Pisząc powieść „My mieliśmy szczęście” Georgia Hunter sięgnęła po prawdziwą historię własnej rodziny, dla której walka o przetrwanie podczas II Wojny Światowej zaczęła się w 1939 roku w Radomiu. W tej napisanej z rozmachem książce groza przeplata się z nadzieją, a obraz okupacyjnych lat jest wyjątkowo wyrazisty.


My mieliśmy szczęścieO tym, co w młodości przeszedł dziadek i jego rodzeństwo Georgia Hunter dowiedziała się dopiero jako nastolatka. W posłowiu do książki „My mieliśmy szczęście” opisała szczegółowo proces poznawania dziejów własnej rodziny, zdumienia i wzruszenia, jakie mu towarzyszyły, a także tą chwilę, gdy jako dorosła kobieta zrozumiała, że jej zadaniem będzie spisanie dramatycznych kolei losu, jakie stały się w latach II Wojny Światowej udziałem jej najbliższych. W istocie, taka historia nie powinna zostać zapomniana. Stanowi ona nie tylko świadectwo mrocznych czasów ujęte w literackiej formie, ale też jest to opowieść ukazująca, jak niezłomny potrafi być ludzki duch w obliczu najstraszliwszych okoliczności.

Rodzinę Kurców wiodącą zwykłe życie w Radomiu czytelnik poznaje w przededniu wybuchu wojny. Już jest niespokojnie, już dochodzi do wzmożonej ilości aktów antysemityzmu, ale jeszcze da się normalnie żyć. Kurcowie, pamiętający jeszcze koszmar I Wojny Światowej, żywią nadzieję, że podobne okrucieństwo już się nie powtórzy. Już w pierwszych dniach września 1939 roku orientują się, jak bardzo się pomylili – natychmiastowe bombardowania, brak prądu, przejęcie miasta przez oddziały nazistów już ósmego września były zaledwie zwiastunem nadchodzących dramatów. Z każdym dniem spirala przemocy w całym kraju tylko się nakręcała, a pisarce udało się dobrze oddać proces stopniowego rozkładu życia rodziny pod wpływem następujących po sobie wydarzeń, z których takie fakty, jak skierowanie do przymusowej pracy, odebranie mieszkania czy deportacja na Syberię, to dopiero początek wieloletniej udręki.

Odyseja bohaterów rozpoczyna się w Radomiu, Lwowie oraz we Francji, gdzie przebywa rozdzielony z rodziną Adi. Czytelnik może więc śledzić rozmaite zdarzenia w życiu członków rodziny Kurców, zależne od wpływów, pod jakimi się znaleźli. Niemieckie oddziały i wojska Armii Czerwonej, w związku z ustaleniami potajemnie podpisanego paktu Ribbentrop-Mołotow operujące na terenach Polski, to dwie wrogie siły, które doszczętnie zniszczą ich spokojną dotychczas egzystencję. W toku powieści Georgia Hunter zabiera jednak czytelników także do Afryki, gdzie na pewien czas los rzuci Adiego, zanim pogna go jeszcze dalej w świat, a także do Palestyny, gdzie z kolei znajdą się Genek i Herta, by także wyruszyć dalej, w miarę zmieniającej się sytuacji. Tułaczce bohaterów towarzyszy nieustanne napięcie, czytelnik dzieli z nimi niepokój o to, co zdarzy się za dzień, za godzinę, za chwilę.

Tułaczce bohaterów towarzyszy nieustanne napięcie, czytelnik dzieli z nimi niepokój o to, co zdarzy się za dzień, za godzinę, za chwilę.

Georgia Hunter w opowieści o losach Kurców zawarła wszystko, czym jest prawdziwa rodzina: wsparciem, nadzieją, powodem, dla którego człowiek jest w stanie wykrzesać z siebie siłę do tego, by przetrwać najgorszą katorgę krzepiąc się myślami o tym, że pewnego dnia mimo wszystko uda się zobaczyć najbliższych.

