Naomi Novik zaprasza do świata tajemnych mocy, bogactwa i panicznego strachu! “Moc srebra” to świeża i pełna wyobraźni opowieść oparta na motywach baśni braci Grimm.


Moc srebraMirjem, doprowadzona do ostateczności chorobą matki, postanawia przejąć nieudolnie prowadzony przez ojca rodzinny interes.

Stanowcza i zimna jak lód, skutecznie egzekwuje wszelkie należności od pożyczkobiorców. A kiedy dziadek przekazuje jej pięć kopiejek w srebrze, Mirjem oddaje mu dług w złocie.

W okolicy rozchodzi się wieść o młodej lichwiarce, która potrafi zamieniać srebro w złoto. Dla Mirjem jednak ta sława okazuje się przekleństwem. Zaczyna się bowiem nią interesować król Starzyków – obdarzonych nadnaturalnymi mocami, tajemniczych lodowatych istot, które wzbudzają trwogę wśród zwykłych śmiertelników.

***

Cudowna, wielowątkowa i magiczna. Książka, w której chciałbyś zamieszkać na zawsze.
„Publishers Weekly”

Perfekcyjna opowieść. (…) Rozmach Tolkiena połączony z typową dla Le Guin empatią i radością z codziennego życia.
„The New York Times Book Review”

Naomi Novik urodziła się w Nowym Jorku. Jej matka jest Polką. Wychowała się na polskich bajkach, opowieściach o Babie-Jadze oraz książkach Tolkiena. Za “Smoka Jego Królewskiej Mości” otrzymała nagrody Comptona Crooka i Johna W. Campbella oraz nominację do nagrody Hugo, a za pierwsze trzy tomy cyklu o Temerairze – nagrodę Locusa za najlepszy debiut. Oprócz dziewięciu tomów tej serii opublikowała powieść fantasy “Wybrana” (REBIS, 2015), która zdobyła nagrody Nebula i Locusa oraz nominację do Hugo. Prawa do ekranizacji cyklu o Temerairze zakupił Peter Jackson, reżyser Władcy pierścieni i Hobbita, a prawa do “Wybranej” nabyła wytwórnia Warner Bros. Na zaproszenie Domu Wydawniczego REBIS Naomi Novik odwiedziła Polskę w 2008 i 2015 roku.

Naomi Novik
Moc srebra
Przekład: Zbigniew A. Królicki
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 29 stycznia 2019
 
 

