchni, tulącą dziecko do piersi. Mężczyzna opadł na kolana obok niej i wtedy zobaczył martwe oczy córki. W jej zimnym ciałku.
Sunder przeklął swoją przebiegłość. Zaszlochał gorzko.
Od tego dnia nie wstawał już o świcie. Nie cieszył go już deszcz ani słońce. A gdy rozglądał się po domu, który zbudował, widział tylko to, co stracił. Błagał Śmierć, by oddała mu córkę. Śmierć jednak nie mogła tego zrobić. Dusza dziewczynki była u Tkaczki Niebios.
Sunder wyruszył więc, by to naprawić.
Odnalazł boginię dusz przy jej krosnach. Osnowę tkaniny stanowiły marzenia żyjących, a wątek wspomnienia zmarłych. Usłyszawszy wtargnięcie Sundera, zatrzymała czółenko. Odłożyła nici.
Sunder padł do jej stóp i błagał o spełnienie jego prośby.
– To, o co prosisz, ma swoją cenę – rzekła.
– Zapłacę, czym tylko zechcesz.
Tkaczka Niebios wstała.
– Należy się twoja dusza. Twoja śmierć, której się wywinąłeś.
Sunder zamknął oczy, myśląc o deszczu, który zraszał jego plony, i o słońcu, które sprawiało, że wszystko rosło, a także o sile własnych rąk.
– Mogę oddać duszę twojej córki. Mogę przywrócić ją do życia. – Tkaczka Niebios podniosła nóż. – Ale tylko ty możesz za to zapłacić.
Sunder, na kolanach, podniósł wzrok na boginię bez twarzy i powiedział:
– Niech więc tak będzie.
Tkaczka Niebios uniosła nóż…
i odcięła jego duszę od miejsca, z którym była związana.

1

Jej siostra twierdziła, że na zgromadzenie armii, obalenie tyrana i poślubienie króla potrzeba roku.
Roa dokonała tego w trzy miesiące.
Teraz siedziała przy rzeźbionym stole z drewna akacji, wypolerowanym do połysku, w najmniejszym pawilonie domu jej ojca. Pachniało słodkim dymem z paleniska, Essie na jej ramieniu to ściskała, to rozluźniała pazury, podczas gdy Roa bosymi stopami stukała niecierpliwie w dywan. Obie zaczynały odczuwać te pięć dni negocjowania warunków pokoju.
Na środku stołu leżał stos broni ceremonialnej – długie i krótkie noże, pięknie rzeźbione maczugi, lśniące kosy – którą każda z obecnych osób położyła poza zasięgiem na znak zaufania do pozostałych. Tylko trzy miejsca były puste. Należały do przedstawicieli Domu Nieba i ziały pustką przez cały tydzień.
Nikt nie poruszał tego tematu. A tym bardziej Roa.
Wpatrywała się w puste miejsce po lewej, myśląc o młodzieńcu, który zwykle tam siadał. Silne barki. Oczy barwy pszenicy. Ciemnobrązowe włosy zaczesane do tyłu, odsłaniające urodziwą twarz.
Theo, dziedzic Domu Nieba.
Dawny narzeczony Roi.
Zawsze był uparty, uwaga Essie wdarła się w umysł Roi, a jednocześnie ptasie szpony wbiły się w jej skórę. Ale nigdy aż tak.
Roa gładziła delikatne pióra białego jastrzębia na swoim ramieniu. Więź, która je łączyła – coś, co Essie nazywała łączem lub nicią – rozsiewała blask i ciepło między nimi.
Zdradziłam go, pomyślała Roa. Nie zdziwi mnie, jeśli nigdy więcej się do mnie nie odezwie.
Tę ich toczoną w myślach rozmowę nagle przerwały odgłosy chrapania.
Nowa królowa, podobnie jak jej jastrząb, gwałtownie oderwała wzrok od krzesła Theo i spojrzała na młodzieńca siedzącego obok niej. Ciepłe światło popołudniowego słońca wpadające przez okno odbijało się od jego niesfornych brązowych loków. Jego łokieć oparty był o stół, podbródek spoczywał na dłoni, a długie, brązowe rzęsy delikatnie podrygiwały na policzkach. To był smoczy król. Spał na ważnej naradzie. Ten… darmozjad… był osobą, dla której Roa zrezygnowała ze wszystkiego.
