Dla małżeństwa Stelli i Gerrego zimowa podróż do Holandii stanie się katalizatorem emocji i uczuć skrywanych przez tę dwójkę. Bernard MacLaverty w powieści “Przed końcem zimy” kreśli portret pary trwającej od lat w dobrze znanych rytuałach, pod którymi buzuje pragnienie zmiany.


Przed końcem zimyBernard MacLaverty w niespiesznym stylu snuje opowieść o małżeństwie z kilkudziesięcioletnim stażem w podróży do Amsterdamu. „Przed końcem zimy” jest refleksyjną powieścią przeznaczoną do powolnego smakowania, lustrem, w którym może przejrzeć się niejedno małżeństwo. Stella i Gerard są parą doświadczoną w młodości przez tragiczne wydarzenie, każde z nich inaczej radzi sobie z traumą towarzyszącą obojgu przez całe życie. Obrazy z przeszłości, przepełnione lękiem, powracają do nich dniem i nocą.

Gerremu trwać pomaga nieodłączny przyjaciel – alkohol. Stella lepiej sobie radzi, rzutka i operatywna, angażująca się chętnie w różne przedsięwzięcia, jest motorem tego związku, narzuca mu rytm i organizuje codzienność będącą dla Gerrego cenną przystanią. Tyle, że Stella ma dość. „Dryfuję bez celu. Chcę wykorzystać czas, który mi jeszcze został. Zrobić coś więcej, niż tylko patrzeć, jak pijesz” – mówi do męża. Czytelnik pozostaje obserwatorem w jej zmaganiach z podjęciem decyzji, poznając od podszewki historię i codzienność związku, który ma tyle samo szans na to by przetrwać, jak na to, by się rozpaść.

Stella i Gerry to zwykli ludzie, ich małżeństwo należy do typowych, dobrze poukładanych relacji par z klasy średniej. Panujący w nim ład jest wynikiem licznych rytuałów, przemilczeń i kompromisów. Zdaje się, że prawdziwa miłość dawno zagubiła się pod ich grubymi warstwami, opuściła tych dwoje żyjących ze sobą siłą rozpędu, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Tylko czy na pewno? Bernard MacLaverty zmusza czytelnika do dogłębnego przestudiowania tej kwestii, przyjrzenia się nieuchronnej ewolucji miłości, jaka następuje z upływem lat, jej zmieniającemu się obliczu. To co dla Stelli jest „dryfowaniem bez celu” postronny obserwator w osobie czytelnika, w zależności od własnej wrażliwości, ma szansę odczytać zupełnie inaczej.

Bernard MacLaverty zmusza czytelnika do przyjrzenia się nieuchronnej ewolucji miłości, jaka następuje z upływem lat

„Przed końcem zimy” jest też opowieścią o prawdziwym zamachu, podczas którego „mężczyzn, kobiety i dzieci gromadzono dla bezpieczeństwa w parkach publicznych. Z dala od budynków, od samochodów. Z dala od pułapek i potworności, które ktoś dla nich przyszykował”. Bernard MacLaverty ukazuje, w jaki sposób zdarzenie wpłynęło na opisywaną przez niego rodzinę uosabiającą realny dramat tysięcy innych ludzi. Chociaż przywołane przez niego wydarzenia miały miejsce przed wielu laty, to wydźwięk dramatu pozostaje wciąż aktualny w dobie, gdy zagrożenie terroryzmem narasta. W prozie MacLaverty’ego znalazło się subtelne ostrzeżenie przed skutkami, jakie akty terroru pozostawiają po sobie na całe dekady, niezależnie od upływającego czasu.

Niemniej powieść irlandzkiego pisarza jest przede wszystkim kameralnym freskiem psychologicznym osadzonym na tle urzekającej podróży do zimowego Amsterdamu. Czytelnik przemieszczając się wraz z bohaterami po najciekawszych miejscach może się przekonać, w jaki sposób nowe doświadczenia emocjonalne wynikające z kontaktu z miastem wyzwalają w Stelli i Gerrym różnorodne odczucia i przemyślenia. Niewielka podróż okazuje się mieć wielki wpływ na ich autorefleksję, czym Bernard MacLaverty przypomina, że podróżowanie kształci także w kwestii wiedzy o nas samych. Nikodem Maraszkiewicz

Bernard MacLaverty, Przed końcem zimy, Przekład: Jarek Westermark, Wydawnictwo Agora, Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Przed końcem zimy