Moc srebra


Rozdział 1

Prawdziwa historia nie jest wcale tak ładna jak ta, którą słyszeliście. Naprawdę jest tak, że złotowłosa córka młynarza chce złowić pana, księcia, syna bogacza, więc idzie do lichwiarza, pożycza pieniądze na pierścień oraz naszyjnik i stroi się na festyn. A jest dość urodziwa, więc ten pan, książę, syn bogacza zauważa ją, prosi do tańca i po tańcach tarza się z nią na sianie w stodole, a potem wraca do domu i poślubia bogatą kobietę, którą wybrała mu jego rodzina. Wtedy rozpuszczona córka młynarza opowiada wszystkim, że lichwiarz sprzymierzył się z diabłem, i wieśniacy wypędzają go albo nawet kamienują, a ona przynajmniej ma klejnoty jako posag i kowal poślubia ją, po czym rodzi się im pierworodny – aczkolwiek trochę przedwcześnie.
Ponieważ właśnie o tym jest ta opowieść: o unikaniu spłacania długów. Nie tak ją opowiadają, ale ja wiem lepiej. Widzicie, mój ojciec był lichwiarzem.
Nie był zbyt dobry w swoim fachu. Jeśli ktoś nie płacił mu na czas, nigdy nie dopominał się o swoje. Dopiero kiedy nasz kredens był naprawdę pusty, buty rozpadały się nam na nogach, a moja matka rozmawiała z nim cicho, jak już poszłam spać, wtedy niechętnie szedł i pukał do kilku drzwi, żeby niemal przepraszająco poprosić o część tego, co ludzie byli mu winni. A jeśli w domu były jakieś pieniądze i ktoś przyszedł prosić o pożyczkę, nie lubił odmawiać, choć nawet nam samym brakowało. Tak więc wszystkie jego pieniądze, w tym większość pieniędzy mojej matki wniesionych w posagu, pozostawały w rękach innych ludzi. A im wszystkim bardzo się to podobało, mimo że wiedzieli, że powinni się wstydzić, więc często opowiadali tę historię, nawet – albo szczególnie – wtedy, kiedy byłam w pobliżu.
Ojciec mojej matki też był lichwiarzem, ale bardzo dobrym. Mieszkał w Wyżni, czterdzieści mil jazdy wyboistym starym traktem handlowym wiodącym od wioski do wioski niczym sznurek z mnóstwem brudnych węzełków. Mama często mnie zabierała, wybierając się do niego w odwiedziny, kiedy stać ją było na zapłacenie jakiemuś domokrążcy kilku groszy za przewiezienie nas na wozie lub saniach, z pięcioma lub sześcioma postojami po drodze. Czasem widzieliśmy między drzewami inną drogę, należącą do Starzyków, lśniącą jak rzeka w zimie, gdy wiatr zwieje z niej śnieg. „Nie patrz, Mirjem” – mówiła mi matka, lecz ja zawsze obserwowałam ją kątem oka w nadziei, że będzie biegła blisko, ponieważ to oznaczało szybszą podróż: woźnica smagnie batem konie, popędzając je, dopóki droga znów nie zniknie.
Pewnego razu usłyszeliśmy z tyłu tętent, odgłos jak trzask pękającego lodu, gdy tamci zjechali ze swej drogi, i woźnica pospiesznie popędził konie, wjeżdżając między drzewa, po czym wszyscy skuliliśmy się na wozie między workami, a matka objęła mnie i przytrzymała za głowę, żeby nie kusiło mnie popatrzeć. Przejechali obok i nie zatrzymali się. Wóz należał do biednego handlarza i był obwieszony zwykłymi blaszanymi garnkami, a Starzykowych rycerzy interesowało tylko złoto. Tętent ich koni ucichł w oddali i owiał nas lodowato zimny wiatr, tak że gdy w końcu się wyprostowałam, mój warkoczyk był cały biały od szronu, tak samo jak rękaw matki oraz jej i moje plecy. Jednak ten szron zaraz stopniał i gdy tylko znikł, handlarz rzekł do mojej matki:
– No cóż, starczy tego odpoczynku, prawda? – jakby nie pamiętał, dlaczego się zatrzymaliśmy.
– Tak – odpowiedziała matka, kiwając głową, jakby też nie pamiętała, więc wrócił na kozioł wozu, cmoknął na konie i pojechaliśmy dalej.
Byłam na tyle duża, żeby to zapamiętać, ale nie aż tak, żeby przejmować się Starzykami bardziej niż dokuczliwym mrozem i burczeniem w brzuchu. Nie miałam zamiaru nic mówić, żeby nie zatrzymali wozu, bo bardzo chciałam jak najprędzej dojechać do miasta i domu dziadka.
