“Floryda”, zbiór opowiadań jednej z najlepszych współczesnych pisarek amerykańskich, nominowany do National Book Award, to niebezpieczna energia, zdobiona bogatymi i niepokojącymi detalami.


FlorydaDla wielu z nas Floryda to miejsce pełne słońca, kryształowo czystej wody i białych piasków. Lauren Groff odkrywa jednak Florydę zupełnie inną, a my wraz z nią powędrujemy w mroczne zakątki świata i ludzkiej duszy, w których czai się strach, prawdziwy lub wyimaginowany…

Dwie małe siostry, które nagle zostają same na przepięknej plaży, nie do końca rozumieją, co się wokół nich dzieje, ale przeczuwają, że trzeba szukać ratunku.

Podczas wakacji matka z kilkuletnimi synkami zostają w domu na odludziu zdani tylko na siebie; muszą przeżyć, choć w bujnych zaroślach czai się niebezpieczeństwo.

Malowniczy cypel zostaje zaatakowany przez huragan i tylko czas pokaże, czy samotna kobieta przetrwa atak żywiołu w opuszczonym miasteczku.

***

We florydzkim krajobrazie Groff jest całkiem sporo Davida Lyncha: egzotyczny i jasny, a jednocześnie pulsujący ukrytą wrogością… Groff pisze pięknie, jej spostrzeżenia są głębokie, a każde opowiadanie to lśniący, zdobiony skarb wydobyty z głębiny.
„The Economist”

Groff porzuca blichtr Miami dla klejących, rojących się od węży okolic podzwrotnikowych, mokradeł i letniego żaru, z których rodzi się elektryzujący zestaw bohaterów i światów.
„Vanity Fair”

Fani Groff natychmiast rozpoznają tę miłość do opisu…Surowe, pełne zagrożeń, językowo potężne opowiadania. Zaniepokoją każdego czytelnika… Literacki tour de force niepewności osadzony w rozpalonym miejscu, amerykańskim stanie w kształcie pistoletu.
„Kirkus”

Niebezpieczna energia, zdobiona bogatymi i niepokojącymi detalami, emanuje z tego zbioru, którego bohaterowie mierzą się z wężami, huraganami i własnym autodestrukcyjnym zachowaniem.
„Time Magazine”

Lauren Groff wspaniale opowiada… «Floryda» to pokrzepiająca proza na niespokojne czasy. Jej ostateczny wydźwięk, nawet najbardziej złowrogi… dąży w stronę miłości i obietnicy istnienia dobrych ludzi, nie tylko w jednym stanie, ale na świecie.
„New York Times”

Wśród stron tej książki czai się coś nieposkromionego. Wyjątkowa proza Groff pulsuje niebezpieczeństwem; jej piękno, tak jak piękno tytułowego stanu, leży w niezrównanej dzikiej bujności.
„Financial Times”

Te opowiadania są zwięzłe i oszczędne, emanują z nich poczucie zagrożenia i zwierzęca energia.
„Wall Street Journal”

Nie szerokie, złote plaże, a moczary pełne węży. Nie szum fal, a dyskretne buczenie wszechobecnych klimatyzatorów. Nie opaleni surferzy, a ludzie, którzy próbują znaleźć dla siebie miejsce. Floryda według Groff nie raz was zaskoczy. Jednego możecie być pewni – to znakomita literatura.
Natalia Szostak, „Książki. Magazyn do czytania”

«Floryda» to pełen zaskoczeń zbiór opowieści o lęku, samotności i nieustannej obawie o życie bliskich. Groff doskonale udało się sportretować ludzką naturę w miejscu, które tylko z pozoru wydaje się rajem.
Monika Długa, „God save the book”

Groff umiejętnie operuje opozycją kultura-natura. W jej opowiadaniach człowiek zostaje przedstawiony jako istota słaba, zupełnie bezbronna wobec natury – dzikiej i nieobliczalnej potęgi. Ponadto odkrywa w człowieku jego zwierzęcość, obdziera go z norm społecznych, konfrontuje z pierwotnym «ja».
Karolina Kurando, „BOOKS SILENCE”

Lauren Groff
Floryda
Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Floryda

Spis treści

Duchy i puste
Z rogów czterech, gdyby je Ziemia krągła miała
Psy w wilki
Strefa północy
Huragan
Dla boga miłości, na miłość boską
Salvador
Łowcy kwiatów
Ponad i niżej
Wężowe historie
Yport
Podziękowania

