Dramatyczny pościgi, nagłe zaginięcia, nieoczekiwany powrót i zaskakujące zwroty akcji. Aloysius Pentergast, jego demoniczny brat Diogenes oraz intrygująca Constance powracają w XVI tomie znakomitej serii Douglasa Prestona i Lincolna Childa. Słynny duet pisarski powraca z kolejną częścią najbardziej nieprzewidywalnej serii thrillerów.


Obsydianowa komnataSmutek zagościł na 891 Riverside Drive. Constance Green opłakuje agenta A.X.L Pendergasta. Także wierny kierowca i lokaj Proctor oraz pani Trask nie mogą pogodzić się ze zniknięciem Aloysiusa.

Atmosferę przygnębienia przerywa nieoczekiwane porwanie Constance. Proctor nie traci ani chwili i rusza w dramatyczny pościg za podopieczną agenta i jej porywaczem, który ciągle wymyka mu się o włos. Szalona determinacja zaprowadzi w końcu dzielnego lokaja wprost na kontynent afrykański, gdzie trop nagle się urwie…

Świat agenta Pendergasta zdążył już przyzwyczaić czytelników do tego, że nic nie jest w nim tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Boleśnie uświadomi to sobie Constance, ale także znienawidzony przez nią Diogenes. Czy tych dwoje połączy jeszcze jakaś wspólna sprawa? I czy dziwne roztargnienie, które odczuwa ostatnio podopieczna Pendergasta to tylko objaw smutku i zmęczenia, czy może powoli do bohaterki zbliża się śmierć?

Jak zawsze odpowiedzi na najbardziej dręczące pytania ukryte są w najmniej spodziewanym miejscu. A te najmroczniejsze spoczywają w tajemniczej komnacie. Czy Constance będzie miała odwagę zajrzeć w głąb czarnego wnętrza? Szczególnie, gdy okaże się, że nawet najbliżsi skrywają ciemną stronę…

Douglas Jerome Preston i Lincoln Child to amerykańscy pisarze, którzy najbardziej znani są ze współpracy przy bestsellerowej serii o agencie Pendergaście. Obaj specjalizują się w powieściach nawiązujących do gatunku techno-thriller, przy czym Preston doskonale odnajduje się w literaturze faktu, a Child także w horrorze. Powieści napisane wspólnie przez Prestona i Childa zwracają uwagę przede wszystkim poważnym podejściem do wiarygodnego i naukowego uzasadnienia rozgrywających się wydarzeń. Obaj pisarze przed rozpoczęciem prac nad książką robią solidny research naukowy. To właśnie dzięki temu czytelnik ma poczucie, że choć przygody bohaterów początkowo wydają się niewiarygodne, to za sprawą drobiazgowych wyjaśnień zyskują na autentyczności.

Lincoln Child, Douglas Preston
Obsydianowa komnata
Przekład: Jan Kraśko
Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 16
Wydawnictwo Agora
Premiera: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Obsydianowa komnata


