Dramatyczny pościgi, nagłe zaginięcia, nieoczekiwany powrót i zaskakujące zwroty akcji. Aloysius Pentergast, jego demoniczny brat Diogenes oraz intrygująca Constance powracają w XV tomie znakomitej serii Douglasa Prestona i Lincolna Childa.


Karmazynowy brzegMówią o nim „współczesny Sherlock Holmes”, bo ma nosa do rozwiązywania najbardziej zagmatwanych spraw, chadza swoimi ścieżkami i jest mistrzem dedukcji. Aloysius Pendergast żyje w XXI wieku w Nowym Jorku i jest bardzo nietypowym agentem FBI. Mieszka w luksusowej rezydencji, w jego garażu stoi Rolls-Royce z 1959 roku. Wszystkie garnitury Pendergasta są szyte ręcznie we Włoszech, a buty w pracowni Johna Lobba w Londynie. To nie przeszkadza mu jednak nosić ze sobą całego wachlarza narzędzi: wytrychów, latarek, probówek, strzykawek i chemikaliów. Ma też szalonego brata przestępcę – Diogenesa, własnego bodyguarda z sił specjalnych – Proctora, oraz tajemniczą podopieczną – Constance, która urodziła się w 1873 roku!

***

To miała być łatwa sprawa. Kradzież kolekcji drogocennego wina może przerazić tylko właściciela piwniczki. Agent A.X.L Pendergast oraz jego podopieczna Constance nie spodziewali się jednak, że w nadmorskiej wiosce Exmouth, czeka ich coś tak mrocznego – zamurowany ludzki szkielet.

Lecz ta pozornie sielska miejscowość skrywa o wiele bardziej ponury sekret. Stała się siedliskiem czarownic, które zbiegły z Salem w 1692 roku. Tymczasem z pobliskich bagien wyłaniają się kolejne ciała. Czyżby ktoś kontynuował grzeszne kulty starych czarownic?

Bohaterowie z właściwą sobie odwagą i sprytem zabierają się do rozwiązania zagadki. Kradzież wina i trop zbiegłych czarownic to tylko początek o wiele mroczniejszych wydarzeń, które tym razem mogą przynieść Pendergastowi zgubę…

***

Obezwładniające połączenie mrocznego thrillera, nietuzinkowej sensacji i mrożącego krew w żyłach horroru. Zaczęłam czytać serię z charyzmatycznym agentem Pendergastem dopiero od “Karmazynowego brzegu” i bez wątpienia jest to moje czytelnicze odkrycie roku. Jak dobrze, że autorzy napisali aż tyle części!
Iza Sadowska, lubimyczytać.pl

Douglas Jerome Preston i Lincoln Child to amerykańscy pisarze, którzy najbardziej znani są ze współpracy przy bestsellerowej serii o agencie Pendergaście. Obaj specjalizują się w powieściach nawiązujących do gatunku techno-thriller, przy czym Preston doskonale odnajduje się w literaturze faktu, a Child także w horrorze. Powieści napisane wspólnie przez Prestona i Childa zwracają uwagę przede wszystkim poważnym podejściem do wiarygodnego i naukowego uzasadnienia rozgrywających się wydarzeń. Obaj pisarze przed rozpoczęciem prac nad książką robią solidny research naukowy. To właśnie dzięki temu czytelnik ma poczucie, że choć przygody bohaterów początkowo wydają się niewiarygodne, to za sprawą drobiazgowych wyjaśnień zyskują na autentyczności.

Lincoln Child, Douglas Preston
Karmazynowy brzeg
Przekład: Robert P. Lipski
Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 15
Wydawnictwo Agora
Premiera w tej edycji: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Karmazynowy brzeg


