“Odwyk” Adama Widerskiego to obiecujący debiut, w którym autor umieścił wszystko, czego oczekujemy od wciągającego kryminału: trzymająca w napięciu intryga, dobrze zarysowane tło społeczne i nietuzinkowi bohaterowie, zmagający się z demonami przeszłości.


OdwykKtoś morduje alkoholików. Komisarz Piotr Krzyski z wydziału kryminalnego w IV Komisariacie Policji w Łodzi ma twardy orzech do zgryzienia w przypadku tej sprawy, bo motywy sprawcy pozostają całkowicie niejasne. Nawet ten wybitnie uzdolniony policjant, ceniony za umiejętność dostrzegania powiązań pomiędzy działaniami przestępców, nie może początkowo wpaść na to, dlaczego ktoś obiera za cel zbrodni ludzi sponiewieranych przez życie i nałóg, pacjentów kliniki odwykowej nie mających ze sobą zupełnie nic wspólnego – poza zamiłowaniem do nadmiarowych ilości wysokoprocentowych trunków.

Działania bohaterów kryminału „Odwyk”, co oczywiste, koncentrują się wokół rozwiązania zagadki tych tajemniczych zbrodni, ale nie tylko. Adam Widerski, za pomocą stworzonych przez siebie postaci, opowiada czytelnikom także historię o Łodzi, jej zakamarkach i sekretach, jak również zmusza do refleksji nad poważnym problemem polskiego alkoholizmu. Czytelnik szybko zorientuje się, że głównym sprawcą zła jest alkohol, a groza wynikająca z tego spostrzeżenia nie ustępuje do ostatnich stron książki, szczególnie jeśli przypomnieć sobie prawdziwe, wciąż na nowo podawane przez policję statystyki dotyczące różnorodnych przestępstw, w tym tych, ze skutkiem śmiertelnym, popełnionych pod wpływem alkoholu. Fikcyjna fabuła tak głęboko oparta na faktach musi robić wrażenie – i robi.

Adam Widerski, przygotowując się do pisania swojej debiutanckiej powieści, bez wątpienia spędził dużo czasu gromadząc cały szereg danych pomocnych do opowiedzenia tej historii w sposób realistyczny. W „Odwyku” nie ma jednej linijki napisanej byle jak, widoczna jest dbałość o szczegóły topograficzne i sensowne dopasowanie wiedzy z zakresu medycyny czy kryminalistyki do potrzeb fabuły. Sceny rozgrywające się na terenie kliniki odwykowej także zdradzają, że autor dobrze przygotował się do ich napisania, nie zastępując rzeczywistej wiedzy fantazjami, jak czyni to wielu krajowych autorów kryminałów, okazując tym zresztą, że nie mają o inteligencji swoich czytelników najlepszego zdania. Widerski traktuje czytelnika poważnie, stara się opowiedzieć mu tę historię dając z siebie wszystko. A jest to historia wymagająca, złożona z wielu warstw, które czytelnik stopniowo odkrywa.

„Odwyk” zaskakuje starannością i spójnością fabuły, a ukazanie poważnych problemów społecznych w dojrzały i przemyślany sposób, pośród wartkiej akcji, budzi uznanie.

Szczególnie satysfakcjonujący okazuje się moment poznania motywów głównego sprawcy, bo jego działania, na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie chaotyczne i pozbawione sensu. W toku śledztwa wychodzi na jaw jak bardzo, wbrew pozorom, były spójne. Komisarz Piotr Krzyski, dociera do punktu, gdy wie już, że nie ma do czynienia z mordercą, który postradał zmysły, ale z kimś, kto metodycznie dąży do pewnego celu na tle niewybaczalnej krzywdy, jakiej doznał przed laty.

Odwyk

Intelektualny pojedynek przestępcy i komisarza, starającego się przewidzieć jego działania, trzyma w napięciu – najbardziej wtedy, kiedy Adam Widerski korzysta ze swoich świeżych pomysłów, nie posiłkując się kliszami z filmu i literatury. Momenty, gdy one się jednak pojawiają, należą w powieści do najsłabszych, ponieważ przewidzenie wyniku staje się bardzo łatwe. Kryminał jest wprawdzie gatunkiem, od którego autorów oczekujemy realizacji pewnych schematów, ale czym kreatywniej zostaną one zaadaptowane pod kątem nowego utworu, tym lepiej dla niego. Korzystanie z zewnętrznych inspiracji jest tym, co Widerski musi jeszcze dopracować.