PROLOG

8 listopada

Proctor delikatnie uchylił podwójne drzwi, wpuszczając do biblioteki panią Trask, która niosła srebrną tacę zastawioną serwisem do herbaty.
Bibliotekę, mroczną i wyciszoną, oświetlał jedynie ogień dogasający w kominku. Przed kominkiem w wysokim fotelu siedziała nieruchoma postać, ledwo widoczna w rozmytym świetle. Pani Trask podeszła do niej i postawiła tacę na stoliku.
– Pomyślałam, że zechce się pani napić herbaty, panno Greene.
– Nie, dziękuję – odparła cicho Constance.
– To pani ulubiona. Jaśminowa, pierwszorzędna. Przyniosłam także magdalenki. Świeżutkie, upiekłam dziś rano. Wiem, jak bardzo je pani lubi.
– Nie jestem szczególnie głodna. Ale dziękuję, że zadała pani sobie trud.
– Zostawię je na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie. – Pani Trask uśmiechnęła się z matczyną troską, odwróciła i ruszyła do drzwi. Gdy mijała stojącego w nich Proctora, uśmiech zniknął, ponownie ustępując miejsca wyrazowi niepokoju.
– Nie będzie mnie tylko kilka dni – powiedziała półgłosem. – Do weekendu moją siostrę powinni już wypisać ze szpitala. Na pewno sobie poradzicie?
Proctor kiwnął głową, odprowadził ją wzrokiem – pani Trask wróciła spiesznie do kuchni – po czym znów spojrzał na siedzącą w fotelu postać.
Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd Constance zjawiła się ponownie na Riverside Drive 891. Wróciła posępna i milcząca, bez agenta Pendergasta, ani słowem nie wyjaśniając, co się właściwie stało. Proctor – szofer Pendergasta, jego były podwładny z czasów wojska, a obecnie prawa ręka do spraw bezpieczeństwa – uznał, że pod nieobecność chlebodawcy to on powinien pomóc Constance przejść przez to, przez co właśnie przechodziła. Namówienie jej do tego, żeby zechciała cokolwiek powiedzieć, wymagało czasu, cierpliwości i nie lada wysiłku, mimo to jej relacja wciąż nie miała zbyt wielkiego sensu. Wiedział jednak na pewno, że gdy zabrakło gospodarza, wielki dom przy Riverside Drive 891 bardzo się zmienił – zmienił się całkowicie. Zmieniła się także Constance.
Po powrocie z Exmouth w stanie Massachusetts, gdzie pomagała Pendergastowi prowadzić prywatne śledztwo, na wiele dni zamknęła się w swoim pokoju, bardzo niechętnie przyjmowała posiłki. Gdy w końcu wyszła, wymizerowana i blada jak duch, zdawała się zupełnie inną osobą. Proctor znał ją od zawsze jako kobietę pewną siebie, powściągliwą i opanowaną, tymczasem teraz a to apatyczna, a to pełna niespokojnej energii krążyła po holach i korytarzach, jakby ciągle czegoś szukała. Przestała się interesować wszystkim tym, co ją kiedyś pochłaniało: badaniem historii rodziny Pendergasta, studiami antykwarycznymi, czytaniem i grą na klawesynie. Po kilku krótkich i nerwowych wizytach, jakie złożyli jej porucznik D’Agosta, kapitan Laura Hayward i Margo Green, nie chciała już nikogo widzieć. Proctor miał wrażenie, że nieustannie ma się na baczności; nie znalazł na to lepszego określenia. Iskierka dawnej Constance rozbłyskiwała w niej niezmiernie rzadko, tylko wtedy, kiedy dzwonił telefon albo kiedy Proctor przynosił jej odebraną ze skrytki pocztę. Jakby wciąż i wciąż miała nadzieję, że Pendergast jednak się odezwie. Ale on uparcie milczał.
