Trudne, właściwie niewykonalne zadanie dla pisarza: zmierzyć się z historią bardziej może intymną niż własna biografia: odtworzyć dzieje długiego życia własnej matki.


Moja mama nieznajomaPhilippe Labro napisał emocjonalną biografię Netki, Mamiki, córki polskiego hrabiego i guwernantki. Osoby bez reszty oddanej swojej rodzinie – ukochanemu mężowi, dzieciom, wnukom, prawnukom – lecz kryjącej niebagatelne tajemnice.

Jedną z nich jest udział w Ruchu Oporu, ukrywanie i pomoc Żydom, za co po wojnie otrzymała tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Inną – tajemniczy wielbiciel, artysta.

Jeszcze inną – wielka nieobecna i niewiadoma, matka Mamiki, która znikła z życia córki we wczesnym dzieciństwie, a jednak cień Marie-Hélise powrócił po latach…

Philippe Labro, zanim na dobre zajął się pisaniem książek, pracował między innymi jako reporter, prezenter telewizyjny, dyrektor programowy, a w końcu wiceprezes stacji RTL. Liczne literackie sukcesy nie uchroniły go jednak przed depresją, którą uczynił później tematem wydanej w 2003 roku powieści “Tomber sept fois, se relever huit” (Upaść siedem razy i podnieść się za ósmym). Powieść Ludzie wydana w nakładzie 100.000 egzemplarzy zebrała entuzjastyczne recenzje w prasie francuskiej i nadal przyciąga rzesze nowych czytelników.

Philippe Labro
Moja mama nieznajoma
Przekład: Stanisław Kroszczyński
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 20 marca 2019
 
 

Moja mama nieznajoma

1

Siedząca kobieta patrzy na morze.

Siedzi na trzecim piętrze apartamentowca Haussmann w Mont-Boron pośród wzgórz otaczających Niceę, w golfowej czapce z lat czterdziestych z daszkiem zasłaniającym jej czoło, w okularach o grubych soczewkach, nieco przyciemnionych; na ramiona zarzuciła różowawy szal, w dłoniach trzyma drobny prostokątny przedmiot. Siedzi nieruchomo w fotelu na kółkach i patrzy na morze. Nazywa się Netka – takie imię nadał jej ojciec, którego nigdy nie poznała. Z początku pewnie mówiono na nią Netuszka, a potem właśnie Netka. Jej mąż, czyli mój ojciec, też tak mówił: Netka. My mówiliśmy po prostu „mama”, a wnuki nazywały ją mamika.
Netka, Netuszka, mamika… to brzmi po słowiańsku – i nie bez przyczyny. W jej żyłach płynie pięćdziesiąt procent polskiej krwi. Zajęło mi wiele czasu, żeby lepiej określić tę Polskę, poszukać śladu nieznanego ojca, odtworzyć trasę przebytą przez Europę, wyobrazić sobie dziecko-walizkę, zdefiniować ją jako tę, którą porzucono. Ona jest, ona była moją matką. Moją „mamusią”.
– Kiedyś – powtarzała – ty byłeś moim synusiem. Teraz ja jestem twoją mamusią, waszą mamusią.
Mówi „waszą”, mając na myśli trzech jeszcze chłopców, mnie i moich braci, którym często powtarzała:
– Spotykajcie się, nie przestawajcie się widywać.

Netka. Siedzi twarzą w kierunku morza, jej błękitnozielone oczy zatracają się w błękitnoczarnych wodach Baie des Anges, palce nie rozstają się z prostokątnym przedmiotem. Ta rzecz przypomina książeczkę, ale jest metalowym puzderkiem obciągniętym malwowego koloru materią, zamykanym na klapkę, a w środku nie ma nic, jeśli nie liczyć zdjęcia jej ukochanego Jeana, który już odszedł, i karteczek z zapisanymi datami. Otwiera to puzderko dosyć często, rzuca okiem na fotografię, potem zamyka. Trzyma je prawie bez przerwy w dłoniach, jakby to był jakiś talizman czy fetysz, tak jak trzyma się ukochaną zabawkę, z którą w pierwszych latach życia dzieci się wprost nie rozstają. Każde ma takiego ulubieńca, misia czy innego pluszaczka, czy choćby kawałek pogniecionej szmatki, który czasem nawet już brzydko pachnie, ale dziecko nigdy się z nim nie rozstaje. Tyle że Netka nie jest dzieckiem, jest kobietą, i to w mocno podeszłym wieku. Kobietą, której śmiech jest zaraźliwy, a ona siedzi teraz odwrócona w stronę morza. Pytam ją, o czym myśli.
Odpowiada wymijająco:
– Och, o wielu różnych rzeczach.
Jest to unik.
Zastanawiam się więc, czy to spojrzenie w stronę morza nie przywodzi wspomnień innych wodnych połaci, na przykład jakiegoś jeziora. Właśnie, jeziora. Nawet dwóch jezior, Genewskiego i Annecy.