Taka siła już na samym początku wojny pcha Bellę do tego, by opuścić dom rodzinny i podjąć niebezpieczną przeprawę z Radomia do Lwowa, bo tam przebywa jej ukochany Jakub. Determinacja dziewczyny nie słabnie nawet w obliczu faktu, że musi okrążyć front przebiegający kilka kilometrów od docelowego miasta, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak nawet ono jest niczym wobec pragnienia dołączenia do najdroższej osoby. Czy Bella dotrze do Lwowa, a rodzina Kurców jeszcze kiedykolwiek spotka się w komplecie? Przeczytajcie sami. Wanda Pawlik/span>

Georgia Hunter, My mieliśmy szczęście, Przekład: Barbara Szelewa, Szmaragdowa seria, Wydawnictwo Czarna Owca, Premiera: 13 września 2017
 
 

My mieliśmy szczęście

Georgia Hunter
My mieliśmy szczęście
Przekład: Barbara Szelewa
Szmaragdowa seria
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 13 września 2017
 

Opowieść oparta na faktach

Holocaust pozbawił życia dziewięćdziesiąt procent z trzech milionów mieszkających w Polsce Żydów. Z ponad trzydziestu tysięcy mieszkających w Radomiu przeżyło mniej niż trzystu.

CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ PIERWSZY

Adi

Paryż, Francja, początek marca 1939

NIE PLANOWAŁ NIE SPAĆ CAŁĄ NOC. Zamierzał wyjść z Grand Duc koło północy, żeby zdrzemnąć się parę godzin na Gare du Nord przed pociągiem powrotnym do Tuluzy. Teraz, spogląda na zegarek, jest prawie szósta rano.
Tak działa na niego Montmartre. Kluby jazzowe, kabarety, rzesze młodych, pewnych siebie paryżan, niepozwalających, by cokolwiek, nawet groźba wojny, zepsuło im nastrój. Ta atmosfera jest odurzająca. Adi dopija koniak i wstaje, walcząc z pokusą, by zostać i posłuchać jeszcze jednego seta. Na pewno jest jakiś późniejszy pociąg. Myśli jednak o liście, który wsunął do kieszeni płaszcza, i nabiera powietrza do płuc. Powinien już iść. Zbiera płaszcz, szalik i czapkę, mówi adieu kolegom i wychodzi, lawirując między kilkunastoma stolikami, z których połowa wciąż jest zajęta przez klientów palących gitany i kołyszących się w rytm Time on My Hands Billie Holiday.
Gdy drzwi wejściowe kołyszą się już za nim, Adi bierze głęboki oddech, smakując świeże powietrze, rześkie i chłodne. Szron na Rue Pigalle zaczął już topnieć, pod późnozimowym niebem brukowana ulica błyszczy kalejdoskopem odcieni szarości. Adi uświadamia sobie, że aby zdążyć na pociąg, musi się spieszyć. Obraca się, rzuca okiem na swoje odbicie w witrynie klubu. Czuje ulgę, bo patrzący na niego młody mężczyzna mimo nieprzespanej nocy wygląda całkiem przyzwoicie. Trzyma się prosto, spodnie przepasane wysoko w talii mają wciąż ostre kanty i mankiety, a ciemne włosy są zaczesane do tyłu, tak jak lubi, gładko, bez przedziałka. Owija szal wokół szyi i wyrusza w stronę dworca.
W innych częściach miasta, przypuszcza Adi, ulice są ciche i opustoszałe. Większość witryn sklepowych chronionych żelaznymi kratami nie otworzy się wcześniej niż w południe. Niektóre w ogóle nie zostaną otwarte – FERMÉ INDÉFINIMENT – napisano na witrynie, ich właściciele uciekli na wieś. Ale tu, na Montmartre, sobota gładko przeszła w niedzielę, a ulice pełne są artystów, tancerzy, muzyków i studentów. Wylewają się z klubów i kabaretów, śmiejąc się i zachowując tak, jakby nie mieli żadnych zmartwień. Idąc, chowa brodę w kołnierz płaszcza, w ostatniej chwili podnosi wzrok, unikając zderzenia z idącą w jego stronę młodą kobietą w sukni ze srebrnej lamy.