Mimo że pewien wysoki rangą urzędnik FBI zarządził poszukiwania i wszczął oficjalne śledztwo poza zasięgiem mediów, Proctor postanowił rozpocząć swoje i zebrać jak najwięcej informacji na temat zaginięcia chlebodawcy. Dowiedział się, że poszukiwania ciała trwały pięć dni. Ponieważ zaginiony był agentem federalnym, zaangażowano w nie wyjątkowe siły. Szukając jakichkolwiek śladów, choćby strzępków ubrania, kutry Straży Wybrzeża dokładnie spenetrowały wody w okolicach Exmouth, a Gwardia Narodowa przeczesała wybrzeże od granicy New Hampshire aż po Cape Ann. Płetwonurkowie uważnie obejrzeli skały, na których mogło uwięznąć wyniesione przez prądy ciało, zbadano sonarem dno. Jednak nie znaleziono nic. Sprawa wciąż była oficjalnie otwarta, lecz skłaniano się ku niewypowiedzianemu wnioskowi, że Pendergast – ciężko ranny w walce, zmagający się ze zdradzieckim odpływem, osłabiony przez przybój i narażony na niską temperaturę (dziesięć stopni Celsjusza) – po prostu utopił się na otwartym morzu i jego zwłoki spoczęły w głębinach. Ledwie przed dwoma dniami jego adwokatowi – wspólnikowi w jednej z najstarszych i najbardziej dyskretnych kancelarii prawniczych w Nowym Jorku – udało się skontaktować z Tristramem, jedynym żyjącym synem Pendergasta, i przekazać mu smutną nowinę o zaginięciu ojca.
Proctor podszedł bliżej i usiadł obok Constance. Gdy siadał, zerknęła na niego z bladym uśmiechem, po czym znów spojrzała w ogień. Migotliwe światło rzucało cienie na jej fiołkowe oczy i krótko podcięte ciemne włosy.
Odkąd wróciła, Proctor się nią opiekował. Wiedział, że właśnie tego chciałby jego chlebodawca. Jej niepokój wzbudzał w nim nietypowe dla niego opiekuńcze uczucia – czysty paradoks, ponieważ w normalnych okolicznościach Constance była ostatnią osobą, która pragnęłaby czyjejś opieki. Mimo to wyraźnie czuł, że cieszy ją ta atencja.
Wyprostowała się.
– Proctorze, postanowiłam zejść na dół.
To nagłe oświadczenie zbiło go z tropu.
– To znaczy… tam? Tam gdzie przedtem?
Constance nie odpowiedziała.
– Dlaczego?
– Żeby pogodzić się z nieuchronnym. Żeby się tego nauczyć.
– Dlaczego nie może pani zrobić tego tutaj, z nami? Nie może pani tak po prostu…
Constance odwróciła się i przeszyła go tak ostrym spojrzeniem, że zamarł. Natychmiast zrozumiał, że niczego jej nie wyperswaduje, że to beznadziejne. Ale kto wie, może znaczyło to, że w końcu zaczynała oswajać się z myślą, że Pendergast nie wróci? Może to jakiś postęp? Może.
Wstała.
– Napiszę list do pani Trask z listą rzeczy, które ma zostawiać dla mnie w windzie służbowej. Będę jadła jeden gorący posiłek dziennie, o ósmej wieczorem. Ale nie przez pierwsze dwa dni, muszę odpocząć od nadmiaru opieki. Poza tym pani Trask nie będzie i nie chciałabym narażać pana na niewygody.
Proctor też wstał. Ujął ją za ramię.
– Constance, proszę mnie wysłuchać…
Spojrzała na jego rękę, a potem popatrzyła mu w oczy takim wzrokiem, że natychmiast zwolnił uścisk.
– Dziękuję, że zechciał pan uszanować moje życzenia.