Bernard MacLaverty
Przed końcem zimy
Przekład: Jarek Westermark
Wydawnictwo Agora
Premiera: 27 lutego 2019
 

Stella była w łazience i szykowała się do snu. Dokładnie oglądała brwi w lusterku kosmetycznym, które Gerry zostawił obrócone powiększającą stroną do przodu. Pośliniła czubek palca wskazującego i przygładziła włoski, a następnie zajęła się powiekami. Miała już tego wszystkiego serdecznie dość – okrągłych, bawełnianych wacików, spodeczka z przegotowaną i wyjałowioną wodą, najróżniejszych kremów oraz wypełniających pojemnik na odpady patyczków kosmetycznych.
Życzyła Gerry’emu dobrej nocy, a w drodze do sypialni minęła ich ustawione w przedpokoju walizki. Włączyła stojące przy łóżku niewielkie radio, by posłuchać nocnego wydania wiadomości, i przebrała się w piżamę. Szybko, bo w sypialni panował chłód. Nie zamierzała przecież marnować pieniędzy na ogrzewanie przez cały dzień dodatkowego pomieszczenia tylko po to, by zapewnić sobie krótką chwilę komfortu przed snem.
Zanim się położyła, wyłączyła elektryczny koc. Gdyby zasnęła pod włączonym – co zdarzyło jej się już kilkakrotnie – Gerry zastałby ją w fatalnym stanie. Pewnie znów nazwałby ją „smażonym plastrem bekonu”.
Uwielbiała mieć tę godzinę dla siebie; wieńczącą każdy dzień godzinę samotności. Butelkę z gorącą wodą, elektryczny koc, głosy dochodzące z radia. Gerry był w innym pokoju, miał słuchawki na uszach i nie kontaktował. Najpewniej wypił już kieliszek przed snem. Albo dwa lub trzy. Zewnętrzne drzwi wejściowe zostały zamknięte na klucz, a okna zaryglowane. Dom był zabezpieczony. Czasem po wysłuchaniu wiadomości Stella lubiła poczytać jeszcze przez chwilę w ciszy, tak że słychać było jedynie odgłos przewracanych stron. Bez jednego słowa. Ostatnio wciąż czuła się jednak zbyt zmęczona, by czytać, a nawet by utrzymać w dłoniach książkę. Tym bardziej w twardej oprawie. Doskonale potrafiła wyczuć moment krytyczny, gdy wiedziała, że za moment „kimnie”. Kładła wówczas głowę na poduszce, a jej dłoń wyślizgiwała się spod kołdry, by odłożyć książkę lub wyłączyć radio. Długie listy zadań i obowiązków odpływały coraz dalej – o tej godzinie i tak nie mogła się już nimi zająć. Znikały za kurtyną, która miała rozsunąć się ze świstem dopiero rankiem następnego dnia. Sen nadchodził w mgnieniu oka.
Bezsenność, o ile dawała o sobie znać, ujawniała się dopiero w środku nocy. Między trzecią a szóstą rano Stellę można było znaleźć zwiniętą na kanapie; przez długie godziny sączyła gorące mleko i skubała ciastka. Czasem leżała w łóżku lub kręciła się po pokojach. Do głosu dochodziły wówczas jej zmartwienia i lęki, wyolbrzymione niczym obraz w lusterku kosmetycznym, stres przed świtem jest bowiem znacznie groźniejszy od stresu za dnia. Właśnie dlatego nie mogła z powrotem zasnąć. Czasem wystarczyło poczekać godzinę lub dwie, nie było to jednak regułą.
Niespodziewanie rozległ się ryk muzyki. Otworzyła oczy. Co na Boga…? Zamknęła je z powrotem i zacisnęła z całej siły powieki. Wdusiła głowę w poduszkę. Naciągnęła kołdrę, by zakryć drugie ucho. Ale muzyka dudniła dalej. Co on na Boga wyprawiał?
Gerry siedział ze wzrokiem wbitym w pustkę. Telewizor był wyłączony. Panowała cisza. Jego głowę oświetlał od góry stożek światła, reszta pomieszczenia tonęła w mroku. Sofę uznawał za bezpieczne schronienie; w jednej z poduszek znajdowało się wygodne wklęśnięcie, które uwielbiał. Pod ręką miał wszystko, co potrzebne – ulubione książki, magazyny muzyczne i filmowe, płyty CD. Tymczasem publikacje dotyczące architektury stały upchnięte na półkach w gabinecie. Stella była w łazience; kończyła swój wieczorny rytuał. Szczęknięcie zasuwki oznajmiło, że wyszła na korytarz.
– Dobranoc – powiedziała. Gdy zbliżyła się do kanapy, poczuł zapach pasty do zębów. Pomachała do niego samymi palcami, po czym odeszła. – Pamiętaj, że jutro wcześnie wstajemy.

