“Gdyby ulica Beale umiała mówić” to poruszająca, bolesna historia, tak dogłębnie ludzka i tak bezceremonialnie osadzona w rzeczywistości, że niezaprzeczalnie ponadczasowa.


Gdyby ulica Beale umiała mówićHarlem, Nowy Jork. Tish i Fonny byli razem zawsze. Dorastali w jednej dzielnicy, w jednej społeczności, a ich miłość rosła wraz z nimi. Niepostrzeżenie stała się dla nich najważniejsza. I chociaż nie mają nic prócz siebie, Tish wierzy, że będą żyli długo i szczęśliwie.

W przeddzień ślubu Fonny zostaje oskarżony o gwałt. Ma mocne alibi, ale jest czarny. Tish zrobi wszystko, by wyciągnąć go z więzienia.

To najwyższej klasy literatura. Baldwin w ujmująco prosty sposób podejmuje trudny temat rozpaczliwej bezradności wobec wyrządzanych krzywd. Rozgrywająca się w latach 70. powieść nie traci na aktualności. Zmusza do refleksji i wzbudza emocje, od których nie sposób się uwolnić.

“Kiedy dwoje się kocha naprawdę, wszystko, co się między nimi dzieje, ma w sobie coś uroczystego i świątecznego. Czasem wydaje się, że coś ich oddaliło od siebie. Nie znam większej udręki i rozleglejszej pustki od tej, jaka powstaje, gdy ukochany odchodzi!”
fragment

***

Książka “Gdyby ulica Beale umiała mówić” celebruje nie tylko miłość kobiety i mężczyzny, ale i rzadko opisywaną we współczesnej literaturze miłość w rodzinie.
Joyce Carol Oates

Jeśli Van Gogh był artystą-świętym dziewiętnastego wieku, to James Baldwin jest artystą-świętym wieku dwudziestego.
Michael Ondaatje

Poruszająca, bolesna historia, tak dogłębnie ludzka i tak bezceremonialnie osadzona w rzeczywistości, że niezaprzeczalnie ponadczasowa.
“The New York Times Book Review”

Jeden z najlepszych filmów tego roku.
“Times Magazine”

Adaptacja filmowa powieści otrzymała 3 nominacje do Złotych Globów i 3 nominacje do Oscarów.

James Baldwin
Gdyby ulica Beale umiała mówić
Przekład: Maria Zborowska
Wydawnictwo Znak
Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Gdyby ulica Beale umiała mówić


