Życie Olgi Krzyżanowskiej przypadło na przełomowe czasy dla Polski. W rozmowach z córką opublikowanych w książce “Olga, córka «Wilka»” wspomina najważniejsze wydarzenia i osoby, które ukształtowały ją jako lekarza, działaczkę społeczną i polityka, kobietę cieszącą się szacunkiem wyborców, współpracowników i przeciwników politycznych.


Książka “Olga, córka «Wilka»” to zapis rozmów jakie Magda Krzyżanowska-Mierzewska, córka i zaproszona do współpracy Aldona Wiśniewska, dziennikarka, odbyły z Olgą Krzyżanowską w latach 2015 – 2017. Były to rozmowy o jej wojennym dzieciństwie, o trudnej młodości w powojennym PRL-u, dwoistości życia w czasach stalinowskich, flirtach, miłości, nartach, pracy, ojcu, „Solidarności” i karierze parlamentarnej. O najlepszych i najgorszych chwilach życia. Matce i córce przyświecał prosty cel – uporządkować i zapisać historię rodzinną, skomplikowaną, bujną, pełną wydarzeń dramatycznych, ale także anegdot.

Olga Krzyżanowska opowiada córce o jej babce, a swojej mamie Janinie – pięknej i odważnej kobiecie, zaangażowanej w działalność konspiracyjną, więźniarce Pawiaka, lekarce w szpitalu powstańczym. Wspomina ojca, Aleksandra „Wilka” Krzyżanowskiego, podpułkownika Wojska Polskiego, w czasie okupacji komendanta Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej. Jego nauki i wskazówki przekazywane córce od dzieciństwa pod hasłem “tego się nie robi”, stały się dla niej życiowym drogowskazem. Ojciec w grypsach pisanych w komunistycznym więzieniu przestrzegał ją przed angażowaniem się w politykę, ocenianą przez niego jako „brudna rzecz”, gdy traktuje się ją jako drogę do prywatnej kariery, a nie służbę krajowi. Pomna nauk ojca Olga Krzyżanowska zaangażowała się w tę służbę od czerwca 1989 roku, przez trzy kadencje w Sejmie i jedną w Senacie, wykazała się przy tym odwagą, przyjmując godność wicemarszałka pierwszego powojennego Sejmu wybranego w wolnych wyborach.

W swoich wspomnieniach Olga Krzyżanowska poświęca dużo uwagi kobietom, które wychowały i ukształtowały ją jako przyszłą lekarkę, działaczkę społeczną i polityka: matce, „doktor Josek”, Janinie Krzyżanowskiej, której wojenne losy były równie dramatyczne jak losy „Wilka”, siostrom Janiny – Magdalenie i Hali z Łopińskich, kobietom silnym i niezależnym oraz babci, Stefanii z Wesołowskich Łopińskiej, matce jej mamy, która rządziła twardą ręką w domu i często zastępowała Oldze matkę.

Życie Olgi Krzyżanowskiej przypadło na przełomowe czasy dla Polski. Pochodziła z rodziny o tradycjach patriotycznych, zasłużonej dla Rzeczypospolitej, ale przyszło Jej żyć w PRL-u, kiedy te zasługi stały się zbrodnią, a imiona zasłużonych starano się wymazać z historii i społecznej pamięci. Niecałe dwa tygodnie przed jej dziesiątymi urodzinami wybuchła II wojna światowa, w czasach okupacji hitlerowskiej była harcerką Szarych Szeregów, za działalność konspiracyjną została odznaczona Krzyżem Walecznych. W 1952 roku ukończyła studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku. W 1980 r. wstąpiła do „Solidarności”, pracowała m.in. w Krajowej Komisji Koordynacyjnej Służby Zdrowia. Po wyborach 4 czerwca 1989 roku została wicemarszałkiem Sejmu, parlamentarzystką była do 2005 roku.

Dzięki wielkiej wytrwałości i ogromnej kulturze osobistej stała się twarzą walki o wysokie standardy w polityce.