Niemniej „Odwyk” i tak zaskakuje starannością i spójnością fabuły, a ukazanie poważnych problemów społecznych w dojrzały i przemyślany sposób, pośród wartkiej akcji, budzi uznanie. To bardzo dobry debiut dający nadzieję na jeszcze lepsze utwory Adama Widerskiego w przyszłości i prawdziwa rzadkość na tle masowego zalewu pobieżnie pisanych kryminałów. Oby tak dalej! Robert Wiśniewski

Adam Widerski, Odwyk, Wydawnictwo Initium, Premiera: 15 maja 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Odwyk

Adam Widerski
Odwyk
Wydawnictwo Initium
Premiera: 15maja 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Prolog

8 października 1985 r.
Leżał skulony na starej, podartej kanapie pachnącej kurzem, potem i sproszkowaną gąbką, która wydobywała się z wnętrza mebla przez dwie spore dziury na środku poszycia. W ręku trzymał wycinek z gazety, mocno już żółtawy z powodu częstego używania, choć pismo było wydane raptem przedwczoraj. Na skrawku papieru widniały fotografie dwóch zmiażdżonych samochodów na jednej z dróg powiatowych. Pierwszy z nich leżał na dachu i przypominał zgniecioną puszkę. Drugi został wbity w przydrożne drzewo, aż do siedzenia pasażera. Nagłówek nad tekstem informował: „Pijana kobieta zabiła trzyosobową rodzinę”.
Oprócz kawałka gazety chłopiec ściskał w dłoni zdjęcie uśmiechniętej rodziny – kobiety, mężczyzny i dziecka. Cały czas na nie patrzył, a łzy spływały mu po policzkach, skapując na obicie kanapy. Od trzech dni nie był w stanie ich powstrzymać. Nic nie jadł, nic nie pił. W żadną z nocy nie zmrużył oka nawet na chwilę. Był na granicy skrajnego wyczerpania. Próbował to jakoś ukryć – na przykład chował nietknięte jedzenie, ale pracownica socjalna Miejskiego Pogotowia Opiekuńczego w Łodzi szybko to zauważyła.
– Dziecko, zjedz coś – powiedziała. – Wiem, że wiele wycierpiałeś, ale jeśli nie będziesz jadł, zasłabniesz, a w końcu umrzesz z wycieńczenia.
Chciał umrzeć. Co mu zostało z życia, które trwało zaledwie dwanaście lat? Kiedyś był szczęśliwy. Uśmiechy rodziców, rozmowy, tulenie i pocałunki, pocieszanie w smutne dni… Słowem: wielka kochająca się rodzina. A potem wszystko runęło niczym domek z kart.
– Dlaczego mnie to spotkało? Czy ja nie zasługuję na szczęście? – pytał sam siebie podczas napadów spazmatycznego płaczu.
Najgorszy – oprócz samotności – był obraz, który wracał każdej nocy, kiedy chłopiec zamykał oczy. Znów był na miejscu wypadku. Zmasakrowane ciała rodziców. Nogi i ręce ułożone w nienaturalnej pozycji, głębokie rany na kończynach, na twarzach zaschnięta krew. Chciał zobaczyć ich jeszcze później, ale nie wpuszczono go do prosektorium. Jednak udało mu się niepostrzeżenie wkraść przez tylne drzwi. Mimo że widział ich tylko kilka sekund, zanim został przyłapany i wygoniony z sali, powyższy obraz utrwalił się mocno w jego pamięci.
– Zabiję, przysięgam! – krzyknął z całych sił.

4

(…)