Stanęła na palcach i ku jego zaskoczeniu lekko pocałowała go w policzek. Potem odwróciła się i idąc niemal jak lunatyczka, skierowała się w stronę przeciwległego krańca biblioteki, ku windzie służbowej ukrytej za fałszywymi regałami. Rozsunęła je, wślizgnęła się do kabiny, zamknęła ją za sobą i… zniknęła.
Proctor długo patrzył w to miejsce. Zupełny obłęd. Pokręcił głową. Nieobecność Pendergasta kładła się cieniem na całym domu, na nim też. Musiał pobyć trochę sam, musiał to przemyśleć.
Wyszedł z biblioteki, przeciął hol, otworzył drzwi do wyłożonego dywanami korytarza i wszedł na rozchwierutane schody prowadzące do dawnych kwater dla służby. Na drugim piętrze skręcił w kolejny korytarz i po kilkunastu krokach stanął przed drzwiami swojego niewielkiego mieszkania. Otworzył je i wszedł do środka.
Powinien był oprotestować jej plan bardziej stanowczo. Pod nieobecność Pendergasta to on za nią odpowiadał. Ale niczego by to nie zmieniło, dobrze o tym wiedział. Już dawno się przekonał, że choć dałby radę niemal każdemu, wobec niej był kompletnie bezbronny. Z czasem, pomyślał, z delikatną zachętą z mojej strony, Constance pogodzi się z odejściem Pendergasta, powróci do żywych i…
Obleczona w rękawiczkę ręka błyskawicznie objęła go od tyłu i z potężną siłą ścisnęła klatkę piersiową.
Choć zaskoczony, zareagował odruchowo, gwałtownie pochylając się w dół i próbując pozbawić napastnika równowagi, jednak ten się tego spodziewał i pokrzyżował mu plany. W tej samej chwili poczuł ukłucie igły zagłębiającej się w kark. Zamarł.
– Jakikolwiek ruch byłby wielce niewskazany.
Ten dziwny, jedwabisty głos – natychmiast go rozpoznał. Zastygł bez ruchu. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak zaskoczyć. Jak to możliwe? Nie uważał, był pochłonięty myślami. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Zwłaszcza że miał do czynienia z największym wrogiem Pendergasta.
– Jesteś dużo lepiej wyszkolony w sztuce walki wręcz – ciągnął aksamitny głos. – Dlatego pozwoliłem sobie wyrównać szanse. To, co tkwi w twojej szyi, to oczywiście igła. Jeszcze nie nacisnąłem tłoczka. W strzykawce jest pentotal sodu, bardzo silna dawka. Poproszę cię raz i tylko raz: potwierdź gotowość do współpracy, rozluźniając mięśnie ciała. Od twojej reakcji zależy to, czy wstrzyknę ci dawkę znieczulającą, czy też… śmiertelną.
Proctor rozważył dostępne opcje. I rozluźnił mięśnie.
– Znakomicie – kontynuował głos. – O ile dobrze pamiętam, nazywasz się Proctor, prawda?
Proctor nie odpowiedział. Na pewno będzie miał okazję, żeby odwrócić sytuację. Zawsze jest jakaś okazja, musiał tylko pomyśleć.
– Obserwuję tę rodzinną rezydencję od dłuższego czasu. Pan domu wyjechał, wygląda na to, że na zawsze. Ponuro tu jak w grobie. Aż dziw bierze, że nie nosicie się na czarno.
Proctor błyskawicznie analizował różne scenariusze. Musiał wybrać jeden i go zrealizować. Potrzebował tylko czasu, trochę więcej czasu, wystarczyłoby kilka sekund…
– Nie jesteśmy w nastroju na pogawędkę? Nie szkodzi. Mam na głowie mnóstwo spraw, pozwolisz więc, że się pożegnam, życząc ci dobrej nocy.
Gdy tłoczek ruszył, Proctor zdał sobie sprawę, że jednak zabrakło mu czasu i że – ku swemu wielkiemu zaskoczeniu – całkowicie zawiódł.