Dzięki wielkiej wytrwałości i ogromnej kulturze osobistej stała się twarzą walki o wysokie standardy w polityce. Jako wicemarszałek Sejmu wsławiła się niezwykłą kulturą, taktem i uprzejmością, z którą zaprowadzała porządek na sali obrad, a także szukaniem porozumienia ponad różnicami politycznymi. W często cytowanej wypowiedzi mecenas Jacek Taylor, znany obrońca działaczy „Solidarności” w procesach politycznych, nazywa ją damą polskiego parlamentu, wyważoną, uczciwą, obiektywną i kulturalną.
Uważała, że polityka jest sztuką wypracowywania kompromisu, umożliwiającego realizację interesów różniących się poglądami stron, w imię wspólnego dobra, a bycie obywatelką czy obywatelem Polski powinno zasadzać się na przyzwoitości, pracowitości i zdrowym rozsądku.

– Pewnie dlatego uchodziłam za dobrego marszałka, że po mnie trudno było poznać, kogo lubię, a kogo nie. Nie faworyzowałam swoich. Ale też nie było wtedy takich ludzi obrzydliwych. Gdy słucham dziś niektórych wypowiedzi posłów, to ja bym im odebrała głos. Jeżeli u mnie ktoś mówił, że poseł X jest głupi albo coś ukradł, głos odbierałam. A jeśli pan poseł się nie zgadzał i dalej mówił, przerywałam posiedzenie – wspomina Olga Krzyżanowska. – Bardzo cenne w polityce, moim zdaniem, jest to, co nazywam dobrym wychowaniem. To, że się nie szkaluje ludzi, nie klasyfikuje według tego, kto bogaty, a kto biedny, albo nie daje się poznać, że jestem ważną osobą, a on nie. Ale to się wynosi z domu – dodaje. W dzisiejszym politycznym pejzażu taką postawę można jedynie powspominać. Robert Wiśniewski

Magda Krzyżanowska-Mierzewska, Aldona Wiśniewska, Olga, córka „Wilka”, Wydawnictwo Agora, Premiera: 4 czerwca 2019
 
 

Magda Krzyżanowska-Mierzewska, Aldona Wiśniewska
Olga, córka „Wilka”
Wydawnictwo Agora
Premiera: 4 czerwca 2019
 
 