W tym samym czasie do kliniki przy alei Mickiewicza wszedł wysoki, dobrze zbudowany, trzydziestokilkuletni mężczyzna o śniadej karnacji i ciemnych, choć nieco już szpakowatych na skroniach włosach. Ubrany był w zamszowe, ciemnoszare spodnie i czarną obcisłą bluzkę z nadrukiem Linkin Park. Przeszedł niepostrzeżenie pod taśmą policyjną i dopiero kiedy przekroczył próg budynku, zauważyła go posterunkowa Kamila Podolska, stojąca naprzeciwko wejścia.
– Halo, a pan do kogo? Tutaj nie można tak po prostu wejść.
– Do mnie mówisz, glino? – krzyknął mężczyzna.
– A do kogo? Nie widział pan taśmy policyjnej? – burknęła Kamila, podchodząc do nieznajomego.
– Widziałem, ale nikogo przy niej nie było, więc wszedłem dalej. Niezbyt dobrze zabezpieczacie teren.
– Nie panu to oceniać. I grzeczniej proszę, bo zaraz zostanie pan stąd usunięty, a później oskarżony o wtargnięcie na miejsce zbrodni.
– Zbrodni? Żarty sobie stroicie?
Dobry obserwator zauważyłby, że pomimo nieprzyjemnego tonu i pozornej wyższości rozmówca był bardzo zdenerwowany. Cały czas skręcał w palcach nitkę wystającą z koszulki.
– Nie mogę udzielić więcej informacji. Kim pan w ogóle jest? Poproszę dokumenty.
– Rafał Mokul, ochroniarz tej kliniki. Mam dzisiaj drugą zmianę, ale zostałem wezwany szybciej, gdyż gliny chcą ze mną porozmawiać. – Mężczyzna machnął przed nosem policjantki służbowym identyfikatorem.
– W takim razie zapraszam do komendanta.
Posterunkowa Podolska zaprowadziła mężczyznę do jednego z gabinetów lekarskich. Walski prowadził właśnie rozmowę z innym policjantem.
– Inspektorze, przyszedł świadek z firmy ochroniarskiej.
– Chwila, chwila. Jaki świadek? Ja nic nie wiem i nic wam nie powiem – burknął Rafał Mokul. – Znam swoje prawa.
– Myślę, że jednak powie nam pan bardzo dużo. A na słowo „świadek” proszę się nie oburzać. Każdy przesłuchiwany w danej sprawie jest tak nazywany. Może jednak najpierw się pan przedstawi? – odparł zdecydowanym tonem komendant, po czym podał swoje imię, nazwisko i funkcję.
Mokul nie odpowiedział, tylko ostentacyjnie rzucił funkcjonariuszowi legitymację służbową. Inspektor Walski złapał ją, choć najchętniej cisnąłby nią w twarz bezczelnemu ochroniarzowi. Nie znosił takich ordynarnych ludzi. Nie chciał jednak zaogniać sytuacji. Kilkadziesiąt lat w służbie pogłębiło jego pokłady cierpliwości.
– Dowód poproszę!
Po przeanalizowaniu dokumentów pod każdym kątem, wraz z obejrzeniem logo jednej z najbardziej znanych firm ochroniarskich Giza, komendant wiedział już, że współpraca z Rafałem Mokulem nie będzie łatwa, tak samo jak współpraca policji z owym przedsiębiorstwem.
– Jak długo pracuje pan w firmie Giza?
– A po co panu ta wiedza?
– Ja tu zadaję pytania. I radziłbym odpowiadać teraz, a nie w komisariacie.
– Straszy mnie pan? Myślicie, że się was boję? Nic nie zrobiłem, nie muszę udzielać żadnych informacji ani panu, ani pańskim ludziom.
Inspektor nie rozumiał, dlaczego ten człowiek jest tak bojowo nastawiony, szczególnie że na terenie, na którym pracuje, doszło do zabójstwa i jeśli nie chce, aby podejrzenie padło na niego, powinien raczej współpracować z policją. Chyba że coś ukrywa, co wedle statystyk policyjnych u osoby związanej z miejscem zbrodni zdarza się nader często. Ale na razie nie było podstaw, żeby go podejrzewać, tym bardziej że osoba głównego podejrzanego wyklarowała się bardzo szybko. Trzeba jednak sprawdzić wszystkie wątki oraz przesłuchać ludzi powiązanych z tą sprawą. Walski pohamował narastającą złość i zapytał jeszcze raz:
– Jako osoba związana ze śledztwem zobowiązany jest pan do odpowiedzi na nasze pytania, więc zacznijmy od nowa. Jak długo pracuje pan w firmie Giza?
– Najpierw żądam wyjaśnień! O co chodzi i co tu się właściwie stało? – Rafał Mokul podniósł głos.
– W łazience na pierwszym piętrze znaleziono zwłoki mężczyzny. Najprawdopodobniej był to jeden z uczestników sesji terapeutycznej. W związku z tym musimy zadać panu kilka pytań. – Komendant czuł, że za chwilę straci cierpliwość.
– Tym bardziej nie będę odpowiadał na żadne pytania. Nic nie pamiętam – odparł mężczyzna, po czym dodał z ironicznym uśmieszkiem: – Komuś widocznie się należało.
