Słynny rosyjski pisarz, autor „Akimudy”, pisze baśń. Nie jest to jednak baśń zwyczajna, a już na pewno nie należy jej czytać dzieciom. Przed nami fantastyczna gra literacka, której patronuje najbardziej znana spośród literackich podróżniczek po fantasmagorycznych światach – Alicja w krainie czarów Lewisa Carrolla.


Różowa myszMarusia ma jedenaście lat i fala zabrała jej rodziców. Dziewczynka wyrusza na Dno, do podziemnego królestwa, którym rządzi Krab–Olbrzym o wyglądzie portu pełnomorskiego z dziesiątkami dźwigów. Marusia chce uratować rodziców od wiecznej śmierci i sprowadzić ich z powrotem na ziemię. Na dnie, jak to na dnie, czekają na nią straszliwe próby i galeria przedziwnych typów oraz baśniowych postaci, od Małego Księcia po Kubusia Puchatka.

Jednak nie daj się zwieść, Drogi Czytelniku. Jeśli Wiktor Jerofiejew pisze baśń, nie będzie to zwyczajna baśń, a już na pewno nie należy jej czytać dzieciom na dobranoc.

Nie dość, że Dno jest światem do dna zepsutym i okrutnym, to jeszcze perwersyjnym, a ofiarą owych perwersji padnie nasza dojrzewająca pod wodą w bardzo szybkim tempie bohaterka. Dno to świat na opak, ale przede wszystkim Rosja na opak, jak to u Jerofiejewa opisywana bez złudzeń, za to w groteskowym wyolbrzymieniu. Ale to również fantastyczna literacka gra, której patronuje najbardziej znana spośród literackich podróżniczek po fantasmagorycznych światach, Alicja w krainie czarów Lewisa Carrolla.

Wiktor Jerofiejew, autor m.in. „Rosyjskiej piękności” i „Dobrego Stalina”, uważa, że „Różowa mysz” to jego najlepsza powieść. Czasami warto zaufać autorom…

Wiktor Jerofiejew
Różowa mysz
Przekład: Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Agora
Premiera: 15 maja 2019
 
 

Różowa mysz


Część pierwsza. NIC STRASZNEGO

Rozdział 1

Żegnaj, moje tycie życie!

„Ludzie! Ziściło się! Ziemia drży, gromy na niebie, pop… Spełniło się wielkie rosyjskie proroctwo! Pop na kurze gna przed siebie, a popadia idzie pieszo, tyłek swój grzebieniem czesząc. Dokonało się! No i kombinuj teraz, chłopie! We śnie i na jawie cały globus wykrzywił oś, sfiksował, wyleciał z uchwytów. Dokąd pędzisz, Ameryko? Wow, Europa! Rosja już donikąd nie pędzi, za to cofa się rakiem. Muzułmanie, raz-dwa, naprzód marsz! Chiński kraju, daj nam czaju! Po co i za co żyć? W co wierzyć? Ludzie! Runęło wszystko, co mogło runąć, utonęli wszyscy, którzy umieli i nie umieli pływać!”
Tak mówił mój tata. Wymachując rękami.
Tata utonął. Mama też.
Rodzice pewnej małej rosyjskiej dziewczynki utonęli w morzu. Tata i mama. Dziewczynka nieustraszenie wyruszyła na samo dno podwodnego królestwa. Postanowiła uratować rodziców od wiecznej śmierci i sprowadzić ich z powrotem na Ziemię. Przecież bez rodziców została zupełną sierotą!
Na dnie przydarzały się jej rozmaite straszne przygody. Pokonawszy mrok wielu udręk i niedoli, sama dostała się w kleszcze Śmierci, w charakterze której to śmierci pracował na dnie Krab-Olbrzym o wyglądzie portu pełnomorskiego z dziesiątkami dźwigów.
Nie, nie jakiś tam kretyński Kościej Nieśmiertelny z prastarej baśni zaczął dręczyć dziewczynkę, lecz ogromny, potężny wysłannik przyszłości… Miał wiele przydomków. Im straszniejsze plugastwo – tym więcej nazw! Niektórzy mieszkający na dnie Chińczycy ze zgrozą nazywali tego potwora Widmem z Szanghaju.
Krócej mówiąc, tą dziewczynką byłam ja, i łzy rozpaczy trysnęły z moich, a nie czyichś innych oczu.
Jeszcze krócej mówiąc, kiedy Krab-Olbrzym o czerwono-pomarańczowym pancerzu ścisnął mnie mocarnymi szczypcami, tak się przeraziłam, tak się zlękłam, że aż się posikałam! Jednak nawet nie zauważyłam, że się posikałam. Dlatego, że bardzo się zlękłam. A kiedy nagle poczułam, że się posikałam, w ogóle nie było mi wstyd. Bo wy na moim miejscu też byście się posikali…
Z tego przerażenia mignęło mi przed oczami całe moje dotychczasowe maleńkie, tycie życie, od szczęśliwego zarania do samego dna. Stojąc na kosmatych, dygoczących ze złości, ale mimo to mocnych nogach, wytrzeszczywszy oczy-peryskopy, ON zaczął mnie dusić przed wciągnięciem do swojej cuchnącej paszczy.
I oto jestem już w tej cuchnącej paszczy, zaraz mnie pochłonie! Żegnaj, moje maleńkie, tycie życie! Krzyczę ochryple:
– Mamo! AAAAAAA!!!
Już się odłączam, ugasam, już po mnie. A w głowie kołacze:
– Jak to tak? Koniec! Jak to tak?

