“W domu innego” to prowokacyjna powieść o zakazanej miłości w powojennych czasach, gdy już nikt nie był bohaterem. Powieść została zekranizowana w 2018 roku, a producentem filmu jest Ridley Scott.


W domu innegoHamburg, 1946 rok. Do zniszczonego wojną miasta przyjeżdża brytyjski pułkownik Lewis Morgan, który ma nadzorować odbudowę zdewastowanego Hamburga.

Ponieważ jest na uprzywilejowanej pozycji zwycięzcy, rekwiruje piękną posiadłość nad brzegiem Łaby, gdzie ma zamieszkać z żoną i jedynym synem, który przeżył wojnę.

Lewis, którego poczucie sprawiedliwości jest silniejsze od nienawiści, nie chce wyrzucać z domu jego właściciela – niemieckiego wdowca z córką. Choć okrucieństwa minionych lat zmieniły serca ludzi, pod gruzami wojny budzi się nadzieja, że znów będzie można żyć jak kiedyś.

Podczas gdy dwie rodziny mieszkają pod jednym dachem, wrogość i strach stopniowo ustępują miejsca jeszcze bardziej niebezpiecznemu uczuciu – namiętności.

Rhidian Brook
W domu innego
Przekład: Bohdan Maliborski
wydanie 2
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera w tej edycji: 13 marca 2019
 
 

W domu innego


Wrzesień 1946

ROZDZIAŁ 1

– Ta Bestia tu jest. Widziałem ją. Berti ją widział. I Dietmar. Ma czarne futro jak jakaś elegancka dama i kły jak klawisze fortepianu. Musimy ją zabić, bo jeśli nie my, to kto? Angole? Jankesi? Ruscy? Francuzi? Oni mają inne rzeczy na głowie. Żrą się między sobą jak psy o kość. Musimy to zrobić sami. Dopaść Bestię, nim ona dopadnie nas. Wszyscy dobrze na tym wyjdziemy.
Mały Ozi poprawił hełm i poprowadził pozostałych przez zbombardowane przez Anglików miasto. Hełm był angielski; Ozi zwinął go z ciężarówki w pobliżu jeziora Alster. Choć nie tak stylowy jak amerykański czy nawet rosyjskie, jakie miał w swojej kolekcji, najlepiej mu pasował i Ozi mógł w nim przeklinać jak ów angielski sierżant, którego widział na hamburskim dworcu Dammtor, gdy tamten wrzeszczał do jeńców: „Ej! Łapy do góry! Do góry, kurwa! Żebym je widział, durne, pierdolone Huny!”. Na chwilę opuścili ręce – nie żeby nie wiedzieli, o co mu chodzi, ale po prostu nie mieli sił, bo byli głodni. Durne, pierdolone Huny! Strój Oziego był popisem pomysłowości, mieszanką łachmanów i skarbów. Szlafrok dandysa, sweter starej panny, koszula ze stójką dziadka, żołnierskie spodnie z podwiniętymi nogawkami, ściśnięte krawatem jakiegoś urzędnika zamiast paskiem, i buty ze zdartymi czubami, po zawiadowcy stacji, który dawno gdzieś przepadł.
Zdziczałe maluchy – z odcinającymi się od usmolonych twarzy białkami oczu rozszerzonych z przerażenia – podążyły za przywódcą przez rumowisko. Obszedłszy moreny zawalonych ceglanych murów, dzieci dotarły w miejsce, gdzie leżała na boku stożkowata niczym pocisk iglica wieży kościoła. Ozi uniósł rękę, żeby się zatrzymali, sięgnął do kieszeni szlafroka po swojego lugera i wciągnął nosem powietrze.
– Jest w środku. Czuję ją. A wy?
Dzikusy zaczęły węszyć, marszcząc nosy jak króliki. Ozi przywarł plecami do iglicy i powolutku ruszył w stronę jej otwartej podstawy, z bronią w wyciągniętej ręce, jakby to była czarodziejska różdżka. Przystanął i postukał nią w bok iglicy, dając reszcie do zrozumienia, że Bestia pewnie czai się w środku. Nagle jakiś czarny cień wypadł na zewnątrz. Dzikusy pierzchły w popłochu, ale Ozi się nie uląkł, rozkraczył nogi, zamknął jedno oko, wycelował i strzelił.
– Giń, Bestio!
Nisko wisząca mgła stłumiła odgłos wystrzału. Metaliczny dźwięk odbitej rykoszetem kuli mógł oznaczać jedno – że Ozi spudłował.
– Trafiłeś?
Ozi opuścił lugera i wsunął go za pasek.
– Dopadniemy ją kiedy indziej. Rozejrzyjmy się za jedzeniem.