– Ostrzegam po raz ostatni: lepiej, żeby odpowiedział pan na pytanie. – Inspektor przeszył ochroniarza ostrym wzrokiem.
– Już powiedziałem, nic nie pamiętam. Skończyliśmy rozmowę. Do widzenia. – Rafał Mokul odwrócił się na pięcie, lecz nie zdążył postawić kroku, gdy poczuł na ramieniu mocny uścisk dłoni komendanta. – Puszczaj, psie! – warknął, strącając dłoń.
Miarka się przebrała. Walski złapał delikwenta za przegub i prostym chwytem wykręcił mu rękę do tyłu. Centymetr wyżej, a wyłamałby mu bark. Dodatkowo, aby ochroniarz nie mógł się wydostać z kleszczy, inspektor przełożył drugie przedramię pod jego wolną kończyną, złapał go za włosy i wykręcił jego głowę w prawą stronę. Z takiego uścisku jedynie zaawansowany mistrz sztuk walki mógłby się uwolnić. Walski, choć ze względu na wiek nie brał już udziału we wszystkich akcjach policyjnych, po latach radzenie sobie na ulicy z różnymi rzezimieszkami wciąż odznaczał się siłą i zręcznością. Pochyliwszy świadka do przodu, ruszył na schody prowadzące na pierwsze piętro, a następnie skierował się prosto do łazienki.
Technicy zabezpieczali jeszcze odciski, a ciało zamordowanego leżało na środku podłogi. W progu inspektor lekko kopnął Rafała w tył kolana, zmuszając go do zajęcia pozycji klęczącej.
– Widzisz, gnoju? Przypatrz się dobrze! To Marcin Karkowski, którego bardzo często tu widywałeś. – Komendant nachylił się nad ochroniarzem tak blisko, że czuł jego oddech. – Jeśli natychmiast nie zaczniesz gadać, oskarżę cię o zabójstwo i zapuszkuję, a zaręczam, że już za kilka godzin będę miał w ręku wniosek o trzymiesięczny areszt podpisany przez prokuratora oraz sąd. O motyw się nie martw. Nie dość, że znałeś ofiarę, to jeszcze popadłeś z nią w konflikt, a zemsta jest bardzo mocnym bodźcem do zrobienia różnych niewłaściwych rzeczy.
Rafał Mokul przez chwilę patrzył na zamordowanego z przerażeniem oraz odrazą. Nagle szarpnął się i zwymiotował do stojącego obok kosza na śmieci.
– Kto mu to zrobił? – zapytał, nadal plując.
– Mam nadzieję, że ty mi to powiesz.
– Ale ja nic nie wiem. Skąd mam wiedzieć, kto go tak urządził!
– Zaczniesz współpracować czy mam cię zakuć? – Walski okręcił kajdanki wokół swojego serdecznego palca. Dopiero teraz zorientował się, że większość funkcjonariuszy przygląda się tej scenie. Jeden z nich, sierżant Jakub Kakolski – nazywany Kubusiem z powodu chłopięcej urody oraz mikrej postury, mimo że miał prawie pięćdziesiąt pięć lat – doskoczył do nich.
– Jakiś problem, szefie?
– Wszystko w porządku, Kubuś. Tylko kolegę trzeba będzie zawieźć do aresztu, żeby odświeżyć mu pamięć.
– Nie, nie… już wszystko powiem! – szybko odparł ochroniarz.
Gdy on i mundurowi usiedli na krzesłach przy niewielkim stoliczku stojącym na środku korytarza, komendant zapytał ponownie:
– Ile czasu pracujesz w firmie, ile w tej klinice?
Kubuś bez słowa wyjął notatnik, gotów zapisać zeznania świadka.
– W Gizie pracuję od czterech lat – odparł Rafał Mokul, już bez cienia złości. – Do zeszłej jesieni siedziałem na portierni w jednej z korporacji informatycznych, potem zostałem tu przeniesiony.
– Dlaczego szef postanowił cię przenieść?
– Wygasła umowa z naszą firmą. Wszyscy, którzy tam pracowali, zostali gdzieś oddelegowani albo odeszli z pracy.
– Czyli jesteś tu od dobrych kilku miesięcy? Co możesz powiedzieć o ludziach, którzy tu pracują i uczęszczają na sesje?
– Niewiele. Doktorzy są mili, kulturalni, ale pacjenci niekoniecznie. Ja robię swoje i nie wnikam w ich życie. Praca jest spokojna, w miarę dobrze płatna, a co mnie interesują inni. – Ochroniarz po raz kolejny wytarł spocone dłonie o nogawki spodni.
– Nie miałeś żadnych konfliktów z personelem ani z uzależnionymi? – Inspektor uniósł krzaczastą brew. Czuł, że od tego pytania zaczną się niedopowiedzenia.
– Nic z tych rzeczy. Jestem spokojnym człowiekiem.
– Jasne, świadczą o tym twoja postura, bicepsy zrobione na siłowni oraz wąż wytatuowany na ramieniu. Czyli to nie ty miałeś konflikt z ofiarą? Ponoć tylko pomoc psychologów zapobiegła bijatyce.
Tego pytania Rafał się nie spodziewał. Nerwowo przeczesał ręką włosy.
