“Bez skazy”, powieść jednego z najbardziej wyrazistych autorów amerykańskich, opowiada o mrocznych, głęboko skrywanych uczuciach, skłaniając do refleksji nad problemami współczesności.


Bez skazyPurity „Pip” jest młodą kobietą, która pragnie poznać swojego ojca. Dziewczyna właśnie skończyła studia i chciałaby spłacić kredyt studencki.

Liczy na to, że gdyby odnalazła ojca, mógłby jej w tym pomóc, jednak nieco oderwana od rzeczywistości matka nie chce zdradzić córce jakichkolwiek szczegółów na jego temat.

Wkrótce Pip otrzymuje propozycję odbycia stażu w Ameryce Południowej. Zaczyna pracę dla podejrzanego portalu ujawniającego oszustwa i wykroczenia popełniane przez światowe rządy i korporacje. Wdaje się w romans z jego właścicielem, wikłając tym samym w sieć intryg i tajemnic…

***

“Bez skazy” to przykład literatury zaangażowanej. Daje nam to, czego oczekujemy od fikcji, zmusza do poruszania się po różnych warstwach, by zobaczyć, jak miłość prowadzi do samotności, jak zdradza nas to, w co wierzymy. To fascynujące spotkanie z demonami, które nie są tylko demonami Franzena, ale każdego z nas.
„Los Angeles Times”

Jonathan Franzen (ur. 17 sierpnia 1959 w USA) – amerykański pisarz i eseista. Jest autorem powieści “The Twenty-Seventh City” (1988) i “Strong Motion” (1992) oraz zbioru esejów “How to Be Alone” (2002). Za swoją twórczość został uhonorowany Whiting Writers Award w 1988, Stypendium Guggenheima w 1996 i American Academy’s Berlin Prize w 2000. Jego powieść “Korekty” (The Corrections)przyniosła mu w 2001 roku prestiżową nagrodę National Book Award, a powieść “Wolność” została okrzyknięta największym wydarzeniem literackim 2010 roku w USA.

Jonathan Franzen
Bez skazy
Przekład: Zbigniew Kościuk
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 10 kwietnia 2019
 
 