Zesztywniała na dźwięk jego chrapania i rozejrzała się po twarzach kilkunastu mężczyzn i kobiet zebranych wokół stołu, którzy reprezentowali Wielkie Domy z krzewowisk. Modliła się w duchu, by nie zauważyli tego chrapania. Oczywiście była to modlitwa bez szans na spełnienie. Jak mogliby tego nie zauważyć. Dax przez cały tydzień przysypiał podczas obrad w sprawie traktatu, jasno wszystkim pokazując, że nie obchodzi go to, iż sankcje nałożone przez jego ojca nadal obowiązują i że lud Roi wciąż głoduje.
Nie były to sprawy, które by obchodziły Daksa.
I właśnie dlatego przy tym stole siedziała Roa. Uparła się, że przebędzie morze piasku i osobiście sporządzi oficjalny traktat. Po podpisaniu traktatu Dax nie mógłby już dłużej łamać swoich obietnic, bo to wiązałoby się z konsekwencjami. Dlatego byli tu wszyscy, w rodzinnym domu Roi, z głowami pochylonymi nad zwojem.
Powiodła wzrokiem ponad śpiącym królem, ponad stertą broni, by odnaleźć twarz ojca. Był to mężczyzna około pięćdziesiątki, jego czarne kręcone włosy nosiły już ślady siwizny. Wyglądał szczuplej i na bardziej zmęczonego, niż go pamiętała. Czy to możliwe? W ciągu zaledwie dwóch miesięcy, gdy jej nie było? Miał na sobie bawełnianą tunikę, rozciętą pod szyją, z symbolem Domu Pieśni na obojczyku. Taki sam symbol widniał na ubraniu Roi.
Prawdziwa smocza królowa miałaby na sobie kaftan w żywych kolorach, pięknie haftowane pantofle i złoty diadem na głowie. Roa jednak była przede wszystkim krzewowianką. Jej ubiór stanowiła niefarbowana lniana suknia uszyta przez jej matkę oraz naszyjnik z bladoniebieskich beryli.
Spojrzenie ojca spotkało się z jej spojrzeniem, po czym zsunęło się na młodego mężczyznę chrapiącego obok Roi. Jego wyraz twarzy mówił wszystko.
Współczuł jej.
Poczuła twardy ciężar w żołądku. Nie będzie obiektem współczucia. A już na pewno nie ze strony własnego ojca.
Mocno trąciła świeżo upieczonego męża łokciem w żebra, tak by nikt tego nie zauważył. Zaskoczona tym gwałtownym ruchem Essie zatrzepotała skrzydłami, tracąc równowagę. Dax poderwał się, szeroko otworzył oczy i sapnął cicho. Zamiast jednak usiąść prosto i skupić się na przebiegu obrad, zamiast okazać w jakiś sposób zawstydzenie, on ziewnął głośno i przeciągnął się – jeszcze bardziej zwracając uwagę na fakt, że przed chwilą spał. Zupełnie jakby chciał, żeby wszyscy wiedzieli, jak mało go to interesuje.
Coraz więcej osób przy stole spoglądało na Roę. Gdy przesuwała wzrokiem po ich twarzach, każdy opuszczał głowę. Jakby czuli się upokorzeni w jej imieniu. To byli ci sami ludzie, którzy jej zaufali, kiedy poprosiła o udostępnienie armii, by zdetronizować ojca Daksa. I oto teraz obserwowali ją z wyrzutem.
Córko Pieśni, słyszała ich myśli, cóżeś narobiła?
Paliły ją te spojrzenia. Zacisnęła pięści. Tak bardzo chciała, by to zebranie już się skończyło. Tymczasem zwój z traktatem wciąż nie został przez wszystkich podpisany.
Roa spojrzała na Daksa, który znowu ziewał.
– Czy my cię nudzimy, mój królu? – Nie próbowała nawet ukrywać złośliwości w głosie.
– Ależ nie – odparł, rozciągając sylaby, zainteresowany czymś po przeciwnej stronie stołu. – Niewiele spałem tej nocy.
Essie niespokojnie dreptała w miejscu, gdy Roa spoglądała w ślad za wzrokiem Daksa: na młodą kobietę, która właśnie weszła do pawilonu. Była to kuzynka Roi Sara, z tacą opartą o biodro. Brązowe loki miała zwinięte w kok i przypięte grzebieniem z kości. Na jej nadgarstkach pobrzękiwały trzy bransoletki ze lśniących białych muszli ślimaka nerita. Zbierając ze stołu filiżanki z zimną herbatą, Sara uśmiechała się wesoło, obserwowana przez króla.