Babcia zawsze miała dla mnie nową sukienkę, prostą i burą, ale ciepłą i dobrze uszytą, a na zimę parę nowych skórzanych bucików, które nie obcierały mi nóg i nie były łatane ani popękane. Karmiła mnie do przesytu trzy razy dziennie, a w ostatni wieczór przed naszym wyjazdem zawsze piekła sernik, swój sernik, złocisty na wierzchu, z grubym, białym kruchym spodem, o lekkim posmaku jabłek i obsypany słodkimi rodzynkami. Kiedy powoli, przeciągając to jak najdłużej, zjadłam co do okruszka kawałek szerszy niż moja dłoń, kładli mnie spać na piętrze, w dużej wygodnej sypialni, w której moja matka i jej siostry sypiały jako dziewczęta, na tym samym wąskim łóżku rzeźbionym w gołębie. Matka siadała przy kominku ze swoją matką i kładła głowę na jej ramieniu. Nie rozmawiały, lecz gdy byłam trochę starsza i nie zasypiałam od razu, w blasku ognia widziałam ślady łez na ich twarzach.
Mogłyśmy tam zostać. W domu mojego dziadka znalazłoby się dla nas miejsce i byłybyśmy tam mile widziane. Jednak zawsze wracałyśmy do domu, ponieważ kochałyśmy mojego ojca. Był strasznie nieporadnym lichwiarzem, ale zawsze był miły i łagodny i usiłował wynagrodzić nam swoje niepowodzenia; niemal cały dzień spędzał w zimnym lesie, polując lub zbierając drewno na opał, a kiedy był w domu, pomagał matce we wszystkim. W naszym domu nie było gadania o kobiecych zajęciach, a kiedy chodziliśmy głodni, on był najgłodniejszy, ponieważ zgarniał porcje ze swojego talerza na nasze. Gdy wieczorami siadał przy kominku, zawsze był czymś zajęty; strugał jakąś nową zabawkę dla mnie albo coś dla mojej matki, ozdobę krzesła albo drewnianą łyżkę.
Zima jednak zawsze była długa i ciężka i od kiedy pamiętam, każdy kolejny rok był gorszy od poprzedniego. Nasze miasteczko nie miało murów, a właściwie i nazwy; niektórzy mówili, że nazywa się Pakel, ponieważ jest przydrożne, a ci, którym się to nie podobało, ponieważ przypominało im o biegnącej w pobliżu Starzykowej drodze, zakrzykiwali ich i twierdzili, że zwie się Pavys, gdyż leży nad rzeką, ale nikt nie pofatygował się umieścić go na mapie, więc ta kwestia pozostała nierozstrzygnięta. W rozmowach wszyscy zawsze nazywaliśmy je „miasteczkiem”. Było gościnne dla podróżnych, w jednej trzeciej drogi pomiędzy Wyżnią a Minaskiem, nad przecinającą ją rzeczką płynącą ze wschodu na zachód. Wielu gospodarzy przywoziło swoje plony łodziami, więc w dni targowe panował tu ożywiony ruch. Na tym jednak kończyło się jego znaczenie. Żaden z wielmożów szczególnie się nami nie interesował, a car w Koronie wcale. Nie potrafiłabym wam powiedzieć, dla kogo pracuje poborca, dopóki nie dowiedziałam się przypadkowo podczas jednego z pobytów w domu dziadka, że książę Wyżni jest zły, ponieważ jego dochody z naszego miasteczka maleją z roku na rok. Zimno coraz wcześniej nadciągało z lasów, pożerając nasze plony.
A tego roku, w którym ukończyłam szesnaście lat, zjawili się także Starzykowie, w tygodniu, który powinien być ostatnim tygodniem jesieni, zanim zebrano wszystkie późne zboża. Od zawsze co jakiś czas urządzali wypady po złoto; ludzie opowiadali o nieuchwytnych zjawach i martwych, których pozostawiali za sobą. Jednak w ciągu ostatnich siedmiu lat, z nadejściem coraz sroższych zim, stali się bardziej zaborczy. Jeszcze sporo liści pozostało na drzewach, gdy zjechali ze swojej drogi na naszą, żeby przejechać zaledwie dziesięć mil od naszej osady do bogatego klasztoru przy drodze, zabić kilkunastu mnichów i ukraść złote lichtarze, szczerozłoty kielich oraz wszystkie pozłacane ikony, po czym zabrać je do nieznanego królestwa leżącego na końcu ich drogi.