– Excusez-moi, Monsieur – rumieniąc się, mówi z uśmiechem nieznajoma spod żółtego kapelusika ozdobionego piórami. Adi domyśla się, że jest piosenkarką. Tydzień temu może by ją zagadnął.
– Bonjour Mademoiselle. – Kiwa głową i idzie dalej.
Gdy mija róg Rue Victor Masse, na którym ustawiła się już kolejka przed całonocną restauracją Mitchell’s, czuje zapach smażonego kurczaka i zaczyna mu burczeć w brzuchu. Przez okna restauracji Adi dostrzega klientów rozmawiających przy kubkach parującej kawy i talerzach wypełnionych po brzegi śniadaniami w stylu amerykańskim. Innym razem – mówi sobie i idzie dalej na wschód, w stronę dworca.
Ledwie pociąg ruszył, Adi wyciąga z kieszeni płaszcza list. Odkąd go dostał, wczoraj, przeczytał już dwa razy i nie może przestać o nim myśleć. Przejeżdża palcami po adresie nadawcy. Warszawska 14, Radom, Polska.
Doskonale wyobraża sobie mamę, jak siedzi przy swoim biurku z satynowego drewna, z piórem w ręku, promień słońca oświetla łagodny zarys jej pulchnej szczęki. Tęskni za nią bardziej, niż się spodziewał, gdy sześć lat temu wyjechał z Polski do Francji. Miał wtedy dziewiętnaście lat i długo rozważał, czy nie zostać w Radomiu, gdzie byłby blisko rodziny i gdzie miał nadzieję na karierę muzyczną. Komponował, od kiedy był nastolatkiem, i nie potrafił sobie wyobrazić większego poczucia spełnienia niż spędzanie całych dni przy klawiaturze i pisaniu piosenek. To matka nakłoniła go, by złożył papiery w prestiżowym Institut Polytechnique w Grenoble, i to ona namawiała, by tam pojechał, gdy już został przyjęty.
– Adi, jesteś urodzonym inżynierem – powiedziała, przypominając, jak to w wieku siedmiu lat rozebrał na części zepsute rodzinne radio, rozłożył na stole w jadalni, a potem złożył z powrotem, tak że wyglądało jak nowe. – Nie tak łatwo utrzymać się z muzyki. Wiem, że to twoja pasja. Masz talent i powinieneś go rozwijać. Ale Adi, najpierw wykształcenie.
Wiedział, że miała rację. Wobec tego wyjechał na studia, obiecując, że po ich ukończeniu wróci do domu. Gdy tylko jednak zostawił za sobą prowincjonalne granice Radomia, otworzyło się przed nim całkiem nowe życie. Cztery lata później, już z dyplomem w ręku, dostał ofertę dobrze płatnej pracy w Tuluzie. Miał przyjaciół z całego świata – z Paryża, Budapesztu, Londynu, Nowego Orleanu. Rozwinął w sobie nowe upodobanie do sztuki i kultury, do paté de foie gras i maślanej doskonałości świeżo upieczonego croissanta. Miał własne (choć malutkie) mieszkanie w centrum Tuluzy i luksus podróżowania do Polski, kiedy tylko zapragnie. Wykorzystywał go przynajmniej dwa razy w roku, na Rosz Haszana i Pesach. I miał swoje weekendy na Montmartre, dzielnicy tak przesiąkniętej muzyką, że nie było niczym niecodziennym, by miejscowi napili się z Cole’em Porterem w Hot Club, wysłuchali występu niespodzianki Djanga Reinhardta w Bricktop’s albo, gdy się było Adim, obserwowali w zachwycie, jak Josephine Baker przemierza fokstrotem scenę w Zelli, ze swoim oswojonym gepardem na smyczy przyczepionej do diamentowej obroży. Nigdy wcześniej Adi nie miał tak wielu źródeł inspiracji do przelewania nut na papier, do tego stopnia, że zaczął się zastanawiać, jak by to było przenieść się do Stanów Zjednoczonych, ojczyzny wielkich muzyków, miejsca, gdzie narodził się jazz. Może w Ameryce, marzył, mógłby spróbować szczęścia i do współczesnego kanonu dodać własne kompozycje. Kusząca myśl, ale realizacja tego pomysłu oznaczałaby jeszcze większe oddalenie od rodziny.
Gdy Adi wyjmuje z koperty list od mamy, po plecach przechodzi go lekki dreszcz.