1

Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych, Constance przerwała grę na wirginale flamandzkim i w bibliotece zapanowała przepełniona napięciem cisza. Spojrzała w stronę siedzącego przy dogasającym kominku agenta specjalnego Aloysiusa Pendergasta, który w cienkich białych rękawiczkach kartkował w skupieniu iluminowany manuskrypt; obok niego stał na wpół opróżniony kieliszek amontillado. Constance przypomniała sobie ostatni raz, gdy ktoś zadzwonił do drzwi rezydencji przy Riverside Drive 891 – zdarzało się to bowiem wyjątkowo rzadko. Wspomnienie tamtej strasznej chwili zawisło w pokoju jak miazmaty.
Na progu biblioteki pojawił się Proctor, szofer, ochroniarz i prawa ręka Pendergasta.
– Czy mam otworzyć, panie Pendergast?
– Proszę. Ale nikogo nie wpuszczaj. Dowiedz się tylko, kto to i w jakiej sprawie przyszedł, a potem zdaj mi relację.
Trzy minuty później Proctor powrócił.
– To Percival Lake. Chce zaangażować pana do prywatnego śledztwa.
Pendergast uniósł dłoń, by z miejsca odmówić, ale nagle się zawahał.
– Czy wspomniał o naturze przestępstwa?
– Odmówił wyjawienia jakichkolwiek szczegółów.
Agent specjalny pogrążył się w zamyśleniu, jego smukłe palce stukały delikatnie w złocony grzbiet manuskryptu.
– Percival Lake… To nazwisko brzmi znajomo. Constance, czy byłabyś tak dobra i sprawdziła, co o nim piszą w…? Na tej stronie, którą nazwano na cześć wielkiej liczby.
– Google?
– Tak. Wygoogluj go dla mnie, jeśli możesz.
Constance uniosła palce znad pożółkłych ze starości klawiszy z kości słoniowej, odeszła od instrumentu, otworzyła niewielki kredens i wysunęła laptop umieszczony na przesuwanym blacie. Przez chwilę stukała w klawiaturę.
– Jest rzeźbiarz o takim nazwisku, który wykonuje pomniki z granitu.
– Wiedziałem, że coś mi to mówi. – Pendergast zdjął rękawiczki i odłożył na bok. – Wpuść go.
Gdy Proctor wyszedł, Constance spojrzała na Pendergasta z dezaprobatą.
– Czy nasze finanse są aż tak uszczuplone, że musisz dorabiać na boku?
– Oczywiście, że nie. Ale prace tego człowieka, chociaż nieco staroświeckie, są stymulujące intelektualnie. O ile dobrze pamiętam, jego postacie wyłaniają się z kamienia niemal jak Przeciągający się jeniec Michała Anioła. Mogę przynajmniej go przyjąć i wysłuchać, o co mu chodzi.
Po chwili Proctor wrócił, a za nim w drzwiach biblioteki stanął niezwykły mężczyzna. Mógł mieć sześćdziesiąt pięć lat, ale tylko gęsta grzywa białych włosów zdradzała jego wiek. Był wysoki – mierzył blisko dwa metry. Miał ogorzałą od słońca, mocno pobrużdżoną, lecz przystojną twarz oraz smukłą, atletyczną sylwetkę. Nosił niebieski blezer, a do niego nowiuteńką białą bawełnianą koszulę i brązowe spodnie. Tryskał zdrowiem, emanował wigorem. Miał ogromne dłonie.
– Inspektor Pendergast? – Podszedł i ścisnął bladą dłoń gospodarza swoim wielkim łapskiem; potrząsnął nią tak mocno, że niemal przewrócił kieliszek z sherry.
Inspektor? Constance się skrzywiła. Wyglądało na to, że jej opiekun rzeczywiście ma szansę na oczekiwaną stymulację.
– Proszę usiąść, panie Lake – rzekł Pendergast.
– Dziękuję. – Lake zajął miejsce, założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu.
– Czy mogę zaproponować coś do picia? Sherry?
– Nie odmówię.
Proctor bez słowa nalał nieduży kieliszek i postawił obok łokcia mężczyzny. Rzeźbiarz upił łyk.
– Doskonały trunek, dziękuję. I dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać.
Pendergast pochylił głowę.
– Zanim opowie mi pan swoją historię, muszę poczynić sprostowanie. Obawiam się, że nie mogę pozwolić, by tytułowano mnie inspektorem. To brytyjskie określenie. Jestem jedynie agentem specjalnym FBI.