Roa z niechęcią wróciła myślami do poprzedniej nocy. Po rundzie pijackich zabaw z jej bratem i kuzynami Dax otwarcie flirtował z kobietami z jej gospodarstwa, między innymi z Sarą. To było coś, do czego już powinna była przywyknąć. Roa miała niemal pewność, że gdyby był dość pijany, flirtowałby nawet ze smoczycą.
Odwróciła wzrok od króla i kuzynki. Nie chciała patrzeć na te ich uśmiechy. Nie chciała wiedzieć, jak daleko zaszła ta zabawa. Pozostały jej jednak tylko dwa miejsca, na które mogła skierować wzrok: zażenowane twarze przedstawicieli rodów lub puste krzesło.
Wybór był niezwykle trudny.
W końcu wybrała konsekwencję niedotrzymania słowa.
Wpatrywała się w krzesło Theo, jakby miała go przed oczami. Czasem zastanawiała się nad tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby dotrzymała danej mu obietnicy. Na pewno teraz w domu jej ojca nie siedziałby król flirtujący z jej kuzynkami i poniżający ją przed ludźmi, na których najbardziej jej zależało. I nikt nie zapewniałby bezpieczeństwa krzewowiskom – w jej myślach odezwał się głos Essie. Pazury ścisnęły jej ramię z czułością. Ojciec Daksa wydusiłby z nas ostatnie soki. Oczywiście, miała rację.
Zrobiłaś to, co musiałaś, powiedziała Essie, pocierając czubkiem głowy o policzek Roi. Oni wszyscy to wiedzą.
Istotnie Roa zrobiła to dla wszystkich krzewowian, łącznie z Theo. Nie pozwoli, by kolejny król Firgaardu zabierał im wszystko, na co przyjdzie mu ochota. Dość już dostał. Gładząc delikatne pióra Essie, Roa spojrzała na Daksa. Gdy zwój dotarł do niego, podpisał, a potem sięgnął po szczyptę piasku z miski przed sobą i posypał nim wilgotny tusz. Następnie zdmuchnął nadmiar piasku, zrolował zwój i przekazał go Roi.
Poczucie ulgi, które zapanowało w sali, było niemal namacalne. Król zobowiązał się spełnić swoje obietnice. Nareszcie uwolnią się od tyranii Firgaardu. Kiedy już było po wszystkim, podniosły się głosy rozmów i swobodne śmiechy. Wniesiono dzban wina, na co Roa zmarszczyła brwi. Od wielu lat jej ojciec nie częstował gości winem. Tylko nieliczni na krzewowiskach mogli sobie na to pozwolić. Zastanawiała się, z czego jej rodzina zrezygnuje w tym miesiącu, by zrekompensować taką rozrzutność.
Dax, nieświadom niczego, nalał wina do dwóch pucharków z czerwonej gliny, po czym leniwym gestem położył rękę na oparciu krzesła Roi. Zaskoczona tą bliskością Essie sfrunęła z ramienia siostry. Roa, bardziej przyzwyczajona do obecności Essie na ręce niż do jej braku – jej skóra po ośmiu latach nosiła już ślady jastrzębich pazurów – natychmiast poczuła chłód.
Dax pochylił się w stronę żony i podał jej pełny kielich.
– Za pokój – powiedział cicho. Owionął ją jego miętowy zapach.
Nie śmiała na niego spojrzeć. Wiedziała, jaki czar rzucają te jego ciepłe, brązowe oczy. Jakie rzeczy potrafią obiecywać te usta. Widywała wystarczająco dużo dziewcząt ulegających urokowi Daksa, by wiedzieć, że musi na niego uważać. Zamiast na twarz, patrzyła więc na jego szyję, gdzie równomiernie pulsowała tętnica. Odebrawszy od niego kielich, powiedziała:
– Za królów, którzy dotrzymują obietnic.
Jego spojrzenie zapłonęło na te słowa. Przez jedno uderzenie serca zdawało jej się, że widzi rozbawienie w jego oczach. Zaraz jednak ten błysk zniknął, ukrył się za łagodnym uśmiechem. Nienawidziła tego uśmiechu. Nienawidziła tego, jaki miał na nią wpływ.
Odstawiła kielich i szybko się podniosła.
– Jeżeli to wszystko – wyciągnęła rękę w kierunku sterty broni na stole; czuła przy tym na sobie uważne spojrzenie ojca – to muszę was opuścić. Mam jeszcze coś do załatwienia.
Zabrała swój nóż i nie czekając na reakcję ojca, odwróciła się i wyszła otwartymi drzwiami. Nawet się nie obejrzała.