Duchy i puste

Niezauważalnie stałam się kobietą, która wrzeszczy, a ponieważ nie chcę być kobietą, która wrzeszczy, której dzieci chodzą wokół z czujnymi, znieruchomiałymi buziami, zaczęłam po kolacji sznurować adidasy i wychodzić na spacer na szarzejące ulice, zostawiając rozbieranie, mycie, czytanie i śpiewanie oraz układanie chłopców do snu mojemu mężowi, mężczyźnie, który nie wrzeszczy.
Kiedy tak chodzę, wokół zapada zmierzch i dzienną okolicę stopniowo zakrywa druga. Niewiele jest latarni, a te, pod którymi przechodzę, sprawiają, że mój cień zaczyna figlować – ciągnie się z tyłu, galopuje do stóp, dokazuje, wyrywając do przodu. Dodatkowe światło pada jedynie z okien mijanych domów i z księżyca, który nakazuje mi spojrzeć w górę, w górę! Zdziczałe koty uskakują spod nóg, strelicje wychylają się z cienia, zapachy uwalniają się w powietrze: dębowy pył, śluzowce, kamfora.
W styczniu w północnej części Florydy panuje zimno, idę więc szybko, by się ogrzać, ale także dlatego, że (choć okolica jest stara – wielkie wiktoriańskie domy zmieniające się w bungalowy z lat dwudziestych XX wieku, na obrzeżach współczesne rancza z połowy stulecia) jest nie do końca bezpiecznie. Miesiąc temu zgwałcono tu kobietę, pięćdziesięciokilkuletnią biegaczkę – napastnik wciągnął ją w azalie; w zeszłym tygodniu sfora pitbuli bez smyczy przewróciła matkę z dzieckiem w wózku i oboje poturbowała, choć nie zabiła.
„To nie wina zwierząt, tylko właścicieli!” – protestowali miłośnicy czworonogów w sąsiedzkim newsletterze, ale tamte psy najwyraźniej były socjopatami. Gdy w latach siedemdziesiątych wybudowano nasze przedmieścia, historyczne domy w centrum miasta porzucono i przejęli je studenci, którzy podgrzewali fasolkę z puszki na butlach gazowych stojących na sosnowych podłogach i wycinali sobie mieszkania z dawnych sal balowych. Kiedy przez zaniedbania i wilgoć tamte domy przegniły, zapadły się i zaczęły łuszczyć rdzą, nastąpiło drugie porzucenie – na rzecz biedaków, squattersów. Przeprowadziliśmy się tutaj dziesięć lat temu, ponieważ nasz dom był tani i miał belki z dziewiczego drewna, a poza tym uznałam, że skoro mam już mieszkać na Południu, z tymi jego gotowanymi orzeszkami ziemnymi i oplątwą zwisającą jak włosy pod pachą, to przynajmniej nie zabarykaduję się ze swoją białością na strzeżonym osiedlu. „Czy to nie… ryzykowne?” – zastanawiali się ludzie w wieku naszych rodziców, krzywiąc się na wieść o tym, gdzie mieszkamy, a ja z wielkim trudem powstrzymywałam się, by nie zapytać: „Chodzi o to, że czarne, czy o to, że tylko biedne?”. I to, i to się zgadzało.