Mój najdroższy Adi,
Dziękuję za list. Bardzo nam się z ojcem spodobało, jak opisałeś operę w Palais Garnier. U nas wszystko dobrze, chociaż Genek wciąż jest wściekły z powodu degradacji i nie dziwię się mu. Halina się nie zmienia, jest tak porywcza, że często wydaje mi się, że zaraz wybuchnie. Czekamy, aż Jakub ogłosi zaręczyny z Bellą, ale znasz swojego brata, nie można go popędzać! Ostatnio cieszą mnie popołudnia spędzane z malutką Felicją. Nie mogę się doczekać, aż ją poznasz, Adi. Zaczęły jej rosnąć włosy – są rude jak cynamon! Lada dzień powinna przespać wreszcie całą noc. Biedna Mila jest wykończona. Wciąż jej przypominam, że z czasem będzie łatwiej.

Adi przekłada list na drugą stronę i przekręca się na ławce. Tutaj nastrój matki zmienia się na gorszy.

Muszę Ci powiedzieć, kochanie, że w ciągu ostatniego miesiąca pewne rzeczy się tu zmieniły. Rotszajn zamknął sklep z artykułami żelaznymi – trudno uwierzyć, po niemal pięćdziesięciu latach prowadzenia interesu. Również Kosman przeniósł swój biznes z zegarami i rodzinę do Palestyny, po tym, jak po raz kolejny zdemolowali mu sklep. Nie przekazuję Ci tych wiadomości, Adi, żeby Cię zmartwić, po prostu czułam, że ukrywanie ich przed Tobą będzie nieuczciwe. Co prowadzi mnie do głównego celu tego listu: razem z ojcem uważamy, że powinieneś pozostać na Pesach we Francji i poczekać z wizytą u nas do lata. Okropnie będzie nam Ciebie brakowało, ale wydaje się, że podróżowanie teraz jest niebezpieczne, zwłaszcza przez Niemcy. Proszę, Adi, pomyśl o tym. Dom to dom – my tu zostaniemy. Tymczasem pisz, co u Ciebie, gdy tylko będziesz mógł. Jak tam twoja nowa kompozycja?
Kocham cię,
Mama