Czego się nie robi

„Nie kłam, tego się nie robi, pamiętaj” – powiedział „Wilk”, wtedy jeszcze w mundurze, swej córeczce Oldze. Zapamiętała naukę i to, że jej wysłuchała na baczność. (Ale pamięta także całkiem inną scenę. Ona chora, smutna, a kochany tata chce ją rozbawić. Tańczy przy łóżeczku i śpiewa: „Co tatuś winien, że jest taki śliczny, co tatuś winien, że ma taki wdzięk?”).
Było to bardzo dawno, w innej epoce jej długiego życia. Cztery słowa – „tego się nie robi” – nie podlegały wtedy dyskusji. Wypowiadali je rodzice, wychowawcy, mentorzy. Odwoływali się nimi do tradycji, kultury i doświadczenia swoich środowisk i swego czasu. Wojna i lata stalinizmu nie sprzyjały tym słowom. Traciły stanowczość, a nieraz sens – w absurdach życia. Za demokracji, kiedy powinny sens odzyskać, zabrzmiały mentorsko i sztywno. W końcu niemal wypadły z obiegu.
Powracają we wspomnieniach Olgi Krzyżanowskiej.
W 2015 roku córka Olgi, Magda Krzyżanowska-Mierzewska, zaczęła z matką rozmowy o jej wojennym dzieciństwie, o młodości w PRL-u, flirtach, miłości, nartach, pracy, „Solidarności”, karierze parlamentarnej. O najlepszych i najgorszych chwilach życia. Obie miały mało czasu. Magda pracowała jako prawniczka za granicą, Olga w swym gdańskim domu opiekowała się mężem Jerzym. Chciały się zająć porządkowaniem rodzinnej pamięci, bujnej, dramatycznej, ale i pełnej anegdot. Bały się, że nie zdążą, bo Olga zaczęła chorować. Magda zaprosiła do współpracy zaprzyjaźnioną dziennikarkę Aldonę Wiśniewską. Wiedziały, że powstaje opowieść historyczna i obyczajowa, którą należy zachować.
Teraz mamy tę książkę przed sobą.
Wiemy z niej już, że nie wolno kłamać. Autorytet ojca nadał tej uwadze siłę przykazania, chociaż słowa „kłamstwo” brak w Dekalogu. Wyręcza je w pewnym stopniu „fałszywe świadectwo”.
Czego jeszcze się „nie robi”? Nie należy się łatwo poddawać. Kiedy się spadnie z roweru, trzeba próbować znowu i znowu, by wreszcie pojechać przed siebie.
Nie narzeka się podczas ucieczki. Trzeba dźwigać walizkę i iść.
Nie chowa się głowy w piasek. Gdy z okna mieszkania, do którego weszło właśnie gestapo, ktoś wyrzuci kartki, trzeba je szybko ukryć. Trzynastoletnia Olga Krzyżanowska dostanie za to Krzyż Walecznych.
Z czasem coraz trudniej określić, „czego się nie robi”. Młoda Olga boleśnie odczuwa „dwoistość życia” w stalinizmie. Ojciec pisze w ostatnim grypsie, że chciał zostawić jej dobre imię, ale i to mu odebrano. Kiedy umiera w więzieniu, władze nie pozwalają rodzinie pochować ciała. Olga przeżywa głęboką żałobę. A jest z natury pogodna, wesoła – ma wokół siebie wspaniałych, przyzwoitych ludzi! Bardzo chce cieszyć się życiem, sportem, studiami.
Brat cioteczny, Kazik z batalionu „Zośka”, siedzi w więzieniu pięć lat. Nie informują rodziny gdzie. Olga go szuka, jeździ na widzenia do odległych Strzelec Opolskich. On tam zostaje, a ona wraca do domu i może jechać na narty albo iść na tańce. Z ciemnej strony lekko przejść na jasną. Czy „tak się robi”? Czy to jest lojalne wobec cierpiących? Zwierza się Magdzie: „Normalne życie zaczynało być, we własnym pojęciu, grzechem”.
Wcześniej mówiła o tym w wywiadzie dla prasy.
Dziennikarka poprosiła: „Niech pani nie płacze”.
Opowiada córce o jej babce, a swojej mamie Janinie, lekarce w szpitalu powstańczym, więźniarce Pawiaka: pięknej, odważnej, bez skłonności do cierpiętnictwa i kombatanckiego liczenia swych zasług. Pamięta jej żart: „Każdy krzyż trzeba umieć sobie podwatować”.
Olga ma dobry zawód na trudne lata, bardziej społeczny niż polityczny.
Pracuje jako lekarz między innymi w przychodni Stoczni Gdańskiej, co prowadzi do udziału w strajku w sierpniu 1980 roku i do „Solidarności”.
Ojciec ostrzegał ją w grypsie przed polityką, bo to „brudna rzecz”. Ale pisał też, żeby mimo wszystkich krzywd nie odwracała się od ojczyzny.
Polityka jest brudna, gdy traktuje się ją jako grę i drogę do prywatnej kariery. Można ją jednak także traktować jako cywilną służbę krajowi. Nie odmawia się takiej służby, „tego się nie robi”, gdy ma się wiarę, że się ją dźwignie.
Olga Krzyżanowska dźwigała ją od czerwca 1989 roku, przez trzy kadencje w Sejmie i jedną w Senacie. Wykazała odwagę, przyjmując godność wicemarszałka pierwszego powojennego Sejmu wybranego w wolnych wyborach. Nie miała doświadczenia politycznego, nie znała procedur i regulaminów, musiała się wszystkiego nauczyć. Podjęła się tego z powinności, nie dla kariery.
Mecenas Jacek Taylor, obrońca działaczy „Solidarności” w procesach politycznych, nazwał ją damą polskiego parlamentu. „Wyważona, uczciwa, obiektywna, kulturalna. Byliśmy z niej dumni. Była symbolem Polski zwycięskiej”.
Kilkanaście lat pracy przy tworzeniu Sejmu obywatelskiego. W pierwszej kadencji czuła się najlepiej. W ostatnich latach obserwowała, już z zewnątrz, karykaturę życia parlamentarnego – katalog tego, „czego się nie robi”. Kłamstwa i fałszywe świadectwa. Psucie prawa. Pochopne decyzje przerywające ciągłość reform podjętych w dobrej wierze przez poprzedników. Pogardę dla mniejszości. Odmowę porozumienia w sprawach ważnych dla kraju. Obelgi posłów partii rządzącej wobec opozycji i zdumiewającą tolerancję laski marszałkowskiej dla tych zachowań.
Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz ostatni raz spotkał ją podczas manifestacji. Była już bardzo chora. Protestowała pod gdańskim sądem przeciw ustawom naruszającym trójpodział władzy.
Miała proste cnoty. Dziedziczyła je i pracowała nad nimi przez całe życie. Cieszyła się z dobrych zmian w swoim kraju, prawdziwych, nie z propagandowego frazesu. Była szczęśliwa, że mogła brać w nich udział. Proste cnoty pomagały jej wierzyć, że ludzie jakoś obronią to, co zbudowano, ale żałowała strat.
W ostatnim liście, który podyktowała wnuczce Natalii, zwierza się przyjaciółce: „…mnie się dawniej wydawało, że najważniejszą sprawą jest Polska, walka… a teraz widzę, że właściwie najważniejsza jest przyjaźń, rodzina i pamięć o sobie wzajemnie… Rodzina i przyjaciele są solą życia…”. W tych słowach pobrzmiewa echo pożegnalnego grypsu „Wilka” do córki: „może popełniłem jednak błąd życiowy i nadmiernie poświęciłem się sprawie ogólnej”. Smutny jest ten ton dystansu do misji. Ale i „Wilk”, i jego córka, kiedy to pisali, byli już bardzo zmęczeni.
Małgorzata Szejnert