Poczekał, aż zamkną się drzwi do sypialni, po czym ruszył do barku z alkoholem. Po drodze – w kuchni – napełnił wodą designerski dzbanek Kilkenny. Dotarł do barku i nalał sobie whiskey do ulubionego tumblera, po czym dopełnił go wodą aż po samą krawędź. Lubił szklanki z rżniętego szkła od Waterford Crystal – ich ciężar zdawał się zwiększać zarówno ilość, jak i moc napoju. Wrócił na sofę i postawił szklankę na regale. Płyn błyszczał w żółtawym świetle. Półki nie było widać zza poręczy kanapy, więc gdyby jego żona zdecydowała się wrócić, niczego by nie zauważyła. Nie, żeby zamierzał się przed nią ukrywać. Wszystkim mówił otwarcie, że „kiedy Stella idzie spać, daję w palnik i słucham muzyki”. A jednak, gdy szklanka była poza polem widzenia, nie musiał się martwić, że żona dostrzeże, ile właściwie sobie nalał. Jej samej „w zupełności wystarczał” mały kieliszek wina do posiłku. Wino dobrze robiło na serce.
Centralne ogrzewanie zaprogramowano tak, by wyłączało się mniej więcej wtedy, gdy Stella kładła się do łóżka. Mieszkanie wypełniały teraz trzaski stygnących kaloryferów, budynek skrzypiał, a za oknem dął wiatr. Gerry czuł zapach stojących na stole kwiatów. Stella kupiła orientalne lilie Stargazer, które roztaczały woń tylko nocą. Pociągnął łyk ze szklanki. To dziwne, że przyniosła bukiet, choć wiedziała, że po ich wyjeździe nikt go nie powącha.
Wybrał płytę. Słuchawki, które wsunął na uszy, miały po bokach starte i ledwie widoczne oznaczenia „L” i „R”. Choć muzyka od razu zabrzmiała dźwięcznie i w pełni czytelnie, podkręcił głośność. Wziął kolejny łyk, który znacząco obniżył poziom płynu w szklance; rozkoszował się smakiem. Whiskey była złota, a fasety szklanki srebrne. Wiedział, że alkohol pozwoli mu zasnąć; zapewni spokojną noc, po której znów będzie gotów do działania. Nie można przecież zacząć wakacji w fatalnym nastroju. Oczywiście wiedział też, że dla osiągnięcia celu niezbędne okaże się jeszcze kilkakrotne napełnienie szklanki.
Słuchawki odcięły go od reszty świata. Nawet tu – na sofie – czuł się czasem narażony na atak. Do pokoju za nim w każdej chwili mógł się wślizgnąć nieznajomy – mimo że drzwi były zamknięte na klucz, a okna zaryglowane. Czyżby ścigały go upiory Belfastu? Emerytowany katolicki architekt zamordowany przez gang lojalistów. Mogli z łatwością udusić go od tyłu. Nie, sofa wcale nie była prawdziwie bezpiecznym schronieniem. Znów pogłośnił muzykę. Wspaniały hałas: łomot kotłów wspierał natarcie sekcji dętej. Gerry z każdym kolejnym łykiem składał gratulacje kompozytorowi i muzykom. Potem coś błysnęło. Przez chwilę myślał, że to piorun – albo wybuch.
– Gerry.
Podniósł wzrok. Stella stała w drzwiach w szlafroku. Trzymała dłoń na włączniku światła.
– Przepraszam – zawołał, przekrzykując muzykę. – Moja wina. – Skoczył na równe nogi i ściągnął słuchawki z uszu. Nie był to pierwszy tego typu przypadek, ale tym razem nawet jego samego przeraziło natężenie dźwięku w pomieszczeniu.
– Ja pierdolę. – Schylił się i wyłączył główne głośniki.
– Nie wiem, co gorsze. Hałas czy przekleństwo – powiedziała Stella. – Jeśli chcesz zamieszkać sam, to jesteś na dobrej drodze.
– Przepraszam, nie zauważyłem, co się dzieje. – W pokoju zapanowała cisza zakłócana jedynie przez cichutkie dźwięki dochodzące z owiniętych wokół jego szyi słuchawek. – Nie wiedziałem…
– Uszkodzisz sobie słuch. Sąsiedzi zaraz przyjdą ze skargą. Jest wpół do pierwszej – powiedziała Stella. – A musimy przecież wcześnie rano wstać.
– Wszystko spakowane?
– O czym ty gadasz? Próbowałam zasnąć.
– Długo tu stoisz?
– Jakąś minutę.
– Czemu nic nie mówiłaś?
– I tak byś mnie nie usłyszał – odparła. – Nie chciałam cię przestraszyć. Gdybyś dostał zawału, nie miałabym z kim pojechać na wakacje.
– Niedługo przyjdę – oznajmił.