Adi wzdycha, jeszcze raz próbując to wszystko zrozumieć. Słyszał o zamykanych sklepach, o żydowskich rodzinach wyjeżdżających do Palestyny. Wiadomości od mamy nie są zaskakujące. Niepokoi go jednak ton listu. Już w przeszłości wspominała, że sporo zaczęło się zmieniać – była wściekła, gdy Genkowi odebrano dyplom prawnika – ale listy matki są zazwyczaj pogodne i optymistyczne. Jeszcze w ubiegłym miesiącu pytała, czy nie pojechałby z nią na Moniuszkę do Teatru Wielkiego w Warszawie, i opowiedziała o rocznicowej kolacji, jaką zjedli z ojcem u Wierzbickiego, jak sam Wierzbicki przywitał ich przy drzwiach i zaproponował, że przygotuje coś specjalnego, spoza karty.
Ten list jest inny. Do Adiego dociera, że matka się boi.
Kręci głową. Ani razu przez dwadzieścia pięć lat swojego życia nie widział, by Nechama czegokolwiek się bała. Ani razu ani on, ani żadne z jego braci i sióstr nie opuściło wspólnie obchodzonego święta Pesach w Radomiu. Dla jego mamy nie ma nic ważniejszego niż rodzina, a teraz ona prosi go, by na święto został w Tuluzie. W pierwszej chwili Adi wmówił sobie, że jej obawy są przesadzone. Ale czy na pewno?
Wygląda przez okno na znany pejzaż francuskiej wsi. Przez chmury przeziera słońce. Na polach pojawiają się pierwsze kolory wiosny. Świat wydaje się spokojny, tak samo jak zawsze. A jednak przestrogi z listu mamy naruszyły jego spokój, wytrąciły go z równowagi.
Oszołomiony, Adi zamyka oczy i przypomina sobie ostatnią wizytę w domu, we wrześniu, szukając jakichś znaków, czegoś, co mógł przegapić. Przypomina sobie, że ojciec, jak co tydzień, grał w karty z grupką handlarzy – Żydów i Polaków – w aptece Podworskiego, pod freskiem z białym orłem zdobiącym sufit. Ojciec Król, ksiądz w kościele Świętego Bernardyna, który podziwia wirtuozerię Mili przy fortepianie, zaszedł do nich, by jej posłuchać. Kucharka przygotowała na Rosz Haszanę chałkę z miodem, a Adi długo się nie kładł: słuchał Benny’ego Goodmana, pił côte de nuits i żartował z braćmi do późnych godzin nocnych. Nawet Jakub, wycofany jak zwykle, odłożył aparat fotograficzny i przyłączył się do towarzystwa. Wszystko wydawało się względnie normalne.
I wtedy zasycha Adiemu w gardle: a jeśli były sygnały, tylko je zlekceważył? Albo, co gorsza, nie dostrzegł ich, po prostu dlatego, że nie chciał?
W jego głowie pojawia się nagle obraz świeżo wymalowanej swastyki, jaką widział na murze Jardin Goudouli w Tuluzie. Myśl wędruje do dnia, w którym podsłuchał, jak jego szef w firmie inżynieryjnej szepcze o tym, czy Adi stanowi dla nich obciążenie. Myśleli, że ich nie słyszy. Wędruje ku pozamykanym w całym Paryżu sklepom. Ku zdjęciom we francuskich gazetach, opublikowanym po listopadowej nocy kryształowej: zniszczone fronty sklepów, spalone synagogi, tysiące Żydów uciekających z Niemiec, zabierających ze sobą na taczkach lampki nocne, ziemniaki i starszych członków rodziny.
Sygnały na pewno były. Ale Adi pomniejszał ich znaczenie, ignorował je. Wmówił sobie, że mały napis na ścianie jeszcze nikomu nie zrobił krzywdy. Że jeśli miałby stracić pracę, to znajdzie nową. Że to, co się dzieje w Niemczech, choć jest niepokojące, to jednak dzieje się za granicą i ktoś to w końcu powstrzyma. Teraz jednak, trzymając w ręku list od matki, Adi dostrzega z zatrważającą klarownością znaki, które wcześniej postanowił zignorować.
Otwiera oczy, gdy nagle jedna myśl wywołuje w nim mdłości: Powinieneś był wrócić do domu już wiele miesięcy temu.
Składa list do koperty i wsuwa z powrotem do kieszeni płaszcza. Postanawia, że napisze do mamy, jak tylko znajdzie się w swoim mieszkaniu w Tuluzie. Powie jej, żeby się nie martwiła, że przyjedzie do Radomia zgodnie z planem, że teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej pragnie być z rodziną. Powie jej, że nowa kompozycja idzie dobrze i że cieszy się na moment, kiedy jej ją zagra. Ta myśl odrobinę go pociesza, wyobraża sobie, jak siedzi przy klawiszach steinwaya w domu rodziców, a wokół niego gromadzi się cała rodzina.
Adi ponownie kieruje wzrok na spokojny widok wsi za oknem. Jutro, postanawia, kupi bilet na pociąg, przygotuje dokumenty podróżne, spakuje bagaż. Nie będzie czekał na Pesach. Szef będzie zły, że wyjeżdża wcześniej, ale Adi ma to w nosie. Liczy się tylko to, że już za kilka dni będzie w drodze do domu.

15 MARCA 1939: Rok po aneksji Austrii Niemcy napadają na Czechosłowację. Hitler, spotykając się z niewielkim oporem, następnego dnia ustanawia w Pradze Protektorat Czech i Moraw. Rzesza zyskuje tym samym nie tylko okupowane terytorium, ale też wysoko wykwalifikowaną siłę roboczą i ogromne zasoby uzbrojenia w postaci broni wytwarzanej w tych regionach – wystarczające, by w tamtym czasie wyposażyć połowę Wehrmachtu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Genek