Ziemia zamarzła na kamień tamtej nocy, gdy przejeżdżali, a przez wszystkie następne dni z lasu nieustannie wiał lodowaty wiatr niosący tumany zmrożonego śniegu. Nasz domek stał na uboczu i na samym końcu miasteczka, gdzie ściany innych domów nie osłaniały go od wiatru, a my byliśmy coraz bardziej wychudli, głodni i zmarznięci. Ojciec wciąż unikał tej pracy, której nie znosił. Nawet gdy w końcu ulegał naciskom mojej matki i próbował odzyskać swoje, wracał zaledwie z kilkoma monetami i usprawiedliwiał dłużników, mówiąc: „Zima jest sroga. To trudny okres dla wszystkich”, lecz ja nie wierzyłam, żeby oni fatygowali się choć taką wymówką. Idąc nazajutrz przez miasteczko do piekarza po chleb, słyszałam, jak zadłużone u nas kobiety rozmawiają o potrawach, które zamierzają ugotować, i słodyczach, które kupią na targu. Zbliżał się środek zimy. Wszyscy chcieli mieć na stole coś dobrego; coś specjalnego na festyn, na ich festyn.
Tak więc odsyłali mojego ojca z pustymi rękami, a światło z ich okien padało na śnieg i zapach pieczonego mięsiwa sączył się przez szpary, gdy powoli szłam do piekarza, żeby dać mu ostatni grosz za przaśny niedopieczony chleb, który wstydziłabym się sprzedać. Dobry chleb miał dla innych klientów, a nieudany trzymał dla nas. W domu matka gotowała cienki kapuśniak i zlewała zużytą oliwę do lampki, żeby paliła się w trzecią noc naszych świąt. Kaszlała przy tym, gdyż z lasów przyszedł kolejny siarczysty mróz, który wdzierał się przez każdą szparę w ścianach i dachu naszego starego domku. Lampka paliła się tylko kilka minut, zanim zgasił ją zimny podmuch.
– Cóż, to chyba oznacza, że czas iść spać – powiedział ojciec, zamiast ponownie ją zapalić, ponieważ olej prawie się już skończył.
Ósmego dnia matka była zbyt zmęczona kaszlem, żeby podnieść się z łóżka.
– Wkrótce wydobrzeje – powiedział ojciec, nie patrząc mi w oczy. – Ten ziąb niebawem się skończy. Trzyma już tak długo.
Strugał świeczki z drewna, cienkie patyczki do palenia, ponieważ poprzedniego wieczoru spaliliśmy resztki oliwy. W naszym domu nie miało być żadnego cudownego światła.
Poszedł wygrzebać spod śniegu trochę drewna na opał. Ono też się kończyło.
– Mirjem – przemówiła matka ochryple, kiedy wyszedł. Zaparzyłam jej filiżankę słabej herbaty z odrobiną miodu, bo tylko tak mogłam jej trochę ulżyć. Upiła łyk, opadła na poduszki i powiedziała: – Kiedy skończy się zima, chcę, żebyś poszła do domu dziadka. Ojciec cię tam zawiezie.
Kiedy ostatnio byliśmy u dziadka, pewnego wieczoru siostry mojej matki przyszły tam na obiad ze swoimi mężami i dziećmi. Wszyscy oni nosili ubrania z grubej wełny, w sieni zostawili futra i mieli złote pierścienie oraz bransoletki. Śmiali się i śpiewali, i w całym pokoju było ciepło, chociaż był środek zimy, i jedliśmy świeżo upieczony chleb, kurę oraz dobrze przyprawiony i osolony rosół, tak gorący, że para grzała moją twarz. Teraz, gdy matka powiedziała te słowa, przywołały mi one to miłe wspomnienie i zatęskniłam za tym, boleśnie zaciskając zmarznięte pięści. Pomyślałam, że mam tam zostać jak żebraczka, zostawiając ojca samego, a złoto mojej matki na zawsze w domach naszych sąsiadów.
Mocno zacisnęłam wargi, a potem pocałowałam ją w czoło i kazałam jej odpoczywać, a kiedy zapadła w niespokojny sen, podeszłam do stojącej obok kominka skrzyni, w której ojciec trzymał swoją księgę rachunkową. Wyjęłam ją oraz jego zużyte pióro, zrobiłam atrament z sadzy wziętej z kominka i sporządziłam listę. Córka lichwiarza, nawet kiepskiego, umie liczyć. Pisałam i podliczałam, pisałam i podliczałam, pożyczki i daty, przerywane drobnymi i sporadycznymi wpływami. Ojciec bardzo starannie odnotowywał każdą, tak skrupulatny jak nikt z nich nigdy nie był wobec niego. A kiedy skończyłam sporządzać tę listę, wyjęłam z torby włóczkę, narzuciłam chustę na głowę i wyszłam w zimny poranek.