Wróciła do łóżka. On nalał sobie kolejną szklankę whiskey.
– Tylko kapkę.
Potem zalał jednak kapkę drugą kapką, a dwie kapki to już większa kapka. Cały świat zdawał się rozpoznawać jedynie dwa stany: trzeźwość i upojenie. Co jednak z przestrzenią między nimi – z całym spektrum stanów przejściowych? Pierwszy drink pozwolił subtelnie się wyciszyć, skoncentrować na innym świecie; był niczym żelazko wygładzające zagniecenia koszuli wokół guzików. Stella wyśmiałaby go, gdyby usłyszała to porównanie.
„Nigdy w życiu niczego nie prasowałeś. Tylko byś się sparzył… nie mówiąc już o koszuli”. A jednak prasował wystarczająco często, by wiedzieć, w czym rzecz. Rozgrzana stopa żelazka sunęła po materiale, wygładzając wszelkie nierówności. Kolejne porcje alkoholu pozwalały Gerry’emu unieść się wyżej. Rozwinąć skrzydła i szybować na kominach termicznych rozbudzonych przez poprzednie drinki. Pił dalej. Przecinał krępujące go więzy i uwalniał to, co było dotąd uwięzione. Słyszał coraz lepiej, widział więcej, kochał mocniej. Jutro znów mieli wyjechać. Wyjazd w środku zimy – niewielu mogło sobie na to pozwolić! Przeszedł na emeryturę wiele lat temu, jednak rutynę jego życia nadal przerywały zagraniczne wyprawy, zwodniczo podobne do urlopów. Wygłaszał wykłady, przedstawiał artykuły… był wyrocznią w świecie architektów, odbiorcą wyróżnień, kolekcjonerem gratisów. I zazwyczaj wymagał, by towarzyszyła mu Stella.

* * *

Obudził się w niemal całkowitej ciemności. Czuł suchość w ustach, było mu zimno w nos. Oczy powoli przyzwyczaiły się do otoczenia. Dostrzegł niewyraźny zarys zaciągniętych zasłon – na zewnątrz było już odrobinę jaśniej, co sugerowało, że jest między piątą a siódmą rano. Po każdym przebudzeniu prowadził te same durne rozważania – czy warto wstać do łazienki? Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, nie zdoła ponownie zasnąć, zsunął więc pościel na bok, usiadł i wypił łyk wody. W sypialni było zimno jak w lodówce. Słyszał miarowy oddech Stelli. Wsunął stopy w kapcie i wstał. Nagle: żyrandole światła w ciemności, które rozbłysły, by po sekundzie zniknąć. O Jezu! – a miał nadzieję, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Pająki blasku, iskry, błyski. Zapowiedź udaru. Zdjął kapcie, położył się z powrotem i nakrył kołdrą. Przecież przyczyn mogło być wiele. Czyżby za dużo wypił? Ale jak dużo to za dużo? Wiedział, że robi sobie krzywdę. Postanowił nawet, że nie będzie pił od Nowego Roku. Ale jeszcze nie teraz, Boże, jeszcze nie teraz! Powiedział swojej optyczce o błyskach, gdy wyrabiał zastępcze okulary. Stare musiał gdzieś zgubić, a choć przykleił do etui etykietę z nazwiskiem i adresem, nikt mu ich wspaniałomyślnie nie odesłał. Po co one komu? Przecież każdą parę okularów robi się na zamówienie, więc jeśli nieznajomy spojrzy przez jego szkła, nic u licha nie zobaczy.
– Lepiej czy gorzej? – pytała optyczka.
– Lepiej. – Starą soczewkę zastąpiła nowa.
– Lepiej czy gorzej?
– Gorzej.
Nie ma wyjścia, poleci kolejne sto dwadzieścia funtów.
– Proszę oprzeć brodę…
– Na podpórce?
– Tak.
Patrzył w oczy kobiety, bojąc się, by nie poczuła, że z ust pachnie mu starym dziadem; dzieliło ich ledwie kilkanaście centymetrów. Żyły własnych siatkówek kojarzyły mu się z czerwienią jesiennych drzew. Déjà vu – zupełnie jakby znów był w konfesjonale. Ten sam półmrok, ta sama bliskość nasłuchującej twarzy. Kiedy ostatni raz byłeś na kontroli wzroku, mój synu? Sam czy z innymi? Lepiej czy gorzej?
Optyczka powiedziała, by nie martwił się żyrandolami światła. „W pana wieku każdy je widzi”, oznajmiła. Nie wolno za szybko wstawać.