– Znaleźliśmy dla pana dom.
Kapitan Wilkins zgasił papierosa i skierował pożółkły palec na plan Hamburga, przyczepiony pinezkami do ściany za biurkiem. Powiódł palcem od chorągiewki wbitej w miejscu, gdzie mieściła się tymczasowa siedziba sztabu, na zachód, przez zniszczone bombami dzielnice Hammerbrook oraz St Georg, i dalej, przez St Pauli i Altonę, w stronę dawnej wioski rybackiej Blankenese na przedmieściach, tam gdzie Łaba wpada do Morza Północnego. Plan – wyrwany z przedwojennego niemieckiego przewodnika – nie uwzględniał faktu, że owe sąsiadujące ze sobą dzielnice przypominały teraz miasto duchów, pełne popiołów i ruin.
– To cholernie duży pałac nad rzeką. Tutaj. – Palec Wilkinsa zatoczył kółko na końcu Elbchaussee, drogi biegnącej wzdłuż Łaby. – Myślę, że przypadnie panu do gustu.
Było to słowo z innego świata, dostatniego i wygodnego. W ciągu kilku ostatnich miesięcy Lewis nie myślał o gustach, ograniczając się do zaspokajania podstawowych potrzeb – dwa i pół tysiąca kalorii dziennie, tytoń, ciepło. „Cholernie duży pałac nad rzeką” zdał mu się nagle niczym zachcianka rozkapryszonego monarchy.
– Sir?
Lewis znów „odleciał”, pogrążając się w chaotycznych myślach, które przemykały mu przez głowę. Coraz częściej ostro spierał się w nich ze swoimi kolegami.
– Czy aby nikt tam nie mieszka?
Wilkins nie wiedział, jak na to odpowiedzieć. Jego przełożony cieszył się, jako oficer, nieskazitelną reputacją, ale miewał też swoje dziwactwa, często prezentując odmienny punkt widzenia. Młody kapitan odwołał się do tego, co wyczytał w podręczniku.
– Ci ludzie zatracili busolę moralną, sir. Stanowią zagrożenie dla nas i dla siebie. Muszą wiedzieć, kto tu rządzi. Potrzebują przywództwa, silnej, acz sprawiedliwej ręki.
Lewis w milczeniu kiwnął tylko głową i skinął na kapitana, by ten kontynuował. Chłód i ograniczona liczba kalorii sprawiły, że nauczył się oszczędzać słowa.
– Należy do niejakiego Luberta. Jego żona zginęła podczas nalotu. Pochodziła z rodziny potentatów na rynku żywności. Łączyły ich koneksje z właścicielami stoczni Blohm i Voss. Mieli także kilka młynów. Jego jeszcze nie prześwietliliśmy, ale sądzimy, że jest czysty, no, może tylko lekko przybrudzony, do zaakceptowania. Nie stwierdziliśmy jawnych powiązań z nazistami.
– Chleb?
– Słucham?
Lewis nie jadł przez cały dzień i mimowolnie skojarzył słowo „młyny” z chlebem. Bochenek, który ujrzał oczyma wyobraźni, stał się nagle bardziej realny niż kapitan stojący przy mapie po drugiej stronie biurka.
– Opowiedz mi jeszcze o tej rodzinie – zachęcił kapitana Lewis, z udawanym zainteresowaniem przygryzając wargę i kiwając głową.
– Żona Luberta zginęła w czterdziestym trzecim. Jest córka, jedynaczka, piętnastoletnia Frieda. Poza tym w willi mieszka jeszcze służba: pokojówka, kucharka i ogrodnik złota rączka, który służył w Wehrmachcie. Lubertowie mają krewnych, do których mogą się przenieść. Służbę można przekwaterować, może też zostać. Wszyscy są czyści.
Przesiewcy dusz z Komisji Kontroli Wywiadu oceniali ową czystość na podstawie Fragebogen, kwestionariusza zawierającego sto trzydzieści trzy pytania, które służyły do ustalenia stopnia kolaboracji obywateli Niemiec z hitlerowskimi władzami. Kwalifikowano ich do trzech oznaczonych kolorami kategorii – czarnej, szarej lub białej – w których były jeszcze różne odcienie, po czym umieszczano ich w odpowiednim lokum.