I
SMUTEK PRZYTŁACZA MĄ DUSZĘ

Przeglądam się w lustrze. Wiem, że na chrzcie nadano mi imię Klementyna, a więc miałoby sens, gdyby wołano na mnie Klem albo nawet Klementyna, skoro tak się nazywam. Ale nie. Ludzie wołają na mnie Tish i w tym chyba też jest jakiś sens. Jestem zmęczona i zaczynam myśleć, że może wszystko, co się dzieje, ma sens. Bo czy mogłoby się dziać, gdyby nie miało sensu? Co za okropna myśl. Może się zrodzić tylko ze zmartwień, ze zmartwień, które nie mają sensu.
Dzisiaj poszłam zobaczyć Fonny’ego. To również nie jest jego prawdziwe imię, bo ochrzczono go imieniem Alonzo; miałoby sens, gdyby ludzie nazywali go Lonnie. Ale nie, my zawsze wołaliśmy na niego Fonny. Alonzo Hunt to jego prawdziwe imię i nazwisko. Znałam go całe życie i wierzę, że tak zostanie do końca naszych dni. Ale mówię do niego Alonzo tylko wtedy, kiedy mam mu do przekazania coś naprawdę cholernie przykrego.
Dzisiaj powiedziałam:
– Alonzo.
A on obrzucił mnie tym swoim błyskawicznym spojrzeniem, którym mnie zawsze darzy, kiedy nazywam go jego prawdziwym imieniem.
Fonny jest w więzieniu. Tak więc ja siedziałam na ławce przed drewnianym blatem i on siedział na ławce przed drewnianym blatem. Spoglądaliśmy na siebie przez wznoszącą się między nami ścianę ze szkła. Nic nie słychać przez takie szkło, trzeba więc korzystać z małego telefonu. Trzeba mówić przez telefon. Nie wiem, dlaczego ludzie spuszczają wzrok, gdy mówią przez telefon, ale tak już jest. Trzeba stale pamiętać, żeby patrzeć w twarz człowieka, z którym się rozmawia.
Ja już teraz o tym pamiętam, bo on siedzi w więzieniu, a ja kocham jego oczy i za każdym razem, gdy go widzę, ogarnia mnie strach, że go już więcej nie zobaczę. Tak więc zaraz po wejściu do pokoju chwytam za słuchawkę, nie spuszczając z niego wzroku.
Kiedy powiedziałam „Alonzo?”, spojrzał w dół, a potem spojrzał na mnie, uśmiechnął się, wziął słuchawkę i czekał w milczeniu. Chciałabym, żeby nikt nigdy nie musiał patrzeć na ukochanego człowieka przez szklany mur.
Tego pierwszego słowa nie wypowiedziałam tak, jak chciałam. Miało zabrzmieć jak najnaturalniej w świecie, żeby się nie martwił, żeby zrozumiał, że wymawiam je, nie czując nic złego w sercu.
Bo muszę wam powiedzieć jedno: ja go znam. Wiem, że jest bardzo dumny, że się strasznie wszystkim przejmuje, i gdy się nad tym zastanawiam, on, rzecz jasna, nie zawraca sobie głowy takimi myślami, to dochodzę do wniosku, że właśnie dlatego siedzi w więzieniu. Ma dość problemów i nie chcę, żeby się martwił jeszcze o mnie. Prawdę mówiąc, wcale nie chciałam powiedzieć tego, co powinnam. Choć wiedziałam, że muszę. On musiał wiedzieć.
Myślałam także, że kiedy już przestanie się przejmować, kiedy będzie leżał sam w nocy, sam tylko z sobą, to, być może, w głębi duszy, rozmyślając nad tym, będzie zadowolony. I że to mu pomoże.
– Alonzo, będziemy mieli dziecko.
Patrzałam na niego. Czułam, że się uśmiecham. Jego twarz wyglądała tak, jakby ją zanurzono w wodzie. Nie mogłam go dotknąć, a tak tego chciałam. Znów się uśmiechnęłam. Moja wilgotna dłoń ściskała słuchawkę, a potem przez chwilę nie widziałam go w ogóle. Kiwałam głową, moja twarz była mokra.
– Cieszę się, cieszę się. To nic. Cieszę się – powiedziałam.
Ale on był daleko, sam tylko z sobą. Czekałam, żeby wrócił. Powoli jego twarz się zmieniała: moje dziecko? Wiedziałam, że tak sobie właśnie pomyśli. Nie chcę wcale przez to powiedzieć, że zwątpił we mnie, ale każdy mężczyzna tak myśli. A przez te sekundy, kiedy on oddalił się ode mnie, kiedy został sam tylko z sobą, to dziecko było jedyną rzeczywistością na świecie, czymś bardziej rzeczywistym niż więzienie, czymś bardziej rzeczywistym niż ja sama.