Poszłam do domów wszystkich naszych dłużników i waliłam w drzwi. Było wcześnie, bardzo wcześnie, jeszcze ciemno, ponieważ kaszel matki obudził nas w nocy. Wszyscy byli jeszcze w domach. Tak więc ludzie otwierali drzwi i patrzyli na mnie ze zdziwieniem, a ja patrzyłam im w oczy i mówiłam chłodno i stanowczo:
– Przyszłam odebrać dług.
Oczywiście próbowali mnie zbyć; niektórzy śmiali się ze mnie. Oleg, woźnica o wielkich dłoniach, zacisnął je w pięści i wsparł się pod boki, gapiąc się na mnie, podczas gdy jego mała jak wiewiórka żona ze spuszczoną głową siedziała przy ogniu, zerkając na mnie z ukosa. Kajus, który pożyczył dwie złote monety jeszcze rok przed moimi narodzinami i robił dobry interes na krupniku warzonym w wielkich mosiężnych dzbanach kupionych za te pieniądze, uśmiechnął się do mnie i zaprosił do środka, żebym się ogrzała i napiła czegoś na rozgrzewkę. Odmówiłam. Nie chciałam się rozgrzewać. Stałam w progach ich domów, pokazywałam moją listę i mówiłam, ile pożyczyli, jak niewiele oddali i jaki narósł procent.
Prychali, spierali się, a niektórzy krzyczeli. Jeszcze nikt nigdy na mnie nie krzyczał: ani cicho mówiąca matka, ani łagodny ojciec. Jednak odkryłam w sobie jakąś gorycz, nawianą w moje serce przez tę zimę; kaszel mojej matki i wspomnienie tej historii, tyle razy opowiadanej na rynku, o dziewczynie, która została królową za pożyczone złoto i nigdy nie oddała długu. Stałam w ich progach i nie ruszałam się. Moje wyliczenia były dokładne i oni o tym wiedzieli, a kiedy już się wykrzyczeli, pytałam:
– Macie pieniądze?
Myśleli, że się wykręcą. Mówili, że nie, oczywiście, że nie, nie mają takiej sumy.
– Zatem zapłacicie mi trochę teraz, a potem co tydzień, aż oddacie dług – mówiłam – razem z odsetkami za nieterminową spłatę, jeśli nie chcecie, żebym zawiadomiła dziadka, że ma oddać sprawę do sądu.
Nikt z nich nie podróżował po świecie. Wiedzieli, że ojciec mojej matki jest bogaty, mieszka w wielkim domu w Wyżni i pożycza pieniądze rycerzom, a nawet – jak głosiła plotka – jednemu panu. Tak więc niechętnie oddali mi trochę; w niektórych domach tylko kilka groszy, ale każdy coś mi dał. Brałam także towar: osiemnaście łokci ciepłego wełnianego materiału w ciemnoczerwonym kolorze, dzban oliwy, dwa tuziny długich świec z białego pszczelego wosku, nowy nóż od kowala. Dawałam wszystkim uczciwe ceny – tyle, ile policzyliby komuś innemu kupującemu na targu, nie mnie – zapisywałam wszystko przy nich i mówiłam, że zobaczymy się w przyszłym tygodniu.
W drodze do domu zaszłam do Ludmiły. Nie pożyczyła pieniędzy; sama mogła je pożyczać innym i mogłaby nie liczyć odsetek, ale nikt w miasteczku nie był taki głupi, żeby pożyczać od kogoś innego niż mój ojciec, który pozwalał im oddawać długi, kiedy chcieli albo wcale. Otworzyła drzwi z wyćwiczonym uśmiechem: przyjmowała podróżnych na noc. Na mój widok ten uśmiech znikł.
– Tak? – rzuciła ostro. Myślała, że przyszłam po prośbie.
– Moja matka jest chora, proszę pani – powiedziałam uprzejmie, żeby myślała tak jeszcze przez chwilę, a potem poczuła ulgę, kiedy dodałam: – Przyszłam kupić coś do jedzenia. Ile za zupę?
Zapytałam ją o cenę jajek i chleba, jakbym miała pusto w sakiewce, a ponieważ nie wiedziała, jak jest naprawdę, szorstko podała mi normalne, a nie dwukrotnie zawyżone ceny. Potem była zła, gdy w końcu odliczyłam sześć groszy za garnek gorącej zupy z połówką kury, trzy świeże jaja, bochen chleba oraz miskę miodu nakrytą serwetką. Dała mi jednak wszystko, choć niechętnie, a ja zaniosłam to długą ulicą do naszego domu.
Ojciec wrócił przede mną; podkładał do ognia i spojrzał z niepokojem, gdy ramieniem pchnęłam drzwi. Zdziwił się, widząc, że mam pełne ręce jedzenia i czerwonej wełny. Położyłam to wszystko na stole, a resztę groszaków i jedną srebrną kopiejkę do dzbanka przy palenisku, w którym wcześniej było zaledwie kilka groszy. Potem dałam mu listę z zanotowanymi płatnościami i zajęłam się matką.