– Lubertowie spodziewają się, że willa zostanie przejęta. Musi pan ją tylko obejrzeć, a później ich wykopiemy. Myślę, że nie będzie pan rozczarowany.
– A oni?
– Oni?
– Lubertowie, kiedy ich wykopię.
– Nie stać ich na luksus rozczarowań. To Niemcy.
– Jasne, co ja plotę? – rzucił Lewis i zamilkł.
Jeszcze kilka takich pytań i ten kompetentny młody oficer ze lśniącym pasem z koalicyjką i idealnie zaplecionymi owijaczami doniesie na niego wojskowemu psychiatrze.
Lewis wyszedł z dusznej kwatery głównej na niespodziewanie chłodną jak na koniec września ulicę. Z ust buchała mu para. Włożył cienkie skórzane rękawiczki, które podarował mu kapitan McLeod z amerykańskiej kawalerii w budynku magistratu w Bremie tego dnia, gdy alianci ogłosili podział Niemiec na strefy okupacyjne. „No, to się wam dostało – powiedział Amerykanin, wczytując się w treść obwieszczenia. – Francuzi wzięli winnice, my ładne widoki, a wy ruiny”.
Lewis mieszkał wśród ruin już tak długo, że przestał je dostrzegać. Jego cywilne kosmopolityczne ubranie pasowało idealnie do funkcji przedstawiciela władz w podzielonych na cztery części Niemczech i nie wzbudzało komentarzy w zdezorientowanym i tworzonym na nowo kraju.
Cenił sobie te amerykańskie rękawiczki, jednak największą przyjemność czerpał z owczego kożucha z frontu wschodniego, który również dostał od McLeoda. Przedtem nosił go porucznik Luftwaffe, który zarekwirował go jeńcowi, pułkownikowi Armii Czerwonej. Jeśli taka pogoda się utrzyma, Lewis wkrótce go włoży.
Z ulgą uwolnił się od towarzystwa Wilkinsa. Młody kapitan należał do rzeszy urzędników tworzących personel Sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec, rozdętej instytucji pełnej ludzi z podkładkami do pisania, uznających się za architektów odbudowy tego kraju. Niewielu z nich widziało okopy – czy choćby Niemca – co pozwalało im z dużą pewnością siebie snuć teorie i wydawać opinie w różnych sprawach. Wilkins na pewno wkrótce awansuje na majora.
Lewis wyjął z kieszeni płaszcza srebrną papierośnicę. Od jej błyszczącej powierzchni odbiły się promienie słońca. Polerował ją regularnie. Była jego jedynym materialnym skarbem, prezentem, który trzy lata wcześniej dała mu w Amersham na pożegnanie Rachael, przy bramie ostatniego porządnego domu, w jakim mieszkał. „Myśl o mnie, kiedy będziesz palił”, przykazała mu. Starał się spełniać to polecenie, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt razy dziennie, od trzech lat. Mały rytuał podtrzymujący płomień miłości. Zapalił papierosa i skupił na niej swoje myśli. Z upływem czasu, z oddali, ich miłość zdawała mu się jeszcze gorętsza. Wspomnienie tego, jak się kochali, gładkiego, oliwkowego, krągłego ciała żony (im dłużej trwała ta wojna, tym gładszego i krąglejszego) pozwalało mu przetrwać chłód i samotność. Tak bardzo przywykł do tej zastępczej, wyimaginowanej wersji Rachael, że bliska perspektywa tego, iż wkrótce będzie mógł jej dotknąć i poczuć jej zapach, wywołała w nim niepokój.
Zgrabny czarny mercedes 540K z brytyjskim proporczykiem na masce zatrzymał się na wprost schodów kwatery głównej. Flaga, którą Lewis widział w bocznym lusterku, była jedyną rzeczą, jaka wydawała się tu nie na miejscu. Mimo skojarzeń pułkownik lubił ten samochód – jego smukłą sylwetkę i płynny pomruk silnika. Był wykończony niczym transatlantyk, a wyjątkowo ostrożny sposób jazdy szofera – Herr Schroedera – wzmagał jeszcze poczucie, że auto przypomina statek. Żadne brytyjskie insygnia nie były w stanie go odniemczyć. Brytyjski personel wojskowy pasował do pierdzącego i niezgrabnego austina 16, a nie do tej brutalnie pięknej, zdolnej podbijać świat maszyny.