– Chyba czytam za dużo kryminałów. – Mężczyzna poruszył się na krześle. – Pozwoli pan, że przejdę do rzeczy. Mieszkam w małym nadmorskim miasteczku w północnym Massachusetts o nazwie Exmouth. To spokojna mieścina, z dala od turystycznych szlaków, niezbyt znana nawet wśród letników. Jakieś trzydzieści lat temu kupiliśmy z żoną starą latarnię morską i domek latarnika w Walden Point i od tamtej pory tam mieszkam. Okazało się, że to dla mnie idealne miejsce do pracy. Zawsze ceniłem szlachetne wina – czerwone, nie przepadam za białym – a piwnice starego domu doskonale nadawały się do tego, żeby trzymać tam dość pokaźną kolekcję. Nisko osadzona piwniczka z kamiennymi ścianami i podłogą pozwala zachować przez okrągły rok stałą temperaturę dwunastu stopni Celsjusza. W każdym razie kilka tygodni temu wybrałem się na długi weekend do Bostonu, a gdy wróciłem, zobaczyłem, że okno z tyłu jest wybite. Z domu nic nie zginęło, kiedy jednak zeszliśmy do piwnicy, okazało się, że została zupełnie ogołocona. Cała zawartość mojej piwniczki zniknęła!
– To straszne.
Constance odniosła wrażenie, że w głosie Pendergasta wychwyciła delikatną nutę pogardliwego rozbawienia.
– Proszę powiedzieć, panie Lake, czy nadal jest pan żonaty?
– Moja żona zmarła przed kilkoma laty. Obecnie mam… ee… przyjaciółkę, która ze mną mieszka.
– Czy była z panem w weekend, kiedy okradziono piwniczkę?
– Tak.
– Proszę mi opowiedzieć o swoich winach.
– Od czego zacząć? Miałem całą kolekcję roczników château léoville poyferré, począwszy od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku, a także pokaźny zbiór najlepszych roczników château latour, pichon-longueville, petrus, durfort-vivens, lascombes, malescot-saint-excupéry, château palmer, talbot…
Pendergast przerwał tę wyliczankę, unosząc dłoń.
– Przepraszam – rzekł Lake, uśmiechając się z zakłopotaniem. – Kiedy schodzę na temat wina, czasami mnie ponosi.
– Tylko francuskie bordeaux?
– Nie. Ostatnio zacząłem zbierać również niektóre spośród przecudownych win włoskich, głównie brunello, amarone i barolo. Wszystko przepadło.
– Poszedł pan z tym na policję?
– Szef policji z Exmouth do niczego się nie nadaje. Prawdę mówiąc, to osioł. Jest z Bostonu i odbębnia swoje, ale nie mam wątpliwości, że nie traktuje tego poważnie. Podejrzewam, że gdyby chodziło o kolekcję piwa Bud Light, wykazałby się większym zaangażowaniem. Potrzebuję kogoś, kto znajdzie moje wino, zanim się bezpowrotnie rozpłynie albo, uchowaj Boże, zostanie wypite.
Pendergast powoli pokiwał głową.
– Ale dlaczego przychodzi pan z tym do mnie?
– Czytałem książki o pańskich dokonaniach. Te, których autorem był Smithback. William Smithback, o ile się nie mylę.
Minęła dłuższa chwila, zanim Pendergast znów się odezwał.
– Obawiam się, że te książki w dużej mierze przeinaczają fakty. Niemniej na podstawie ich lektury – akurat w tym zakresie są zgodne z prawdą – da się wywnioskować, że zajmuję się przede wszystkim ludzkimi dewiacjami, a nie skradzionym winem. Bardzo mi przykro, ale nie mogę panu pomóc.
– Cóż, miałem nadzieję, że pan się zdecyduje. Z książek wynikało, że i pan jest koneserem. – Lake wychylił się na krześle do przodu. – Agencie Pendergast, jestem w rozpaczliwym położeniu. Moja żona i ja poświęciliśmy mnóstwo czasu na zgromadzenie tej kolekcji. Każda butelka wina ma swoją historię, a przede wszystkim wiążą się z nimi wspomnienia cudownych lat, jakie przeżyłem u jej boku. W pewnym sensie odnoszę wrażenie, jakby żona ponownie umarła. Jestem gotów zapłacić panu sowite honorarium.
– Naprawdę bardzo mi przykro, że nie mogę panu pomóc. Proctor odprowadzi pana do wyjścia.
Rzeźbiarz wstał.
– Cóż, wiedziałem, że szanse na pozyskanie pańskiej współpracy są nikłe. Jestem wdzięczny, że zechciał mnie pan wysłuchać. – Jego udręczona twarz nieco się odprężyła. – Mogę przynajmniej podziękować Bogu, że złodzieje przegapili haut-braquilanges!
Zapadła cisza.
– Château haut-braquilanges? – spytał półgłosem Pendergast.
– Tak. Całą skrzynkę rocznika tysiąc dziewięćset czwartego. Mój najcenniejszy nabytek. Wino stało z boku, w kącie piwniczki, w oryginalnej drewnianej skrzynce. Ci cholerni idioci ją przegapili.
Proctor otworzył drzwi do biblioteki i czekał.
– Jak udało się panu zdobyć całą skrzynkę? Sądziłem, że żadne wina z rocznika tysiąc dziewięćset czwartego się nie zachowały.
– Wszyscy tak uważali. Zawsze uważnie wypatruję kolekcji win na sprzedaż. Zwłaszcza gdy ich właściciel umiera, a spadkobierca chce wymienić zbiory na gotówkę. Znaleźliśmy tę skrzynkę z żoną w starej kolekcji w Nowym Orleanie.
Pendergast uniósł brwi.
– W Nowym Orleanie?