Netka uśmiecha się nieustannie, nikły cień uśmiechu zawsze jaśnieje wokół wydatnych warg, kąciki ust zawsze się unoszą, nigdy jej nie widziałem bez tego przenikającego ją na wskroś uśmiechu. Natomiast gdy oglądam jej zdjęcia z młodości, a trochę ich znalazłem, nie dostrzegam na nich tego samego wyrazu twarzy. Widzę dziewczynę, która dla mnie na zawsze pozostanie nieznajomą; uśmiech raczej rzuca wyzwanie, a przy tym jest w nim melancholia. Dziwne połączenie, subtelne, enigmatyczne, które odkrywa się, oglądając jej zdjęcia z liceum żeńskiego w Wersalu. A jednak pewna pani, mocno już leciwa, która ją znała w tamtych czasach, dała mi pewnego dnia cenne świadectwo. Powiedziała:
– Była wspaniała, jasnowłosa, świetlista; miała taki kpiący uśmiech. Wyprawiała najrozmaitsze głupstwa, ale wszystko się jej wybaczało, bo była taka piękna i taka błyskotliwa. Taka inteligentna.

Siedzi w pierwszym rzędzie, czwarta spośród ośmiu koleżanek. Można sobie wyobrazić, że dzisiaj dzieci tych dziewczyn odczytują na ich twarzach taki czy inny przekaz. Dla mnie tamte pozostałe nie istnieją. Są banalne, nie mają historii – to oczywiste, bo przecież nic o nich nie wiem. Oczywiście żyły, cierpiały, kochały, ale mnie interesuje wyłącznie twarz Netki. Uważam, że nie jest podobna do żadnej innej, jest odmienna.
Zdjęcie klasowe, taki dawny rytuał. Zajmowało to praktycznie pół dnia. Najpierw trzeba było ustawić ławki, potem rozmieścić według wzrostu całą klasę. Jedne siedziały z przodu, najwyższe ustawiały się z tyłu. Kto jeszcze to pamięta? W kluczowym momencie pojawiał się bardzo ważny pan fotograf, dźwigał swój sprzęt, a więc miechowy aparat do zdjęć formatu cztery na pięć cali, czarną płachtę, statyw. Rozbrzmiewały ostatnie dyspozycje co do tego, kto gdzie ma stanąć, do klasy dołączała wychowawczyni, któryś z ważniejszych profesorów. Czasami pośrodku sadowił się dyro czy dyrektorka. Wszystko to wymagało mnóstwa czasu, rozlegały się przy tym śmiechy i pojawiały się uśmiechy, przybierano pozy, odgrywano role, już rozpoczynała się życiowa komedia. Netka na zdjęciu ma włosy upięte dookoła głowy, na czole zakręcony kosmyk. Nie, to nie grzywka, tylko zalotny loczek accroche-coeur, tak to się wtedy nazywało. Sądząc po tym, czego później się dowiedziałem o jej młodych latach, należałoby raczej mówić o „zaczepnym loczku”, nie zalotnym – tak bardzo pragnęła kochać i być kochaną.
„Netka nie myśli o niczym innym jak tylko o ryżowym pudrze, charlestonie i młodzieńcach” – pisze w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym kobieta, która ją przygarnęła i towarzyszyć jej będzie przez całą młodość, nazywana Chrzestną. Jak odczytać twarz tej dziewczyny? Wydaje mi się, że w szczęśliwej kompozycji warg i brwi, wysokich kości policzkowych i czoła dostrzegam zarzewie buntu, coś przekornego w połączeniu z wyrazem niezależności, przenikliwości. Górna warga unosi się odrobinkę z lewej strony, zdaje się mówić: „Czy to ważne?”.
Ta sama kobieta, która przekazała mi kilka dokumentów i pamiątek, powiedziała do mnie: „Pańska matka była zupełnie wyjątkowa”. Czy w takiej twarzy należy dopatrywać się smutku? Wygląda na to, że nie, nigdy, natomiast pozostaje w niej pewna melancholia i domyślam się, że spojrzenie Netki szuka czegoś, czego los jej odmówił: ojca, matki.
Jeszcze słowo o tym klasowym zdjęciu: wtedy to nie były żarty. Zupełnie co innego niż dzisiejsze wygłupy, kiedy podczas wykonywania grupowego zdjęcia każą człowiekowi drzeć się na cały głos „sex” albo „cheese”, dzięki czemu wszyscy na fotce wychodzą radośnie wyszczerzeni. W tamtych czasach należało przybrać wygląd poważny, wręcz skupiony, a ujęcie powtarzano kilka razy. Najuroczystsza część ceremonii rozpoczynała się, gdy fotograf wsuwał głowę pod czarną płachtę, po czym dokonywał ostatecznej korekty ostrości, następnie zaś uwieczniał to zgromadzenie młodzieży, która za jakiś czas, w nieprzewidywalnej przyszłości, miała rozproszyć się po całym świecie. Przed sobą całe życie…? Netka miała już kawał życia za sobą, natomiast pilnowała się, by nie wyszło to na jaw.