Lewis zszedł po schodach i gestem pozdrowił szofera.
Schroeder, piskliwy nieogolony mężczyzna w czarnej czapce i pelerynie, wyskoczył z samochodu i podszedł do drzwi od strony fotela pasażera. Ukłonił się Lewisowi i zamiatając peleryną, otworzył mu tylne drzwi.
– Mogę siedzieć z przodu, Herr Schroeder.
Skromność Lewisa zbiła szofera z tropu.
– Nein, Herr Kommandant – odpowiedział.
– Naprawdę. Sehr gut – rzekł Lewis.
– Bitte, Herr Oberst.
Schroeder zatrzasnął tylne drzwi i wyciągnął rękę do przednich. Najwyraźniej nie chciał narażać Lewisa na jakikolwiek wysiłek. Lewis cofnął się o krok, godząc się na tę grę, choć usłużność Niemca wprawiła go w przygnębienie. Schroeder wykonywał gesty człowieka pokonanego, lgnącego do zwycięzcy. Lewis wręczył mu karteczkę z zapisanym przez Wilkinsa adresem willi, która w najbliższej przyszłości stanie się zapewne jego nowym domem. Szofer zerknął na adres i z aprobatą pokiwał głową.
Schroeder musiał kluczyć między rozsianymi na brukowanych ulicach lejami po bombach i sznurami zagubionych, ospałych ludzi, którzy nie bardzo wiedzieli, dokąd zmierzają, taszcząc pozostałości po dawnym życiu, zapakowane w paczki, torby, skrzynki i pudła. Mieli w sobie jakiś niemal namacalny niepokój. Sprawiali wrażenie, jakby cofnęli się w czasie do epoki nomadycznych zbieraczy.
Nad tym wszystkim unosiło się wspomnienie piekielnego jazgotu, jak gdyby jakiś nieziemski żywioł wprowadził tu chaos, pozostawiając po sobie fragmenty niemożliwej do ułożenia, starej układanki. Dawnego obrazka nie dało się już odtworzyć. Wybiła Stunde Null, Godzina Zero. Ludzie ci zaczynali wszystko od nowa i próbowali przeżyć, nie mając nic. Dwie kobiety ciągnęły furmankę wyładowaną meblami. Obok przeszedł mężczyzna z teczką, jakby szukał biura, w którym kiedyś pracował. Nawet nie spojrzał na to dzieło zniszczenia, najwyraźniej uznając ów apokaliptyczny krajobraz za coś naturalnego.
Ruiny ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Rumowiska wznosiły się na wysokość pierwszego piętra budynków, które jakimś cudem zdołały się uchować. Trudno było uwierzyć, że ludzie czytali tu kiedyś gazety, piekli ciasta i zastanawiali się, jakie obrazy powiesić na ścianach w salonie. Samochód minął fasadę kościoła. Tam, gdzie były kiedyś witraże, przebijało niebo, a gdzie gromadzili się wierni, hulał teraz wiatr. Po drugiej stronie ulicy stał rząd kamienic o zawalonych frontach niczym olbrzymie domki dla lalek, w których widać pokoje i meble.
W jednej z nich jakaś kobieta, obojętna na kaprysy pogody i ciekawskie spojrzenia przechodniów, z czułością rozczesywała włosy młodej dziewczynie siedzącej przy toaletce.
Nieco dalej przy rumowiskach kręciły się kobiety i dzieci, usiłując znaleźć coś do jedzenia lub ocalić fragmenty przeszłości. Czarnymi krzyżami oznaczono miejsca, w których składano oczekujące na pochówek zwłoki. Wszędzie wyrastały dziwaczne rury-kominy podziemnego miasta, z których sączył się ku niebu czarny dym.
– Króliki? – spytał Lewis na widok stworzeń wyskakujących z niewidzialnych dziur w ziemi.