– Wystawiła je na sprzedaż pewna stara francuska rodzina, która popadła w tarapaty finansowe.
Constance zauważyła, jak na twarzy Pendergasta pojawił się wyraz rozdrażnienia – a może niepokoju?
Lake odwrócił się w stronę otwartych drzwi i w tej samej chwili Pendergast wstał z fotela.
– Myślę, że jednak zajmę się pańskim małym problemem.
– Naprawdę? – Rzeźbiarz znów się odwrócił, a na jego ustach pojawił się uśmiech. – To cudownie! Jak już wspomniałem, oferuję sowite…
– Moim honorarium będzie po prostu butelka haut-braquilanges.
Lake się zawahał.
– Myślałem raczej o czymś w rodzaju umowy finansowej.
– Jedna butelka. To moje honorarium.
– Ale otwarcie skrzynki… – Lake nie dokończył; w bibliotece zapadła długa cisza. W końcu się uśmiechnął. – Czemu nie? Przecież widać, że pieniędzy panu nie brakuje. Powinienem się cieszyć, że zdecydował się pan mi pomóc. Nawet pozwolę, żeby sam wybrał pan butelkę ze skrzynki!
Uszczęśliwiony własnym gestem szczodrości rzeźbiarz wyciągnął rękę.
Pendergast ją uścisnął.
– Panie Lake, proszę przekazać swój adres i dane kontaktowe Proctorowi. Dołączę do pana w Exmouth jutro.
– Nie mogę się doczekać. Niczego nie ruszałem w piwnicy, wszystko zostawiłem tak, jak było. Oczywiście policja przeprowadziła oględziny, ale zrobili jedynie kilka zdjęć, i to, nie uwierzy pan, aparatem w komórce.
– Byłoby dobrze, gdyby znalazł pan wymówkę, by trzymać ich z daleka od tego miejsca, na wypadek gdyby wrócili.
– Gdyby wrócili? To mało prawdopodobne.
Po chwili rzeźbiarz wyszedł odprowadzony przez Proctora. Constance odwróciła się do Pendergasta.
Odnalazł jej spojrzenie, a w jego srebrzystych oczach malowało się rozbawienie.
– Mogę zapytać, co robisz? – rzuciła.
– Przyjmuję prywatną sprawę.
– Skradzionego wina?
– Moja droga Constance, to przygnębiające, ale w ostatnich miesiącach w Nowym Jorku nie doszło do żadnych seryjnych morderstw. Umieram, jak to się mówi, z nudów. To idealna okazja, żeby wybrać się na małe wakacje. Tydzień lub dwa w uroczym nadmorskim miasteczku poza sezonem, a naszą amuse-bouche będzie mało znacząca sprawa, którą zajmiemy się na boku. Nie wspominając o sympatycznym kliencie.
– Nazwałabym go raczej pyszałkiem i samochwałą.
– Masz większą skłonność do mizantropii niż ja. Mnie za to, po ostatnich wydarzeniach, dobrze zrobi rześka, jesienna bryza.
Zerknęła na niego ukradkiem. To prawda, po przeżyciach minionego lata wszelka odmiana na pewno wyjdzie mu na dobre.
– Ale butelka wina w charakterze zapłaty? Jak tak dalej pójdzie, wkrótce zaczniesz przyjmować sprawy w zamian za darmowego hamburgera z byle sieciówki.
– To akurat wątpliwe. Jedynym powodem, dla którego przyjąłem tę sprawę, jest wino. W dziewiętnastym wieku Château Haut-Braquilanges wytwarzało najlepsze wina we Francji. Ich najsłynniejsze, czerwone, pochodziło z pojedynczej winnicy o powierzchni niespełna hektara; z tamtejszych zbiorów właśnie powstawały cabernet sauvignon, cabernet franc i merlot. Plantacja znajdowała się na wzgórzu niedaleko Fronsac. Niestety, podczas pierwszej wojny światowej, gdy o wzgórze toczyły się zawzięte walki, użyto tam gazu musztardowego, który na zawsze skaził glebę, a château zostało zrównane z ziemią. Wiadomo o istnieniu co najwyżej dwóch tuzinów butelek wina różnych roczników z tej winnicy. Nie pozostała jednak ani jedna z najlepszego ze wszystkich roczników, tysiąc dziewięćset czwartego. W każdym razie powszechnie uważa się, że się nie zachowały. Dlatego to niesamowite, że ten człowiek ma ich całą skrzynkę. Widziałaś, z jaką niechęcią rozważał myśl, że miałby oddać choćby jedną butelkę.
Constance wzruszyła ramionami.
– Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił na urlopie.
– Nie wątpię, że będą to niezapomniane wakacje dla nas obojga.
– Dla nas? Chcesz mnie zabrać ze sobą? – Poczuła, że jej policzki zalewa rumieniec.
– W rzeczy samej. Myślę, że jesteś już gotowa na taki wyjazd, z dala od znanych ci miejsc. Powiem więcej: nalegam. Potrzebujesz wakacji podobnie jak ja, no i dobrze będzie wykorzystać okazję, żeby chociaż na jakiś czas uwolnić się od natrętnych listów, jakimi zasypuje nas administracja ogrodu botanicznego, nie uważasz?