2

Kim jest? Kim była? Skąd pochodziła?

Jej synowie, czyli moi trzej bracia i ja, bardzo późno zaczęliśmy się interesować rodowodem Netki. Wydaje nam się, że wiemy, kim byli jej rodzice. Nie wiemy jednak wiele. Istnieją bowiem dzieci, którym opowiadano, tłumaczono, wyjaśniano zawiłości pokrewieństw i powinowactw, to wszystko, co z grubsza składa się na kwestię pochodzenia; wówczas wiadomo, jaki ma się skład DNA. W naszym wypadku przez długi czas po prostu nie interesowaliśmy się przodkami rodziców. Oni nam wystarczali. Ojciec był jak marmurowa kolumna – solidny, dawał poczucie pewności, stanowił autorytet, budził szacunek. Matka była studnią miłości, czułości i dobroci. Oboje stworzyli coś na kształt bańki, cudowny świat, w którym wzrastaliśmy, nie zadając sobie pytań. Dopiero gdy staliśmy się dorośli, gdy sami już mieliśmy dzieci, wówczas dopiero, jakże późno, zbyt późno, zaczęliśmy bezładnie szukać, kim jesteśmy, co mamy we krwi.
Trzeba powiedzieć, że Netka po prostu niczego nie zdradzała. Najwyżej, aby zmienić tok rozmowy, w razie czego kierowała naszą uwagę ku innym opowieściom. Jak by powiedzieli uczeni mądrale: stosowała mechanizm wyparcia czy też zaprzeczania. Na swój dobrotliwy łagodny sposób zamiatała przeszłość pod dywan, a nas zakotwiczyła wyłącznie w naszej teraźniejszości, później zaś w teraźniejszości naszych dzieci – kiedy staliśmy się dorośli, zajmowaliśmy się ich zabawami, ich zainteresowaniami. Ojciec na wszystkie pytania odpowiadał machnięciem ręki, tak rozstrzygająco definitywnym, że niezmiennie zamykało nam usta. Trzymaliśmy się więc kilku faktów i tyle. Nie mieliśmy ani dziadków, ani babć, żadnych więzi oprócz tych, które łączyły ich dwoje ze sobą. W takim kokonie było nam o tyle łatwiej żyć, że mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo, w zasadzie prawie autarkiczne, dorastaliśmy bez potrzeby zadawania sobie pytań na temat wcześniejszego życia Netki.
Dopiero teraz, kiedy jest sama wobec morza – jej mąż odszedł w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim – kiedy my, już dorośli, ułożyliśmy sobie życie, i to na dobre, ugrzęźliśmy w nim głęboko, dopiero teraz naszła nas chęć, by ją wypytywać. Ona jednak woli unikać wyczerpujących odpowiedzi, udziela tylko fragmentarycznych informacji, oddaje się bez reszty naszym egzystencjom, naszym sukcesom lub porażkom, naszym dzieciom, które kochają swoją pogodną mamikę. Nie szczędzi im czasu i miłości, stale je obsypuje prezencikami, a wewnątrz tego puzderka wciąż trzymanego w dłoniach przechowuje listę dat, listę urodzin. Mamika, darzona uwielbieniem przez wszystkie nasze dzieci, a potem też przez dzieci naszych dzieci, nigdy nie zapomina o urodzinach którejkolwiek z tych istot. Daty zostały wpisane do maleńkiego notesiku, wykaligrafowane tym samym charakterem, którym przez trzydzieści lat pisała do mnie listy raz w tygodniu, cokolwiek się działo. Odległą przeszłość promienna Netka zawsze skrywała w cieniu. Była tak otwarta, a zarazem tak skryta, bez końca mogła opowiadać o innych, przywoływać powiedzonka. Tak ją cieszyło wspominanie najdrobniejszych anegdotek z naszego dzieciństwa. Była rozmowna i radosna, bez końca mogła opowiadać o swoim mężu Jeanie, o tym, jak się poznali; o naszych narodzinach, pierwszych krokach, pierwszych potknięciach, o pierwszych wycieczkach za granicę, o tym, jak to było między braćmi… Jednak nigdy nie mówiła o sobie, o własnym dzieciństwie i dorastaniu, o wczesnej młodości, o tych latach, kiedy kształtuje się osobowość… Można by powiedzieć, że przez przemilczenie wręcz kłamała. Dlaczego? Zamknęła drzwi między wczesnymi latami swojego życia i całą resztą. Tak jakby nie chciała się do nich przed nami przyznać. Odnosiła się do tej minionej epoki z całą surowością, ignorując rany, jakich doznają wszyscy, których porzucono.
Jej porzucenia. Naliczyłem tych porzuceń co najmniej cztery. A jednak u tej starszej pani dostrzegam tylko promienny blask i uśmiechnięty spokój twarzy zwróconej w stronę morza: czapka z daszkiem na głowie, w palcach nieodłączny fetysz. Oto nasza mamusia o podwójnym obliczu. Jest ostrożna, dyskretna, wycofana. Wyczuwam wręcz w niej jakby nieufność.