Powinnam już była powiedzieć wam, że nie wzięliśmy ślubu. On przywiązuje do tego większą wagę niż ja, i rozumiem go. Właśnie mieliśmy się pobrać, gdy wsadzili go do więzienia.
Fonny ma dwadzieścia dwa lata. Ja mam dziewiętnaście.
Teraz zadał mi to śmieszne pytanie.
– Jesteś pewna?
– Nie, nie jestem pewna. Zawracam ci tylko głowę.
Uśmiechnął się. Uśmiechnął się, to znaczy, że uwierzył.
– Co zrobimy? – zapytał jak mały chłopiec.
– Chyba go nie utopimy. A więc musimy je wychować.
Fonny przechylił głowę i zaczął się śmiać. Śmiał się tak długo, że łzy zaczęły spływać mu po policzkach. Wtedy poczułam, że to, czego się tak bałam, poszło dobrze.
– Powiedziałaś Frankowi? – zapytał.
Frank to jego ojciec.
– Jeszcze nie.
– A swoim powiedziałaś?
– Też nie. Ale nie martw się o nich. Chciałam najpierw powiedzieć tobie.
– No tak. To chyba ma sens… mieć dziecko.
Spojrzał na mnie i po chwili odwrócił wzrok.
– A teraz pomówmy poważnie. Co zamierzasz robić?
– To, co dotychczas. Będę pracować do ostatniego miesiąca, a potem mama i siostra zajmą się mną. Nie martw się. Zresztą do tego czasu wyciągniemy cię stąd.
– Jesteś tego pewna? – mówi z lekkim uśmiechem.
– Oczywiście, zawsze byłam pewna.
Wiem, co on myśli, ale nie wolno mi się poddawać, nie teraz, kiedy patrzę na niego. Muszę być pewna.
Za plecami Fonny’ego stanął strażnik i trzeba się było pożegnać. Fonny uśmiechnął się i podniósł pięść, jak zawsze, i ja też podniosłam pięść. Wstał. Zawsze ogarnia mnie zdumienie, gdy patrzę na niego i widzę, jaki jest wysoki. Oczywiście schudł i może dlatego wydaje się jeszcze wyższy.
Fonny odwrócił się i wyszedł z pokoju. Zatrzasnęły się za nim drzwi.
Kręciło mi się w głowie. Tego dnia niewiele jadłam, a tymczasem zrobiło się późno.
Przemierzałam te szerokie korytarze, które tak znienawidziłam, korytarze szersze niż cała pustynia Sahara. Ona nigdy nie jest pusta; te korytarze też nigdy nie są puste. Jeśli kroczysz przez Saharę i po drodze padasz, to zaczynają nad tobą krążyć sępy, węsząc, wyczekując twojej śmierci. Coraz bardziej zniżają swój lot. Czekają, wiedzą. Wiedzą dokładnie, kiedy ciało stanie się ich łupem, kiedy dusza nie będzie mogła dłużej stawiać oporu. Biedny człowiek zawsze kroczy przez Saharę. A wokół niego krążą adwokaci, pośrednicy i cała ta banda jak sępy węszące padlinę. Oczywiście wcale nie wiedzie im się lepiej niż biednym, no i właśnie dlatego są jak te sępy, jak ci śmieciarze. Mam również na myśli tych czarnych spryciarzy, którzy pod niejednym względem są nawet gorsi. Na samą myśl o nich ogarnia mnie wstyd. Ale długo zastanawiałam się nad tym i kto wie, może nie mam racji. Przecież i ja zrobiłabym wszystko, żeby wydostać Fonny’ego z więzienia. Nie zetknęłam się tam nigdy z uczuciem wstydu, chyba że z moim własnym, chyba że ze wstydem zapracowanych czarnych kobiet mówiących do mnie „córko” i ze wstydem dumnych Portorykańczyków, którzy nie rozumieją, co tu się właściwie dzieje, bo ci, co do nich mówią, nie znają hiszpańskiego, i którzy wstydzą się, że mają bliskich i ukochanych w więzieniu. Ale przecież to nie oni powinni się wstydzić. Wstydzić powinni się ci, którzy stworzyli takie więzienia.
Ja się nie wstydzę z powodu Fonny’ego. Raczej jestem z niego dumna. To prawdziwy mężczyzna. Najlepiej świadczy o tym to, jak znosi ten swój przeklęty los. Przyznaję, że czasem ogarnia mnie strach, bo przecież nie można wiecznie znosić tych wszystkich upokorzeń, ale nie pozostaje nic innego, jak żyć z dnia na dzień. Jeśli wybiegasz za bardzo naprzód, jeśli nawet próbujesz myślą wybiegać za bardzo naprzód, to przegrasz.