1

Wypływał z atramentowych głębin. Powracał do świadomości długo i powoli, jednak w końcu otworzył oczy. Powieki miał tak ciężkie, że omal znów nie opadły. Co się stało? Leżał bez ruchu, badając wzrokiem otoczenie. I po chwili zrozumiał: to podłoga, podłoga w saloniku.
Jego własnym saloniku.
„Mam na głowie mnóstwo spraw…”.
Nagle wszystko wróciło do niego w oszalałym pędzie. Spróbował wstać, lecz nie zdołał. Spróbował ponownie i tym razem z wielkim trudem udało mu się usiąść. Czuł się tak, jakby zamiast ciała miał wór mąki.
Spojrzał na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Był nieprzytomny ponad pół godziny.
Pół godziny. Bóg wie, co mogło się przez ten czas wydarzyć.
„Mam na głowie mnóstwo spraw…”.
Z heroicznym wprost wysiłkiem chwiejnie wstał. Musiał przytrzymać się stołu, bo pokój zakołysał się na wszystkie strony. Żeby szybciej otrzeźwieć, gwałtownie potrząsnął głową i postał przez chwilę, aby odzyskać pełnię władz umysłowych i fizycznych. Potem otworzył pojedynczą szufladę w stole, wyjął z niej glocka 22 i wetknął go za pasek spodni.
Drzwi były otwarte i widział przez nie główny korytarz w skrzydle dla służby. Ruszył w tamtą stronę jak pijany, przytrzymał się futryny, dotarł do wąskich schodów i kurczowo chwytając się poręczy, na wpół zszedł, na wpół zsunął się na parter. Towarzyszący temu wysiłek i poczucie najwyższego niebezpieczeństwa pomogło wyostrzyć zmysły. Przeszedł krótkim korytarzem i otworzył drzwi prowadzące do ogólnie dostępnych pomieszczeń.
Przystanął, żeby zawołać panią Trask. Ale szybko z tego zrezygnował. Obwieszczanie swojej obecności nie było wskazane. Poza tym pani Trask pewnie już wyszła, wyjechała do chorej siostry. Zresztą to nie jej groziło największe niebezpieczeństwo. Największe niebezpieczeństwo groziło Constance.
Wstąpił na marmurową posadzkę, chcąc wejść do biblioteki, zjechać windą do podziemi i zrobić wszystko, aby ją chronić. Jednak przed szeroko otwartymi drzwiami ponownie przystanął. W środku dostrzegł przewrócony stolik, walające się na dywanie książki i papiery.
Szybko się rozejrzał. Po prawej stronie, w sali recepcyjnej o ścianach zabudowanych szafkami pełnymi dziwacznych eksponatów, panował bałagan. Ktoś strącił etruską urnę z cokołu i jej szczątki walały się teraz na podłodze. Wielka waza ze świeżo ściętymi kwiatami – pani Trask codziennie je zmieniała – która zawsze stała na środku sali, leżała teraz roztrzaskana na marmurowej posadzce, a wraz z nią, w kałużach wody, dwa tuziny róż i lilii. Drzwiczki jednej z szafek na drugim końcu sali, tuż przy wejściu do jadalni, były otwarte na oścież, mocno przekrzywione i prawie wyrwane z zawiasów. Wyglądało to tak, jakby ktoś się ich rozpaczliwie chwycił, żeby stawić opór przeciwnikowi i nie dać się nigdzie zawlec.
Wszystkie ślady aż zbyt wyraźnie wskazywały na to, że doszło tu do straszliwej walki. Wszystkie przecinały salę recepcyjną, prowadząc w stronę głównych drzwi domu i… rozciągającego się za nimi świata.
Proctor pobiegł przed siebie. Porozrzucane książki i dokumenty, poprzewracane krzesła, przewrócony laptop – w długiej, wąskiej jadalni mignął mu stół, przy którym jeszcze do niedawna Constance badała historię rodziny Pendergasta. Na końcu pomieszczenia, tam gdzie zaczynał się frontowy hol, ujrzał coś jeszcze bardziej niepokojącego – ciężkie drzwi, które prawie zawsze były zamknięte na klucz i rzadko kiedy otwierane, stały teraz uchylone, wpuszczając do holu jaskrawe światło dnia.
Chłonąc to wszystko z narastającym przerażeniem, usłyszał nagle zza otwartych drzwi przytłumiony głos kobiety wołającej o pomoc.
Choć wciąż miał zawroty głowy, wyjął zza pasa pistolet i popędził w tamtą stronę. Przebiegł pod łukowatym przejściem, przeciął frontowy hol, kopniakiem otworzył drzwi na oścież, wypadł na dwór, przystanął pod portykiem i zbadał wzrokiem teren.
Na końcu podjazdu, przodem do ulicy, na jałowym biegu czekał lincoln navigator z przyciemnionymi oknami. Tylne drzwi były otwarte i stała przy nich Constance ze związanymi z tyłu rękami. Stała plecami do niego i gwałtownie się szarpała, jednak po obciętych na pazia włosach i oliwkowym trenczu poznał, że to ona. Jakiś mężczyzna, też stojący przodem do ulicy, wpychał ją właśnie na tylne siedzenie lincolna, już zatrzaskiwał drzwi.
Proctor poniósł pistolet i wystrzelił, lecz tamten przeskoczył przez maskę samochodu, zanurkował do środka i kula chybiła celu. Druga zrykoszetowała na kuloodpornej szybie i w tej samej chwili wóz ruszył, gwałtownie przyspieszył, w kłębach dymu z palonej gumy wyjechał na ulicę i z wciąż szarpiącą się za tylną szybą Constance szybko znalazł się poza zasięgiem strzału.
Ułamek sekundy przed skokiem do samochodu porywacz odwrócił się do Proctora i spotkali się wzrokiem. Dziwne oczy, jedno zielone, drugie białawoniebieskie, blada cera, wyraziste rysy twarzy, bijące z niej okrucieństwo, starannie wypielęgnowana broda, rude włosy – nie sposób go było z nikim pomylić. Proctor miał przed sobą Diogenesa, brata i nieprzejednanego wroga Pendergasta w jednej osobie, człowieka, którego – jak wszyscy myśleli – Constance zabiła przed ponad trzema laty.
I który właśnie odżył. Żeby ją uprowadzić.
W jego oczach było tyle dzikości, tyle mrocznego, perwersyjnego triumfu, że przez krótką chwilę nawet stoicki Proctor czuł się bezradny. Jednak paraliż trwał tylko ułamek sekundy. Otrząsnąwszy się z przerażenia i pokonawszy skutki działania pentotalu sodu, puścił się w pościg, pędząc przez podjazd i jednym susem przeskakując przez równo przycięty żywopłot.