Radom, Polska, 18 marca 1939

GENEK ZADZIERA GŁOWĘ i bokiem, ku szarym kaflom barowego sufitu, wypuszcza wężykiem z ust smugę dymu.
– Ostatnie rozdanie – stwierdza.
Siedzący po drugiej stronie stołu Rafał chwyta jego spojrzenie.
– Tak wcześnie? – zaciąga się papierosem. – Żona obiecała ci coś ekstra, jak wrócisz do domu o przyzwoitej godzinie? – Puszcza oko, wydmuchując dym.
Herta była z nimi na kolacji, ale wyszła wcześniej.
Genek się śmieje. Przyjaźni się z Rafałem od podstawówki, kiedy to sporo czasu spędzali razem, skuleni nad tacami z obiadem, rozmawiając o tym, którą z koleżanek zaprosić na zabawę na koniec roku szkolnego albo którą aktorkę woleliby zobaczyć nago, Evelyn Brent czy Renée Adorée. Rafał wie, że Herta jest inna niż dziewczyny, z którymi kiedyś spotykał się Genek, ale gdy nie ma jej w pobliżu, lubi się z nim podroczyć. Genek nie może mieć mu tego za złe. Zanim poznał Hertę, kobiety były jego słabością. Ma niebieskie oczy, dołeczki w policzkach i nieodparty, hollywoodzki wdzięk. Przez większość trzeciej dekady życia upajał się rolą jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w Radomiu. Wówczas wcale mu nie przeszkadzało, gdy kobieta zwracała na niego uwagę. Ale potem pojawiła się Herta i wszystko się zmieniło. Teraz jest inaczej. Ona jest inna.
Coś ociera się o jego łydkę pod stołem. Spogląda na bok.
– Szkoda, że nie zostaniesz – mówi siedząca obok niego młoda kobieta, szukając jego wzroku. Genek właśnie ją poznał. To Klara. Nie, Kara. Nie pamięta. Jest przyjaciółką żony Rafała, przyjechała w odwiedziny z Lublina. Dziewczyna wygina kącik ust w zawstydzonym uśmiechu, ale wciąż przyciska do jego nogi czubek swojego półbuta.
W dawnym życiu może by został. Ale flirty już go nie interesują. Uśmiecha się do dziewczyny, trochę mu jej szkoda.
– Rzeczywiście, już mnie nie ma – mówi, kładąc karty na stole. Gasi murada, zostawiając peta wystającego niczym złamany ząb w przepełnionej popielniczce, i wstaje. – Panie i panowie, jak zawsze było mi niezmiernie miło. Do zobaczenia, Iwono – dodaje, zwracając się do żony Rafała i wskazując na niego skinieniem głowy. – Pilnuj go, żeby nie ładował się w kłopoty. – Iwona się śmieje. Rafał znów puszcza oko. Genek salutuje dwoma palcami i zwraca się w kierunku drzwi.
Marcowa noc jest nadzwyczaj zimna. Mężczyzna chowa ręce w kieszeniach płaszcza i szybko wyrusza w kierunku Zielnej, ciesząc się perspektywą spotkania z kobietą, którą kocha. Wiedział, że Herta jest tą jedyną, od momentu gdy dwa lata temu pierwszy raz ją zobaczył. Wciąż dobrze pamięta ten weekend. Wybrali się na narty do Zakopanego, uzdrowiska u stóp polskich Tatr. On miał dwadzieścia dziewięć lat, Herta dwadzieścia pięć. Przypadkiem jechali razem wyciągiem krzesełkowym i w ciągu tej dziesięciominutowej drogi na szczyt Genek się w niej zakochał. W jej ustach, od tego zacznijmy, bo były pełne i w kształcie serca, i były niemal wszystkim, co widział pod jej kremową wełnianą czapką i szalikiem. Był jeszcze jej niemiecki akcent, który kazał mu słuchać jej w sposób, do którego nie był przyzwyczajony, i jej uśmiech, taki swobodny, i to, jak w połowie drogi na górę odrzuciła głowę do tyłu, zamknęła oczy i powiedziała: – Czyż nie wspaniały jest zapach sosny zimą? – Roześmiał się, myśląc przez chwilę, że żartuje, ale zaraz zrozumiał, że nie żartowała. Szczerość była jedną z cech Herty, które wkrótce miał zacząć podziwiać, tak samo jak jej nieposkromioną pasję do przebywania na świeżym powietrzu i skłonność do szukania piękna w najprostszych rzeczach. Podążył za nią w dół stoku, próbując nie myśleć o tym, że była przynajmniej dwa razy lepsza w jeździe na nartach niż on, wśliznął się obok niej w kolejkę do wyciągu i zaprosił ją na kolację. Gdy się wahała, uśmiechnął się i powiedział, że już zamówił sanie z końmi. Roześmiała się i ku radości Genka zgodziła się na randkę. Sześć miesięcy później się oświadczył.