Rozdział 2

SYYY… GRUDZIEŃ W MOSKWIE

– Syyy… – świsnęła Różowa Mysz. – Aż mnie pot oblał! Ale w tym śnie tylko się posikałaś?
– Co?
– No to, że się nie sfajdałaś!
– Nie, tylko się posikałam.
– Syyy! Czy zauważyłaś, że dla zwierząt, a i dla ludzi też, sikanie to przyjemność, a robienie kupy męka?
– Syyy! – przedrzeźniam Mysz. – Dlaczego jesteś dziś taka ordynarna?
– Nastały ordynarne czasy. Innych się nie przewiduje. Kiedy kończy ci się dzieciństwo? Syyy?
– Sama jesteś Syyy! – Rozzłościłam się.
To „Syyy” działa u niej we wszystkich możliwych przypadkach i trybach: jako wołacz, dopełniacz, tryb rozkazujący – to podstawowy świst-gwizd jej mysiego języka.
– Spójrz na zegarek! – poleciła Różowa Mysz. – Gdzie jest twój stary babciny, ze wskazówkami? Gdzie twój budzik wielkości utuczonego królika? Do końca dzieciństwa zostało ci parę tygodni.
– Jak ja zdążę uporać się ze wszystkim?
– Stoisz na samej krawędzi bajki.
– Krawędź już była. Teraz skoczę w przepaść.
– Jak znalazłaś się na dnie morza?
– Rodzice nie chcieli witać Nowego Roku w Moskwie.
– Syyy! Więcej szczegółów!
Różowa Mysz obwąchuje klawiaturę komputera jak kawałek smakowitego sera:
– Czuję natchnienie! Wiesz? Najbardziej na świecie lubię ser gruyère! Ach, gruyère, gruyère… Syyy! O serze mogę nawijać latami… Kiedy jest mi strasznie albo wesoło, myślę o serze… Gruyère jest lepszy niż muzyka Mozarta! Nawet lepszy niż słońce! Ementaler to też cudo! Bryła ementalera waży średnio siedemdziesiąt pięć kilo!
– A ja… Gdyby to ode mnie zależało, wszystkim ludziom na świecie podarowałabym chomiczka – wtrąciłam.
– Ale chomiczków nie wolno przewozić przez granicę – zauważyła Różowa Mysz. – Zresztą z serami na granicy też bywają kłopoty. A tak z ręką na sercu najbardziej lubię parmezan! Wyobrażasz sobie? Wiesz co, napiszmy książkę!
– O serach? – mruczę. – Widzę, że lubisz parmezan trochę bardziej niż mnie.
– Coś ty! – Mysz się przestraszyła. – Nie nadeptuj mi słowami na łapki! To boli! Nie, książka nie będzie o serach… Będzie o Car–Dnie! O bezkresnym imperium podwodnym!
Mysz momentalnie popadła w zadumę.
Za oknem świeci ubogie styczniowe słońce. Różowa Mysz zaciera łapki:
– Marusiu, zaczynamy?
Mruży oczy, patrzy w okno:
– Temu słońcu chciałoby się dać jałmużnę.
– Fakt, to nie lipiec! – przytakuję.
– Twoi rodzice dają jałmużnę żebrakom?
– Tata owszem, kiedy stoi w korku. A mama klnie, że to nie żebracy, ale mafia!
– Nawet jeśli nie mają nóg?
– Mama mówi, że chowają nogi pod siebie…
– Dlaczego twoi rodzice nie chcieli świętować Nowego Roku w Moskwie?
– O, to cała historia! – Klaskam w dłonie. – Żeby ją poznać, musimy zajrzeć do głowy taty.