Doskonale się orientuje, że kiedy z Paryża przyjeżdżam do Nicei w odwiedziny do niej, podczas wspólnie spędzanych popołudni sporządzam notatki. Na stole w jadalni położyłem swój nieodłączny notes Moleskine, w zasięgu ręki długopis. To jej się nie podoba, ale nic nie mówi. Wszystko było w porządku, dopóki mówiliśmy o tym, co u nas słychać, jak tam bracia, jak moje dzieci, o odwiedzinach jej wnuków i o tysiącu innych drobnych spraw jej codziennego życia. Otworzyła puzderko, spojrzała na zdjęcie mojego ojca, swojego męża, swojego mężczyzny i powiedziała mi znów, ile już razy słyszałem to zdanie:
– Kiedy się pobraliśmy, wiedzieliśmy przecież, że jest ode mnie o dwadzieścia lat starszy, więc odejdzie przede mną, ale cóż było robić, kochaliśmy się.
Wszystko więc się układa, dopóki dzielimy czułość, wspólnotę, całkowity brak udawania – coś, co zachodzi między matką i potomkami, a czego nie da się w żaden sposób zdefiniować. Jest nam dobrze razem i już. Oddana Maïté, która bezustannie nad nią czuwa, przygotowała nam posiłek i wycofuje się, jak zwykle taktownie:
– Zostawiam pana z nią, ostatnio rzadko pana widuje.
To prawda, chyba nie dość często odwiedzaliśmy ją w Nicei i za każdym razem gdy o tym pomyślę, mam to sobie za złe. Gawędzimy więc, śmiejemy się – ona uwielbia się śmiać – zajadamy, kartkujemy jeden z trzydziestu ośmiu albumów zapełnionych fotografiami (udokumentowała wszystko, wszystko zachowała, od dnia narodzin mojego najstarszego brata, to prawdziwy skarbiec), ale ja już od pewnego czasu próbuję skłonić ją, żeby opowiedziała o tym, o czym nigdy nie opowiada.
– Nigdy nie powiedziałaś, jak nazywał się twój ojciec.
– Nie za bardzo już pamiętam. Sloezing czy Szlotin, jakoś tak. – A zaraz potem: – Dlaczego zapisujesz?
– Dlatego, mamo, że kiedyś opowiem twoją historię.
– Nie ma żadnej historii, to wszystko nieważne, zwyczajne rzeczy i działy się dawno temu. Nie ma żadnej historii.
– Zwyczajne? Zwyczajnie to by było, gdybyś nam więcej opowiadała. To w końcu jak, Szlotin czy Sloesing?
– Tak, Szlotin. Albo jakoś tak, podobnie.
– A jak on wyglądał? Przecież chyba go kiedyś widziałaś?
– Tylko raz.
Nie mówi nic więcej, tak jakby się obawiała, że skoro już przystała na to wypytywanie, może mi się udać wydobyć z niej cokolwiek więcej.
– Raz w życiu – odzywam się. – A gdzie?
– Na łodzi, płynęliśmy po jeziorze.
– W Genewie?
– Przypuszczalnie tak, stał wyprostowany.