Czasem wracam do domu metrem, czasem autobusem. Dzisiaj pojechałam autobusem, bo wtedy podróż trwa trochę dłużej, a miałam tyle spraw do przemyślenia.
Gdy człowiek ma kłopoty, to nachodzą go czasem jakieś dziwne myśli. Nie wiem, jak wam to wytłumaczyć. Są takie dni, kiedy wydaje ci się, że słyszysz, co ludzie do ciebie mówią, że słyszysz, co ty mówisz do nich; wydaje ci się, że wykonujesz swoją pracę, albo przynajmniej że robota jakoś idzie, ale tak naprawdę to ani nie widzisz, ani nie słyszysz nikogo, a gdyby cię ktoś zapytał, co robiłaś, musiałabyś się zastanowić, zanim mogłabyś odpowiedzieć. Ale równocześnie, tego samego dnia, i to jest najtrudniejsze do wyjaśnienia, widzisz ludzi takimi, jakimi nigdy ich jeszcze nie oglądałaś. Masz wzrok ostry jak brzytwa. Może dlatego, że patrzysz na nich inaczej, niż patrzyłaś wtedy, gdy nie miałaś kłopotów. Może zadajesz sobie różne pytania na ich temat, może traktujesz ich w inny sposób i dlatego wydają ci się tacy dziwni. Może zaczynasz się bać, może ogarnia cię apatia, bo nie wiesz, czy możesz na nich polegać.
A nawet gdyby chcieli coś zrobić dla ciebie, to czy naprawdę mogą coś zdziałać? Nie mogę zwrócić się do nikogo w autobusie i powiedzieć: „Słuchaj, Fonny ma kłopoty, siedzi w więzieniu”. Wyobraźcie sobie, co by ci ludzie w tym autobusie powiedzieli, gdyby usłyszeli z moich ust, że kocham kogoś, kto jest za kratkami, gdybym im powiedziała, że na pewno on nigdy nie popełnił żadnego przestępstwa, że jest wspaniałym człowiekiem, że powinni mi pomóc wydostać go stamtąd. Wyobraźcie sobie, co by ci ludzie z autobusu powiedzieli! Co wy byście powiedzieli? Przecież ja nie mogę im powiedzieć, że będę miała to dziecko i ogarnia mnie strach, bo nie chcę, żeby się coś złego przytrafiło ojcu mego dziecka. Błagam was, nie pozwólcie mu zgnić w więzieniu. Błagam! Ale nie mogę tak zawołać. A więc nie mam właściwie nic do powiedzenia. Kłopoty osamotniają. Siadasz, wyglądasz przez okno i zadajesz sobie pytanie, czy przez resztę życia nie będziesz już robić nic innego, tylko jeździć tym autobusem tam i z powrotem, a jeśli tak ma być, to co się stanie z twoim dzieckiem? Co się stanie z Fonnym?
Jeśli kiedykolwiek kochałaś to miasto, to teraz nie kochasz go wcale. A jeśli uda mi się wyjść z tego cało, jeśli nam uda się wyjść z tego cało, przysięgam, że moja noga nie stanie już więcej w tej dzielnicy Nowego Jorku.
Może kiedyś, dawno temu, lubiłam te okolice, gdy ojciec zabierał mnie i moją siostrę na spacery, żebyśmy mogły oglądać ludzi i domy. Pokazywał nam różne rzeczy, a potem w parku Battery jadłyśmy lody i hot dogi. To były wspaniałe czasy i byłyśmy bardzo szczęśliwe, ale dzięki ojcu, nie dzięki miastu. Byłyśmy szczęśliwe, bo wiedziałyśmy, że on nas kocha. Teraz już mogę powiedzieć, bo wiem na pewno, że miasto nas nie kocha. Ludzie spoglądają na nas jak na zebry. A jak wiecie, jedni lubią zebry, a drudzy nie. Ale nikt nigdy nie pyta zebry o zdanie.
Prawda, prócz Filadelfii i Albany nie znam innych miast, ale jestem przekonana, że Nowy Jork musi być najbrzydszym, najbrudniejszym miastem świata. Chyba ma najobrzydliwsze domy i najgorszych ludzi. No i na pewno najgorszych gliniarzy. Jeżeli jest jakieś gorsze miejsce, to chyba znajduje się tak blisko piekła, że czujesz zapach smażących się ciał. A skoro już o tym mowa, to jest to zapach Nowego Jorku latem.