Bez skazy


Nieskazitelna w Oakland

PONIEDZIAŁEK
– Kotku, tak się cieszę, że cię słyszę – powiedziała przez telefon matka dziewczyny. – Ciało znowu mnie zdradza. Czasem mam wrażenie, że moje życie to nic innego, jak jedno wielkie pasmo zdrad ciała.
– Czy to nie los nas wszystkich? – spytała Pip. Zebrała się w sobie i zadzwoniła do matki w południe, podczas przerwy na lunch w firmie Renewable Solutions2. Rozmowa pozwoliła jej na chwilę zapomnieć o poczuciu, że nie nadaje się do tej roboty, że ma pracę, do której w ogóle nikt się nie nadaje, lub że ona sama do niczego się nie nadaje. Później, po dwudziestu minutach gadania, mogła uczciwie powiedzieć, że musi wracać do swych obowiązków.
– Lewa powieka mi opada – wyjaśniła jej matka. – Jakby ciągnął ją w dół jakiś ciężar, maleńki ciężarek wędkarski lub coś takiego.
– W tej chwili?
– Od czasu do czasu. Może to porażenie Bella?
– Nie wiem, co to takiego porażenie Bella, ale jestem pewna, że go nie masz.
– Jak możesz być pewna, skoro nie wiesz nawet, co to jest, kotku?
– Nie mam pojęcia… Bo nie miałaś choroby Gravesa-Basedowa? Nadczynności tarczycy? Czerniaka?
Chociaż Pip nie lubiła żartować z własnej matki, ich stosunki były trwale skażone  p o k u s ą   n a d u ż y c i a  – Pip poznała to pojęcie, studiując ekonomię w college’u. Przypominała bank odgrywający zbyt ważną rolę w gospodarce lub zanadto potrzebnego pracownika, aby można było go zwolnić za niewłaściwą postawę. Wśród jej przyjaciół w Oakland zdarzali się też i tacy, którzy mieli trudnych starych, ale potrafili rozmawiać z nimi codziennie bez okazywania nadmiernego znużenia, bo nawet najtrudniejsi rodzice posiadali zasoby, w skład których wchodziło coś więcej niż jeden potomek. W przeciwieństwie do nich Pip była jedynaczką.
– Posłuchaj, chyba nie pójdę dziś do pracy – westchnęła jej matka. – Medytacja to jedyna rzecz, dzięki której potrafię wytrzymać w robocie, a nie mogę medytować, kiedy niewidoczny  c i ę ż a r e k   w ę d k a r s k i  sprawia, że opadają mi powieki.
– Mamusiu, nie możesz kolejny raz wziąć chorobowego. Nie ma nawet lipca. Co zrobisz, jeśli naprawdę zachorujesz na grypę lub coś takiego?
– Czy do tego czasu klienci mają się dziwić, że ich zakupy pakuje starucha z obwisłą połową twarzy? Nie masz pojęcia, jak zazdroszczę ci twojego boksu. Sprawia, że stajesz się niewidzialna.
– Nie idealizujmy boksu.
– Wiesz, co jest najgorsze w ciele? To, że jest  w i d o c z n e,  takie  w i d o c z n e. 
Chociaż matka Pip cierpiała na przewlekłą depresję, nie była wariatką. Przez ponad dziesięć lat zdołała utrzymać posadę kasjerki w sklepie New Leaf Community Market w Felton. Od czasu, kiedy Pip zrezygnowała z samodzielnego myślenia i podporządkowała się logice matki, potrafiła doskonale zrozumieć, o co jej chodzi. Jedyną dekoracją szarych ścianek jej boksu była nalepka na zderzak z napisem PRZYNAJMNIEJ NA FRONCIE WOJNY O ŚRODOWISKO IDZIE DOBRZE. Boksy jej koleżanek były pokryte zdjęciami i wycinkami, ale Pip rozumiała, jak atrakcyjna jest niewidzialność. Spodziewała się również, że za miesiąc lub dwa ją wyleją, więc po co miałaby się zadomawiać?
– Wiesz, jak nie będziesz świętować dnia, który nie jest dniem twoich urodzin? – spytała matkę.
– Szczerze? Chciałabym wylegiwać się w łóżku przez cały dzień, z prześcieradłem naciągniętym na głowę. Nie chcę, żeby dzień, który nie jest dniem moich urodzin, przypominał mi, że się starzeję. Moja powieka robi to wystarczająco dobrze.
– Może upiekę ciasto, a później przyjadę i razem je zjemy? Mówisz tak, jakbyś czuła się gorzej niż zwykle.
– Czuję się lepiej, kiedy cię widzę.
– Ha! Szkoda, że nie jestem dostępna w formie tabletki. Co powiesz na ciasto ze stewią? Tym słodzikiem?