Essie podążyła za nią.

Pędziła przez granicę Pieśni. Podkowy Kasztanki uderzały w rozgrzaną, popękaną ziemię, zwiększając odległość między Roą a domem jej ojca. Między nią a młodym królem. Czuła się, jakby szeroki świat, który kiedyś znała – rozległy niczym niebo z zachodzącym słońcem rozciągające się teraz nad jej głową – stał się więzieniem. Co prawda weszła do niego z własnej woli, ale mimo to więzy sprawiały ból.
W połowie drogi do celu poczuła, jak łącze zaczyna ożywać. Odruchowo uniosła głowę, szukając wzrokiem lecącego w górze białego jastrzębia.
Essie.
Mimo dużej odległości między nimi Roa wyczuwała skrępowanie siostry.
Dokąd jedziesz?!, zawołała Essie. Nie zdążysz na Traktament!
Kasztanka zwolniła, gdy Roa odchyliła się w siodle. Całkiem zapomniała, że tego wieczoru odbywa się Traktament. Raz w tygodniu Dom Pieśni organizował kolację dla tych, którzy najdotkliwiej odczuli sankcje Firgaardu. W noce Traktamentów dom zwykle był pełen ludzi. Najbiedniejsi jedli i zabierali ze sobą wszystko, co udało się dla nich zaoszczędzić.
Powinnaś tam być, stwierdziła Essie, wciąż próbując dogonić siostrę. Ty im dajesz nadzieję, Roa.
Jednak powrót do Domu Pieśni oznaczał spotkanie z Daksem. A to znaczyło, że będzie musiała patrzeć, jak on raczy się winem jej ojca i flirtuje ze wszystkimi dziewczętami w jej domu.
Roa zacisnęła szczęki.
Od wielu dni siedziałam przy nim potulnie. Jej myśli buchnęły gwałtownym płomieniem. Jeżeli jeszcze choć przez chwilę będę musiała stać u jego boku, to… Zacisnęła palce na wodzach. Wszystko odwołam.
Mogłaby to odwołać. Małżeństwo nie zostało skonsumowane. Co znaczyło, że wciąż mogło zostać anulowane.
A kto będzie nas chronił, jeśli to zrobisz?, odparła Essie.
No właśnie. Roa sama podjęła tę decyzję. Jej obowiązkiem było zapewnienie bezpieczeństwa swojemu ludowi. Myślała, że to będzie łatwiejsze – wymienić swoją wolność na bezpieczeństwo krzewowisk. Nie zdawała sobie sprawy, że cena będzie o wiele wyższa niż jej wolność.
Głos siostry brzmiał łagodnie i cicho: Powinnaś być ostrożniejsza. Ludzie zaczynają dostrzegać twoje zniknięcia.
Roa znikała co noc, odkąd sześć dni temu przybyli na krzewowiska.
A niech sobie dostrzegają, pomyślała, spinając Kasztankę do galopu.
W oddali czerwonobrązowa ziemia zamieniała się w pasmo zielonego lasu. Roa kierowała się prosto ku ścieżce ukrytej między akacjami. Wjeżdżała na teren cieni, gdzie niegdyś wznosił się dumnie Wielki Dom, który potem popadł w ruinę. Poczuła silną frustrację Essie. Zignorowała to.
Roa. Głos Essie, ledwie nadążającej za koniem w galopie, był niczym gasnący płomyk. Piękne białe skrzydła walczyły z wiatrem. Nie możesz tak po prostu uciekać!
Jestem królową. Mogę robić, co zechcę.
Nie zachowujesz się jak królowa. Myśli Essie stawały się coraz mniej wyraźne. Zachowujesz się jak… przerażone… samolubne… dziecko.
To zabolało.
W odpowiedzi Roa wysłała strumień chłodu ku jastrzębiej sylwetce siostry. Essie odpowiedziała jej takim samym uczuciem, tylko silniejszym.
Na chwilę przed tym, jak Kasztanka zwolniła i weszła między drzewa, biały jastrząb pisnął. Roa poczuła bolesne szarpnięcie. Zatrzymała się, marszcząc brwi. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła Essie – białą plamkę na tle czerwonego nieba – wciąż walczącą z wiatrem, usiłującą dotrzeć do siostry.
Drugie, silniejsze szarpnięcie. Roa syknęła z bólu. Ścisnęła wodze i posłała siostrze wiązkę myśli: Jeśli próbujesz zadać mi ból, to ci się udaje.
Essie nie odpowiedziała.