Właśnie na ulicach tego miasta poznałam Fonny’ego. Ja byłam mała, on trochę większy. Ja miałam sześć lat, a on chyba z dziewięć. Mieszkali po drugiej stronie ulicy, on i jego rodzina: jego matka, dwie starsze siostry i jego ojciec, który miał zakład krawiecki. Gdy myślę o tym teraz, zadaję sobie pytanie, dla kogo był ten warsztat. Nie znaliśmy nikogo, kto by miał pieniądze, by szyć ubranie u krawca, no, może kiedyś z jakiejś wielkiej okazji. Z nas na pewno by nie wyżył. Chociaż, jak mi powiedziano, ludzie, kolorowi ludzie, nie byli już wtedy tacy biedni jak w czasach, kiedy pobierali się moja mama i ojciec.
I oni wtedy też nie byli już tacy biedni jak ci na Południu. Ale mimo to klepaliśmy biedę i nic się nie zmieniło.
Nie zwracałam uwagi na Fonny’ego aż do dnia, kiedy po szkole wdaliśmy się w bójkę. Nie miała ona nic wspólnego ani ze mną, ani z Fonnym. Miałam koleżankę, która się nazywała Geneva. Była to rozhukana, wrzaskliwa dziewczynka, o ciasno splecionych warkoczach, spiczastych kolanach, długich nogach i wielkich stopach. I zawsze były z nią jakieś kłopoty. Oczywiście to ona została moją najlepszą przyjaciółką, bo ze mną nigdy nie było żadnych kłopotów. Byłam chuda i wystraszona i zawsze pozwalałam się wciągnąć we wszystkie jej draki. Nikt mnie nie chciał i jak się domyślacie, jej też. Twierdziła, że nie może znieść Fonny’ego. Obrzydzenie ją brało, gdy na niego patrzyła. Ciągle mi powtarzała, że on jest brzydki, że ma cerę jak pomarszczony kartofel i oczy skośne jak Chińczyk, i mocno skręcone włosy, i grube wargi, i krzywe nogi z opuchniętymi kostkami, i wystający tyłek, jakby jego matka była gorylem. Przyznawałam jej rację, bo musiałam, ale wcale nie wydawało mi się, że on jest aż taki brzydki. Jego oczy nawet mi się podobały i jeśli mam być szczera, to myślałam, że jeżeli wszyscy ludzie w Chinach takie mają , to mogłabym tam pojechać. Nigdy nie widziałam goryla i dlatego tyłek Fonny’ego wydawał mi się zupełnie normalny, a zresztą skoro już o tym mowa, to nie był wcale tak wielki jak tyłek Genevy. A dopiero znacznie później uświadomiłam sobie, że Fonny ma naprawdę trochę krzywe nogi. Jak już powiedziałam, Geneva miała ciągle do niego jakieś pretensje. Natomiast Fonny jej w ogóle nie zauważał, zawsze zaaferowany, zawsze ze swoimi kolegami, którzy stanowili najgorszą bandę na całej ulicy. Wałęsali się wszędzie, ubrani w łachmany, pokrwawieni, posiniaczeni. A właśnie przed tą bójką Fonny stracił ząb.
Fonny miał przyjaciela Daniela. Był to wysoki czarny chłopak, który nie znosił Genevy tak, jak Geneva nie znosiła Fonny’ego. Nie pamiętam już, jak to się zaczęło, ale w końcu Daniel powalił Genevę na ziemię i oboje zaczęli się tarzać. Ja starałam się odciągnąć Daniela od niej, a Fonny usiłował odciągnąć mnie. Odwróciłam się i uderzyłam go jedynym przedmiotem, jaki mi się nawinął pod rękę, a wyciągnęłam go z kosza na śmieci. Był to tylko kawałek drewna, ale miał wbity gwóźdź. Gwóźdź przejechał po policzku Fonny’ego, rozdarł mu skórę i pociekła krew. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, strasznie się przestraszyłam. Fonny przyłożył rękę do twarzy, potem spojrzał na mnie, potem na swoją dłoń, a ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc odrzuciłam ten kawałek drewna i zaczęłam uciekać. Fonny pobiegł za mną. Na domiar złego Geneva na widok krwi podniosła straszliwy wrzask, że go zamordowałam. Fonny dopadł mnie, chwycił wpół i plunął mi w twarz przez dziurę, która mu została po wybitym zębie. Trafił w same usta. Byłam tak upokorzona… chyba dlatego, że mnie nie uderzył i nie zranił, a może dlatego, że czułam jeszcze silniej to, czego nie zrobił…. że krzyknęłam i rozpłakałam się. Dziwne to, ale, być może, moje życie zmieniło się w tej właśnie chwili, gdy Fonny plunął mi w usta. Geneva i Daniel, którzy rozpętali tę całą awanturę i którym włos nie spadł z głowy, zaczęli wrzeszczeć na mnie. Geneva krzyczała, że go na pewno zabiłam, bo ludzie zadraśnięci zardzewiałym gwoździem umierają na tężec. A Daniel tylko potakiwał, mówiąc, że on dobrze o tym wie, bo jego wujek umarł w ten sposób. Fonny przysłuchiwał się temu wszystkiemu, nie zwracając uwagi na płynącą z policzka krew i mój płacz. Wreszcie chyba uświadomił sobie, że to o nim mowa i że właściwie już z nim koniec, bo też zaczął płakać. Geneva i Daniel wzięli go pod ręce i odeszli, zostawiając mnie samą.