– Sama nie wiem. Stewia zabawnie wpływa na procesy chemiczne w moich ustach. O ile pamiętam, nie można oszukać kubeczków smakowych.
– Cukier też pozostawia smak – przypomniała Pip, chociaż wiedziała, że ten argument nie odniesie skutku.
– Cukier pozostawia  c i e r p k i  smak, ale kubeczki smakowe nie mają z nim problemu, bo są tak zbudowane, że informują, że coś jest kwaśne, ale tego nie rozpamiętują. Kubeczki smakowe nie powinny pamiętać dziwnego smaku przez pięć godzin! Przeżyłam coś takiego, kiedy napiłam się czegoś słodzonego stewią.
– Ale cierpki smak nie pozostaje w ustach.
– Musi się dziać coś bardzo złego, jeśli kubeczek smakowy pięć godzin po wypiciu słodzonego napoju wciąż rejestruje dziwny smak. Czy wiesz, że jeśli choć raz weźmiesz metamfetaminę, procesy chemiczne w twoim mózgu zmienią się już na zawsze? Właśnie taki smak ma dla mnie stewia.
– Nie szprycuję się metamfetaminą, jeśli o to ci chodziło.
– Chciałam powiedzieć, że nie potrzebuję ciasta.
– Daj spokój! Wymyślę inne. Przepraszam, że zaproponowałam ciasto, które jest dla ciebie  t r u c i z n ą. 
– Nie powiedziałam, że jest trucizną. Po prostu ten słodzik, stewia, zabawnie wpływa na…
– Na procesy chemiczne w twoich ustach!
– Kotku, zjem każde ciastko, które przywieziesz. Nie zabije mnie nawet rafinowany cukier. Nie chciałam cię zdenerwować. Kochanie, proszę…
Ich rozmowy rzez telefon kończyły się dopiero wtedy, gdy obie poczuły się paskudnie. Problem Pip – a raczej rodzaj nieuleczalnego upośledzenia, z którego brała się jej rzekoma niezdolność do skutecznego działania – polegał na tym, że kochała matkę. Że jej współczuła, że cierpiała razem z nią, że przeżywała wzruszenie na dźwięk jej głosu, że odczuwała niepokojący aseksualny pociąg do jej ciała, że martwiła się nawet o procesy chemiczne zachodzące w jej ustach, że życzyła jej szczęścia, nie znosiła jej denerwować i uważała za kogoś bliskiego. Problem Pip przypominał ogromny blok granitu spoczywający w samym środku jej życia – stąd brał się cały jej gniew i sarkazm, które kierowała nie tylko na matkę, ale – ostatnio coraz częściej daremnie – na mniej odpowiednie osoby. Kiedy Pip robiła się wściekła, właściwie nie gniewała się na matkę, ale na ten blok granitu.
Gdy miała osiem lub dziewięć lat, przyszło jej do głowy, żeby spytać, dlaczego w małym domku wśród sekwoi, w którym mieszkały pod Felton, świętowano tylko jej urodziny. Matka odrzekła, że nie obchodzi urodzin, że dla niej liczą się tylko urodziny Pip. Córka dręczyła ją tak długo, aż zgodziła się uczcić dzień letniego przesilenia ciastem, które nazywały nie-urodzinowym. Uroczystość sprowokowała pytanie o wiek matki, ale ta nie zgodziła się go zdradzić. Ograniczyła się do uśmiechu, z którym wyznawcy buddyzmu zen zadają paradoksalne pytania:
– Jestem wystarczająco stara, aby być twoją matką.
– Ile lat masz  n a p r a w d ę? 
– Spójrz na moje ręce – odpowiedziała matka. – Jeśli poćwiczysz, nauczysz się rozpoznawać wiek kobiety po jej dłoniach.
W ten sposób – pewnie po raz pierwszy – Pip spojrzała na ręce matki. Pokrywająca je skóra nie była różowa i matowa jak jej własna. Dłonie wyglądały tak, jakby kości i żyły próbowały wynurzyć się na powierzchnię, jakby skóra była opadającą wodą odsłaniającą kształty przedmiotów spoczywających na dnie zatoki. Chociaż włosy matki były gęste i bardzo długie, można było w nich dostrzec siwe, suche pasemka, a skóra u podstawy szyi przypominała przejrzałą brzoskwinię. Tej nocy Pip nie mogła zasnąć, bo martwiła się, że jej matka może wkrótce umrzeć. Wtedy po raz pierwszy zdała sobie sprawę z istnienia granitowego bloku.