Od tamtej pory okolica zdążyła się jednak zarazić białą klasą średnią i teraz wszystko jest ogarnięte szałem renowacji. Przez ostatnich kilka lat czarni w większości się wyprowadzili. Na jakiś czas zostali bezdomni, ponieważ niedaleko znajduje się Bo Diddley Plaza, gdzie do niedawna w kościołach rozdawano jedzenie i Boga, a ruch Occupy wlał się niczym fala i postanowił tam sypiać, po czym zmęczył się brudem i wylał z powrotem, zostawiając za sobą ludzki ślad bezdomnych w śpiworach. W trakcie pierwszych miesięcy mieszkania tutaj wpadała do nas pewna bezdomna para, którą widywaliśmy, jak wymykała się o świcie: o zmierzchu po cichu podnosili siatkę pod budynkiem, wczołgiwali się tam i spali, ich dachem była podłoga naszej sypialni, a kiedy wstawaliśmy w środku nocy, próbowaliśmy chodzić cicho, bo zdawało się nam niegrzeczne łazić tuż nad twarzą śniącego człowieka.
W trakcie moich wieczornych spacerów odsłania się życie sąsiadów, oświetlone okna jak domowe akwaria. Czasami bywam milczącym świadkiem kłótni przypominających tańczenie wolnego bez muzyki. To zaskakujące, jak żyją ludzie, jaki panuje u nich bałagan, smakowite zapachy z kuchni rozchodzą się na ulicę, świąteczne dekoracje powoli wsiąkają w codzienny wystrój. Przez cały styczeń obserwowałam, jak bożonarodzeniowy bukiet róż nad jednym z kominków więdnie, aż w końcu kwiaty uschły, woda zmieniła się w zieloną zawiesinę i tylko wielki Święty Mikołaj na patyku wciąż radośnie szczerzył się w tych ruinach. Okno za oknem obraz zamiera niebieską mgiełką telewizora albo parą zgarbioną nad kawałkiem pizzy, zatrzymuje się, gdy idę, później ucieka w zapomnienie. Myślę o tym, jak woda zbiera się, ześlizgując po soplu lodu, zatrzymuje się na końcu, tworząc lśniącą kroplę, a ta robi się zbyt gruba i spada.
W okolicy jest takie jedno miejsce, budynek właściwie bez okien, który i tak uwielbiam, ponieważ mieszkają w nim zakonnice. Kiedyś było ich sześć, jednak nastąpił ubytek, jak to bywa z bardzo starymi paniami, i teraz tylko trzy miłe siostry szurają po tej ogromnej przestrzeni w swoich praktycznych butach. Znajoma pracująca w nieruchomościach mówiła nam, że kiedy ten budynek wzniesiono w latach pięćdziesiątych, w porowaty wapień na podwórzu wmurowano schron przeciwlotniczy, więc podczas bezsennych nocy, kiedy leżę w łóżku, ale mój umysł wciąż pracuje w ciemności, lubię sobie wyobrażać zakonnice w habitach siedzące w tym schronie – jak śpiewają hymny i kręcą pedałami roweru stacjonarnego, by żarówka dalej mrugała, podczas gdy na ziemi wszystko zostało zmiecione w nicość i tylko zardzewiałe zawiasy chrypią na wietrze.