Rozdział 1

Oficerska jedynaczka

„Najszybsza na stoku” – mówią o tobie w Narciarskim Klubie Dziennikarzy „Kaczka”. Jeździłyśmy razem, nigdy się nie dajesz dogonić. Gdzie się tego nauczyłaś?
Kilka lat przed wojną mieszkaliśmy w Tarnopolu. Zimy tam były bardzo śnieżne, przepiękne. Mój ojciec jeździł na nartach, mama też, choć słabiej. Gdy dostałam własne narty, miałam siedem, może osiem lat. Tata pojechał ze mną sankami zaprzężonymi w konia, a potem założył mi te nartki, linkę przywiązał do sanek i kazał jechać za nimi. Szalenie powolutku na pewno, ale byłam przerażona! Przewracałam się, a on mówił spokojnie: „Poczekaj, jeszcze raz. Wstań i jedziemy dalej”. Ojciec taki był.
Z czasów przedwojennych wspomnienia mam raczej mgliste. Dzieciństwo było… męczące. Podejrzewano, że mogę chorować na gruźlicę. Cała rodzina się nade mną trzęsła. Bez przerwy jeździłam do sanatoriów: wywozili mnie w lepszy klimat, przyglądali się, czy przypadkiem nie schudłam. Każdą zimę i wiosnę spędzałam w sanatorium wojskowym w Rabce, a potem z babcią Stefanią, matką mamy, jechałyśmy na Huculszczyznę. Przedwojenne pensje nie były wysokie. Choć oboje rodzice pracowali – mama była stomatologiem, ojciec oficerem – nie byliśmy bardzo zamożną rodziną. Wyjazd do pensjonatu, gdzie miałybyśmy wszelkie wygody, odpadał więc ze względów finansowych. Babcia w huculskiej chałupie nad Prutem wynajmowała pokój, gotowała sama, na prymusie, a ja musiałam jeść pięć razy dziennie. Chałupa stała na stoku. Obok płynął strumień i z kolegą, synem gospodarzy, budowaliśmy na nim młyny napędzane wodą. To mi zostało w pamięci.
Lato 1939 roku też spędziłam z babcią, ale pod Warszawą, w małej miejscowości nad Wkrą. Miałam niecałe dziesięć lat. Pod koniec sierpnia przyjechał do nas tata. Wszyscy mówili o wojnie. Przywiózł mi mój pierwszy w życiu rower. Wsiadałam na niego i tata póty ze mną jeździł, aż mnie nauczył. Nigdy mnie do niczego nie zmuszał, tylko mówił: „Jak za coś się bierzesz, zrób to dobrze”. Nie pozwalał mi się wycofać; nie było, że upadnę i zaraz: „och, biedna córeczko…”. Kiedy się przewracałam, podnosił mnie i słyszałam: „Poczekaj, chwileczkę – jeszcze raz”. Kiedy wyjechał po trzech godzinach, już na tym rowerze jeździłam.
Ojciec był bardzo ciepłym człowiekiem, ale milczącym, spokojnym. Niestety, jako takiego ojca na co dzień bardzo mało go pamiętam.
 