W tym czasie zaczęła gorąco pragnąć, aby jej matka poznała jakiegoś mężczyznę lub miała inną kochającą ją osobę, wszystko jedno jaką. Potencjalnymi kandydatami w ciągu kolejnych lat byli: ich sąsiadka Linda, która była panną z dzieckiem jak matka Pip i jak ona oddawała się studiowaniu sanskrytu, Ernie, rzeźnik ze sklepu New Leaf, również weganin, lekarz pediatra Vanessa Tong, której silne zadurzenie w matce Pip przejawiało się próbami zainteresowania jej obserwowaniem ptaków, oraz Sonny, brodaty góral złota rączka, dla którego żadna robota konserwatorska nie była zbyt błahą okazją do palnięcia wykładu o sposobie życia dawnych Indian Pueblo. Wszystkie te dobrotliwe postacie z doliny San Lorenzo dostrzegły w matce Pip to, co Pip zauważyła jako młoda nastolatka i z czego była dumna – rodzaj bliżej nieokreślonej wielkości. Bo nie trzeba pisać, żeby być poetą, i nie trzeba tworzyć, aby zostać artystą. Medytacje jej matki były same w sobie rodzajem sztuki – sztuki bycia niewidzialnym. Do czasu, gdy Pip ukończyła dwunasty rok życia, w ich domku nie było telewizora ani komputera. Dla jej matki głównym źródłem informacji był dziennik „Santa Cruz Sentinel”, z którego czerpała codzienną przyjemność polegającą na okazywaniu przerażenia światem. W dolinie nie było to zresztą niczym niezwykłym. Kłopot polegał na tym, że matka Pip promieniowała nieśmiałą wiarą we własną wielkość, a przynajmniej zachowywała się tak, jakby kiedyś była wielka – to znaczy przed pojawieniem się Pip, w przeszłości, o której kategorycznie nie chciała rozmawiać. Była nie tyle urażona, co przerażona, że ich sąsiadka Linda mogłaby porównać swojego łapiącego żaby i oddychającego przez usta synalka Damiana z jej wyjątkową i idealną Pip. Uważała, że rzeźnik czułby się kompletnie zdruzgotany, gdyby oświadczyła, iż według niej zalatuje mięsem nawet po wzięciu prysznica. W pożałowania godny sposób wymawiała się przed przyjęciem zaproszenia Vanessy Tong, zamiast przyznać otwarcie, że boi się ptaków, a gdy wysoko zawieszona furgonetka Sonny’ego zaklekotała na podjeździe, kazała Pip iść do drzwi, a sama uciekała tylnym wyjściem, żeby ukryć się wśród sekwoi. Mogła sobie pozwolić na luksus bycia tak niemożliwie wybredną z powodu Pip. Wielokrotnie matka powtarzała to bez ogródek: Pip była jedyną osobą, która zdała egzamin, jedyną, którą  o n a  kochała.
Oczywiście stało się to źródłem bolesnego zażenowania, kiedy Pip weszła w okres dojrzewania. Była zbyt zajęta nienawidzeniem i karceniem matki, aby zauważyć, jak bardzo ogranicza jej perspektywy życiowe swoją innością. Pip nie miała nikogo, kto by jej powiedział, że ukończenie college’u z długiem studenckim rzędu 130 000 dolarów nie jest najlepszym pomysłem, jeśli człowiek zamierza dokonać czegoś dobrego na tym świecie. I nikt jej nie ostrzegł, że kwotą, na którą należało zwrócić uwagę podczas rozmowy kwalifikacyjnej z Igorem, szefem działu wsparcia odbiorców energii w Renewable Solutions, nie było „trzydzieści lub czterdzieści tysięcy dolarów” tytułem prowizji, które zgodnie z jego przewidywaniami mogła zarobić w pierwszym roku pracy, ale dwadzieścia jeden tysięcy dolarów podstawowego wynagrodzenia. Nikt jej też nie uprzedził, że handlowiec tak przekonujący jak Igor może być równie zręczny w sprzedaży gównianej roboty naiwnym dwudziestojednolatkom.
– Pogadamy w weekend – oświadczyła Pip stanowczym głosem. – Ostrzegam, że zamierzam pomówić o czymś, na co nie masz ochoty.
Jej matka zachichotała czarująco, aby dać do zrozumienia, że czuje się bezbronna.
– Jest tylko jedna rzecz, o której nie chcę z tobą gadać.
– Cóż, właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Ostrzegałam cię.