Jako że wieczory są takie zimne, na ulicach nie mam licznego towarzystwa. Para młodych ludzi, którzy biegają w tempie wolniejszym niż mój energiczny chód. Idę za nimi, słuchając gadania o ślubnych planach i kłótniach ze znajomymi. Kiedyś się zapomniałam i roześmiałam z czegoś, co powiedzieli, więc odwrócili się, wytrąceni z równowagi i zdziwieni, ruszyli szybciej, skręcili w pierwszym możliwym miejscu i pozwoliłam im zniknąć w ciemności.
Jest też pewna elegancka, wysoka kobieta wyprowadzająca doga niemieckiego maści kłaczków z suszarki. Kobieta ta chyba, niestety, choruje, ponieważ chodzi sztywno, a jej twarz się wykrzywia, jakby co chwilę przeszywał ją ból. Czasami wyobrażam sobie, że skręcam za róg i znajduję jej bezwładne ciało na ziemi, wkładam je na grzbiet tego psa, klepię go niczym konia i patrzę, jak z godnością niesie właścicielkę do domu.
Jest także chłopak, może piętnastoletni, niewyobrażalnie otyły, który zawsze chodzi bez koszulki i zawsze ćwiczy na bieżni na oszklonym ganku. Bez względu na to, ile razy mijam jego okna, on tam jest, uderza w bieżnię tak mocno, że słyszę go jeszcze dwie przecznice dalej. Ponieważ w jego domu wszystkie światła są zapalone, on nie widzi nic poza czarnym oknem, ciekawi mnie więc, czy wpatruje się w swoje odbicie tak, jak ja wpatruję się w niego, czy zauważa, jak z każdym krokiem brzuch podskakuje mu niczym poruszony staw, do którego ktoś wrzucił kamień wielkości pięści.
Jest jeszcze nieśmiała, mamrocząca bezdomna – zbieraczka puszek. Wozi hałasujące torby na bagażniku roweru, na który wsiada, stając na starych betonowych murkach przed większymi domami. Jej zapach przywodzi mi na myśl odziane w ciemne jedwabie bogate damy z Południa, które kiedyś wykorzystywały te same murki, by wsiąść do powozu, i woniały podobnie, intymnym kobiecym smrodkiem. Może kwestie higieny od tamtej pory się zmieniły, ale ludzkie ciała nie.
Jest mężczyzna, który syczy bezeceństwa, stojąc w świetle przed knajpą z kratami w oknach. Robię minę mówiącą „nawet ze mną nie próbuj”, choć zdążył dopiero syknąć, ale jakaś część mnie jest bardziej niż gotowa i chce wykorzystać to, co się nazbierało.
Czasami wydaje mi się, że widzę parę, która ukradkiem mieszkała pod naszym domem – tę wyjątkową troskliwość mężczyzny, jego dłoń na jej plecach – ale kiedy podchodzę bliżej, okazuje się, że to tylko drzewko papai schylone nad beczką z deszczówką albo dwaj chłopcy popalający w krzakach, sztywniejący nerwowo, kiedy przechodzę.
Jest jeszcze terapeuta, który co wieczór siedzi przy biurku w swoim gabinecie w wiktoriańskim domu przypominającym butwiejący galeon. Jeden z jego pacjentów przyłapał swoją żonę z terapeutą w łóżku. Pacjent woził w samochodzie naładowaną strzelbę: żonę zastrzelił w trakcie stosunku, terapeuta przeżył, ale wciąż ma kulę w biodrze, przez którą chwieje się, idąc dolać sobie szkockiej. Plotka głosi, że co tydzień odwiedza w więzieniu rogacza mordercę, ale czy motywem tych spotkań jest dobroć, czy chęć zatriumfowania, nie wiadomo – choć przecież motywy nigdy nie są całkiem niewinne. Dopiero co się wprowadziliśmy. Zdrapywaliśmy jeszcze łuszczącą się farbę z dębowych listew w jadalni, kiedy powietrze rozdarły wystrzały, lecz oczywiście uznaliśmy, że to fajerwerki odpalone przez dzieci sąsiadów.
Kiedy idę, widzę obcych, ale także znajomych. Któregoś dnia na początku lutego podnoszę wzrok i zauważam koleżankę w różowym body. Rozciąga się w oknie, po chwili jednak dociera do mnie, że ona się nie rozciąga, tylko wyciera nogi, a body to tak naprawdę jej ciało zaróżowione po gorącym prysznicu. Choć odwiedzałam ją w szpitalu, kiedy rodziła obu synów, trzymałam noworodki w ramionach, kiedy wciąż nią pachniały, widziałam świeżą ranę po cesarce, to dopiero teraz, gdy patrzę, jak się wyciera, w pełni pojmuję, że jest istotą seksualną, więc kiedy następnym razem rozmawiamy, nie mogę powstrzymać rumieńców i wyobrażam ją sobie w ekstremalnych pozycjach miłosnych. Najczęściej jednak widuję matki, które znam z widzenia, zgięte w pastorał w poszukiwaniu rozrzuconych na podłodze maleńkich klocków Lego, na wpół przeżutych winogron albo kobiet, którymi kiedyś były, pochowanych po kątach.
– To zbyt wiele, zbyt wiele! – krzyczę na mojego męża w niektóre wieczory, kiedy wracam do domu, a on, ten łagodny olbrzym, patrzy na mnie przestraszony, siada na łóżku, poprawia laptopa i cicho mnie uspokaja:
– Chyba jeszcze tego nie rozchodziłaś, skarbie, może zrobisz dodatkowe kółko.
I znowu wychodzę, wściekła, bo na ulicach późnym wieczorem robi się bardziej niebezpiecznie, poza tym – jak on śmie narażać mnie na takie ryzyko, wiedząc, jaka jestem krucha. Ale przecież w moim ciepłym domu także robi się bardziej niebezpiecznie. W ciągu dnia, kiedy synowie są w szkole, nieustannie czytam o katastrofach tego świata, o lodowcach ginących jak żywe stworzenia, o wielkiej wyspie śmieci na Pacyfiku, o setkach nierejestrowanych wymierających gatunków, zdmuchiwanych mileniach, choć takie są cenne. Czytam i dziko przeżywam, jakby czytanie mogło zaspokoić to pragnienie żalu, zamiast je napędzać, co cały czas robi.