Nadal potrzebował skorzystać z łazienki. Podniósł się z łóżka, tym razem powoli i bez fajerwerków, po czym powlókł naprzód i wymacał drzwi. We własnym domu umiał przecież poruszać się nawet w całkowitej ciemności. Nacisnął klamkę delikatnie, by szczęknięcie nie obudziło Stelli, i ruszył przez korytarz, omijając spakowane walizki. Powietrze w łazience było tak lodowate, że kłuło go w twarz. Ogrzewanie zwykle uruchamiało się o ósmej, ale Jaśnie Pani zapewne wyłączyła je ze względu na wyjazd. Nie warto przecież ogrzewać domu, jeśli skorzystać na tym mieliby tylko ewentualni włamywacze. Lepiej zjeść śniadanie w płaszczach, wśród kłębów pary unoszącej się znad filiżanek herbaty. Zaczął opróżniać pęcherz; zamknął oczy i starał się nie wybudzić bardziej niż to konieczne. Pomyślał, że jego lekarz może mieć inne zdanie na frapujący go temat. „Tak, pająki światła to niewątpliwie zapowiedź udaru. Nawet hipochondryk musi przecież na coś umrzeć”.
Nacisnął spłuczkę i ruszył z powrotem korytarzem, gdy zauważył, że zza drzwi do gabinetu sączy się delikatny blask. Panujący w pokoju mrok naruszały błyski kolorowych światełek routera i innych urządzeń – miniaturowe wesołe miasteczko. Dwa telefony ładowały się obok siebie. Stella musiała wstać wcześniej, gdy jeszcze spał. Teraz usiadł przed monitorem. Najwyraźniej sprawdzała coś w internecie i nie wyłączyła komputera. Zupełnie nie umiała zacierać za sobą śladów. Na ekranie widniało jakieś niemożliwe do wymówienia słowo na tle trawy, drzew i zalanych słońcem domów. Środek trawnika zajmowała religijna rzeźba przypominająca nieco Serce Jezusa. Poniżej znajdowały się słowa: „Odszukać bramę jest czasem trudno, ale kiedy już się uda, wystarczy przez nią przejść, by znaleźć się w innym świecie”. Nazajutrz mieli wyjechać, wyłączył więc komputer. Było zimno i ciemno. Zadrżał, po czym wstał z fotela.

Sypialnię wypełniał miarowy oddech Stelli. Gerry podszedł do łóżka od swojej strony, okazało się jednak, że gdy był w łazience, przesunęła się na sam środek materaca. Gorąca jaskinia pościeli miała w swoim centrum miękkie ciało drugiej osoby. Poduszki doskonale wpasowały się między policzek a ramię Gerry’ego. Jaskinia pachniała bawełną. Przysunął się do Stelli i ułożył tak, że jej pięta przylegała teraz do jego śródstopia, jego kolano do wewnętrznej strony jej kolan, jej pośladki do jego podbrzusza. Stali się parą miękkich, złożonych krzeseł. Spokojny oddech momentalnie ustał. Poczuła jego przybycie i przesunęła się w tył, by mocniej się w niego wtulić. W odpowiedzi objął ją ramieniem. Materiał jej piżamy podjechał w górę. Przez przypadek musnął zimnymi palcami bliznę na jej brzuchu; zmarszczkę na skórze przypominającą drugi pępek. Kolejną, odpowiadającą jej szramę nosiła na plecach. Ten sam ślad na dziobie i rufie.
– Przesuń się – rozkazała.