Rozdział 3

KREML

Mój tata to Własne Zdanie. Na wszystko-wszyściutko ma swój niezależny pogląd. Każdego ranka, który zaczyna się u niego nie wcześniej niż w porze obiadu, czyta przy stole okropne wiadomości w Internecie, z zadowoleniem zakąszając je jajecznicą z dwóch jaj i pomidorów oraz chrupiącymi grzankami albo kaszą gryczaną z mlekiem.
– Idioci! Barbarzyńcy! Niewolnicy! Bękarty! Sukinsyny! Naiwni ludzie! – słychać jego gniewne komentarze.
Ma się wrażenie, że codziennie ogląda serial przygodowy o Papuasach z Nowej Gwinei. Dawniej, kiedy jeszcze mnie nie było, wyrażał swoje Własne Zdanie wszędzie, gdzie tylko chciał: w telewizji, w radiu, w prasie. Teraz, jak powiada, wolność się skurczyła, ale i tak pozostał panem całej głowy. Niemniej przed sylwestrem nawet w głowie taty powstawał zamęt. Przecież mój tata jest taki mądry, że aż głupi! Do Nowego Roku było ciut ponad tydzień. A tu nie wiadomo, z kim ten Nowy Rok witać.
Jeśli pójdziemy do Iwanowów, roztrząsała tatusiowa głowa, będzie co smacznie zjeść i porządnie wypić, ale Iwanowowie mają kotkę Żuczkę. Tak, Żuczkę! Ona drapie! Poprzednim razem podarła opalizujące rajstopy mojej żony Eleny Pietrowny. Do diabła z Iwanowami!
Z drugiej strony, łamała głowę tatusiowa głowa, jeśli wybrać się do Gonczarowów, to oczywiście będzie u nich wesoło, ale mogą tam podrywać Elenę Pietrownę, jest piękna. Zmuszą ją do palenia na zimnym balkonie, obleją szampanem… W takim przypadku nad ranem będę musiał stchórzyć albo z kimś się bić.
Można, rzecz jasna, pójść do Wodostokowów. Tam jednak czyha pułapka: rozmowa może przypadkiem zejść na pieniądze. Jestem im winien pieniądze. Ile? Dużo! A nie mam. Kto dziś ma pieniądze? I w ogóle to chamstwo z ich strony, żeby w sylwestra wypominać, kto komu i ile jest winien!
Chętnie powitałbym Nowy Rok z Pietruchinem, ale u niego nie da się nie upić i nie otworzyć duszy na oścież. To zaś w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczne. A bo to mało ma człowiek w duszy rzeczy niedozwolonych?
Z siódmej strony… Straciłem rachubę! Siódma strona – to marzenie! Wybrać się na sylwestra do profesora Gula! Prestiżowe towarzystwo. Profesorowie, chirurdzy, stomatolodzy, dermatolodzy. Piją różowego szampana. Ale przeważnie nas nie zapraszają!
Zostają Noskowowie… Cóż – żona Noskowa to Ukrainka! No i co z tego? – denerwuje się tatusiowa głowa. Boże, jak zmienił się ten świat! Ze wszystkich szczelin wyłazi wojna!
Mam przyjaciela, generała Pietrowa. Ech, do niego by! Pietrow to człowiek przyszłości. Wszyscy wojskowi łżą, od szeregowego po generała. Ale generałowie łżą pięknie. W przyszłym roku, powiada Pietrow, będziemy pić wódkę nad brzegami pokonanej Tamizy. W tym celu, wyjaśnia, trzeba tylko zabić trzysta tysięcy osób… Oczywiście nie żal mi ich, myśli tatusiowa głowa, po to są żołnierzami, żeby umrzeć za ojczyznę, ale mimo wszystko to duża wojna, a ja nie jestem jeszcze wewnętrznie gotów na taki rozlew krwi.