2

Constance poczuła zapach morskiego powietrza, gdy tylko Pendergast wjechał klasycznym porsche roadsterem na most Metacomet – niszczejącą konstrukcję z zardzewiałych podpór i kratownic, rozciągniętą nad rozległymi słonymi trzęsawiskami. Promienie październikowego słońca odbijały się od tafli wody, gdy mknęli po estakadzie. Na drugim końcu moczarów droga biegła na krótkim odcinku przez ciemny sosnowy las, po czym znów wychodziła na otwartą przestrzeń. To właśnie tam, wzdłuż rozległego zakola, gdzie bagniste tereny spotykały się z oceanem, leżało miasteczko Exmouth. Constance tak właśnie wyobrażała sobie typową dla Nowej Anglii osadę – z jedną główną ulicą i skupiskiem niewielkich, krytych gontem domów, kilkoma kościołami i ceglanym budynkiem ratusza.
Kiedy zwolnili, sunąc w dół głównej ulicy, zaczęła się z zaciekawieniem rozglądać wokoło.
Exmouth wydawało się nieco zaniedbane, lecz paradoksalnie przydawało mu to uroku: ot, typowe nadmorskie miasteczko z białymi budynkami z desek szalunkowych, nierównymi ceglanymi chodnikami, lokalnymi sklepikami i krążącymi w powietrzu mewami. Minęli stację benzynową i kilka starych przeszklonych witryn sklepowych, przydrożny bar, dom pogrzebowy, kino przerobione na księgarnię i osiemnastowieczną rezydencję kapitańską z charakterystycznym dla Nowej Anglii tarasem na dachu. Tablica informacyjna przed budynkiem głosiła, że mieści się tu Towarzystwo Historyczne oraz Muzeum Exmouth.
Kilkoro przechodniów na ulicach zatrzymało się, by na nich popatrzeć. Constance była zaskoczona swoją nienasyconą ciekawością. Choć nigdy by się do tego nie przyznała, we własnym kraju czuła się jak Marco Polo, bo mimo swego oczytania prawie w ogóle nie zaznała świata.