– Trümmerkinder! – odrzekł z nagłą złością Schroeder. Do Lewisa dotarło, że to „dzieci rumowisk”, wypłoszone ze swoich jam przez samochód. – Ungeziefer! – dorzucił z niepotrzebną zawziętością szofer, gdy trójka dzieci – trudno było stwierdzić, chłopcy czy dziewczynki – wyskoczyła im wprost przed maskę. Zatrąbił ostrzegawczo, lecz nie ulękły się czarnego mercedesa, zmuszając kierowcę, by zatrzymał samochód. – Weg! Schnell! – wrzasnął Schroeder z wściekłością, aż żyły na szyi mu nabrzmiały.
Znów zatrąbił, jednak chłopak w szlafroku i kozackiej czapie podszedł niezrażony do drzwi od strony Lewisa, wskoczył na listwę i zaczął stukać w szybę.
– Co masz, Angolku? Kanapkę, kurwa? Czekoladę?
– Steig aus! Sofort! – Na twarz Lewisa opadły drobinki śliny Schroedera, który przechylił się w stronę pułkownika, wygrażając dzieciakowi pięścią.
Tymczasem pozostała dwójka wspięła się na maskę i próbowała wyrwać chromowany znaczek mercedesa.
Schroeder wyskoczył z samochodu i rzucił się na malców. Ci usiłowali ześliznąć się z maski, ale szofer chwycił koniuszek koszuli nocnej i przyciągnął jedno z dzieci do siebie. Trzymając chłopaka jedną ręką, drugą zaczął go okładać.
– Schroeder! – Lewis podniósł głos pierwszy raz od miesięcy i najwyraźniej sam był tym zaskoczony. Schroeder wydawał się jednak głuchy i dalej z zacietrzewieniem bił malca. – Halt! – wrzasnął Lewis i wysiadł z samochodu.
Pozostali malcy odsunęli się, w obawie że oni też oberwą. Szofer wreszcie usłyszał krzyk pułkownika i znieruchomiał z dziwnym wyrazem twarzy, na której malowały się wstyd i oburzenie. Puścił dziecko i wrócił do samochodu, mamrocząc coś i dysząc z wysiłku.
– Hier bleiben! – zawołał Lewis do malców.
Najstarszy z chłopców podszedł do samochodu. Jego dwaj towarzysze ruszyli za nim niepewnie. Z ruin wyłoniły się sylwetki innych małych dzikusów, których kamuflażem był brud. Bił od nich smród ludzi, którzy przymierają głodem. Wszyscy wyciągnęli błagalnie ręce w stronę dobrego angielskiego boga, który przybył do nich swym czarnym rydwanem. Lewis wyjął z samochodu chlebak. Były tam tabliczka czekolady i pomarańcza. Wręczył czekoladę najstarszemu chłopcu.
– Verteil! – poinstruował go.
Później dał pomarańczę najmniejszemu z dzieci, najwyżej sześcioletniej dziewczynce – mogła przyjść na świat na początku wojny. Jej również przykazał, żeby się nią podzieliła, lecz dziewczynka natychmiast wbiła zęby w owoc, jakby to było jabłko, i zaczęła pochłaniać go w całości. Lewis próbował jej podpowiedzieć, że pomarańczę należy obrać, ale ta osłoniła ją ręką, bojąc się, że będzie musiała ją oddać.
Wokół tłoczyła się już chmara dzieci z wyciągniętymi rękami, w tym podpierający się kijem golfowym chłopiec bez nogi. „Czekolada! Czekolada!”, wołały.
Lewis nie miał już więcej jedzenia, ale pozostało mu coś jeszcze cenniejszego. Wyjął papierośnicę i wyciągnął z niej dziesięć playersów. Podał papierosy najstarszemu chłopcu, który wybałuszył oczy na ich widok. Lewis miał świadomość, że popełnia przestępstwo – bratał się z Niemcami i wspomagał tym gestem czarny rynek – ale było mu wszystko jedno. Malcy kupią za te dziesięć papierosów jedzenie od jakiegoś rolnika. Zarządzenia i przepisy wprowadzone przez nowe władze były tworzone w atmosferze lęku i zemsty przez ludzi siedzących za biurkami. Tu i teraz to Lewis stanowił prawo i pewnie będzie tak jeszcze przez jakiś czas.