Przez kilka dni Fonny się nie pokazywał. Byłam pewna, że ma tężca i umiera. Geneva twierdziła, że jak tylko umrze, co może nastąpić w każdej chwili, przyjdzie po mnie policja i posadzi na krześle elektrycznym. Obserwowałam warsztat krawiecki, ale wszystko wyglądało normalnie. Pan Hunt był na swoim miejscu, z tą swoją jasnobrązową, uśmiechniętą twarzą, prasował spodnie i opowiadał dowcipy tym, którzy go odwiedzali, do warsztatu zawsze ktoś wpadał, a od czasu do czasu przychodziła pani Hunt. Była to bardzo pobożna kobieta, która nie uśmiechała się często, ale ani ona, ani jej mąż nie zachowywali się tak, jakby ich syn był umierający.
Tak więc, nie spotkawszy Fonny’ego przez kilka dni, upatrzyłam sobie chwilę, kiedy pan Hunt był sam w zakładzie, i poszłam do niego. Pan Hunt znał mnie trochę, wszyscy znaliśmy się na naszej ulicy.
– Witaj, Tish! – zawołał. – Co porabiasz? Jak twoi?
– W porządku, panie Hunt – odrzekłam. Chciałam jeszcze dodać: „A co porabia pana rodzina?”, tak jak zawsze mówiłam i jak zamierzałam powiedzieć, ale nie mogłam.
– Jak leci w szkole? – zapytał mnie po chwili. Zdawało mi się, że jakoś dziwnie na mnie patrzy.
– Dobrze – odparłam, a serce zaczęło mi walić, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Pan Hunt stał przy maszynie do prasowania, używanej przez krawców, popatrzył na mnie przez chwilę, po czym zaśmiał się.
– Chyba ten mój urwis niedługo wróci.
Usłyszałam, co powiedział, ale nie bardzo rozumiałam.
Zbliżyłam się do drzwi, tak jakbym chciała wyjść, i odwróciłam się, mówiąc: 
– Co takiego, proszę pana?
Pan Hunt wciąż się uśmiechał. Podniósł górną część maszyny do prasowania, odwrócił leżące na niej spodnie czy marynarkę.
– Chodzi ci o Fonny’ego? Matka wysłała go na jakiś czas na wieś do krewnych. Uważa, że tutaj za dużo rozrabia. – Znów opuścił górną część maszyny. – Ale ona nie ma pojęcia, co on może wyczyniać tam na wsi – stwierdził, patrząc na mnie z uśmiechem. Kiedy poznałam lepiej Fonny’ego i pana Hunta, zdałam sobie sprawę, że Fonny ma ten sam uśmiech co jego ojciec. – Powiem mu, że tu byłaś – dodał.
– Niech pan pozdrowi ode mnie rodzinę – powiedziałam, wychodząc, i przebiegłam przez ulicę.
Wpadłam na Genevę, która oświadczyła mi, że zachowuję się jak wariatka i że o mało co nie przejechał mnie samochód.
Stanęłam.
– Wiesz, co ci powiem? Jesteś podła kłamczucha. Fonny nie ma tężca i nie umrze. A ja nie pójdę do więzienia. Jeśli nie wierzysz, to zapytaj jego ojca.
Geneva spojrzała na mnie tak dziwnie, że wbiegłam na schodki przed domem, potem ruszyłam na górę i usiadłam na schodach przeciwpożarowych przy oknie, tak żeby mnie nie widziała.
Cztery czy pięć dni później wrócił Fonny i zjawił się przed naszym domem. Na policzku nie było żadnego śladu. Miał dwa pączki. Usiadł na schodkach przed domem.
– Bardzo cię przepraszam, że plunąłem ci w twarz – powiedział i poczęstował mnie pączkiem.
– Przepraszam, że cię uderzyłam.
Potem nie mówiliśmy już nic. On jadł swojego pączka, a ja swojego.
Ludzie nie wierzą, że takie rzeczy mogą się zdarzyć z chłopcem i dziewczynką w tym wieku… ludzie w ogóle nie wierzą w takie rzeczy, i teraz zaczynam rozumieć dlaczego. Ale właśnie wtedy zaprzyjaźniliśmy się. Albo może… zresztą chodzi o to samo, ale ludzie w to też nie wierzą… stałam się jego młodszą siostrą, a on moim starszym bratem. On nie lubił swych sióstr, a ja nie miałam braci. A więc staliśmy się dla siebie tym, czego nie mieliśmy.