Matka nie odrzekła ani słowa. Mgła w Felton pewnie się rozwiała – mgła żegnana przez jej matkę tak niechętnie, bo jej zniknięcie odsłaniało jasny świat, do którego wolała nie należeć. Medytacja wychodziła jej najlepiej w spokojne szare poranki. Za chwilę pojawią się promienie słońca flirtujące z zielenią i złotem w małych igłach sekwoi, a letni skwar wślizgnie się przez senne okna werandy, przeniknie okiennice i ogarnie łóżko, które Pip wzięła w posiadanie jako spragniona prywatności nastolatka, wyganiając matkę na łóżko polowe w salonie. Było tak do czasu jej wyjazdu do college’u; dopiero wtedy matka odzyskała sypialnię. Pewnie leżała teraz na łóżku, medytując. Jeśli tak, nie odezwie się ani słowem, dopóki ktoś jej nie zagadnie. Zespala się z własnym oddechem.
– To nic osobistego – powiedziała Pip. – Nigdzie nie wyjeżdżam, ale potrzebuję pieniędzy, a ty ich nie masz, podobnie jak ja. Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, kogo mogłabym o nie poprosić. Tylko jeden człowiek jest mi coś teoretycznie  w i n i e n,  dlatego będziemy musiały o tym pomówić.
– Kotku – odrzekła smutno matka – wiesz, że tego nie zrobię. Przykro mi, że potrzebujesz pieniędzy, ale nie chodzi o to, czego chcę lub nie chcę. Chodzi o to, co można i czego nie można zrobić. A ja nie mogę, więc będziemy musiały wymyślić dla ciebie coś innego.
Pip zmarszczyła czoło. Od czasu do czasu odczuwała potrzebę naprężenia mięśni w kaftanie bezpieczeństwa, który dwa lata temu narzuciły jej okoliczności, żeby sprawdzić, czy rękawy nie stały się nieco luźniejsze. Za każdym razem okazywało się, że są tak samo ciasne jak zawsze. Nadal miała 130 000 dolarów długu, a matka w dalszym ciągu była jej jedynym źródłem pocieszenia. Dziwna sprawa, jak nagle i całkowicie wpadła w pułapkę, kiedy dobiegły końca cztery lata wolności w college’u. Gdyby było ją na to stać, popadłaby w depresję z tego powodu.
– Słuchaj, za chwilę się rozłączę – powiedziała do słuchawki. – Przygotuj się do pracy. Martwisz się z powodu oczu, bo pewnie nie śpisz tyle, ile trzeba. Mam to samo, kiedy nie śpię.
– Naprawdę? – ożywiła się matka. – Też na to cierpisz?
Chociaż Pip wiedziała, że to przedłuży rozmowę, a nawet sprowokuje idiotyczną dyskusję o dziedzicznych chorobach, uznała, że lepiej, aby jej matka myślała o bezsenności niż o porażeniu Bella, choćby dlatego, że Pip od lat bezskutecznie zwracała uwagę na fakt, iż są lekarstwa, które mogłyby jej pomóc. Efekt był taki, że gdy o 13:22 Igor wetknął głowę do jej boksu, Pip nadal gadała przez telefon.
– Mamusiu, przepraszam, ale muszę kończyć. Do widzenia – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Igor był jasnowłosym Rosjaninem, brodatym i wkurzająco przystojnym. Pip uznała, że jedynym powodem, dla którego jeszcze jej nie zwolnił, było to, że lubił fantazjować, że ją przeleci. Była także pewna, że gdyby do tego doszło, natychmiast poczułaby się upokorzona, bo facet był nie tyle przystojny, co raczej przystojnie opłacany, tymczasem ona nie miała niczego z wyjątkiem kłopotów. A była przekonana, że Igor wie także o tym.
–  P r z e p r a s z a m  – powiedziała. – Przepraszam, że przedłużyłam przerwę o siedem minut. Moja mama ma problemy zdrowotne. – Zastanowiła się nad własnymi słowami i sprostowała: – Właściwie odwołuję to, co powiedziałam. Wcale nie jest mi przykro. Jakie jest prawdopodobieństwo, że uzyskałabym pozytywną odpowiedź w ciągu siedmiu minut?
– Czy wyglądam, jakbym chciał cię skrytykować? – spytał Igor, mrugając.
– To dlaczego wściubiasz tu nos? I dlaczego się na mnie gapisz?
– Pomyślałem, że chciałabyś zagrać w Dwadzieścia pytań.
– Nie sądzę.
– Ty spróbujesz odgadnąć, czego chcę, a ja ograniczę się do niewinnego „tak” lub „nie”.
– Chcesz zostać pozwany za molestowanie seksualne?