Masz zdjęcia z dzieciństwa?
Zestawiłam razem ocalałe fotografie, przypadkowo u kogoś przetrwały. W Warszawie wszystko nam spłonęło.
To jest zdjęcie sprzed wojny, z Bydgoszczy. Moja mama, Janina z Łopińskich Krzyżanowska. I tata, Aleksander Krzyżanowski. Bardzo rzadko chodził w garniturze. Zdjęcie jest chyba z Warszawy, ojciec był wtedy w Wyższej Szkole Wojennej w Rembertowie, której zresztą nie skończył. Kiedy mieszkaliśmy w Rembertowie, mama kończyła stomatologię na Uniwersytecie Warszawskim. Z Rembertowa ojciec trafił do pułku w Tarnopolu, to już lepiej pamiętam. Tam poszłam do szkoły, więc miałam już siedem lat. Potem ojciec służył jeszcze krótko w Prużanie, a tuż przed wojną – w Skierniewicach.
Otaczam się tymi starymi zdjęciami, bo ukształtowały mnie dom i wojna. Rodzinne wspomnienia, rodzinne wpływy.

Dla większości ludzi Aleksander Krzyżanowski to generał „Wilk”, bohater, legendarny dowódca wileńskiej Armii Krajowej. Tylko dla ciebie to tata – byłaś jego jedynym dzieckiem. Zdarzyło ci się kiedyś płakać ojcu w rękaw?
Niczego takiego nie pamiętam. Nie byłam zresztą płaczliwa. Tatę wspominam przez pojedyncze obrazy: koszary w Bydgoszczy, bloki w sosnowym lesie stojące obok siebie. Mieszkały w nich rodziny oficerów. Mam w oczach taką scenę: tata wraca z pracy na obiad, idzie w kożuszku wojskowym, wysoki, szczupły, zdjął czapkę, a ja siedzę w oknie i macham do niego. I inną, śmieszną. Musiałam być bardzo mała, chorowałam. Leżę w łóżku, a tata ubrany tylko w gatki skacze z jednej nogi na drugą, tańczy i śpiewa: „Co tata winien, że jest taki śliczny? Co tata winien, że ma taki wdzięk?!”. To była jakaś przedwojenna piosenka kabaretowa.
Mama miała dużo pacjentów, pracowała jako stomatolog między innymi w społecznej ubezpieczalni, czyli w ówczesnej publicznej służbie zdrowia. Popołudniami często jej nie było, dlatego zamieszkała z nami babcia. I to ona właściwie mnie wychowała, zajmowała się mną na co dzień. Chyba że szło o coś ważnego.
Kiedyś w jakiejś sprawie skłamałam. Ojciec był na to bardzo wyczulony. Poprosił mnie do swojego pokoju. Staliśmy oboje, ja na baczność. Powiedział bardzo zasadniczo i ostro: „Nie kłam. Tego się nie robi. Pamiętaj”.
W Bydgoszczy jeszcze nie chodziłam do przedszkola ani do szkoły, a nie było wtedy żłobków, babcia często wypuszczała mnie na podwórko. A gdy ktoś mnie zaprosił do domu, leciałam bardzo chętnie i przesiadywałam godzinami u koleżanek. Nazywało się to: Oleńka chodzi po kominach. Zaczynało się od okrzyku: „O Jezu, Oleńki nigdzie nie ma!”. Dwa razy mnie znaleźli u kogoś po godzinach poszukiwań, przerażeni, bo wokół koszar był las. Usłyszałam reprymendę od taty, nie od mamy: „Nie wolno ci tego robić, bo babcia się martwi!”. Wolno mi chodzić do ludzi, tylko muszę powiedzieć o tym babci, bo będzie się niepokoiła.
Na ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy, gdzie mieszkaliśmy, jest teraz tablica upamiętniająca ojca.
 