– Nie, to nie byłem ja.
– Na pewno? Żadnych wyzwisk, obelg, kłótni? Przecież sam powiedziałeś, że pacjenci kliniki nie są kulturalni.
– Chodziło mi o to, że nie każdy się przywita, tylko albo coś odburknie, albo rzuci mięsem…
– A czy znałeś ofiarę wcześniej, jeszcze przed tym, jak zaczęła przychodzić na sesję? – dopytywał inspektor. Wiedział doskonale, że ochroniarz coś ukrywa. Spodziewał się też, jaką za chwilę otrzyma odpowiedź.
– Nie, oczywiście, że nie. Nie znam ludzi z półświatka, alkoholików, przestępców…
Po tych słowach inspektor Walski wstał tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedział, z trzaskiem upadło na podłogę. Oparł się o blat stolika i nachylił do przesłuchiwanego.
– Łżesz jak pies! – krzyknął mężczyźnie prosto w twarz. – Już masz załatwione cztery osiem w areszcie, a jeszcze jedno kłamstwo i przez trzy miesiące pomieszkasz w celi.
– Ale ja mówię prawdę – pisnął przerażony Mokul, drżąc jak w febrze.
Inspektor był zbyt doświadczonym wygą, żeby nie wiedzieć, iż płaczliwy ton oraz drgawki są elementem gry, ale musiał przyznać, że świadek był bardzo wiarygodny; każdy młody, niedoświadczony policjant na pewno by się nabrał.
– Gówno prawda – wycedził przez zęby. – Pogrążasz się. To ty zabiłeś Marcina Karkowskiego. Nie wiem jeszcze, jaki miałeś motyw, ale się dowiem. Zemsta za bójkę, a może jakaś niezałatwiona sprawa z przeszłości?
– Ale to nie ja! – Ochroniarz podniósł ręce do góry.
– A może było tak: znaliście się od kilku lat, ale poprztykaliście się o jakiś łup z kradzieży, narkotyków, z lewego alkoholu. A może chodziło o kobietę? Spotkałeś ofiarę na sesji, dawna nienawiść odżyła. Zobaczyłeś, że chłop się rozpił, że ma z tym duży problem. Zaczaiłeś się na niego w łazience albo nawet go tam zwabiłeś. A następnie zamordowałeś. Pozostawiając go w takim stanie, chciałeś zmylić policję, rzucając podejrzenie na maniakalnego zabójcę. Jednak wyrzuty sumienia kazały ci wrócić i przyznać się do wszystkiego.
– Stek bzdur! Z taką wyobraźnią powinien pan książki pisać, a nie pracować w policji.
– Czyżby? Czyli to nieprawda? Nie znałeś ofiary wcześniej? – Walski nie zważał na złośliwe przytyki.
– Tak jak mówię, to wszystko jest pański wymysł. Nie znam… znaczy nie znałem tego człowieka wcześniej. Pierwszy raz zobaczyłem go kilka tygodni temu, jak przyszedł na sesję.
– Oj, Rafał, czy ty myślisz, że ja się wczoraj urodziłem? Młodego szczawia może byś wykiwał, ale nie mnie. Szczególnie że mamy zeznania pewnej osoby, która twierdzi coś zupełnie innego. A wiesz, od kogo ta osoba wie, że wcześniej znałeś ofiarę?
– No, od kogo? – rzucił zaczepnie ochroniarz, choć było widać, że jest wytrącony z równowagi. Na czole pojawiły mu się kropelki potu. Tego już nie zdołał zagrać.
– Od ciebie samego. I co ty na to?
– Macie słabego informatora. Ja nic nie wiem – upierał się przesłuchiwany, jednak wyraźnie tracił cierpliwość; nieustannie poprawiał się na krześle, raz po raz zerkając w stronę schodów.
– Lepiej przestań się wypierać i powiedz, o co wam poszło dwa tygodnie temu podczas sprzeczki na korytarzu. – Walski czuł dziwny niepokój podobny do tego, jaki towarzyszył mu w akcjach prewencyjnych, tak jakby zbliżało się jakieś niebezpieczeństwo.
– Nie pamiętam żadnej sprzeczki. To chyba nie ja w niej uczestniczyłem – ochroniarz szedł w zaparte.
– Hmm, jesteś ewenementem na skalę ludzkości.
– Dlaczego?
– Dwa tygodnie temu miałeś poważny konflikt z mężczyzną zamordowanym parę metrów dalej! – Inspektor podniósł głos, wskazując łazienkę. – Omal nie zostałeś przez niego pobity. I w przeciągu tych czternastu dni o wszystkim zapomniałeś, tak? Poczekaj, zadzwonię do Ministerstwa Zdrowia z informacją o niezwykłej zdolności błyskawicznego zapominania faktów. Staniesz się sławny!
– No widzi pan, czasem tak bywa – burknął Mokul z szyderczą miną.
– Dobra, kończymy na dziś. Może za czterdzieści osiem godzin coś sobie przypomnisz. Kubuś, zabierz mi go sprzed oczu.
– Moment, nie możecie mnie zatrzymać! Na jakiej podstawie?
– Artykuł sto czterdziesty ósmy punkt pierwszy kodeksu karnego: „Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat ośmiu, karze dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności” – wyrecytował Kubuś, po raz pierwszy włączając się do rozmowy.