Igor zachichotał, wyraźnie zadowolony z siebie.
– Odpowiedź brzmi „nie”! Zostało ci dziewiętnaście pytań.
– Nie żartuję z tym pozwem. Mam przyjaciółkę na wydziale prawa, która twierdzi, że wystarczy, abyś stworzył odpowiednią atmosferę.
– To nie było pytanie.
– Jak mam ci wytłumaczyć, że mnie to nie bawi?
– Ogranicz się do pytań, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”.
– Jezu! Idź sobie!
– Wolisz pogadać o ocenie twoich majowych wyników?
– Odejdź! Siadam do telefonu!
Kiedy Igor sobie poszedł, Pip wyświetliła na monitorze okienko z rozmowami telefonicznymi, spojrzała z niesmakiem i zwinęła je ponownie. Cztery razy w ciągu dwudziestu dwóch miesięcy, które przepracowała w Renewable Solutions, zdołała uzyskać przedostatnią notę – o nie, nie ostatnią – na białej tablicy, gdzie rejestrowano „wyniki marketingowe” Pip i jej koleżanek. Pewnie nie przez przypadek cztery razy w ciągu tych dwudziestu dwóch miesięcy spoglądała w lustro i widziała kogoś ładnego – wszystko jedno kogo, tylko nie siebie – zamiast kogoś, kto mógłby być uznany za ładnego, gdyby nie był nią. Bez wątpienia odziedziczyła po matce pewne niedostatki fizyczne – miała na to twarde dowody w postaci swoich doświadczeń z facetami. Chociaż wielu uważało ją za atrakcyjną, tylko nieliczni nie doszli w końcu do wniosku, że popełnili błąd. Igor od dwóch lat próbował rozwiązać tę łamigłówkę. Ciągle ją obserwował, tak samo jak ona sama obserwowała się w lustrze. „Wczoraj wydawała się ładna, a teraz…”
Podczas studiów Pip wyrobiła sobie pogląd, że szczytem kultury jest spędzanie niedzielnych poranków na czytaniu w kawiarni świątecznego wydania „New York Timesa”. Zajęcie to stało się jej cotygodniowym rytuałem, a w niedzielne poranki czuła się najbardziej kulturalna, niezależnie od tego, skąd wzięło się w niej to przekonanie. I niezależnie od tego, do której piła na mieście poprzedniej nocy, o ósmej rano kupowała „Timesa”, zabierała gazetę do kawiarni U Peeta, zamawiała babeczkę z masłem oraz podwójne cappuccino, a następnie siadywała przy swoim ulubionym stoliku w kącie sali i na kilka godzin z błogością zapominała o sobie.
Ostatniej zimy zauważyła U Peeta przystojnego chudego chłopaka, który hołdował identycznemu niedzielnemu rytuałowi. Przez kilka tygodni, zamiast czytać najnowsze wiadomości, rozmyślała o tym, jak wygląda w jego oczach, kiedy wertuje gazetę. Czy powinna podnieść głowę i przyłapać go na tym, że się na nią gapi? W końcu stało się jasne, że musi sobie poszukać innej kawiarni lub z nim pogadać. Następnym razem, gdy przyłapała go na tym, że ją obserwuje, zmusiła się do zachęcającego skinienia głową – tak niezdarnego i wystudiowanego, że była zaskoczona natychmiastowym skutkiem. Facet z miejsca do niej podszedł i zaproponował, że skoro oboje przychodzą tu co tydzień o tej samej porze, mogliby czytać jedną gazetę i w ten sposób ocalić jakieś drzewo.
– A co zrobimy, jeśli będziemy chcieli czytać tę samą rubrykę? – spytała Pip z nutką wrogości w głosie.
– Jeśli doczytasz do niej przede mną – odrzekł chłopak – będziesz mieć prawo wyboru. – Później poskarżył się na swoich rodziców mieszkających w College Station w Teksasie, którzy mieli rozrzutny zwyczaj kupowania dwóch egzemplarzy niedzielnego „Timesa”, żeby nie wydzierać sobie gazety.
Pip jak pies znający tylko własne imię i pięć prostych słów w języku ludzi usłyszała jedynie, że chłopak pochodzi z normalnej rodziny, w której jest dwoje rodziców i forsy jak lodu.
– Problem polega na tym, że to jedyna chwila w tygodniu, kiedy mam czas wyłącznie dla siebie – odpowiedziała.
– Przepraszam – chłopak zaczął się wycofywać, wyraźnie zmieszany. – Odniosłem wrażenie, że chciałaś coś powiedzieć.