A moja żona Lena, najeża się tatusiowa głowa, woła z sypialni: pójdziemy powitać Nowy Rok do moich przyjaciółek! To nie Ukrainki! Po prostu nasze ojczyste kretynki!
Możemy jeszcze pójść do liberałów. Ale im nie dogodzisz! Ze wszystkiego są niezadowoleni, z wyjątkiem samych siebie! Wasilij Arkadijewicz pracuje w prywatnym banku i jest bardzo niezadowolony, że w kraju nastąpił totalny krach. Przecież to jest, krzyczy, przestępstwo! Przyjdziesz do niego witać Nowy Rok, a on w kółko: krach! krach! – i będzie straszyć rozpadem państwa… Przy takim krachaniu nawet jego czarny kawior nie sprawi żadnej przyjemności!
W rezerwie pozostają jeszcze krewni, kręci tatusiowa głowa. W najgorszym razie można by do krewnych… Wujek Wołodia wiecznie milczy. Jego syn Kostik jest głęboko religijny i przestrzega postu, w Nowy Rok je kaszę mannę na wodzie. Jego przyjaciel, ojciec Paweł, z niewiadomych powodów uważa mnie za Żyda. I znów całą noc będziemy roztrząsać, czy jestem Żydem, czy Żydem nie jestem!
Ciekawe, zastanawia się tatusiowa głowa, jak spędzi sylwestra mój dawny kolega z roku Maksim Gąsior-Kompotow! Maks znany jest milionom telewidzów ze swej miłości do Prezydenta. Za to o Ameryce mówi jak o wściekłym psie. Też nie jestem specjalnym wielbicielem Ameryki, w ogóle Anglosasi mnie wkurzają, ale nie mam zamiaru z tego powodu pozbywać się amerykańskich dżinsów!
A wczoraj w nocy, konfidencjonalnie westchnęła tatusiowa głowa, w ogóle była jakaś bzdura… Mam sen: dzwoni telefon. Rozwlekając słowa, mówi kobiecym głosem:
– Iwanie Iljiczu, sam Dziadek Mróz zaprasza pana na Kreml, na powitanie Nowego Roku. W wąskim gronie. Będzie dziesięciu najlepszych ludzi w Rosji, w tej liczbie także pan.
– Mnie? Na Kreml? Na choinkę noworoczną? Co to za wygłupy?
– Niechże się pan zlituje!
– Przecież wcale nie jestem najlepszy! No, może nie jestem najgorszy, nie popadajmy w skrajności, ale też nie najlepszy.
– Jest pan oczekiwany na Kremlu!
– No i dlaczego ja przed nimi skapitulowałem?
Milczenie.
– Mam przyjść sam czy z Leną?
Ale kobiecy glos już się rozłączył. Myślałem, myślałem, w końcu postanowiłem pójść z Leną. Lena oczywiście w kosmos nie lata, ale jakże zostawić moją miłość samą w Nowy Rok?
Wystroiliśmy się z Lenką jak mogli, pojechaliśmy trolejbusem na Kreml. Wchodzimy. Wita nas Śnieżynka: rajstopy z wzorkiem w morskie wodorosty.
– Kochani, od razu do Dziadka Mroza!
Pomilczałem przez chwilę, a potem spytałem:
– Kim on dla ciebie jest? Dziadkiem czy co?
– Dlaczego dziadkiem? To mój mąż!
– Jak to „mąż”? – zdziwiła się Lena. – Ile masz lat?
– Osiemnaście i jeden dzień!
– No to w takim razie… – mówię – wszystkiego najlepszego z okazji tych lat minionych!