– Ale ja go nie zabiłem. Na swoją obronę powiem wam dwie rzeczy – odrzekł ochroniarz spokojnym tonem. Za spokojnym.
– No, słuchamy. – Inspektor, nieco już znudzony, wiedział, że nie usłyszy nic nowego ani tym bardziej prawdziwego.
– Po pierwsze, kiedyś byłem świadkiem rozmowy zamordowanego z panią psycholog oraz z jeszcze jednym z uzależnionych, Tomaszem Frycem. Dotyczyła pirotechniki, a dokładnie produkcji bomb domowych, petard czy innych materiałów wybuchowych. Z tego, co zrozumiałem, Tomasz bardzo się interesował tym tematem, chwalił się doświadczeniem w tym zakresie. Podobno produkował dla siebie jakieś bombki i testował je gdzieś w lesie. Mówił o tym z taką pasją, że aż ciarki przeszły mi po plecach.
– To ciekawe, sprawdzimy to. Coś jeszcze mówili?
– Dalej nic nie słyszałem, bo weszli do gabinetu. Powiedziałem już wszystko, co wiem.
– Chyba żartujesz! – ryknął komendant. – Kłamiesz jak z nut!
– W takim razie powiem wam coś jeszcze, ale szeptem. Nie chcę, żeby inni słyszeli, bo trochę się wstydzę… – Rafał nachylił się ku policjantom. – Ostatnia sprawa to…
Nagle szybkim ruchem wyjął z kieszeni małą buteleczkę sprayu. Zanim funkcjonariusze zdołali zareagować, mężczyzna psiknął im czymś prosto w oczy, a następnie rzucił się w stronę schodów.
– Kurwa! Moje oczy! – Mundurowi osunęli się na podłogę, trąc powieki.
– Łapać go! – wrzasnął na całe gardło komendant. – Pierdolony gaz pieprzowy! Powinienem go przeszukać, zanim usiadł.
Mężczyzna zdążył postawić nogę na pierwszym stopniu, gdy niespodziewanie drogę zagrodził mu funkcjonariusz. Pierwsza myśl, jaka przebiegła przez umysł Rafała, to że facet jest niebywale wysoki – niczym Herkules albo yeti. Kolejna myśl nie zdążyła nadejść, gdyż posterunkowy Adam Tomicki złapał uciekiniera za obręcz piersiową jedną ręką, za udo drugą, a następnie cisnął nim w przeciwległą ścianę. Uderzenie było tak silne, że nos Mokula pękł w zderzeniu z żelbetonem, a na prawym łuku brwiowym pojawiła się krwawa rana. Ochroniarz na chwilę stracił świadomość.
Nikt nie był zdziwiony reakcją Adama, ponieważ każdy w komisariacie, w sądzie, a nawet w szemranych dzielnicach miasta znał wielką odwagę połączoną z nadmierną siłą funkcjonariusza. Mierzył dwieście dziewięć centymetrów wzrostu, co przy stu dwudziestu kilogramach żywej wagi bezdyskusyjnie budziło respekt. Ponadto posterunkowy Tomicki ze swoich trzydziestu trzech lat życia dwadzieścia spędził na treningach podnoszenia ciężarów. Odnosił liczne sukcesy na szczeblu wojewódzkim i krajowym. Miał szansę wystąpić w reprezentacji podczas Mistrzostw Europy, lecz odmówił brania odżywek niewiadomego pochodzenia. W ramach kary wydalono go z kadry i klubu. Wtedy wstąpił do policji. Był znany z tego, że sam zgłasza się do najtrudniejszych akcji i zawsze wychodzi z nich obronną ręką. Jego poczynania stały się tak sławne, że wraz z Grzegorzem Nowakiem w łódzkim świecie przestępczym zyskali miano dwuosobowego szwadronu śmierci.
– Mam go, szefie – powiedział Adam zaskakująco wysokim głosem, zakładając kajdanki niedoszłemu zbiegowi. – Ale chyba potrzebuje lekarza.
– Dawać mi tu naszego medyka. Niech zobaczy, czy stało mu się coś poważnego. A jak nie, to opatrzyć i odwieźć mi to gówno na Smutną1! – Komendant nadal przyciskał palce do oczu. Próbował się dostać do wyjścia, ale zahaczył kolanem o blat małego stolika. Zaklął siarczyście. Wiedział, że działanie gazu przejdzie samoczynnie. W przewiewnym miejscu wystarczy godzina, może dwie. Znał lepszą metodę – przemycie twarzy zimną wodą z mydłem niezawierającym olejków – ale dostał centralnie w oczy. Najlepiej, jak obejrzy go specjalista.
– Kubuś, żyjesz? – zwrócił się do kolegi.
– Tak, ale w takich chwilach przeklinam dzień, w którym zostałem policjantem. A dzisiaj jeszcze jest mecz w telewizji.
– Ciesz się, że dostałeś gazem, a nie kwasem. Inaczej już nigdy o żadnym meczu byś się nie dowiedział – skwitował Walski, po czym zwrócił się do Tomickiego: – Dobra robota, Adaś. Na ciebie zawsze można liczyć.