Żadnego wojskowego drylu, w jakim oficerowie wychowują dzieci?
Nie. Ojciec nie był takim człowiekiem. Stąd też chyba jego nimb u ludzi z Armii Krajowej. Pułkownik i dowódca, ale miał w sobie – jak mi mama opowiadała – ciepło. Później, gdy mieszkaliśmy w Tarnopolu i miałam osiem-dziewięć lat, w każdą niedzielę chodziłam z tatą do koszar i karmiliśmy konie. Tata mnie uczył: „Nie bój się. Śmiało podchodź. Jak będziesz płasko trzymać rękę, koń ci nic nie zrobi. Ale jak podwiniesz palce, to cię może pyskiem skubnąć”. Trochę się bałam koni, ale podchodziłam. Sama chciałam, nie dlatego, że mi kazał. Nie pamiętam ojca jako człowieka twardego czy zasadniczego. Kiedy odwiedzał mnie w sanatorium, chodziliśmy na ciastka, lody, biegaliśmy po parku.
W tym sanatorium wojskowym w Rabce wszystkie dzieciaki były cherlawe, nie zawsze z gruźlicą, ale wiecznie na coś chorujące. Codziennie dawali nam przed obiadem tran i musieliśmy go pić. To było straszne. Pielęgniarki stały w drzwiach. Nie weszłaś do jadalni, póki tranu nie połknęłaś. Niektóre dzieci początkowo pluły, uciekały. A potem zobaczyły, że jeżeli tranu nie wypiją, zostaną na korytarzu, do stołu nie podejdą, nie dostaną śniadania. Mnóstwo dzieci było wtedy niejadkami. Siadały nad talerzem i oznajmiały: „Nie będę jeść”. Ale po pewnym czasie inne dzieci wstawały od stołu, a te, które nie zjadły, musiały zostać, aż zjedzą. Siedziały przy tym stole do skutku. Co pewien czas podawali im to jedzenie podgrzane. Taki swego rodzaju spokojny dryl.

Ty podobno też byłaś niejadkiem.
Złamałam się po trzech dniach. Nikt nie krzyczał, nie stał nad nami, tylko mówiono: „Nie chcesz, trudno! Ale na dwór nie pójdziesz”. A inne dzieci szły się bawić.
Nasi opiekunowie byli lekarzami i pielęgniarkami wojskowymi. Zachowywali się rozsądnie; gdy widzieli, że dziecko mało je, podawali mu jedzenia mniej, niczego na siłę nie wmuszano. Bardzo miło wspominam te sanatoria.
A w lecie, gdy jeździłam z babcią na Huculszczyznę, ona ciągle coś gotowała. I też sama to zjadałam, nikt mnie nie zmuszał.