Wchodzimy do sali. Jest cała ze złota. Powłazili do niej wszyscy z telewizorów. Najbardziej znane twarze z uśmiechami różowych lal. Na przedzie, w wydzielonym boksie – pierwsze gęby. Dalej – pierwsze ryje. A w przegródkach podskakują pierwsze mordy. Zestaw w komplecie. Pierwsze pyski śmieją się i mówią, że miniony rok był najbardziej zwycięski ze wszystkich, że lepszego roku w historii kraju się nie znajdzie, chociaż cała nasza historia to autostrada. Pędzisz nią na oślep, a równocześnie stoisz w miejscu… Już czas, mówi morda, skończyć ze zdrajcami i dolarami.
Energicznie wchodzi Dziadek Mróz:
– Nowy Rok ogłaszam za otwarty!
Rozdaje wszystkim w prezencie po walizce nowiutkich banknotów i po parze zabytkowych zegarków od samego Beaumarchais, o których nawet im się nie śniło, życzy nowego szczęścia. Walizki nie wywierają na nich wrażenia, ale zegarki oglądają z dziecinnym zachwytem. Śnieżynka w wyzywających rajstopach:
– Oboje z Dziadkiem najbardziej kochamy Rosję, właśnie dlatego jesteśmy na Kremlu, my, jedyni prawdziwi, wszyscy inni dziadkowie mrozy i śnieżynki to lipa i podróba!
– To prawda – przytakuje Dziadek Mróz. – Jesteście jedynym krajem, który wciąż jeszcze we mnie wierzy. Niech żyje wasz pierwotno-wojskowy ustrój! – Przywołuje mnie palcem: – Chodźmy, Własne Zdanie, porozmawiać na osobności!
Przechodzimy do sąsiedniego pokoju, zamykamy drzwi na klucz. Ze zdenerwowania od razu zapaliłem biełomora – palę papierosy wyłącznie tej marki przez pamięć o represjonowanych… Tyle że z każdym rokiem coraz trudniej dostać biełomory.
– Chcesz? – Podsuwam paczkę.
Puszczamy dymka. Myślałem, że da mi pieniądze, a on powiada:
– Odpowiadaj w imieniu całego narodu! Jesteś zadowolony z życia?
Obejrzałem się na wszystkie strony.
– Po co pytasz?
– Jeśli naród nie jest zadowolony, zamrożę ich wszystkich!
Oj, myślę sobie, noworoczna prowokacja!
– Jakże ich zamrozisz, skoro jest tam moja miłość, piękna Lena?
– Jak chcesz, to twojej piękności nie zamrożę. A co do reszty sam decyduj.
– Boję się, że jak ich zamrozisz, to przyjdą jeszcze gorsi…
– Tchórz!
– Jaki tchórz! Po prostu znam historię swojego kraju!
– Twój kraj nie ma żadnej historii. – Dziadek Mróz jest niezadowolony. – Wszyscy żyjecie niczym w świecie baśni!
Odwraca się – i do złotych drzwi. Nie wytrzymuję:
– Stój!
Dziadek Mróz wyhamowuje. Odgasza peta o podeszwę.
– A nie chcesz dać mnie i Lenie walizki pieniędzy?
– Po co? – Podejrzliwie mruży oczy.
Spieniłem się:
– Jak to po co, ty mroźna pokrako?!
I widzę przed sobą zaspaną twarz Leny.
– Czemu się tak wydzierasz?
– Jak to czemu? On nie chce nam dać walizki pieniędzy!
– Śpij, przygłupie – mówi moja żona Lena. – Śpij do lepszych czasów! Śpij! Śpij! Śpij!
„Eeee… – myśli z goryczą tatusiowa głowa, przytuliwszy się do Leny w małżeńskim łożu – szkoda, że nie kazałem ich wszystkich zamrozić… Może wtedy dostalibyśmy z Lenką całą walizkę nowiutkich pieniędzy!”
Tata obraził się, że jego, pana całej głowy, pominięto z tą walizką. Rodzice zrozumieli, że na Nowy Rok nie zaświeci im w Moskwie żadne światełko.
– Moja twarz biegnie przede mną. Ludzie rozpoznają mnie w tłumie na ulicy. I co z tego? – oznajmił tata. – Wyjechać z Moskwy, to jest myśl!