Kiedy inspektor Marek Trzos wydał rozkaz rozpoczęcia akcji, samochód z funkcjonariuszami uzbrojonymi w karabiny automatyczne HK 416 kalibru 5,56 milimetra, broń krótką Glock kaliber 9×19 milimetra, kamizelki kuloodporne oraz hełmy skręcił gwałtownie w ulicę Morskie Oko, po czym zatrzymał się przy trzeciej posesji. Druga furgonetka stanęła w poprzek ulicy, kilka metrów od bramy wjazdowej domu z numerem pierwszym. Tylne rozsuwane drzwi aut otworzyły się gwałtownie i członkowie oddziału uderzeniowego wybiegli na ulicę. Zajęli pozycje przy ogrodzeniu okalającym budynek. Najpierw, po uderzeniu specjalnego tarana, poddała się furtka, a następnie, zaledwie po kilkunastu sekundach, również drzwi wejściowe. Działka, na której stał dom, miała kształt kwadratu o wymiarach sześćdziesiąt na sześćdziesiąt metrów. W głębi stał jednopiętrowy budynek, pomalowany na kolor purpurowy na parterze i granatowy na piętrze. Wiodła doń ścieżka z kolorowej kostki, starannie ułożonej od samej furtki. Po obu stronach tuż przy chodniku rosły bujnie bratki, tulipany, peonie i róże. Dalej rozciągała się równo przystrzyżona trawa. Całości dopełniał murowany garaż z elektryczną bramą, stykający się z domostwem.
Gdybym nie wiedział, że mieszka tu alkoholik podejrzany o morderstwo, pomyślałbym, że fajnie wpaść na popołudniową kawę i ciasteczko do tak pięknie utrzymanej posesji, stwierdził w duchu Krzyski.
Po wyważeniu drzwi wejściowych dwóch policjantów kucnęło przy niewielkim korytarzyku, a dwóch kolejnych udało się do pokoju po lewej stronie holu. Jeden stanął przy schodach prowadzących na piętro, gdzie udali się następni trzej mundurowi. Po sprawdzeniu kuchni pełnej nowoczesnych sprzętów policjanci przeszukali jeszcze małą łazienkę wraz z przyległą garderobą.
Dom był pusty. Wszystko harmonijnie w nim poukładano, równiusieńko jak na wystawie sklepowej. Można by pomyśleć, że zbyt starannie jak na samotnego mężczyznę. Garaż wyglądał tak samo schludnie. Wszelkie narzędzia ogrodnicze, gwoździe, nakrętki, puszki z farbami posegregowano według wielkości na metalowych regałach na końcu pomieszczenia. W garażu stał ciemnoszary samochód kombi marki Volvo bez tablic rejestracyjnych.
– Parter czysty – oznajmił komisarz Roman Tumicz.
W tym samym czasie jego koledzy przeszukiwali pierwsze piętro. Po niecałych dwóch minutach wszyscy zebrani usłyszeli głos w krótkofalówkach:
– Piętro czyste. Nie ma tu nikogo. Możecie wchodzić na górę.
Inspektor Trzos, komisarz Krzyski i Łukasz Majski wbiegli po schodach na pierwszą kondygnację. Piętro domu składało się z korytarza ciągnącego się aż do przeciwległego końca budynku, zakończonego oknem balkonowym. Z korytarza można było wejść do trzech dużych pokoi. Każdy z nich pełnił inną funkcję. W pierwszym po lewej od schodów mieścił się gabinet, w którym stały potężne biurko w starym stylu, podobne krzesło i biblioteczka, rozciągająca się przez całą szerokość pomieszczenia. Bezpośrednio za gabinetem znajdowała się sypialnia, również urządzona ze smakiem. Centralne miejsce zajmowało tu dwuosobowe małżeńskie łoże, przykryte kremową narzutą. Ostatnie pomieszczenie było salonem. Oprócz drogich antycznych mebli mieściły się tu skórzana sofa i wielki telewizor LCD.
Policjanci, rozglądając się po pomieszczeniach, przeżywali swoiste déjà vu. Wszędzie panowały taki sam ład i porządek jak na parterze. Nawet łazienka, która przylegała do sypialni, świeciła na błysk, a na kosmetykach i ceramicznych drobiazgach nie było ani drobiny kurzu. Ta sterylność budziła nieokreślone uczucie grozy.
– Dom jest czysty jak muzeum – skonstatował policjant z oddziału uderzeniowego. – I tu mieszka były alkoholik? Nie pomyliliście adresu?
– W naszej bazie figuruje ten adres – odpowiedział równie zdziwiony Krzyski. – Prawie jak u ciebie, Łukasz.
– Porządek rzecz cenna, a nie jak w tej twojej śmieciarce – odciął się Majski ku uciesze kolegów.
– Przeszukać dom – rozkazał inspektor Trzos.
Policjanci podzielili się na kilka grup i zaczęli przeszukiwać poszczególne pokoje. Komisarzowi Krzyskiemu i Łukaszowi Majskiemu przypadła w udziale sypialnia. Mimo przeglądania szuflad z ubraniami, męskimi kosmetykami, gazetami czy przedmiotami codziennego użytku nie udało się znaleźć nic, co mogłoby się okazać pożyteczne dla prowadzonego śledztwa.
Podobnie było w pozostałych pomieszczeniach.
– Wszędzie czysto. Normalnie dom najbardziej niewinnego faceta na ziemi – stwierdził komisarz Krzyski. – A już myślałem, że dorwiemy gościa i zamkniemy sprawę.
Zrezygnowany usiadł na podłodze, opierając się o łóżko. Nagle zobaczył coś zakłócającego panujący wokół porządek. Jakiś odbłysk odbijający światło przedpołudniowego słońca. Wyprostował się i znowu to zobaczył. Zmrużył oczy i zlokalizował źródło światła – pod szafą, przy której kucał Łukasz, sprawdzając rzeczy na jej dnie.
– Coś mam. Do trzech razy sztuka! – Piotr klasnął w dłonie, po czym wstał i ruszył w kierunku szafy.
– Gdzie? Ja nic nie zauważyłem – odrzekł zdezorientowany Łukasz.
– Za szafą. – Krzyski położył się na podłodze i spojrzał w ciemną otchłań. – Daj mi latarkę.
Dopiero gdy poświecił z boku, spostrzegł czubek ostrza wiszącego od zewnątrz na tylnej ścianie mebla. Spróbował przesunąć szafę, jednak solidna, drewniana konstrukcja, na dodatek wypełniona rzeczami, nie drgnęła ani o centymetr.
– Pomożesz mi czy będziesz patrzył, jak się mocuję z tą kupą drewna? – rzucił do partnera.
Razem też nie szło łatwo, ale po kilku mocnych szarpnięciach bok szafy odsunął się o kilkanaście centymetrów, tak że można było zobaczyć, co znajduje się z tyłu, a nawet sięgnąć po to ręką. Krzyski i Majski patrzyli na szesnastocentymetrowy nóż myśliwski typu Joker Arabe Bubinga z charakterystyczną rękojeścią i lśniącą głownią. Przytwierdzony był dwoma kawałkami grubej taśmy klejącej do tylnej ściany szafy.
Łukasz, jak zwykle przygotowany do wszystkiego w sposób perfekcyjny, wyciągnął z kieszeni minilampę ultrafioletową, której światło pozwoliło sprawdzić, czy na ostrzu zostały ślady krwi, nawet po jego dokładnym umyciu. Wystarczyła sekunda, żeby mundurowi zobaczyli nierównomierne fluorescencyjne plamy przypominające odciski palców bez linii papilarnych.
– Ty to masz wzrok – powiedział Majski, po czym delikatnie, dłońmi w jednorazowych rękawiczkach, oderwał rekwizyt i schował go do torebki na dowody. – Szczęście zaczyna nam sprzyjać. A już myślałem, że nic tu po nas.
Komisarz Krzyski zdążył pokiwać głową, gdy do sypialni wszedł Paweł Dudła, jeden ze szturmowców.
– Mamy coś ciekawego – powiedział. – Musicie to zobaczyć.
Funkcjonariusze udali się za kolegą do gabinetu. W rogu pokoju pochylony Dominik Kominarski usilnie się w coś wpatrywał. Na podłodze przed nim stała butelka po ćwiartce wódki. Rzecz niby bez znaczenia, gdyby nie pomalowane na czarno dno butelki, ołowiana płytka, do której przyklejone było znalezisko, oraz dwie niewielkie złożone na pół kartki – jedna schowana pod metalową płytką, a druga przyczepiona do korka. Widok ten od razu przypomniał komisarzom zwłoki mężczyzny z denkiem wystającym z odbytu.
– Znaleźliśmy ją pod koniec przeszukania. Zasłaniała ją ta palma. – Kominarski wskazał na doniczkę z juką wysoką na prawie metr.
– A my mamy to. – Majski wyciągnął przed siebie torebkę dowodową z nożem w środku.
– Trzy ukryte przedmioty, nie ma mowy o przypadku – skomentował inspektor Trzos, który właśnie stanął w drzwiach.
– Jak to trzy? – zdziwił się Krzyski.
– To Władek wam nie pokazał? W garażu pod samochodem chłopaki odkryli zakrwawioną brązową podkoszulkę z graffiti. Była przyczepiona do podwozia auta. Została zabezpieczona i odniesiona do naszego wozu. A to co? – Inspektor przyjrzał się butelce. Następnie za pomocą niewielkich szczypiec zdjął kartkę z korka i położył ją na blacie biurka. Gdy rozchylił obie połowy, oczom mundurowych ukazał się tekst ułożony z liter wyciętych z kolorowych gazet:

Jesteście w moim domu, ale mnie tu nie ma.
Właśnie popełniam kolejne morderstwo.
Na kartce niżej znajdziecie szczegóły.

– Sukinsyn… – syknął Dominik. – Zrobił nas w chuja. Jak go dorwę, uduszę gołymi rękami.
– Zobaczmy tę drugą kartkę. – Krzyski już sięgał po butelkę, gdy usłyszeli trzask w krótkofalówkach.
– Znaleźliśmy coś w ogrodzie. To chyba zwłoki – zakomunikował podkomisarz Bartosz Wijaczek.
– Już idziemy – odparł szef oddziału. – Piotrek, chodź ze mną. Łukasz, Dominik i Patryk, wy zostańcie. Sprawdźcie, co jest na tej zasranej kartce.
Policjanci, nie zwlekając, kucnęli przy butelce. Inspektor Trzos i komisarz Krzyski byli już w progu, kiedy Łukasz, wziąwszy do lewej ręki niewielkie szczypce używane do zbierania dowodów, prawą odchylił szklany przedmiot, tak że jedna część ołowianej płytki uniosła się nieco. Wtedy rozległ się cichy dźwięk o wysokiej częstotliwości przypominający kliknięcie. Komisarz Krzyski odwrócił się gwałtownie. Doskonale znał ten rodzaj dźwięku.
– Łukasz, nie! – krzyknął z całej siły.
W następnej sekundzie nastąpiła potężna eksplozja.